Podziemia. Wielka podziemna grota. Pochodnie na ścianach. Tunele. Grobowce. Dziwne znaki na ścianach. I światłość -wszędzie biel.

-Jakesully. -Jake usłyszał głos jakiegoś mężczyzny.

-Co to jest?! -Jake krzyknął. Rozglądał się wokół siebie. Wszędzie biel.

-Nikogo nie uratujesz, Jakesully. To nie twoje przeznaczenie. Nie twoje -Jake znowu usłyszał głos.

-Kim jesteś? -Jake się uspokoił.

-Tylko wybraniec dojdzie do celu. Ty nim nie jesteś -głos mężczyzny znów się odezwał.

-O czym ty do cholery gadasz?! -Jake krzyknął. Nastała ciemność. Otworzył oczy -leżał w swoim śpiworze. Noc. To był sen... Jake ujrzał czyjąś twarz nad sobą.

-Talu? Co ty robisz? -Jake spytał malca klęczącego pod jego śpiworem i wpatrującego się w jego twarz.

-Nie mogę spać -ten odpowiedział po chwili. Jake wstał i zaprowadził Talu do swojego śpiwora. Wszyscy spali. Szli cały dzień, bez odpoczynku. Rakun spał oparty o swojego Thanatora leżącego pod drzewem. Talu wszedł do swojego śpiwora.

-Śpij -Jake ziewnął i usiadł obok śpiwora Talu.

-Opowiedz mi o twoim świecie -Talu po chwili powiedział.

-Co? -Jake mruknął pod nosem.

-Nie pochodzisz stąd. Neytiri mi mówiła -Talu odparł.

-Tak... To znaczy... -Jake westchnął -Wolę o tym nie mówić.

-Dlaczego? Talu spytał. Jake nie lubił wracać pamięcią do swojego życia na ziemi. Wszechobecne zepsucie, pogoń za pieniądzem, skażone powietrze na ulicach -Owszem. Ale były też dobre wspomnienia. Bolesne. Tom, rodzina, przyjaciele...

-To skomplikowane -odparł po chwili Jake. Wstał i spojrzał ponownie na Talu.

-Teraz śpij. Jutro czeka nas ciężki dzień -Jake powiedział, po czym udał się do swojego śpiwora. "Ciężki dzień" był jednak mocno optymistyczną wersją. Ekipa Jake'a z Rakun'em na czele, aby móc kontynuować podróż, musiała przebić się bowiem przez bagna. Jeśli wierzyć słowom Rakun'a -cholernie niebezpieczne miejsce. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Właśnie minął ósmy dzień podróży. W teorii ekipa Jake'a miała w tej chwili wracać do domu...

Wzeszło słońce. Wszyscy byli już na nogach, oprócz Jake'a i Neytiri. Gdy Jake się obudził, spostrzegł, że Neytiri śpi na jego śpiworze. Jej głowa była oparta o jego ramię. Jake sie zaśmiał. Nawet w nocy nie umiała wytrzymać bez niego. Jake zauważył przechodzących co chwila obok niego jego towarzyszy. Wszyscy głupio się uśmiechali.

-Neytiri... -Jake szeonął. Ney otworzyła oczy.

-Widzę cię -Jake się uśmiechnął.

-Widzę cię, mój Jake -Neytiri odparła.

-Mogłabyś... Ścierpły mi nogi -Jake powiedział. Neytiri szeroko się uśmiechnęła i zeszła z niego. Jakiś czas później, po szybkim posiłku Jake i jego zespół ruszyli w dalszą drogę.

-Za tamtym wzgórzem zaczynają się moczary. Będziecie musieli zostawić swoje pa'li. Ja i Jakesully damy sobie radę na naszych Palulukanach -powiedział Rakun. Po paru chwilach na szczycie wzgórza wszyscy mogli podziwiać z góry krajobraz bagien. Wszędzie błoto i woda. Zero zieleni, mnóstwo łysych drzew. No i lekka mgła unosząca się nad ziemią.

