Rozdział 7

Sztuka zadawania pytań

- Romanse?

Lestrade odebrał od Johna kubek mamrocząc pod nosem "dzięki", ale nawet na moment nie spuścił wzroku z Sherlocka, który siedział bezczelnie rozwalony w swoim fotelu. Wciąż był niepocieszony, że Lestrade nie zjawił się wieczór wcześniej, żeby być bezpośrednim świadkiem jego detektywistycznego geniuszu.

- Tak właśnie powiedziałem – odparł leniwie. – Coś jest niejasne?

Lestrade przeniósł spojrzenie na Johna, który postanowił się nad nim zlitować.

- Richard Simpson, Philippa Saunders i Moira Pickering: cała trójka miała sekretne romanse z żonatymi mężczyznami – wyjaśnił.

- Kochanek, który nie zostaje na noc... – przypomniał sobie Lestrade. – Tak powiedziałeś w mieszkaniu Moiry Pickering, bo jej łóżko stało przy ścianie.

- Tak – zgodził się Sherlock. – Zadziwiające, ale nadal nieźle pamiętam swoje dedukcje sprzed trzech dni.

John skierował się w stronę kominka, po drodze kopiąc mocno kostkę Sherlocka i otrzymując w odpowiedzi pełne wyrzutu spojrzenie. Wskazał na przyczepione do ściany kopie notatek ze słowem "Przepraszam".

- Cała trójka zostawiła przed śmiercią notatki.

Lestrade dołączył do niego, przyglądając się uważnie świstkom.

- Na Boga, Sherlock, nie sądziłem, że to możliwe, ale twój charakter pisma zrobił się jeszcze gorszy – skomentował, biorąc łyka herbaty.

Sherlock zachichotał. Oburzenie na twarzy Johna wyraźnie poprawiło mu nastrój. Zerwał się na nogi.

- Nie tylko nie potrafisz rozpoznać typowego nieczytelnego gryzmolenia doktora – powiedział do Lestrade'a, który posłał Johnowi przepraszający uśmiech – ale nikomu z twoich ludzi nie udało się zauważyć, że ta notatka – wskazał na kartkę znalezioną w mieszkaniu Bensona – nie została napisana przez ofiarę. Sprawdziliście tylko pierwszą, nie mylę się?

- Więc kto ją napisał?

Sherlock uśmiechnął się tajemniczo.

- Czekaj chwilę – zaczął powoli Lestrade. – Przesłuchiwałem Helenę Bagshaw i wszystkich współpracowników Bensona... nie wyglądało na to, żeby facet mógł mieć z kimkolwiek romans.

- Istotnie – potwierdził Sherlock. – Ale regularnie spędzał całe noce zamknięty w hotelowym pokoju z zamężną kobietą, czyż nie?

Twarz Lestrade'a rozjaśniła się w tym samym błysku nagłego zrozumienia, którego wcześniej doświadczył John.

- Więc morderca...

- ...popełnił błąd – dokończył Sherlock. – Co prowokuje bardzo interesującą serię pytań, nie uważacie?

John i Lestrade pokiwali równocześnie głowami – obaj mając nadzieję, że Sherlock nie poprosi ich o zadanie wspomnianych pytań.

- Więc kto napisał notatkę? – powtórzył Lestrade.

- To chyba oczywiste?

- Och, dajże już spokój – westchnął John.

Sherlock prychnął.

- Co jest napisane na kartce? – rzucił, natychmiast odpowiadając na własne pytanie: – Przepraszam. Morderca zmusił trzy ofiary do okazania skruchy za cudzołożne związki; ale w przypadku Bensona nie było żadnego związku. Mężczyzna cały czas rozpaczał po stracie żony, co zabójca pewnie by nawet pochwalił.

Przemierzał teraz salon w tę i z powrotem, a Lestrade i John podążali za nim spojrzeniem.

