Rozdział 7

Obudziła się w środku nocy. Dyskomfort nie pozwalający na odprężenie zagnieździł się w jej ciele. Poczuła narastający niepokój – coś było nie tak, a ona jeszcze nie zapomniała, w jakich okolicznościach czuła to po raz ostatni. Otworzyła oczy, ale nic nie zobaczyła. Próbowała dojrzeć coś w ciemnościach, ale jej wzrok nie chciał się dostosować. Co więcej, nie wiedziała gdzie jest góra, dół, tył czy przód. Głowa zdawała jej się kiwać na wszystkie strony. Próbowała się podeprzeć, ale trafiała w powietrze. Wszystko straciło swój właściwy wymiar i kształt.

Była bardzo chora.

Coś w niej pęczniało i próbowało się wydostać – jednak tym razem nie był to ekscytujący prąd ani ruchliwe zwierzątka. Tym razem jej odczucia były dalekie od przyjemności. Coś rozrywało jej żyły, mięśnie. Nie mogła się ruszać. Kiedy zaś spróbowała dosięgnąć czegoś stabilnego, wewnątrz niej wybuchł prawdziwy ból.

To było gorsze od Cruciatusa. Coś było gorsze od Cruciatusa i przytrafiało się właśnie jej.

Poczuła uderzenie w głowę. Choć poleciała w bok, widocznie spadła z łóżka. Zaczęła krzyczeć. Głośno.

Nie wejdą tu, nie wejdą, nie przejdą przez jej zabezpieczenia! Dlaczego musiała być tak zapobiegliwa?

Umrze.

Mimo to, po chwili przez jej krzyk zaczęły przedzierać się jakieś głosy. Chwytały ją czyjeś ręce, powodując jeszcze większy ból.

– Hermiona? – Harry.

– Co jej jest? – Ron.

– Harry, zawołaj Snape'a! – To mógł być Lupin.

– Co? – Harry.

– Zawołaj go, do cholery! Ona umiera! – Tak, Lupin.

Snape wparował do jej sypialni minutę później. Gdy tylko ją zobaczył, przeklął sromotnie.

Poczuła znacznie silniejszy ból w okolicach ramion, ale kiedy wydarła się głośniej, niż ktokolwiek mógł znieść, dotyk szybko zniknął. Wraz z bólem, tym bardziej przeraźliwym. Przekraczającym pojmowanie.

Dlaczego nie straciła jeszcze przytomności?

Ta energia.

Poczuła jak unosi się w powietrzu. Ktoś ją lewitował. W dół. Dlaczego ktoś ją lewitował w dół? Jak to było możliwe?

– Zostawcie nas! Nie chcecie tego widzieć. Dam sobie z nią radę!

Molly i chłopcy wyraźnie chcieli zostać, ale ostre spojrzenie Snape'a zatrzymało ich w połowie zdania. Wypadli z sypialni Hermiony.

– Nie przeżyjesz aportacji, jasna cholera! Będę za chwilę, staraj się nie ruszać!

Po chwili, która była dla niej całą wiecznością, pojawił się z powrotem. Wlał do jej gardła gorzki eliksir – jakim cudem zdołała go przełknąć? W tej samej chwili poczuła, że płonie od środka, że coś rozdziera ją jeszcze brutalniej niż przed chwilą. A potem zaczęła silnie, niekontrolowanie wymiotować. Tak, że nie mogła nawet zaczerpnąć powietrza. Obrzydliwa, ciemnofioletowa substancja wydostawała się nieprzerwanie z jej gardła. Snape pochylał się nad nią i niezbyt łagodnie trzymał ją za włosy. W tej chwili jej to nie przeszkadzało. Nic jej nie przeszkadzało. Wszystko było jednym wielkim bólem. To właśnie musiała być agonia.

Wymioty ustały równie szybko, jak się zaczęły, ale to straszne uczucie było potworem, który dopiero się rozsiadał. Chciał ją rozerwać na strzępy.

Czuła potrzebę ruszania każdą częścią ciała, ale nie mogła drgnąć, czuła jakby obdzierano ją ze skóry. Leżała na środku podłogi, wstrząsana silnymi spazmami, miotając się jak opętana. Nawet nie próbowała otworzyć oczu. Wiedziała, że nie ma po co.

– Czułaś ostatnio znaczny przypływ energii?

Pokiwała głową, przynajmniej w myślach.

– Spałaś z nim?

– Co… – kolejna niespodziewana, być może ostateczna, torsja i płacz. W życiu nie czuła się tak bezsilna. – Nie!

