Rozdział czwarty
Część pierwsza
OoO
Harry otworzył oczy następnego dnia nieco wcześniej niż zwykle. Nic mu nie dolegało, był wyspany i czuł się naprawdę dobrze. Śniadanie przyrządzone przez Frankiego jak zwykle smakowało wspaniale. Zwykła jajecznica z niedużą kiełbaską wydawała mu się daniem bogów.
— Idziesz na zajęcia do mistrza Liu? — zapytał Frankie, kładąc pachnący, ciepły posiłek przed Harrym, a następnie usiadł przy swoim talerzu.
— Tak. Umówiliśmy się, że w ramach zapłaty pomogę sprzątać dojo. Muszę wrócić też do Edith, więc chyba przez większość dnia będę poza domem. Postaram się wrócić tak, żeby przygotować kolację, jeśli mogę.
Frankie żując kawałek kiełbaski, jedynie kiwnął głową. Chłopak sprawdził, czy woda się zagotowała i zalał im obu herbaty.
— Nie ma sprawy, ale nie siedź u niej za długo. Wracaj jak najprędzej. Musimy cię przeszkolić, jeśli zdecydujesz się na pracę w klubie.
Harry posolił nieco jajecznicę i po chwili powiedział:
— Musiałbym wiedzieć, czego dokładnie ode mnie oczekujecie, żeby ostatecznie podjąć decyzję. Co miałbym robić w klubie?
Frankie uśmiechnął się, był dumny z ostrożności chłopaka i przyznał to, dodając:
— Już Johnny ci mówił, ale dobrze, że podchodzisz z rezerwą. Nauczymy cię postawy i odpowiedniego zachowania, jak reprezentują nasi pracownicy. Zresztą zobaczymy, gdzie się będziesz dobrze czuł. Na początek będziesz selekcjonerem przy drzwiach, do tego niewiele trzeba wiedzieć. Po prostu chodzi nam o to, żebyś sam się przekonał, czy pasuje ci to miejsce. Później przenieślibyśmy cię do baru. Naszemu barmanowi przyda się nowa para rąk do pomocy. W międzyczasie mógłbyś próbować swoich sił jako żywy mebelek, albo tancerz. Jeśli tylko byś chciał, byłbyś u nas jedną z gwiazd, Harry. Subem, owszem, ale to ty byś wszystkich rzucił na kolana, wierz mi. Jesteś piękny. Nie zaprzeczaj… Cicho, nie znasz się ! — zganił go żartobliwie Frankie, gdy chłopak potrząsnął głową. — Nie kłóć się ze mną. Ale na razie to tylko plany, nic więcej. Nie myśl o tym. Skupmy się dniu dzisiejszym, a reszta przyjdzie sama.
— Jasne. Czuję się lepiej psychicznie i fizycznie. Naprawdę doceniam, że nie chcecie mnie popchnąć do czegoś, czego ja bym nie chciał. Z chęcią spróbuję pracy w klubie. Jednak… co, jeśli mi się to nie spodoba?
— Wtedy pomożemy ci znaleźć coś innego, aż nie trafisz na coś odpowiedniego — odezwał się Johnny, stając w progu. — Praca da ci poczucie niezależności. — Spojrzał na zegarek i dodał: — Chyba powinieneś już iść, Harry, jeśli nie chcesz biec całe drogi do dojo. Mistrz Liu nie toleruje spóźnialskich, a głupio by było, gdybyś przyszedł na pierwsze zajęcia cały spocony.
Harry dopił duszkiem resztkę soku pomarańczowego i wybiegł z kuchni, do przedpokoju. W pośpiechu zerwał z wieszaka swoją kurtkę i już go nie było.
oOo
Mistrz Liu uniósł głowę, kiedy wszedł Harry. Chłopiec wydawał się nieco spocony, nawet w taki ziąb. Mężczyzna wiedział o tym, że jego przyszły uczeń przeszedł poważną chorobę, ba, znał jej przyczynę, dlatego też był dla niego łagodniejszy, niż w innych przypadkach.
— Witaj, Harry. Na przyszłość radzę wyjść z domu chwilkę wcześniej, żebyś nie wpadał taki zadyszany. Chyba że biegasz, to rozumiem. Wracając do naszych zajęć. — Wręczył chłopcu gi i wskazał szatnię. — Jak się przebierzesz, wróć i wszystko ci wyjaśnię, zanim zaczniemy.
Harry po krótkiej chwili ponownie stanął w przestronnej sali i rozejrzał się z uznaniem.
— Posłuchaj uważnie, Harry, chcę, żebyś zapamiętał. Zwracaj się do mnie sensei - to znaczy mistrzu. To mój tytuł, jestem mistrzem sztuk walki. Wchodząc do tej sali, oddasz mi pokłon, a jeśli mnie nie będzie, skłonisz się w kierunku tamtego krzesła. W ten sposób okażesz mi szacunek. Kłaniając się, nie wolno ci spuścić ze mnie wzroku. Wiesz dlaczego?