-Pewnie roi się tu od Yugan'ów i Bar'khast'ów -rzekł Rakun.

-Czego? -Jake mruknął.

-Wolałbyś nie wiedzieć... -Rakun ruszył naprzód. Po chwili wszyscy weszli wgłąb bagien i znaleźli się obok niewielkiej szopy. Jake zajrzał do środka. Na ścianie wisiał jakiś łuk a na ziemi stał kosz z dziwnymi owocami. Szopa była całkiem przegniła. Obok niej stała dość duża tratwa.

-Myślę, że ja i Jakesully powinniśmy iść inną drogą, mniej podmokłą. Nasze palulukany są przystosowane do takich warunków. Wy weźmiecie tratwę i przepłyniecie przez zalany teren. Spotkamy się na końcu bagien -Rakun powiedział.

-Dobrze... Tratwa wygląda w porządku, poradzimy sobie -Tu'an chwycił tratwę i przeniósł ją do wody.

-No to idziemy. Jakesully, tędy -Rakun ruszył w prawą stronę rozwidlenia. Jake ruszył za nim.

-Do zobaczenia później, Neytiri -powiedział przechodząc obok Ney. Całą grupa weszła na tratwę. Tu'an wziął długi kij do "sterowania" tratwą -wszedł na drewnianą platformę i odbił ją od brzegu kijem. Płynęli naprzód średnio zalanym terenem pomiędzy drzewami. Tymczasem Jake i Rakun na grzbietach swoich Thanatorów poruszali się ciasną ścieżką otoczoną z dwóch stron gęstymi krzakami i drzewami. Poruszali się w bardzo głębokim błocie. Dookoła nich latały jakieś natrętne owady, nie dające spokoju ich palulukanom.

-My mamy się najgorzej. Idziemy przez najniebezpieczniejszy teren. Oni spokojnie sobie przepłyną całe bagna -westchnął Rakun -Rozglądaj się uważnie. -Rakun szedł powoli przodem, Jake tuż za nim. Po jakimś czasie Rakun się zatrzymał i spojrzał w prawą stronę na jedno z drzew.

-Patrz -Rakun wskazał palcem na gałąź drzewa, na której wisiało stworzenie bardzo przypominające nietoperza -skrzyżowanego z jaszczurką. Wyglądało jakby spało.

-Co to? -Jake spytał.

-Ciszej -Rakun zaczął szeptem -To Bar'khast... Dobrze że tylko jeden.

-Dlaczego? -Jake szepnął.

-Jedno ich ukąszenie to lekki paraliż wszystkich kończyn. Dwa ukąszenia to całkowity paraliż ciała. Trzy lub więcej to śmierć w męczarniach -powiedział Rakun i lekko się uśmiechnął.

-Uh... Dobrze, może spadajmy już stąd -Jake ruszył powoli z miejsca.

-Spokojnie, nie zaatakuje. Dopóki jesteśmy cicho. Są bardzo wrażliwe na hałas -Rakun się odwrócił i ruszył dalej. Obaj bardzo cicho przeszli pomiędzy gęstymi krzakami. Gdy z nich wyszli, stanęli w miejscu. Gały im wyszły z oczodołów. Dookoła nich mnóstwo drzew -a na każdej pojedynczej gałęzi wisiało po około 10 Bar'khastów. Łącznie całe tysiące małych jaszczurowatych nietoperzy.

-O mój... -Jake'owi opadła szczena.

-Dużo tego. Ale jeśli tylko przejdziemy cicho... -Rakun ruszył naprzód bardzo powoli. Jake niechętnie ruszył za nim. Bar'khasty w pobliżu poruszały się na każdy drobny dźwięk. Jake i Rakun musieli jak najlepiej utrzymywać kontrolę nad swoimi Palulukanami -jeden głośniejszy dźwięk i rozpęta się piekło.