– Na pewno?

Pokręciła głową, zapewne znów w wyobraźni. Ale on potrafił zauważyć te subtelne różnice.

– Wiesz co ci jest?

– Być możżż...

Krzyk nic nie dawał. Wyczerpał się. Teraz mogłaby zamilknąć. Na zawsze.

– Kiedy to się skończy, o ile w ogóle przeżyjesz, będziesz zupełnie inną osobą.

Zaskakując samą siebie, nagle otworzyła oczy. Próbowała go zobaczyć, ale nie mogła. Majaczyła przed nią jedynie niewyraźna czarna plama zamiast Snape'a.

– Każdy to… ma?

Pokręcił głową. Całkiem wyraźnie, ponieważ to dostrzegła. Miała szczęście nie widząc jego wyrazu twarzy. Mina Snape'a nie poprawiłaby jej samopoczucia.

– Co zrobiłaś, Granger? – spytał wreszcie szorstko.

– Nic… Nic kszego od klą... fy tórą …iłam na 'arry...

– Powiedz prawdę. Muszę to wiedzieć!

Nie odpowiedziała. Straciła przytomność. Mężczyzna zaklął plugawie, podwijając rękawy. Dziewczyno, masz szczęście, że się teraz nie widzisz. Sam nigdy czegoś takiego nie widział, a widział w życiu sporo. I o różnych gwałtownych efektach przejścia słyszał, ale coś takiego…

Była purpurowa. Pociła się krwią. Jej włosy unosiły się wokół głowy jak gwałtownie naelektryzowane. Wargi miała opuchnięte, a całym ciałem wstrząsały gwałtowne drgawki. Skórę na łokciach miała już zdartą do krwi od ciągłego uderzania o stary parkiet.

Stojąc tam i zastanawiając się, co powinien zrobić, zdał sobie sprawę, że u jego stóp leży najprawdopodobniej nie tylko najpotężniejsza wiedźma swojego pokolenia, ale być może... Najpotężniejsza ze wszystkich żyjących dotychczas.

Hermiona Granger.

Voldemort musiał zdać sobie z tego sprawę. Dlatego jej nie zabił i w jakiś sposób zapoczątkował jej przemianę. Czy to przewidział? Snape nie miał pojęcia. Być może taki właśnie był jego cel. Pozbyć się dziewczyny w całkiem efektowny sposób. I nie byłoby nikogo, by oskarżyć go o cokolwiek. Bo nikt znał prawdy poza nim. A on musiał trzymać gębę na kłódkę.

Podniósł ją z podłogi, i trzymając mocno w ramionach, aportował ich oboje. Kiedy pozostawała nieprzytomna, szanse na to, że nic jej się nie stanie, były większe. Teraz nie mogła zgubić swojego umysłu w międzyprzestrzeni.

Znaleźli się w jego komnatach, tuż pod nosem Czarnego Pana. Nie miał innego miejsca, w które mógłby ją zabrać; wszystkie jego kryjówki zostały zdemaskowane, Czarny Pan już się o to postarał. Więc wylądowali tu. I doprawdy, miał szczerą nadzieję, że pod latarnią faktycznie jest najciemniej.

Zresztą, czy to było teraz ważne?

Przecież mogło być już po niej.

Spojrzał na dziewczynę w swoich ramionach. Było mu trudno ją utrzymać; jej intensywne drżenie w dziwny sposób osłabiało jego ręce. Drgały jej wszystkie mięśnie i naprawdę nie chciał wiedzieć, jak bardzo ją boli. Wciąż pamiętał porażający ból, jaki sam odczuwał w czasie przejścia – a i tak przypuszczał, że było to niczym w porównaniu z mękami, jakie przeżywała ona.

I gdy położył ją na swoim łóżku, ściskając różdżkę w swojej dłoni tak mocno, że zbielały mu knykcie, przez chwilę poważnie rozważał morderstwo.

Ale nie mógł tego zrobić. Nie. Ulżyłby jej, owszem, ale nie mógł tego zrobić. Była bowiem szansa, że dziewczyna przeżyje. On zaś nie mógł jej zignorować, choćby i nadzieja była znikoma. Przecież to była uparta i nieznośna Hermiona Granger! Z nią nie mogło być tak łatwo, i spoglądając na jej stężałą twarz, zrozumiał, że nie będzie. Ona nie podda się tak po prostu, a on sam będzie przy niej do końca. Sam kiedyś przez to przechodził, mając dokładnie tyle lat, co ona, i był wtedy zupełnie sam. Nikomu nie życzył, by coś takiego spotkało go w samotności. Nikomu. Nie mógł jej więc tak zostawić.