Harry pomyślał przez chwilę i odparł:
— To brak szacunku. to jakbym nie uważał, że pan nie jest godnym przeciwnikiem i nie może mnie zaatakować, prawda?
Mistrz uśmiechnął się uradowany.
— Dokładnie. Bardzo ładnie, Harry. Jeśli coś cię zaboli, albo odniesiesz kontuzję, masz mi natychmiast o tym powiedzieć; drobne obrażenia mogą być czasem najgroźniejsze dla wojownika. Bez dyskusji. Jesteś specjalnym, prywatnym uczniem, przychodzisz tak wcześnie, żebyś miał czas przygotować do pracy gdzie indziej. Nie pozwól się wykorzystywać innym uczniom. Nie jesteś ich służącym. Pracujesz dla mnie, jasne? Sprzątasz dojo, zgodnie z naszą umową. Jeśli ktoś rzuci gi albo ręcznik na podłogę w łazience, nie podnosisz. Masz posprzątać, ale nie zbierać po innych. To nie należy do twoich obowiązków, tylko ich. Pokażę ci jak czyścić i polerować drewnianą powierzchnię. .
— Proszę pana? Nie, powinienem się zwracać do pana: Sensei, prawda? — Harry nerwowo przestąpił z nogi na nogę. — A co jeśli ktoś rzuci ręcznik na podłogę i sobie pójdzie?
— Zwracaj się do mnie sensei albo sifu. Oba zwroty znaczą to samo i to, który wybierzesz, zależy od ciebie. W takich wypadkach przychodzisz do mnie — odparł spokojnie mistrz Liu. — Ja zajmę się dyscyplinowaniem lenistwa innych, ale i twojego. Z drugiej strony, praca jest ciężka, dlatego nie chcę, żebyś się forsował. Rozumiesz?
— Tak, sensei. Rozumiem.
Mistrz Liu uśmiechnął się, widząc niecierpliwość w oczach chłopca.
— Cieszę się. Dość gadania. Teraz poćwiczymy. Pierwsze, czego musisz się nauczyć, to umiejętnie upadać. Patrz uważnie i potem spróbujesz powtórzyć.
Mężczyzna zademonstrował, jak Harry miał upadać - opuszczając ramię, robiąc gwałtowny obrót i padając na bok. Młody czarodziej już po piątej próbie wykonał pad prawidłowo. Sensei uśmiechnął się z uznaniem, prosząc go jednocześnie o pięćdziesiąt kolejnych, prawidłowych powtórzeń. Chłopak jęknął pod nosem, ale zaczął wykonywać ćwiczenie. Widział w nim sens, pady są ważne na każdym etapie. Zawsze lepiej wiedzieć, jak nie zrobić sobie krzywdy. Jednak te zajęcia będzie czuł przez najbliższe dni.
— Zrobiłem, proszę pana… Znaczy… Sensei. Przepraszam. — Harry otarł spocone czoło rąbkiem rękawa.
— Bardzo dobrze. Teraz nauczysz się upadać na drugą stronę — zachichotał mistrz, widząc konsternację na twarzy nastolatka. — Chyba nie sądzisz, że będziesz miał okazję upadać tylko na tę jedną stronę, co? Potem się nauczysz padów na plecy. Jak opanujesz te techniki, przystąpimy do metod ataku.
Harry westchnął ciężko, przyglądając się demonstracji nowego ćwiczenia. Tym razem trzecia próba wystarczyła, żeby wykonał je jak trzeba. Po pięćdziesięciu powtórzeniach zastanawiał się, czy nie oszalał. Bolało go całe ciało.
— Bardzo dobrze, Harry. Dałeś z siebie wszystko, musisz być obolały. Chodź, zaparzę herbaty.
Harry sapnął i ruszył w kierunku niewielkiego stolika w głębi sali. Ukląkł, jak pokazał mu mistrz Liu i z wdzięcznością przyjął czarkę herbaty.
— Ma właściwości przeciwbólowe i uzdrawiające. Za chwilę powinieneś poczuć ulgę. Gdy wypijesz dwa kubki, pokażę ci, co będzie należało do twoich obowiązków. Ja niestety muszę wrócić do biura i dokończyć robotę papierkową. Pij, Harry i nie śpiesz się, a gdy skończysz przyjdź do mnie. — Mistrz Liu wstał płynnie i ukłonił się Harry'emu. Ten odpowiedział tym samym, jednocześnie cały czas utrzymując kontakt wzrokowy, co spotkało się z uznaniem.