- Ofiara udowadnia swoją niewinność – albumy ze zdjęciami, odznaki potwierdzające uczestnictwo w spotkaniach AA – ale jest już za późno. – Przystanął. – Benson zobaczył mordercę, więc musiał zginąć. A zatem komu należały się przeprosiny? – spytał retorycznie. – Kto popełnił błąd i być może nawet czuł z tego powodu skruchę?

- Więc mamy charakter pisma mordercy – zrozumiał Lestrade. – Co raczej nie pomoże nam w schwytaniu go, prawda?

Sherlock wrócił na swój fotel.

- Niestety nie, ale z pewnością przyda się przy ocenianiu materiału dowodowego – powiedział. – Poza tym znamy już profil ofiary, bardzo przydatny na tym etapie śledztwa. Rozbieżność między charakterami pisma jednoznacznie wskazuje, że Neil Benson nie pasował do pozostałej trójki. Mamy definitywny motyw. Morderca celuje w ludzi, którzy utrzymują regularne kontakty seksualne z zajętymi partnerami, mimo że sami są stanu wolnego.

Żołądek Johna zaburczał niemal w tym samym momencie i Sherlock zmarszczył brwi, zirytowany, że ludzkie słabości przeszkadzają mu w pracy. John zignorował go.

- Jadłeś już śniadanie? – spytał Lestrade'a, który pokiwał głową.

- To mi wystarczy, dzięki. – Uniósł swój kubek.

- Ja zaraz umrę z głodu – oświadczył stanowczo John. Odszedł w stronę kuchni i po chwili rozległ się klekot drzwi od lodówki, po którym nastąpił trzask zamykanych szafek i kilka stłumionych przekleństw. – Tost musi wystarczyć. Mogę pożyczyć trochę miodu? – zawołał do Sherlocka, przekrzykując szum czajnika.

- Racjonujecie produkty żywnościowe? – spytał Lestrade, przysiadając na drugim fotelu.*

Sherlock rzucił Johnowi krótkie "Oczywiście" i odwrócił się w stronę Inspektora.

- Miód rzekomo należy do mnie. Nie kupuję go, ale John usiłuje wpoić mi koncepcję szacunku dla cudzej własności. – Na twarzy Sherlocka pojawił się niepokojąco łobuzerski uśmiech. – Niezbyt mu się udaje.

John wrócił po chwili do pokoju z pełnym talerzem w dłoni.

- Skończył się mój dżem – wyjaśnił, gryząc tosta i kierując się z powrotem pod ścianę z notatkami. Odstawił talerzyk na oparcie sherlockowego fotela, podniósł długopis i dopisał na kartce kilka szczegółów na temat mieszkania Bensona, po czym wycofał się z powrotem do kuchni.

- Mamy dwa ogniwa – powiedział Sherlock, podnosząc nieprzytomnie kawałek tosta. – Pierwsze: czego zabójca szuka w swoich ofiarach: to już udało się ustalić. – Wgryzł się w chleb, a John podszedł i włożył mu do drugiej ręki kubek.

- Okej – zgodził się Lestrade, obserwując, jak jedzenie znika w ustach detektywa z imponującą prędkością.

- Drugie ogniwo: w jaki sposób znajduje ofiary – kontynuował Sherlock. Wziął duży łyk z kubka i skrzywił się. – John, to jest herbata – poskarżył się.

- Wspaniała dedukcja.

- Ale ja specjalnie chciałem kawę.

- Ale specjalnie mi o tym nie powiedziałeś.

- Nie powiedziałem też, że chcę herbatę.

- Daj mi ją. – John wymienił jego kubek na własny. – W porządku? – spytał Lestrade'a, wskazując na jego herbatę.

- Tak, tak – odparł szybko Lestrade'a i pośpiesznie dokończył swój napój, zanim John zdecydował się oddać go Sherlockowi. Czuł się trochę tak, jakby znalazł się w teatrze podczas trwania dobrze przećwiczonej sztuki i był jedynym aktorem, który nie nauczył się roli.

- W Londynie są tysiące osób, które spełniają kryteria mordercy – mówił dalej Sherlock. – Ale w jaki sposób je znajduje? – Popił kawę i odstawił kubek na gzyms kominka. – Żadna z trzech ofiar nie rozmawiała na temat swoich romansów, w czwartym przypadku romansu wcale nie było. W jaki sposób zdobył informacje na temat tych ludzi?