-W razie czego, ani drgnij -szepnął Rakun -zaatakują wszystko, co się rusza -Jake skinął głową. Uważniej rozglądał się dookoła siebie. Przed nimi jeszcze około 200 metrów ścieżki oblężonej przez skrzydlate bestie. I nagle -głośny trzask -Thanator Jake'a nadepnął na leżąca na ziemi gałąź. W tej chwili wszystkie Bar'khasty wystrzeliły ze swoich miejsc. Istny chaos. W powietrzu było od nich tak gęsto, że nie było nic widać.

-ANI DRGNIJ! -Rakun krzyknął. Jake'owi omal serce nie stanęło. Obaj zastygli jak posągi. Po paru chwilach wszystko się uspokoiło -Prawie każdy Bar'khast siedział na drzewie. Około trzydziestu siedziało na Jake'u i Rakun'ie... Obaj kompletnie się nie poruszali. Jake nawet nie poruszał oczami. Widział tylko jak jeden z Bar'khastów siedzi mu na twarzy. Czuł też jak jeden wspina mu się po plecach. Rakun też nie miał lekko.

Tymczasem Tu'an, Neytiri, Notan, Suvey, Norm, Akey, Enukan i Talu dalej płynęli tratwą. Tu'an co chwila pchnął swoim kijem o niezalane punkty na ziemi. Norm zaczął patrzeć pod nogi.

-Coś mi się zdaje, że ta tratwa długo nie wytrzyma w jednym kawałku... -powiedział z niepokojem.

-Nie wierć się, to dopłyniesz do końca żywy -burknął Tu'an.

-Ma rację... Jest nas za dużo. Musimy płynąć szybciej -Neytiri rzekła trzymając w rękach Talu. Tu'an używając kija przyspieszył nieco. Drewno coraz bardziej trzeszczało. Na środku pojawiło się pęknięcie.

-Stańmy na środku, bo złamiemy ją na pół! -wtrącił Notan. Tak zrobili, jednak nie bardzo to pomogło. Tratwa powoli zaczęła się załamywać.

-Wygląda na to, że w końcu się wykąpiesz Enukan -Tu'an się lekko się uśmiechnął. Reszcie zespołu nie było jednak do śmiechu. I nagle ogromny trzask. Wszyscy wylądowali w brudnej, błotnistej wodzie. Sięgała im do klatki piersiowej. Neytiri trzymała mocno Talu na powierzchni.

-Wolałbym czystszą wodę -jęknął Enukan cały ubłocony. Cała ekipa po chwili zaczęła kierować się w prawą stronę, na niezalany teren.

Jake i Rakun nadal stali nieruchomo. Bar'khasty zdawały się na nich zasypiać. Jake wydalał z siebie hektolitry potu... Trudne było nie tylko stanie cały czas w jednej pozycji, ale także kontrolowanie swojego Thanatora. Jeden jęk albo merdnięcie ogonem i Bar'khasty wgryzą się w nich jak szalone. Sprawę utrudniał fakt, iż wredne owady znów zaczęły atakować. "Komary" zaczęły irytować Palulukany. W końcu jeden ugryzł Thanatora Jake'a w ogon. Totalna porażka -Max merdnął ogonem i podskoczył lekko rycząc. W tej samej chwili Jake jednym silnym ruchem zrzucił z siebie nietoperzowate jaszczury i wystrzelił jak najszybciej z miejsca -tak samo zrobił Rakun. Istna apokalipsa -Wszystkie Bark'khasty ruszyły w ich stronę. Jake i Rakun widzieli tylko tylko niekończącą się dookoła ciemną chmarę. Jake biegnąc jak najszybciej wyciągną swój karabin i krzycząc strzelał na oślep. Co chwila jakiś Bark'khast lądował na nim i zadrapywał go swoimi małymi pazurami, na szczęście nie kończyło się na ukąszeniach. Thanatory zaryczały. Po chwili widok się rozjaśniał. Bar'khasty dawały za wygraną -Rakun biegnąc za Jakiem trzymał w ręku grubą gałąź i wymachiwał nią we wszystkie strony, broniąc się przed skrzydlatymi agresorami. W końcu Jake i Rakun wydostali się ze strefy zagrożenia. Bar'khasty nie wdały się w pościg. Rakun nieco wyprzedził Jake'a.