Harry zaczął pić herbatę, ale gdy tylko rozległo się ciche pyknięcie natychmiast uniósł głowę. Przed sobą ujrzał Zgredka.
— Zgredek?! Co ty tu robisz? Ktoś cię tu może zobaczyć!
Stworzenie zrobiło łobuzerską, cwaną minę.
— Zgedek jest sprytnym skrzatem, paniczu. Zgredek patrzył przez okno. Proszę wypić, paniczu. — Chuda ręka podała chłopakowi fiolki z eliksirem uzdrawiającym oraz energetyzującym. — To mikstury, jakie profesor Flitwick zawsze rozdaje swojej drużynie po treningu quidditcha. Zwinąłem je z ich apteczki w szatni.
Harry z wdzięcznością przyjął eliksiry.
— Dziękuję ci, Zgredku. Co ja bym bez ciebie zrobił? Jesteś dla mnie naprawdę dobry.
— Panicz Harry Potter sir dziękuje Zgredkowi? Panicz jest zbyt uprzejmy. Zgredek tylko robi, co powinien.
Hary potrząsnął głową.
— Zgredku, jesteś jedną z naprawdę niewielu osób, które mi pomagają. Jestem ci za to niezwykle wdzięczny.
— Zgredek widział Harry'ego Pottera na treningu, jak się rzucał na podłogę raz za razem. To wyglądało, jakby panicz Harry się karał za coś. To chyba nie jest dobry trening.
— Uczę się upadać tak, żeby nie zrobić sobie krzywdy. To bardzo ważne. Chciałbym mieć więcej czasu. Byłoby fajnie, gdybym mógł się nauczyć tego wszystkiego, co mistrz Liu chce mi pokazać. Boję się, że nie zdążę. Że nie będę miał na to wystarczająco dużo czasu. Lekcje są takie krótkie. A ja nie mogę poświęcić więcej niż trzy razy w tygodniu. Sensei uczy kogoś innego we wtorki, czwartki i soboty. Nie mogę narzekać, przynajmniej nie w tym wypadku, bo muszę wycisnąć z treningów, jak najwięcej się da.
Zgredek kiwnął głową.
— Tak, sensei panicza zamienia go w skrzata domowego. — Jego mina zdradzała, co naprawdę o tym myśli. — Zgredek zajmie się sprzątaniem, jak przystało.
Młody czarodziej natychmiast zaprotestował:
— Nie, Zgredku! Jesteś wolnym skrzatem i nie pozwolę, żebyś za mnie pracował. To forma zapłaty za moje lekcje. Kwestia honoru, rozumiesz?
— Jeśli to kwestia honoru czarodzieja, to Zgredek się nie wtrąca — westchnęło stworzenie. — Zgredkowi się to nie podoba, ale nikt nie zwraca uwagi na to, co myślą skrzaty domowe. Nic a nic.
Harry parsknął, odkładając czarkę herbaty.
— Ja zwracam, ale teraz na mnie to nie działa. Wcale.
Skrzat spojrzał na niego z nadzieją.
— Naprawdę? A może jednak? — Chłopak powoli pokręcił głową, a wtedy Zgredek pstryknął palcami i powiedział z westchnieniem: — W takim razie nie szkodzi, że Zgredek nie powie, co myśli. Zgredek musi iść. Jeśli panicz będzie potrzebował czegokolwiek, wie, jak Zgredka wezwać.
Stworzenie cicho znikło, a Harry dopił herbatę i poszedł poszukać mistrza Liu.
Ten uniósł głowę znad papierów, kiedy chłopak zajrzał do gabinetu.
— Już wypiłeś herbatę? — Harry przytaknął, opierając się o framugę. — Bardzo dobrze. Chodź ze mną, dam ci wszystko co potrzebne i pokażę, co będziesz robił.
Młody czarodziej podążył za mężczyzną i wkrótce otrzymał puszeczkę pasty do podłóg drewnianych i sporą szmatkę do polerowania. Mistrz powiedział mu też, że nie musi zaglądać pod prysznice, tego ranka nie wymagały sprzątania.
Harry czyścił podłogę starym, dobrym sposobem, który zawsze skutkował najlepiej. Klęcząc na podłodze, czyścił ją szmatką, aż nie był zadowolony ze swojej pracy, a dojo praktycznie lśniło czystością. Przyjrzał się efektom swojej pracy z nieukrywaną satysfakcją. Musiał tylko zobaczyć, czy odpowiadały również mistrzowi Liu. Jeśli tak – wspaniale. Odetchnął i poszedł poszukać swojego nauczyciela.
— Znakomicie, Harry. Dobra robota. Wygląda wspaniale. Zasłużyłeś na co najmniej dwie kolejne lekcje. Możesz iść do domu i coś zjeść.