Lestrade zastanowił się.

- Cóż, ustaliliśmy już, że między ofiarami nie było żadnych powiązań, więc morderca raczej nie mógł znać ich osobiście... Zwłaszcza Neila Bensona, skoro tak się pomylił na jego temat.

John znowu przyglądał się notatkom.

- Pracowali w różnych miejscach, ale biura nie były daleko od siebie – zauważył. – To znaczy, nie są na tej samej ulicy czy coś, ale wszyscy pracowali w centrum.

- Biura... – wymamrotał Sherlock. – Biura... Tak! – Poklepał Watsona po ramionach. – Genialne! – krzyknął rozpromieniony. John skupił się na próbie niewyplucia swojej herbaty, a Lestrade zerwał się na nogi, czując, że dzieje się coś zbyt istotnego, żeby siedzieć w fotelu.

- Jak to mówią, nie ma dymu bez ognia... Ale nie mieli racji co do jednej z ofiar – powiedział z ekscytacją Sherlock.

- Pomylili się? Jacy oni? – spytał Lestrade.

Sherlock obrócił się na pięcie.

- Plotki! – odparł, swoim najlepszym "znowu zostawiłeś mózg w domu?" tonem. – Morderca ma dostęp do biurowych plotek. – Podszedł szybkim krokiem do ściany i wskazał na zdjęcie Richarda Simpsona. – Numer Jeden był menedżerem i miał romans z kimś, kto pracował w gabinecie obok. – Dźgnął palcem kolejne dwie fotografie. – Numer Dwa i Numer Cztery: obie pracowały w dużych firmach i sypiały ze swoimi pracodawcami. – W końcu wskazał na Neila Bensona. – Co powiedziała nam Helena Bagshaw na temat Numeru Trzy? – spytał Watsona. – O jego pracy?

John wrócił myślami do tragicznej historii.

- Powiedziała, że jej nie potrzebował, że chciał tylko mieć jakieś zajęcie – odparł. Sherlock pokazał gestem "mów dalej". – I że jej mąż pomógł mu ją dostać, bo... och. Bo pracował w tym samym budynku!

- Otóż to! – potwierdził Sherlock. Podszedł do biurka i pochylił się nad komputerem, wystukując coś na klawiaturze. – Mam – powiedział, przewijając w dół stronę internetową firmy. – Mąż Heleny jest dyrektorem generalnym. – Odsunął się i pokazał im na ekranie zdjęcie masywnego mężczyzny po pięćdziesiątce. – Wyobraźcie sobie te plotki, kiedy jego żonę przyłapano kilka razy wchodzącą do hotelowego pokoju z podrzędnym pracownikiem firmy!

- Fantastyczne! – ucieszył się John. Przysunął się do biurka i postawił na nim talerzyk. Sherlock pojaśniał z dumy (John przekonał go wcześniej, że fałszywa skromność nie jest w jego stylu) i wyprostował się, biorąc ostatni kawałek tosta. Podążył z powrotem w stronę zaimprowizowanej tablicy korkowej i stanął przed nią, w zadumie kontemplując lokalizacje firm.

Lestrade zmusił się do skupienia uwagi na sprawie, a nie przedziwnym rytuale podstępnego karmienia, który właśnie odbywał się na jego oczach.

- Więc jak go znajdziemy? – spytał.

- Badania terenowe – odparł Sherlock i automatycznie wyobraził sobie reakcję Mycrofta na te słowa. Jedno spojrzenie w bok przekonało go, że John myśli o tym samym i wymienili rozbawione uśmiechy.

- Znajdźcie sobie pokój – wymamrotał Lestrade.

- Mieszkamy tutaj – zauważył Sherlock. John podniósł z biurka pusty talerz i zaniósł go do kuchni, po drodze posyłając Lestrade'owi pełne wyrzutu spojrzenie.