-Wszystko w porządku? -krzyknął.

-Chyba tak -Jake odparł. Poza kilkoma zadrapaniami nie czuł niczego innego. Spojrzał jednak an plecy Rakuna. Zauważył na nich niewielką czerwoną opuchliznę.

-Cholera, jeden cię ugryzł -Jake krzyknął na Rakuna, a ten już zaczął tracić kontrolę nad sobą i swoim Oskey'em. Wyglądał jakby zaraz miał stracić przytomność. Jake podbiegł z boku do niego, chwycił go mocno i przeciągnął na swojego Thanatora. Oskey biegł nadal za nimi.

-Trzymaj się, nic ci nie będzie -Jake powiedział. Spojrzał na drogę -na jej środku stał ubłocony Tu'an. Jake się zatrzymał.

-Co ty tu robisz? -Jake spytał.

-A co wy wyprawiacie? -Tu'an spojrzał na półprzytomnego Rakuna leżącego na Thanatorze Jake'a.

-A mówiłem mu, żeby tylu tych fajek nie palił -dodał po chwili. Jake zerknął w lewo. Zobaczył jak cała jego ekipa wychodzi z wody. Jake się zaśmiał na widok całkowicie ubłoconej Neytiri.

-Do twarzy ci z błotem we włosach -powiedział.

-Debil -Neytiri się uśmiechnęła.

-Co się stało? -Jake spytał.

-Tratwę szlag trafił -jęknął Norm wypluwając błoto z ust -A wy? Coście narobili?

-Zaatakowały nas Bar'khasty. Rakun został ukąszony, chwilowo jest sparaliżowany.

-Muszę zapalić... -Rakun jęknął.

-To nie najlepszy moment -Jake odparł i spojrzał na resztę zespołu -Cóż, musimy iść dalej razem. Ruszajmy, bo jeszcze nas coś zaraz pożre w tym przeklętym miejscu -Jake ruszył, a jego ekipa i Oskey podążali za nim. Jakiś czas później wszyscy przedzierali się przez gęste krzaki. Pod nogami było coraz więcej błota.

-Hej! -nagle wszyscy usłyszeli Akey'a. Odwrócili się w jego stronę.

-Co jest? -Tu'an spytał.

-Nie mogę się ruszyć -odparł z niepokojem na twarzy. Był w błocie po kolana.

-Cholera, stoisz na ruchomych piaskach! -krzyknął Jake i zeskoczył ze swojego Thanatora. Akey powoli opuszczał się w dół. Jake zbliżył się do niego.

-Uważaj Jake! -Neytiri złapała go za ramię.

-Spokojnie. Akey, nie wierć się, bo szybciej cię wciągnie.

-Dobrze, a teraz może mi ktoś pomorze...? -odparł. Jake ułamał gałąź z pobliskiego drzewa, stanął na skraju ruchomych piasków i podał koniec badyla Akey'owi.

-Łap! -Jake powiedział.

-Nie mogę... Zaraz stracę równowagę! -Akey był już zanurzony do pasa.

-Chwytaj! -Jake krzyknął. Akey w końcu chwycił za gałąź. Tu'an pomógł Jake'owi ciągnąć. Było jednak zbyt ciężko. Badyl złamał się na pół.

-O nie... -Akey zaczął panikować. Opadał coraz szybciej. Był już zanurzony po klatkę piersiową.

-Potrzebujemy czegoś mocniejszego! -Jake krzyczał. Wszyscy zaczęli szukać. Było jednak zbyt mało czasu. Głowa Akey'a już zaczęła znikać w błocie.

-Jakesully! Ja nie chcę umierać! -Akey rozpaczał.