Chłopak liczył się z tym, że sprzątanie zajmie mu o wiele dłużej, a mistrz Liu puści go dopiero koło pierwszej po południu. Taką godzinę podał, kiedy umawiał się na lunch z Frankiem i Johnnym.
Dopiero kwadrans po jedenastej, uśmiechnął się. Mam czas przygotować lunch.
oOo
Kiedy wszedł do mieszkania, usłyszał dziwne odgłosy. Wszedł do środka i do jego uszu dotarł cichy jęk Frankiego, a zaraz potem ostry trzask skóry o ciało. Aż za dobrze pamiętał ten dźwięk i niemal automatycznie przywołał do siebie różdżkę. Bez ani chwili wahania wtargnął do zazwyczaj zamkniętego pokoju.
To, co ujrzał omal nie spowodowało, że zaatakował Johnny'ego bolesną klątwą. Ledwo udało mu się powstrzymać.
Frankie klęczał na czworakach na niewielkim stoliku, jego ręce i nogi unieruchomione do niego szerokimi, skórzanymi pasami. Pomiędzy pokrytymi czerwonymi pręgami pośladkami miał wsuniętą wkładkę analną. Johnny stał nad nim, w jednym ręku trzymał wąski skórzany pasek, a drugą dotykał pleców skrępowanego mężczyzny.
— Co się tu, do jasnej cholery, dzieje?! Johnny! Odsuń się od Frankiego!
Johnny jednak tego nie zrobił, natomiast pochylił się, uwalniając ręce partnera. Po czym równie szybko zdjął psy krępujące nogi i Frankie wstał.
— Wcześnie wróciłeś, młody. Niech to… — Tylko spokojny ton głosu Frankiego powstrzymywał Harry'ego przed niemal niekontrolowanym użyciem magii.
— Rozumiem, że to nie to, co się wydaje. Dobra, ale i tak byłoby milo, gdybyście mi wyjaśnili pewne rzeczy — Harry posłał obu mężczyznom ostre spojrzenie.
— I to mi się podoba. Idź do kuchni, a my narzucimy coś na siebie i przyjdziemy. Odpowiemy na twoje pytania. Pamiętaj, Johnny nigdy by nie zrobił czegoś, na co nie wyraziłem wcześniej zgody. A teraz zmykaj, sio!
Harry powiódł wzrokiem po ich twarzach. Opanowanie, jakie zobaczył w oczach Johnny'ego, pozwoliło mu podjąć decyzję. Poszedł do kuchni, zrobić herbaty im wszystkim. On potrzebował jej jak nigdy wcześniej.
Nie musiał długo czekać na gospodarzy, którzy przysiedli się do stołu i skupili swoją uwagę na kubkach z gorącą herbatą. Wyraźnie czekali na to, co powie Harry.
A jemu niewiele czasu zajęło ogarnięcie kłębiących się myśli i zadał pytanie, które go nurtowało od początku:
— Co tam się do diabła działo? Znaczy, wiem, ale…
Frankie upił łyk herbaty i po chwili to on się odezwał pierwszy:
— Jestem switchem, Harry. A do tego odrobina bólu dostarcza mi jeszcze większych doznań. Johnny również jest switchem. Dawno temu ustaliliśmy pewne scenariusze naszych zabaw i często wprowadzamy je w życie. Wszystko zależy od tego, kto jest na górze, kto na dole i co się w naszym życiu dzieje. Obecnie, jestem potwornie zestresowany sytuacją w klubie. Potrzebujemy barmana i selekcjonera. Wczoraj odeszło od nas dwóch chłopaków i musimy znaleźć za nich zastępstwo. Nie jest lekko i dlatego potrzebowałem ujścia dla swoich nerwów. Nie chcieliśmy cię wystraszyć. Poczekaliśmy, aż pójdziesz na zajęcia, ale nie sądziliśmy, że wrócisz tak prędko.
Johnny otoczył ramieniem Frankiego i przytulił go, mówiąc:
— Spokojnie, wymyślimy coś.
Harry zmarszczył brwi, obserwując Johnny'ego. W jego mniemaniu to było dziwne zachowanie dla kogoś kto był dominującą stroną w związku. Jednocześnie zrozumiał, że jego wyobrażenie o takich parach jest bardzo stereotypowe i właśnie to zniechęcało go do pracy w klubie.
— Dobra, zaczynam bardziej rozumieć, ale co znaczy "switch"?
Na to pytanie odpowiedział właśnie Johnny.
— To ktoś, kto w zależności od wielu czynników może odgrywać role zarówno osoby dominującej, jak i uległej. Przez tę sytuację w klubie, Frankie potrzebuje poczuć, że ktoś panuje nad czymś, a konkretniej nad nim. Powierzył mi swoją kontrolę i dzięki temu może się skupić na czymś innym przy odgrywaniu naszej sceny.