- Szukaliście powiązań między ofiarami, ale to, co naprawdę musimy znaleźć, to powiązania między ich miejscami pracy – poinstruował Sherlock. – Może wszystkie korzystały z usług jednej firmy ochroniarskiej? Ten sam mężczyzna naprawiał ich kserokopiarki? – Sięgnął po swoją kawę.

- Dobra. – Lestrade pokiwał głową. – W takim razie idę i od razu się tym zajmę. – Poklepał się po kieszeniach kurtki, sprawdzając, czy wszystko jest na miejscu, po czym wetknął głowę do kuchni.

- Dzięki za herbatę, John – powiedział. – Pilnuj go, okej?

- Jak najbardziej – odparł Watson. – Chcesz, żebym zerknął jeszcze na twoje kolano?

Lestrade zamrugał zaskoczony – nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że kuleje. Doprawdy, John robił się równie nieznośny jak Sherlock, chociaż, być może, tylko w zagadnieniach medycznych.

- Nic mu nie jest, po prostu uderzył się w półkę na korytarzu – oświadczył Holmes. – Masz farbę na rękawie, tam, gdzie się przytrzymałeś, żeby nie stracić równowagi – dodał gwoli wyjaśnienia.

- Szlag! – Lestrade zerknął ze złością na swój mankiet. – Czemu wasz cholerny mebel na książki zamiast książek ma na półkach farbę?

- Siostrzeniec pani Hudson robi remont – odparł John. Wskazał na siniaka na swoim czole. – Nie jesteś jego pierwszą ofiarą.

- Nie wiem, po co w ogóle przywlekła mu tę półkę – mruknął Sherlock, nagle czując niewyjaśnioną irytację. – I tak nie czyta niczego poza Auto Traderem.


Kolejne dwadzieścia cztery godziny minęły wszystkim na zadawaniu pytań i nieotrzymywaniu w odpowiedzi ani jednej użytecznej informacji. Kiedy Sherlock i John przyjechali do Scotland Yardu w piątkowy poranek, jedyną rzeczą, do której udało im się zbliżyć, był kolejny weekend.

Z korytarza dobiegł ich głos Hopkinsa.

- Ale inni detektywi mogą nosić normalne ubrania, sir!

Odpowiedź Lestrade'a rozbrzmiała akurat w momencie, kiedy obaj policjanci wkroczyli do pomieszczenia.

- Przykro mi, Hopkins, ale już ci to tłumaczyłem: wyglądasz zbyt młodo. Jak nie masz na sobie munduru, nikt nie wierzy, że jesteś oficerem policji.

- A nawet wtedy myślą, że jesteś tylko wyjątkowo kiepskim kissogramem** – dodał złośliwie Anderson.

Hopkins zignorował go, westchnął, rozczarowany odmową Lestrade'a, po czym zdał sobie sprawę z niecodziennej ciszy i obrócił się. Na widok Sherlocka jego twarz rozciągnęła się w szerokim uśmiechu. Była to jedyna taka reakcja w pokoju; znajdowała się w nim cała ekipa i John dostrzegł Sally, odsuniętą od nich na największą odległość, na jaką pozwalała przestrzeń. Mamrotanie między policjantami zaczynało powoli przybierać na sile.

Lestrade podniósł głos.

- W porządku. Konferencja prasowa! – zawołał, czekając, aż wszyscy ucichną. – Zaczyna się za pół godziny. Każdy, kto nie bierze udziału, niech wraca do tego, co robił wczoraj: niedziela zbliża się wielkimi krokami i musimy złapać tego faceta! – Większość ekipy ulotniła się po tych słowach z pokoju.

- Przyjdziesz na konferencję? – spytał Lestrade Sherlocka. – Wiesz, popatrzeć, sprawdzić, czy nie zauważysz nikogo podejrzanego? Udział w konferencji to bardzo typowe zagranie seryjnych morderców.

Sherlock skrzywił się na ideę szufladkowania kryminalistów, co uważał za kompletną stratę czasu, ale kiwnął głową.

- Jakie informacje masz zamiar ujawnić? – zapytał.