Okrył dziewczynę wyczarowanymi kocami, dodatkowo rzucił na nią zaklęcie ogrzewające. W jej twarzy nic się nie zmieniło, jakby jego starania niczego nie zmieniały; jednak po cichu liczył na to, że pomogły jej choć trochę.

Ale napawało go to przerażeniem. Ona naprawdę musiała… Zaklął głośno. Nie przeszedłem czegoś takiego, bo nie mogłem. Nigdy nie miałem i nie będę mieć takiej mocy jak ona. Zawsze zadziwiał go paradoks przejścia. Zawsze dziwiło go, że to właśnie najsilniejsi, najpotężniejsi czarownicy mieli najmniejsze szanse na przetrwanie przemiany. O wielu wybitnych jednostkach świat nigdy nie usłyszał zapewne dlatego, że zwyczajnie jej nie przeżyli – mimo że zazwyczaj ma miejsce w młodości, gdy organizm jest teoretycznie najsilniejszy, a człowiek podejmuje życiowe decyzje.

Do tej przemiany, do przejścia na drugą stronę mocy, potrzebny był jednak jakiś bodziec. Nic nie dzieje się samo. A on nie miał wątpliwości, kto przyczynił się do przeistoczenia, które dokonywało się na jego oczach.

Voldemort.

On nigdy nie musiał przez to przechodzić, ponieważ urodził po tej stronie mocy. Był niewytłumaczalnym wyjątkiem.

Kiedy znów spojrzał na nieruchomą już dziewczynę i usłyszał jej płytki, chrapliwy oddech, poczuł ogarniającą go bezsilność. Pomyślał, że pozostało mu już tylko jedno wyjście. Iść do Voldemorta. Tylko on mógł jej teraz pomóc. Jednakowoż, oddać mu ją – to byłby koniec. Koniec tej dziewczyny, koniec Zakonu. Hermiona Granger po jego stronie byłaby prawdziwą katastrofą. Nie mógł na to pozwolić. I wtedy zrozumiał, że być może będzie musiał pozwolić jej umrzeć.

Jedynym, czego nie zrozumiał, był fakt, iż wpakował się w wielkie gówno. Czarny Pan wiedział już o wszystkim.

~o~o~o~

Trudno by nazwać to przebudzeniem. Miała wrażenie jakby ktoś wyrwał ją z nieświadomości i dość nieumiejętnie wtłoczył w jej własne ciało. Przez chwilę nie była pewna, czy jej świadomość nie jest przypadkiem w jej brzuchu, i czy jej ręce nie zamieniły się z nogami. Miała wrażenie, że wnętrzności zmieniły miejsce, że musi je uporządkować, że szamoce się od wewnątrz i porządkuje od środka. Kiedy wreszcie stwierdziła, że dochodzi do siebie, przyspieszyła oddech, by obudzić mięśnie. Wreszcie przysenny paraliż ustąpił i poruszyła lekko ręką.

Leżała na czymś miękkim, czując dziwny ciężar na całym ciele. I było jej zdecydowanie zbyt gorąco. Poza tym miała ściśnięty żołądek, a w ustach i całym przełyku czuła coś chłodnego i metalicznego. I nie był to smak jej krwi.

Otworzyła oczy.

Snape stał przed kominkiem z założonymi rękoma, zwrócony do niej bokiem. Był wyraźnie zamyślony; jej przebudzenie pozostało niezauważone.

Jęknęła, przekręcając się na łóżku i wydobywając spod koców. Zerknął na nią czujnie, jakby kontrolnie; szybko jednak odwrócił wzrok, niewiele sobie z niej robiąc. Wydawał się być wściekły, strapiony i... wyczekujący?

– Czy wszystko w porządku, profesorze?

– W porządku? – warknął – Jest cholernie daleko od w porządku! A to wszystko dzięki twojemu genialnemu osądowi i wspaniałemu poczuciu odpowiedzialności. Powinszować, Granger!

Tak, był wściekły.

Zagryzła wargi. Nie powie mu, że postąpiła w ten sposób, by chronić ich wszystkich – wykpiłby ją. Myślała, że da radę, ale to okazało się być silniejsze od niej. Podjęła więc decyzję. Była już spakowana tej nocy. Miała opuścić Zakon nad ranem, uprzednio żegnając się z Harrym i Ronem, którym wieczorem podała eliksir powodujący krótkotrwałą dezorientację. Nieprzytomni nie zatrzymaliby jej i pozwoliliby odejść. Jednak przebieg wypadków zrujnował jej plany. Owszem, udało jej się opuścić Zakon – ale zrobiła to w sposób znacznie odbiegający od jej wyobrażeń. Wszystko poszło źle i teraz… teraz była tutaj.