Harry nie był do końca przekonany, co go bardziej zawstydziło, to, że widział Frankiego nago, czy fakt, że przeszkodził im zabawę.
— Przepraszam was bardzo, że zepsułem nastrój... Po prostu... Ja... Chciałem obronić Frankiego przed tobą, bo myślałem... Strasznie mi głupio.
Frankie uśmiechnął się ciepło i sięgnął przez stół, aby uścisnąć gestykulujące nerwowo dłonie chłopaka.
— Jeśli chodzi o mnie, to mi bardzo miło, że pośpieszyłeś mi z pomocą. Nawet jeśli całkiem niepotrzebnie. To było naprawdę słodkie. Poza tym nic nie zepsułeś. Pójdziesz po lunchu do Edith, prawda? — Młody czarodziej przytaknął. — Więc niczym się nie przejmuj, bez trudu wrócimy do tego, na czym skończyliśmy.
— Chcecie, żebym poszedł teraz? Czy przygotować lunch?
— Wszystko dobrze, Harry? Nie zapytałeś o wiele.
Frankie wyraźnie był zaskoczony brakiem niekończących się pytań ze strony Harry'ego. Ten jednak odparł:
— Tak, wszystko ok. Cóż… To po prostu nie moja sprawa i nie chcę wtykać nosa w coś, co mnie nie dotyczy. Jeśli ty to lubisz i Johnny nie robi nic, czego nie chcesz, to ja nie mam prawa się wtrącać. Wśród... eee... mojej społeczności panuje przekonanie, że dopóki nikt nikogo nie zmusza i nie krzywdzi, wszystko jest dla ludzi. Dlatego naprawdę mi głupio i przepraszam. — Młody czarodziej urwał i po chwili dodał: — Ale ostrzegam, Johnny, jeśli się dowiem, że jednak zrobiłeś coś wbrew jego woli, albo nie przestałeś w odpowiednim momencie... Zobaczysz, co potrafię i nie będzie ci do śmiechu. To się tyczy także ciebie, Frankie. A teraz co? Sałatka z jajkiem?
Johnny parsknął i delikatnie szturchnął partnera.
— Widzisz, nie wystraszył się. Mówiłem ci. Ma dobrego nosa. Harry? — Chłopak odwrócił głowę w jego stronę, jednocześnie szukając jajek. — Moim zdaniem właśnie udowodniłeś, że całkiem dobrze sobie poradzisz w klubie. W weekend spróbujesz sił przy wejściu. Naprawdę cię potrzebujemy.
— Dobra, jasne. Jak tylko mi powiecie, z czym będę miał do czynienia. A tu was mam. — Odwrócił się z jajkami w ręku, zamykając lodówkę. — Co one tam robiły, to nie mam pojęcia.
Wstawił wodę i zaczął wypytywać o klub i swoje przyszłe obowiązki. To, co usłyszał wcale go nie zszokowało, ani nie zaniepokoiło, więc obaj mężczyźni rozmawiali z nim otwarcie. Istotnie, nic z tego, co mówili nie było takie straszne, wbrew jego wcześniejszym obawom.
Co to jest praca w gejowskim klubie BDSM w porównaniu z oczekiwaniem świata magii, żeby najlepiej przed dwudziestymi urodzinami pokonał Voldemorta? Bułka z masłem.
Obrał ugotowane jajka, przygotował sałatkę i zrobił każdemu z nich grzankę. Musiał mieć zajęcie dla swoich rąk. Wciąż zadawał pytania, na które otrzymywał szczerą odpowiedź. Choć jemu się wydawało, że pyta o bzdury, to jednak tak nie było. Frankie i Johnny chwalili go za te pytania, uznając je za ciekawe i wnikliwe.
Rozmawiając zjedli lunch. Harry posprzątał i zerknąwszy na zegarek, stwierdził, że pójdzie do sklepiku Edith. Obiecał wrócić nie wcześniej, jak o siedemnastej.
Wziął kurtkę i wybiegł.
Frankie spojrzał na Johnny'ego z lekka oszołomiony.
— Chyba poszło całkiem nieźle, nie sądzisz?
Drugi mężczyzna uśmiechnął się i, wykorzystując to zaskoczenie, poprowadził go w stronę sypialni.
OoO
Harry nie śpieszył się, idąc do sklepiku z rzeczami używanymi. Edith powiedziała mu ostatnio, że między jedenastą a trzynastą jest największy ruch i w tych godzinach nie powinien sprzątać.