Lestrade wzruszył ramionami.

- A jakie informacje mamy? Jeśli romansujesz z żonatym facetem, nie wpuszczaj nikogo do domu w niedzielę?

- Czy to rozsądne? – spytał Sherlock tonem mówiącym "To głupota". – Jeśli ujawnisz publicznie profil ofiary, pojawią się naśladowcy.

- Tak, to ryzyko, ale co innego możemy zrobić? – Lestrade fuknął z frustracją. – Musimy ostrzec ludzi.

- Musimy?

Hopkins przysunął się bliżej Johna, nie chcąc, żeby ktokolwiek zwrócił uwagę na jego obecność w pokoju.

- O co chodzi? – wymamrotał, podczas gdy Holmes i Lestrade dalej się sprzeczali.

- Pomyśl o tym – poradził mu równie cicho John. – Ludzie, którzy pasują do profilu ofiary, i tak mogą mieć wrogów. – Zerknął kątem oka na Hopkinsa, który wyraźnie słuchał, choć nie spuszczał wzroku z Sherlocka. – Wyobraź sobie, że jesteś żonaty, a twoja partnerka nie jest ci wierna – podsunął. – Albo nawet starsze pokolenie – dodał po chwili zastanowienia. – Twoja córka albo syn ma romans, a ty obawiasz się utraty wnuków w razie rozwodu. Tego rodzaju uczucia popychają ludzi do desperackich czynów. Jeśli usłyszą w wiadomościach, że seryjny morderca zabija dokładnie te osoby, którymi sami pogardzają, niektórzy z nich mogą nie poprzestać na trzymaniu kciuków.

- Ktoś może pomyśleć, że to jedyna szansa, żeby zbrodnia uszła mu na sucho. – Hopkins pokiwał ze zrozumieniem głową. – Jedyna taka szansa... jak w A.B.C., chociaż to by było korzystanie z sytuacji, a nie stwarzanie jej własnoręcznie.

- Dokładnie tak – odparł John. – Tego właśnie obawia się Sherlock.

Hopkins westchnął z zachwytem.

- Jest niesamowity, no nie?

- Tak zawsze myślałem.

- Jest jedna rzecz, której nasz ulubiony psychopata... przepraszam, socjopata... nam nie wyjaśnił – rozległ się w pokoju zjadliwy głos Andersona. – Skąd morderca wiedział, że ofiary będą same w domu w niedziele?

Sherlock poświęcił mu krótkie spojrzenie.

- Znowu próbujesz używać obu komórek mózgowych na raz, Anderson? – spytał. – Wiesz, że to się nigdy dobrze nie kończy.

- Przynajmniej wiem, że Ziemia kręci się wokół słońca! – rzucił Anderson. John westchnął. Za każdym razem, kiedy cholerny facet po raz setny przywoływał to samo zdanie, Sherlock przypominał sobie o tym, co wciąż uważał za osobistą zdradę. John żałował, że w ogóle umieścił ten nieszczęsny tekst na blogu.

- Powiedział facet, który przy pytaniu o miasto na "Q" zasugerował Kubę – wtrącił się Hopkins. W pokoju zapadła cisza.

- Dobre! – wyszeptał John, patrząc, jak usta Lestrade'a drgają. Nawet Sherlock wydawał się być pod lekkim wrażeniem, zanim nie uciszył wszystkich machnięciem ręki.

- Każda z ofiar była zaangażowana w związek z żonatym partnerem, niektórzy z nich mieli dzieci – powiedział, odpowiadając na oryginalne pytanie. – Jeśli jesteś czyimś wstydliwym sekretem, w weekendy musisz obejść się smakiem. – Kilka par brwi uniosło się pytająco na dźwięk goryczy w jego głosie. – Jak jest u ciebie, Sally? – Odwrócił się, patrząc jej prosto w oczy po raz pierwszy od wkroczenia do pokoju. Dziewczyna praktycznie zasyczała ze złości.

Lestrade zainterweniował natychmiast.