-Wystaw ręce w górę! -Jake wrzasnął. Akey wystawił ręce w górę, ale jego głowa już przestała być widoczna.

-Mam linę! -Jake się odwrócił. Norm biegł do niego z lina rękach. Wszyscy przybiegli na miejsce. Jake się odwrócił. Zauważył tylko jak ostatni palec Akey'a znika w błocie. Wszyscy się przerazili.

-AKEY!!! -Suvey krzyknął i podbiegł do Jake'a. W oczach Neytiri pojawiły się łzy. Jake podbiegł do miejsca, w którym Akey zniknął.

-Tu'an, złap mnie za nogi! -powiedział.

-Ale...

-Łap! -wrzasnął i wskoczył na główkę do bagna. Tu'an chwycił go za stopy. Jake zanurzył się prawie w całości. Po paru chwilach zaczął machać nogami. Tu'an zaparł się i zaczął ciągnąć. Neytiri natychmiast do niego podbiegła i pomogła mu, zaraz potem wszyscy inni. Ciągnęli z całych sił. Po paru sekundach Jake był już na powierzchni. Trzymał Akey'a za ręce. Zaczęli ciągnąć jeszcze mocniej. Kilkanaście sekund później całkowicie wyciągnęli Akey'a z bagna. Leżał na ziemi bez ruchu. Jake pochylił się nad nim.

-Nie oddycha... -powiedział i natychmiast zaczął uciskać go w klatce piersiowej.

-Spóźniliśmy się! -Notan panikował. Jake uciskał coraz energiczniej. Sekundy robiły się coraz dłuższe... A Akey nadal leżał bez ruchu.

-Idzie do Eywa... -Neytiri uklękła z boku.

-Zostanie... Tutaj! -Jake nie dawał za wygraną. Zadał potężne uciśniecie. Akey otworzył oczy. Przerzucił się na bok i wypluł błoto z ust. Siedział pochylony nad ziemią i kaszlał. Neytiri uśmiechnęła się szeroko. Wszyscy stali jak wryci. Jake padł plecami na ziemię i otarł twarz z błota.

-Eywa... Widziałem ją... -Akey nadal kaszlał. Wszyscy do niego podbiegli.

-Spokojnie, oddychaj głęboko -Enukan chwycił go za ramię.

-Jest cudowna... -Akey powoli wstał -Nie pamiętam tylko, co mi powiedziała...

-Najważniejsze, że żyjesz. Gdyby nie Jake... -powiedział Notan. Akey zdawał się być załamany. Spotkał samą Eywę i nie wiedział, co mu przekazała. Jake wstał i podszedł do Akeya.

-Wszystko dobrze? -zapytał.

-Tak... Dziękuję, Jakesully -odparł. Jake wskoczył na swojego Thanatora. Rakun nadal leżał na nim półprzytomny.

-Ruszajmy. Szkoda czasu -powiedział. Po chwili wszyscy ruszyli dalej, tym razem uważnie patrząc na grunt pod nogami.

Jake i jego ekipa szli przez las na bagnach już pół godziny. Zdawał się nie mieć końca. Ponadto mgła robiła się coraz gęstsza.

-Mam złe przeczucie... -Akey powiedział z tyłu. Od momentu w którym powrócił do świata żywych zachowywał się trochę dziwnie. Dookoła podróżników były już tylko wysokie, proste drzewa. Grunt był wilgotny, ale przynajmniej nie ubłocony. Z czasem widoczność coraz bardziej się ograniczała. Robiło się coraz bardziej biało...

-Nie wiem już nawet, czy idziemy w dobrą stronę -rzekł Rakun, który czuł się już lepiej -Ta mgła... -Po kilkudziesięciu metrach mgła była już dosłownie przytłaczająca.

-Jest gęsta jak mleko! Nie widzę czubka własnego nosa -powiedział Jake.

-Przecież nigdy go nie widzisz -Jake usłyszał głos Norma. Widoczność ograniczała się do dwóch metrów... Wszechobecna biel.