Obserwował innych przechodniów i przystawał niemal przy każdym sklepie, zaglądając przez witryny sklepowe do środka. Najdłużej zatrzymał się przy sklepie z przyborami malarskimi. Uwielbiał rysować, ale nigdy nie miał na to w Hogwarcie. Tam nikt nie zwracał uwagi na jego umiejętności nieprzydatne do walki z Voldemortem. Zastanawiał się, czy będzie w stanie coś sobie kupić. Niestety, po policzeniu drobnych, jakie miał w kieszeni, okazało się, że ma tylko czterdzieści, pięćdziesiąt pensów. Wzruszył ramionami i schował je do kieszeni. Uzbiera więcej i potem sobie kupi za jakiś czas to, co upatrzył.
Chwilę po trzynastej wszedł do sklepiku Edith.
— Dzień dobry! Przyszedłem, jak pani prosiła.
— Witaj, Harry. Ostatni klient właśnie wyszedł kilka minut temu. Umieram za herbatą, też chcesz? — Edith wyjrzała ze swojego kantorka i uśmiechnęła się szeroko.
— Nie, dziękuję. Dopiero co zjadłem lunch. Skoczę na zaplecze i popracuję z tym, co jest w pudłach. Jak będzie mnie potrzebować, proszę zawołać.
Kobieta skinęła głową i wróciła do siebie, siadając przy biurku w oczekiwaniu, aż się woda zagotuje w małym, elektrycznym czajniku.
Młody czarodziej tymczasem stanął na zapleczu i westchnął. Poprzedniego dnia ogarnął korytarzyk i doprowadził go względnego porządku, a teraz znowu należało go posprzątać – zawalony był pudłami, workami. Edith wcale nie była uporządkowaną osobą. Zapewne parę dni po tym jak on skończy u niej pracować, zaplecze będzie wyglądało tak samo, jak w chwili, gdy się zabierał do pracy. Nieważne. W każdym razie, jego zadanie będzie wykonane i on spłaci swoją grę. Teraz się też zorientował, że jeszcze jej nie uruchomił.
Znowu zaczął pod systematycznego i mozolnego wynoszenia niepotrzebnych opakowań i pudeł. Wychodząc, rozejrzał się czujnie, nie chciał spotkać tamtych wyrostków. Nikogo jednak nie było i wyniesienie wszystkiego, co zbędne nie zajęło mu wiele czasu.
Powróciwszy, rozejrzał się i stwierdził, że to, co wymyślił, jest najlepszym rozwiązaniem. Przeniósł wszystko na jedną stronę pokoju i zajął się sprzątaniem, a następnie selekcją rzeczy, przy ich ponownym ułożeniem. W końcu zostały mu trzy stosiki, w pierwszym były przedmioty i ubrania, które mogły zostać od razu wystawione na sprzedaż, w drugim – wymagające naprawy i rokujące całkiem dobrze, a w trzecim rzeczy sprawiające mu najwięcej kłopotów, bo zwyczajnie nie wiedział co z nimi zrobić. Gdy posortował rzeczy z drugiej strony i znalazły się one na odpowiednich stosikach, umył i pozamiatał podłogę. Odkładając wiadro i szczotkę, zawołał:
— Skończyłem sprzątanie i są pewne rzeczy, z którymi nie wiem, co zrobić. Może pani będzie miała jakiś pomysł.
Właścicielka sklepiku weszła na zaplecze z kubkiem herbaty w jednej ręce i herbatnikiem w drugiej.
— Cokolwiek zrobisz, Harry, będzie dobrze. Chodzi o to, żeby zmieścić nowe rzeczy, które już czekają w kolejce, a nie mam, gdzie ich dać. Tych tutaj chciałabym się pozbyć.
— W takim razie, rozumiem, że mam sam podjąć decyzje, co się nadaje do sprzedania, tak, jeśli to pani nie przeszkadza…
— Oczywiście, że nie. Jeśli coś się nie nadaje do niczego, bez wahania wywalaj. Jeśli można naprawić, odłóż, a ja się już tym sama zajmę.
— Zgoda, tak zrobię. — Harry westchnął ponownie, kiedy wyszła, wracając do kantorka.
Przeczesał dłonią swoje włosy i postanowił wezwać pomoc.
— Zgredku? Potrzebuję cię.
Skrzat pojawił się niemal natychmiast.
— Panicz Harry Potter sir, wzywał? W czym Zgredek może pomóc?
— Widzisz te rzeczy? Są nie do użytku, a ja chciałbym je naprawić, ale boję się, że gdy tylko użyję magii, zaalarmuję ministerstwo o miejscu przebywania. Mógłbyś mi pomóc?
— Zgredek zapisał paniczowi zaklęcie, które mogłoby się przydać. — Stworzenie posłało Harry'emu znaczące spojrzenie.
— Wybacz, nie miałem kiedy jej przejrzeć dokładnie. Jakie to zaklęcie?
Skrzat wybrał połamany stoliczek, stawiając go na czystej podłodze. Wykonał ręką płynny ruch i w tym czasie magia zareagowała, naprawiając uszkodzenia.