- Możecie przestać, oboje? – Przeniósł spojrzenie na Sally. – Przymykałem na ciebie oko ze względu na wrzesień, ale musisz wreszcie dać sobie spokój – powiedział. – A teraz idź i sprawdź, czy wszystko jest gotowe na konferencję.

Sally pozbierała papiery i oddaliła się, wciąż kipiąc z wściekłości, z Andersonem drepczącym jej po piętach.

Lestrade westchnął ciężko.

- W porządku – powiedział, odwracając się z powrotem do Sherlocka. – Jakieś inne pomysły co do czasu? Spece od profili uważają, że niedziela musi mieć dla niego jakieś psychologiczne znaczenie.

- To może być prawda – przyznał Sherlock. – Ale równie dobrze to może być jego dzień wolny w pracy. – Potrząsnął głową. – Czwarta ofiara została zabita między szóstą a północą, ale odurzył ją przed południem. Trzecia umarła nad ranem. Może wyznaczać niedzielny wieczór na czas morderstwa, ale dostaje się do nich wcześniej.

- Więc co z nimi robi? – spytał John, który nie mógł pozbyć się tej myśli od czasu rewelacji na temat filiżanki. – Musi się przygotować? Ma jakiś rytuał, który zajmuje mu cały dzień?

- Nie ma żadnych dowodów na molestowanie seksualnie, podobnie jak na żadne tortury fizyczne poza związanymi nadgarstkami – przypomniał mu Lestrade.

- Nie, ale musi coś z nimi robić – poparł Johna Sherlock. – To by wyjaśniało, czemu trzecia ofiara została zabita nad ranem. Kiedy potwierdziła się jej niewinność, rytuał został utrudniony.

Lestrade potarł dłonią czoło.

- Więc musimy ostrzec samotnie mieszkających ludzi między, jakim wiekiem? Od osiemnastu do czterdziestu lat? Pięćdziesięciu? – Wszyscy wkoło pokiwali głowami. – I wszystkich, którzy pracują w biurach. Żeby zachowali czujność w niedzielę, nie wpuszczali do domu nieznajomych, najlepiej spędzili dzień z przyjaciółmi albo rodziną.

- Jeśli to uspokoi media – zgodził się Sherlock. – Ale i tak niczego nie zmieni. – Wzruszył ramionami. – Kilkoro paranoików dostosuje się do zaleceń, ale większość puści ostrzeżenia mimo uszu i będzie dalej robiła to, co zwykle, przekonana, że takie rzeczy zdarzają się innym ludziom. – Uniósł dłonie w geście "co zrobić?". – Ludzka natura.


Nie zauważył na konferencji prasowej nikogo podejrzanego poza kamerzystą, który okazał się ukrywać w rolce filmu pięć gramów kokainy. Lestrade i John upewnili się, że narkotyki zostały prędko skonfiskowane i wywiezione daleko poza budynek departamentu, obaj czując ulgę, że Holmes nie dokonał odkrycia samotnie.

Sherlock przewrócił tylko oczami.

- Przebadałeś już czaszkę, John? – rzucił z sarkazmem i jęknął, kiedy Lestrade obrócił gwałtownie głowę. – Wspaniale, teraz sprawdzicie obaj.

Udało im się opuścić Scotland Yard dopiero późnym porankiem i zanim Sherlock zdążył złapać jedną z taksówek, które zawsze zdawały się walczyć o jego względy, John chwycił go za przedramię.

- Możemy iść piechotą? – spytał. – Wiem, że jest zimno, ale potrzebuję trochę świeżego powietrza. I jest piękna pogoda.

Sherlock skrzywił się, ale nie zaprotestował, zamiast tego stawiając kołnierz płaszcza i zaciskając ciaśniej niebieski szalik.

- W takim razie musisz mi oddać rękawiczki – zdecydował. – Te, które pożyczyłem ci we wtorek. Moja druga para została w domu.

John zastanowił się przez moment, po czym krzyknął z oburzeniem:

- Nie pożyczyłeś mi ich, ty bezczelny draniu! Owinąłeś nimi filiżankę, którą wetknąłeś mi do kurtki, żebyś nie musiał sam jej nosić!