-Musimy trzymać się blisko. Tutaj, chodźcie wszyscy! -krzyknął Tu'an. Cała ekipa podeszła do niego. Nagle wszyscy usłyszeli dziwny pisk.

-Co to było? -Akey spytał zdezorientowany. Wszyscy trzymali się w jednym miejscu, rozglądając się dookoła. Jake zeskoczył ze swojego Palulukana. W pewnej chwili coś przefrunęło mu nad głową. Coś dużego...

-Rakun, co to do cholery jest?! -Jake krzyknął wyciągając swój karabin, mimo iż nie widział niczego i nikogo.

-Nie mam pojęcia... Ale z pewnością nie podoba mu się nasza obecność -krzyknął. Jake trzymając nerwowo swój karabin rozglądał się dookoła. Znowu usłyszał pisk i poczuł podmuch wiatru obok niego. Jake próbował wytężyć wzrok. Usłyszał coś za plecami. Odwrócił się natychmiast i w ciągu ułamka sekundy coś wyrwało mu broń z rąk. Zdołał tylko zauważyć szarą plamę szybko przemieszczającą się we mgle. Odskoczył nieznacznie i chwycił za swój sztylet. Po chwili usłyszał krzyk Suvey'a. Pobiegł w kierunku, z którego go usłyszał. Notan trzymał go w ramionach. Coś go zraniło w ramię.

-To nic -powiedział Suvey -Uważajcie. Jake odwrócił się. Znowu usłyszał pisk -to coś nadlatywało z góry. Uniósł głowę... I poczuł silne uderzenie. To coś rzuciło się na niego i przygniotło go do ziemi -Zwierzę to było bliźniaczo podobne do Ikrana -było jednak nieco mniejsze i posiadało inny, szpiczasty dziób. Jake chwycił rękami bydlę za szyję. Stworzenie próbowało dosłownie wyłupić mu dziobem oczy. Jake szarpał się tak z nim przez minutę. Stwór chwycił swoimi szponami nogi Jake'a i machnął skrzydłami, wybijając się w powietrze. Rzucił Jakiem kilka metrów dalej. Widoczność zdawała się poprawiać -mgła ustępowała. Jake podniósł się i ponownie złapał za swój sztylet. Znowu usłyszał nadlatującego z lewej strony stwora. Machnął sztyletem. Nie trafić. Zwierzę przeleciało obok. Znowu usłyszał pisk, teraz z prawej strony. Odwrócił się natychmiast i znów machnął sztyletem -trafił go. Krew trysnęła Jake'owi w twarz.

-Tak, chodź tu bydlaku! -Jake krzyknął stając w gotowości. Widoczność była już bardzo dobra. Jake zauważył jego karabin leżący kilkanaście metrów dalej na ziemi. Ruszył w jego kierunku. Gdy się pochylił, aby go wziąć, poczuł uderzenie w plecy. To zwierzę znów się na niego rzuciło. Jedną ręką Jake trzymał stwora za głowę, a drugą próbował sięgnąć swoją broń. Nie mógł już wytrzymać dłużej. Brakowało jednego centymetra... Nagle z boku Jake zauważył biegnącą w jego kierunku Neytiri. Podbiegła, skoczyła i zrzuciła zwierzę z Jake'a. Jake spojżał na nią. Szarpała się na ziemi z potworem. Natychmiast odwrócił się, aby złapać za karabin. Nie było go już jednak na ziemi. Jake spojrzał w górę. Trzymał go Norm. Gdy tylko Jake zobaczył go celującego w stwora, modlił się, aby nie podziurawił także Neytiri. Norm oddał cztery strzały... Jake odwrócił się. Zwierzę padło martwe. Neytiri leżała pod nim. Jake zerwał się na nogi i podbiegł do niej. Wyciągnął ją spod cielska potwora. Była ranna w udo. Mocno krwawiła. Mimo iż nie było to nic poważnego, dla Jake'a taki widok był przerażający. Mocno ją przytulił.