Harry zamrugał, to nie było Reparo, a jednak stoliczek wyglądał jak nowy.
— Pokaż mi raz jeszcze, proszę. A ja powtórzę za tobą.
Zgredek zademonstrował chłopakowi i faktycznie wtedy młody czarodziej czuł, że sobie poradzi z nowym czarem. Spróbował go użyć na pogiętej, małej lampie, a ta natychmiast się wyprostowała.
— To jest fantastyczne! Dziękuję ci, Zgredku!
— Zgredek pomoże Harry'emu Potterowi z tym bałaganem. — Harry próbował protestować, ale otrzymał w odpowiedzi stanowcze: — Zgredek nie prosi o zgodę i nie zamierza dyskutować z Harrym Potterem. Chce mu pomóc, jak przyjaciel przyjacielowi.
Małe stworzenie założyło wątłe ręce na piersi i posłało mu surowe spojrzenie, jakby wyzywając do kolejnych protestów.
Chłopak uśmiechnął się i odezwał:
— W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko gorąco ci za tę pomoc podziękować, Zgredku.
Po tym zapadła cisza, którą przerywał trzask i inne, ciche na szczęście odgłosy naprawiających się sprzętów. Kiedy wszystko było odnowione, Harry poukładał przedmioty i ubrania na połki. Środek pomieszczenia był teraz pusty.
Zgredek wziął do ręki nieduży, aksamitny strój Piotrusia Pana, pytając, czy może go zatrzymać. Młody czarodziej bez wahania przytaknął.
— Nie widzę problemu. Edith nawet nie wie, że to u niej jest. A jak zapyta, o ten strój, powiem, że zapracowałeś. I tak tego nie sprzeda, to jest zbyt przestarzałe. Już idziesz? — skrzat kiwnął głową, tuląc do kościstej piersi miękki materiał.
Zanim Zgredek zniknął, Harry zdążył mu raz jeszcze podziękować. Rzucił okiem na efekt swojej i skrzata pracy ze słowami:
—To teraz muszę się upewnić, że moja pracodawczyni jest zadowolona.
Zajrzał do kantorka i powiedział kobiecie, że wykonał to, co miał zrobić, a także zapytał, czy chce sama zerknąć. Edith ledwie oderwała wzrok od maleńkiego telewizorka i podziękowała mu machinalnie. Zdawała się zwracać większą uwagę na program, niż na słowa Harry'ego. Chłopak westchnął i potrząsnął głową. Przypomniał jej jeszcze, że jeśli by nie była zadowolona, wystarczy, że zadzwoni do Frankiego i Johnny'ego.
OoO
Harry spojrzał na zegar na bankiem w głębi ulicy. Miał jeszcze godzinę, zanim będzie mógł wrócić zgodnie z umową. Nie chciał teraz ryzykować i powtarzać sytuacji z rana. Poszedł więc do sklepu z przyborami malarskimi i karmił oczy cudownościami na witrynie i wewnątrz. Dygotał z zimna i marzył.
Powoli szedł i znów przystawał przy każdej wystawie. Sprawdził godzinę i westchnął rozczarowany. Minęło tylko dwadzieścia minut. Był zziębnięty i zmęczony. Chciał wrócić do domu.
Uśmiechnął się, mieszkał z Frankiem i Johnnym parę dni, a już uznawał ich mieszkanie za swój dom.
Harry przedłużając swój powrót do domu, nawet nie zdawał sobie sprawy, jak mało brakowało, żeby Draco Malfoy go zobaczył.
Młody Malfoy był wściekły. Rozmowa z Charlesem Abbotem wcale nie dała taki rezultatów, jakich po niej oczekiwał. Był również porażony różnicami kulturowymi świata magii i mugoli, zwłaszcza jeśli chodziło o zaspokojenie homoseksualnych potrzeb. Charles wskazał mniej więcej, gdzie znajduje się dzielnica czerwonych latarni. Jednak nie podał nic konkretnego. Więc on, Draco Malfoy, wraz z Crabbem i Goylem łazili po okolicach I zaglądali w zaułki.
Był tym cholernie, ale to cholernie zmęczony. Ojciec załatwił mu możliwość powrotu do domu na weekend, a on tymczasem marnował swój czas na szukanie Pottera.
— Dobra, ja wracam do domu. Wy szukajcie dalej. Jeśli go znajdziecie, sprowadźcie go do rezydencji i… Nie wiem… Skujcie, zwiążcie, cokolwiek, żeby znowu nie zwiał. Jasne?
Crabbe westchnął cierpiętniczo. Też chciał wrócić do domu. Ostatnio nie widywał się z rodzicami i było mu źle z tego powodu. Goyle jedynie burknął coś pod nosem. Jemu z kolei było wszystko jedno. Cokolwiek Draco chciał, było do wykonania.