- Masz je czy nie?

Nadal warcząc pod nosem, John wyjął rękawiczki z kieszeni i patrzył zazdrośnie, jak Sherlock wkłada je na dłonie.

- Gdzie masz swoje?

- Nie potrzebuję. – Schował ręce do kieszeni.

Sherlock westchnął.

- Jaki jest sens ciągłego kupowania ci nowych rękawiczek, jeśli za każdym razem je oddajesz? – zirytował się. – Mam na nich wyszyć twoje imię? Wsadzić ci je pod kurtkę przyczepione do siebie sznurkiem?

- Miałeś takie jak byłeś mały? – spytał John, nagle wyobrażając sobie zakopanego w śniegu małego chłopca, z bystrymi oczami i burzą niesfornych loków.

Sherlock posłał mu rozbawione spojrzenie.

- Czegokolwiek sobie właśnie nie wyobraziłeś, zapewniam cię, że tak nie wyglądałem – powiedział. W jego głowie niespodziewanie pojawiła się wizja małego – cóż, mniejszego – Johna Watsona, z zaczerwienionym nosem i radosnym uśmiechem, prowadzącego swój mały oddział dzieciaków do zwycięstwa w bitwie na śnieżki. Zamrugał gwałtownie, próbując pozbyć się absurdalnego obrazka z umysłu, i przyśpieszył kroku.

John spróbował dodać do swojej wizji małego Sherlocka złośliwy uśmieszek, i wyobraził sobie, jak przyszły detektyw-konsultant używa rękawiczek na sznurku do skonstruowania pułapki. Pułapka musiałaby być na Mycrofta... W tym momencie wyobraźnia Johna odmówiła posłuszeństwa. Jedyne, co widział przed oczami, to nieco niższą wersję starszego Holmesa, nadal w trzyczęściowym garniturze i meloniku.

Spacerowali właśnie przez Green Park i John pozwolił swoim myślom dryfować.

- Myślisz, że zostalibyśmy przyjaciółmi, gdybyśmy poznali się wcześniej? – spytał nagle.

Sherlock zmarszczył brwi, zastanawiając się nad tym.

- Spekuluję, że...

- To nadal oznacza "przypuszczam", wiesz? – wtrącił się John.

Sherlock zignorował go.

- Sądzę, że, biorąc pod uwagę przeróżne czynniki, których wymienianie zajęłoby zbyt wiele czasu... sądzę, że nie byłoby to zbyt prawdopodobne – powiedział dziwnym głosem.

John spojrzał na niego zaciekawiony.

- Wymień mi któreś z czynników – poprosił.

Sherlock odpowiedział dopiero po dłuższej chwili.

- Kiedy miałem dwadzieścia kilka lat – zaczął niechętnie – nie było we mnie nic, co mógłbyś podziwiać. – Zamilkł, wyraźnie nie zamierzając wchodzić w szczegóły. – Poza tym – posłał mu krótkie spojrzenie – nie jestem pewien, czy bym cię rozpoznał.

- Rozpoznał...? – John był zakłopotany, ale Sherlock nie powiedział nic więcej. – A co, gdybyśmy byli jeszcze młodsi? – dodał w końcu. – No wiesz, jeszcze w szkole?

- Co ci się nagle stało? – spytał Holmes. – Filozoficzne rozważania nie są w twoim stylu.

John wzruszył ramionami.

- Nie wiem – powiedział. – Chyba myślałem o, no wiesz, przeznaczeniu i takich innych. Na przykład, co by się stało, gdybyśmy nie spotkali się wtedy, w laboratorium Bartsa? A co, gdybym nie poszedł do wojska? Nie nauczyłbym się nigdy strzelać, więc nie byłbym ci tak pomocny...

- ...i byłbym teraz martwy – dokończył Sherlock. – Oglądasz za dużo Doctora Who. Przypomniałeś sobie ten odcinek o wybieraniu innej drogi na skrzyżowaniu, prawda? – Potrząsnął głową. – Nie pojmuję, po co Harry kupiła ci taki dziecinny prezent.