Powoli przekręciła się na łóżku i opuściła nogi na podłogę.

– To boli – szepnęła do siebie, krzywiąc się lekko. Dosłyszał to, nie mając jednocześnie pojęcia jaki ból miała w tej chwili na myśli.

– Czy ja jestem tam, gdzie myślę, że jestem? – spytała wreszcie, powracając ze swoich rozmyślań.

– Myślę, że tak.

– Panie profesorze...

– Mówi mi Severus – mruknął zgryźliwie. Przez chwilę milczała. Dobrze zrozumiała, co miał na myśli. Kolega po fachu, Merlinie…

– Nikt nie kazał panu mnie ratować. Więc dlaczego pan to zrobił, profesorze? – spytała z lekkim zaskoczeniem i niepokojem, ignorując jego sugestię.

Jego oczy zalśniły dziwnie w blasku kominka. Stał teraz odwrócony do niej plecami – nie mogła więc zauważyć, że już otwierał usta, by natychmiast powstrzymać się od odpowiedzi.

– Nie odpowie mi pan, prawda? – zapytała z goryczą.

– Nie muszę. Nie widzę powodu.

I ta odpowiedź nie spodobała się Hermionie Granger. Oboje znaleźli się w trudnej sytuacji, która nie sprzyjała niedopowiedzeniom. Najwyższy czas wyjaśnić sobie parę rzeczy.

Odwrócił się błyskawicznie, gdy tylko usłyszał, jak podniosła się z łóżka. Jego dłoń odruchowo sięgnęła po różdżkę. I napotkała jedynie pustkę.

– Tego pan szuka, profesorze?

Trzymała ją w swojej dłoni, uśmiechając się diabelsko. W życiu nie widział, żeby Granger tak się uśmiechała.

– Jak…

Był zaskoczony i zarazem zły na siebie, że tak łatwo dał się pozbawić różdżki. Nawet tego nie poczuł. Nigdy mu się to nie zdarzyło.

Zacisnął więc zęby i spojrzał na nią gniewnie. To zazwyczaj działało... ale nie, nie tym razem. Uniosła jedynie brwi i ostrym gestem wskazała mu miejsce w fotelu. Zdumiał się jeszcze bardziej, widząc, że to podziałało. Na niego.

– Skoro już pan siedzi, niech mnie pan posłucha. Nie będę mówiła do pana po imieniu, ponieważ wbrew temu, co pan uważa, darzę pana szacunkiem. A to, co pan zrobił dzisiejszej nocy, upewniło mnie w tym, że mam ku temu podstawy. Nie musiał pan tego robić, co więcej, zdaję sobie sprawę, że łatwiej byłoby tego nie robić… – Na chwilę spuściła nieco wzrok, ale widział, że wcale nie straciła go z muszki. Nieustająca czujność, jak powtarzał Moody. Zaraz znów na niego spojrzała, tym razem z dziwną determinacją. Z twarzą pokrytą warstewką jej własnej, zaschniętej już krwi, wyglądała dość... złowieszczo. – Musi pan zrozumieć, że pomimo tego, co się wydarzyło, pomimo tego, kim mogłam się stać… – na litość, czuję to – ale bez względu na wszystko… jestem i pozostanę wierna Zakonowi! I nie obchodzi mnie, komu lojalny jest pan. Jeśli mi pan nie pomoże, obawiam się, że szybko może się pan przekonać, jak ta przemiana wpłynęła na moje możliwości. – Mówiła, będąc w pełni świadomą tego, jakie zaskoczenie muszą w nim budzić jej słowa. Dla niej samej brzmiały one dość dziwnie i obco – a jednak wychodziły z jej ust i była całkowicie świadoma tego, co mówi. – Jeśli myśli pan, że się zawaham, może pan spróbować swojego szczęścia, ale na pana miejscu nie podejmowałabym tego ryzyka.

Skończyła mówić i przez jedną krótką chwilę, kiedy spoglądała w twarz swojego byłego profesora, przepełniała ją dziwna satysfakcja. Zanim nie usłyszała tego.

– Bardzo to wzruszające, Granger, ale obawiam się, że będę musiał wtrącić tu swoje słowo.

W drzwiach, oparty o framugę, stał Voldemort, uderzając od niechcenia różdżką w otwartą dłoń.