-Spokojnie, mój Jake. Wszystko w porządku -powiedziała z lekkim uśmiechem.

-Szybko, opatrunki! -Jake krzyknął do Norma. Po chwili Jake opatrzył Neytiri, później opatrzono także Suvey'a. Mgła zniknęła całkowicie. W oddali Jake i jego towarzysze zauważyli zieleń... I wydostające się z tamtej strony promyki słońca. Udali się tam. To była dla nich miłą odmiana po szaroburych klimatach podmokłych bagien. Przed nimi w całej swej okazałości przepiękna, rajska dolina, emanująca soczystą zielenią i niesamowitymi widokami, a w oddali lasy i wysokie góry. Niedaleko nich znajdowała się duża, rwąca rzeka.

Jake objął ręką Neytiri.

-Cudowny widok -szepnął. Rakun wyszedł naprzód całej grupy i wskazał palcem na przesmyk w górach.

-Tam -powiedział -Alamutya.

-Doskonale. Jest jeszcze wcześnie, ale myślę, że powinniśmy rozbić tutaj, nad rzeką obóz. Wszyscy są wyczerpani i brudni -powiedział Jake. Rakun skinął głową.

Nastał wieczór i bardzo szybko zrobiło się ciemno. Cała ekipa, oprócz Jake'a i Neytiri zdążyła się już wykąpać w rzece. Jake i Ney siedzieli sami nad ogniskiem.

-Kiedy tylko wrócimy do domu, pierwsze co zrobię to wskoczę do swojego hamaka i nie będę z niego wychodził przez tydzień -Jake się uśmiechnął -A ty będziesz mi towarzyszyć -spojrzał na Neytiri. Ona zachichotała i wstała.

-Gdzie idziesz? -Jake spytał.

-Wykąpać się. Nie chcesz chyba spać z taką brudaską -zaśmiała się. Po chwili Neytiri weszła do rzeki nieco dalej, za krzakami. Kąpała się bardzo blisko brzegu, bo centrum rzeki było bardzo rwące. Nie było głęboko, woda sięgała jej tam do pasa. Była całkowicie naga... W nocy rzeka wyglądała jak wyrwana ze snu. Emanowała jasnym, błękitnym światłem dzięki roślinom rosnącym na dnie. Neytiri się nie spieszyła, bo podejrzewała, że ktoś jej zaraz złoży wizytę...

Jake siedząc przy ognisku spojrzał na Talu siedzącego niedaleko i wpatrującego się w krzaki w oddali. Podszedł do niego.

-Hej mały, coś nie tak? -usiadł obok niego -Czemu tak patrzysz się w te krzaki?

-Widziałem ich, byli tam... -odpowiedział z niepokojem.

-Kogo? -Jake spytał.

-Przyszli po mnie... -szepnął pod nosem mały Talu.

-Chcesz mi coś powiedzieć, Talu?

-Nie... -odparł.

-Niczego ani nikogo tam nie ma. Połóż się spać -Jake wstał, poklepał malca po ramieniu i odszedł. Musiał powiedzieć Neytiri o zachowaniu Talu. Przedarł się przez krzaki i spojrzał w kierunku rzeki. Gdy zobaczył olśniewającą sylwetkę Neytiri w blasku światła wydobywającego się z rzeki, natychmiast zapomniał o Talu i innych sprawach. Jake stał w miejscu i wpatrywał się w nią -była jak anioł... Po chwili Neytiri się odwróciła. Uśmiechnęła się na jego widok.

-Chodź, woda jest wspaniała -powiedziała. Jake od razu ruszył w jej stronę.

-Ale jesteś brudny... Chyba posiedzimy tutaj długo -zaśmiała się. Jake wszedł powoli do wody i objął Neytiri obiema rękoma. Rzucił się z nią do wody. Głośno zachichotała, tak, że usłyszeli ją wszyscy przy ognisku, także Norm, który leżał dalej w swoim śpiworze. Wpatrywał się w Poliferma na niebie i marzył...