- Wiedziała, że lubiłem stare sezony i pomyślała, że chciałbym obejrzeć nowe – wyjaśnił John. – I naprawdę mi się podobają. Doctor Who to klasyczna telewizja, jest bardzo... – poszukał odpowiedniego słowa - ...brytyjska.

- To program dla dzieci.

- Czyli idealny dla nas obu – odparował John. – W takim razie czemu nie usunąłeś go z dysku?

- Bardzo bym chciał – odparł Sherlock. – Ale to nie ma sensu, dopóki wpływa w takim stopniu na twoje zachowanie.

Szli przez chwilę w ciszy.

- Więc udało ci się przekonać Lestrade'a, żeby nie ujawniał profilu ofiary. To dobrze – powiedział John.

- Co? – odparł odruchowo Sherlock, zagubiony w myślach. – Ach. Tak. Bardzo dobrze. To by mogło odstraszyć prawdziwego mordercę.

John przystanął.

- Właśnie tym się martwisz? – spytał. – Nie naśladowcami?

- Hmm? – Sherlock zorientował się, że zostawił Watsona w tyle i obrócił się. – No chodź, John – pogonił go. – Sam chciałeś iść piechotą, a teraz się guzdrzesz. Jak tam twoje dłonie? – Zawrócił do Johna i wyjął jedną z jego rąk z kieszeni, cmokając z dezaprobatą na jej widok. – Przestań oddawać swoje rękawiczki bezdomnym – poinstruował.

- Nie są tak zmarznięte, na jakie wyglądają – zapewnił go John, wyrywając rękę i ruszając do przodu.

Sherlock podążył za Watsonem, zerkając kątem oka na jego zacięty wyraz twarzy.

- Och, znowu to słowo na "t" – westchnął. – Nie powinien musieć się nadal tym przejmować – poskarżył się. – Ty się troszczysz za co najmniej tuzin przeciętnych ludzi, więc we dwójkę i tak jesteśmy do przodu.

- Nie możesz przekazać swojego sumienia komuś innemu – powiedział uparcie John.

- Niby dlaczego? – odparł Sherlock. – Powinieneś się cieszyć. Słucham cię. To więcej, niż większość ludzi robi ze swoim sumieniem.

John nie odezwał się, nie do końca wiedząc, jak na to zareagować.

Normalnie powrót na Baker Street zająłby mu ponad godzinę – spacerem przez Hyde Park i główne ulice. Z Sherlockiem szło się znacznie szybciej. Poprowadził ich kilkoma bocznymi uliczkami i zjawili się na 221B po czterdziestu pięciu minutach.

Po to, żeby przy drzwiach frontowych natknąć się Sally.

Sally, która dwa miesiące wcześniej przełknęła dumę i zwróciła się do Sherlocka po pomoc, tylko po to, żeby cała sytuacja zakończyła się katastrofą.

Sally, która była głównym motorem jego szlabanu i od feralnego dnia nie odezwała się do niego ani jednym słowem, nie zostając w jego obecności sekundę dłużej, niż było konieczne.

Sally, która teraz uniosła głowę i spojrzała na niego nieufnie.

- Musimy porozmawiać.


* W oryginale John mówi do Holmesa: "It will have to be toast. Can I have some honey?". Zaskoczony Lestrade myśli, że słowa Johna brzmiały "Czy mogę trochę tosta, kochanie?". Słoik miodu jest umiejscowiony w kontekście, a polski Lestrade z pewnością nie pomyślałby, że John mówi do Sherlocka "mój ty miodku" :-) - własnej gierki słownej wolałam nie zmyślać, więc po prostu pominęłam ten fragment dialogu.

** Kissogram - skrót od kissing telegram - wynajęta osoba, która w ramach niespodzianki/specjalnej okazji dostarcza komuś telegram z pocałunkiem; zwykle przebrana za policjanta, pielęgniarkę, francuską pokojówkę czy zakonnicę. (Z Wikipedii)