OoO
Harry ostrożnie wślizgnął sie do mieszkania, intensywnie nasłuchując. Odpowiedział mu cichy śmiech dobiegający z kuchni.
— Możesz bezpiecznie wejść, Hary. Żadnego zagrożenia golizną. Johnny zadzwonił po tajskie żarcie, zaraz powinni dostarczyć.
Chłopak odwiesił okrycie i wszedł do kuchni.
— Świetnie. Głodny jestem jak wilk. Posprzątałem w sklepiku, ale coś mi się zdaje, że porządek nie potrwa za długo. Edith za nic nie potrafi go utrzymać.
— To cudowna, mądra kobieta, ale organizacja i porządek to nie w jej stylu. Gdybyś tylko widział jej księgowość… Albo nie, trzymaj się od tego jak najdalej, dobrze ci radzę. Dobra, nakryjmy do stołu.
Młody czarodziej uśmiechnął się, widząc dzbanek herbaty wraz z trzema kubkami i łyżeczkami już na stole. Obok nich postawił podawane mu Frankiego talerze i pozostałe sztućce. Sięgnął też po małe serwetki, z których również korzystali. Kładł ostatnią z nich, gdy usłyszał dzwonek do drzwi.
Najpewniej dostawca jedzenia z pobliskiej tajskiej knajpki.
— Otworzę.
Frankie pokręcił głową i delikatnie go powstrzymał.
— Lepiej ja. Brakuje drobnych w miseczce przy drzwiach. Zapomniałem dołożyć wcześniej.
Młody czarodziej uśmiechnął się, wzdychając. Frankie był świetny, ale czasami zapomniałby własną głowę.
— Dobra, to ja dokończę nakrywać do stołu.
Mężczyzna po chwili wrócił, niosąc papierowe torebki z jedzeniem na wynos. Zawołał Jonny'ego do stołu i przyznał:
—Johnny, zapomniałem dołożyć drobnych do miski przy wejściu. Wrzucisz tam parę pensów? Ach i tak, muszę wreszcie skończyć projekty nowych strojów dla pracowników, przypomnij mi dobrze?
— W porządku. Tym razem jeszcze dołożę, ale popracuj nad pamięcią, kochanie.
Frankie zacisnął szczęki i widać było, że zabolał go ten przytyk. Z jednej strony Harry mu współczuł i z trudem powstrzymał język za zębami. Z drugiej – zdążył zauważyć, że to była norma i częsta przyczyna sprzeczek między mężczyznami.
Postanowił jakoś pomóc, aby nie dopuścić do awantur.
Posiłek minął w miłej atmosferze. Harry przysłuchiwał się łagodnym, choć chwilami uszczypliwej wymianie zdań, cały czas zastanawiając się, czy przyjąć propozycję pracy w klubie, czy też nie. W końcu stwierdził, że musi zaryzykować i zobaczyć, co los mu przyniesie.
Johnny uśmiechnął się, dostrzegając coś w jego twarzy i rzucił tylko:
— No wreszcie się namyśliłeś. Jaka decyzja?
— Spróbuję. Nic nie obiecuję, ale chętnie się nauczę co trzeba i zobaczę, czy dam radę. W porządku?
— O nic więcej nie prosimy. Jeśli nie będzie ci pasować to nie i już. Poszukamy ci wtedy czegoś innego. Nie martw się. — Wstał od stołu, zbierając puste talerze. — Dziś ja zmywam, a wy zdychajcie po tym pysznym żarełku. Harry, zobacz sobie swoją grę, zasłużyłeś w końcu.
Młody czarodziej zaproponował swoją pomoc, ale obaj mężczyźni kategorycznie wysłali go do pokoju, aby odpoczął. Frankie postanowił wrócić do tego, co zamierzał i z kubkiem świeżej herbaty zasiadł przy burku.
Harry z kolei poszedł do siebie i wyciągnął grę z pudła, które było pod łóżkiem. Otworzył siatkę i zaniemówił. Wszystko było niemal oryginalnie zapakowane z instrukcją. Zaskoczył go taki stan rzeczy, ale uznał, że poprzedni właściciel musiał być równie pedantyczny co Hermiona, albo i gorzej.
Uśmiechnął się smutno, myśląc o swoich przyjaciołach i marząc, aby była jakaś, jakkolwiek możliwość nawiązania z nimi kontaktu. Bardzo za nimi tęsknił, ale wiedział, że ma się kto o nich zatroszczyć.
W końcu uruchomił urządzenie zdecydował się na Final Fantasy III, bo wydała mu się interesująca. Wcisnął guzik i na ekranie pojawiła plansza rozpoczynająca grę.
