Rozdział VII

„Poza przeznaczeniem"

Szarawe cielsko wieży pięło się w nieco koślawej linii w górę, skazując strzelistym szczytem prosto w nocne niebo, niemalże z pretensją.

Zimny kamień, z którego została zbudowana zdążył się ukruszyć tu i ówdzie, zarosnąć mchem, a zaprawa poszarzeć.

Przed wieżą rosło coś, co kiedyś mogło być różanym zagajnikiem, a aktualnie stanowiło raczej pułapkę niegościnnych, splątanych kolców odstraszając każdego, kto chciałby z jakichś przyczyn zakłócić spokój jej mieszkańca.

Tylko w jednym z okien kamiennego konstrukta dostrzec można było światło – migotliwe i niewyraźne, za to rzucające wewnątrz upiorne cienie.

– Dobra – stwierdziła Irma, wzdrygając się nerwowo – nie wiem jak wy, ale ja mam przez to miejsce ciarki!

– Przestań, wiesz dobrze, że to nasza jedyna szansa, aby dowiedzieć się, co stało się z Will – fuknęła Cornelia.

– Co wcale nie znaczy, że to miejsce podoba mi się bardziej. Serio, dlaczego wszyscy potrzebni ludzie muszą być pustelnikami ze słabością do mieszkania w miejscach rodem z horroru?

– Cóż, ma to swoje plusy – zachichotała Elyon. – Akwizytorów odpędza z całą pewnością...

Irma i Cornelia przewróciły oczyma.

– Mniejsza o to – stwierdziła w końcu Strażniczka Ziemi. – Nie mamy czasu na bzdury, musimy jak najszybciej dowiedzieć się, gdzie jest duch Will. Bez niej nie zdołamy zrobić niczego!

Dziewczyny skinęły głowami i ruszyły wąziutką ścieżką, częściowo zarośniętą przez kolczaste chaszcze zdziczałych, pozbawionych kwiatów, róż.

Niepozorne drzwi prowadzące do wnętrza wieży były zbudowane z pociemniałego i spękanego miejscami drewna, obitego potężnymi łukami stali, zupełnie jakby to metal stanowił główny budulec wierzei.

Pchnięte zaskrzypiały przeszywająco, niechętnie wpuszczając je do środka.

Wnętrze budynku było równie ponure, co widok roztaczający się za oknami – wąziutkie przesmyki ledwo wpuszczały do środka odrobinę światła, w kątach kłębiły się grube zwoje pajęczyn, pracowicie konstruowane przez całe pokolenia mieszkańców.

Pachniało kurzem i stęchlizną, a każdy krok odbijał się głuchym dudnieniem wewnątrz upiornego budynku.

– Zapomnijcie, co mówiłam na zewnątrz – jęknęła Irma, gdy coś z piskiem uciekło jej spod nóg – TO jest dopiero upiorne!

– Mam tylko nadzieję, że nic nie wyląduje mi na głowie – mruknęła, już niezbyt pewna siebie, Cornelia. Potem, żeby sie upewnić dodała jeszcze. – Nie mam nic we włosach, prawda...?

– Nie. – Tym razem to Elyon przewróciła oczyma. – Dajcie spokój, to tylko stary budynek, w którym mieszka samotny człowiek, nie ma tutaj niczego strasznego.

– Mów za siebie, pewnie się przyzwyczaiłaś... – burknęła Irma.

– Hej!

– No co? Nie moja wina, że Meridian jest taki trochę no... średniowieczny. – wymamrotała Irma, w ostatniej chwili decydując się na użycie innego słowa niż "zacofany".

– Piękne dzięki – prychnęła młoda królowa, po czym dziarskim krokiem ruszyła przed siebie, zostawiając w kurzu pokrywającym podłogę wyraźne ślady stóp i znikając za zakrętem.

Jedyne ślady stóp.

– Ten facet albo potrafi latać, albo w ogóle stąd nie wychodzi – westchnęła Cornelia. – Myślicie, że w ogóle jeszcze żyje?

– Wyrocznia przecież powiedział, że z własnej woli opuścił Kondrakar, nie? – zastanowiła się Irma. – A przecież wszystkie dobre dusze idą właśnie tam po śmierci. Więc żyje, bo inaczej nie musiałybyśmy za nim łazić...

– Twoja logika... – zaczęła blondynka, ale przerwało jej ponowne wyłonienie się sylwetki Elyon zza zakrętu.

– Złe wieści, dziewczyny.

– Jednak nie żyje? – Irma zamrugała.

– Nie, schody.

– Co "schody"? – zapytała Cornelia, nie do końca rozumiejąc.

– Schody. Wysokie schody. Paskudnie strome schody. Bez barierki.

– Znaczy, że mamy wleźć aż na szczyt po czymś, co ma się lada chwila zawalić i jest sprzeczne z zasadami BHP?! – jęknęła Irma.

– A tobie co? – uniosły brwi jak na komendę, dziwnie patrząc na koleżankę.

– No bo... mój tata jest policjantem, zawsze zwraca uwagę na takie rzeczy – zaśmiała się nieco nerwowo. – To się chyba udziela, wiecie?

– Och, mniejsza o to – Cornelia potarła dłonią miejsce u nasady nosa. – Po prostu chodźmy i miejmy to już za sobą!

Schody istotnie były strome. Wysokie, nierówne stopnie, kierujące się wąską wstęgą wzdłuż owalnych ścian wieży, w górę, w górę, w górę, o kamiennej, obtłuczonej podstawie przechodzącej nagle, na wysokości jakichś dwóch metrów w jeszcze bardziej nieporządną konstrukcję z drewna, skrzypiącą upiornie pod najlżejszym naciskiem.

Wiatr wizgał cienko, wpadając przez małe okienka i hulając przez całą wysokość wieży, targając włosy i wznosząc tumany kurzu w górę, prósząc ziarkami piasku w oczy i przesłaniając widok na podobieństwo mgły.

Ściany sprawiały wrażenie mokrych i śliskich, a każdy cień wyglądający zza rogu nierówno ociosanych kamieni wyglądał groźnie i złowrogo, zupełnie jak gdyby trafiły do jakiejś krainy, rodem z koszmarnego snu, gdzie wszystko wyciąga blade, kościste palce, by zacisnąć je na twojej szyi...

– Długo jeszcze? – jęknęła Irma.

– A co, kondycja nie ta? – Cornelia nie mogła nie wytknąć koleżance czegokolwiek. Miejsce rzeczywiście mogło przyprawić człowieka o ciarki. A ona, pomimo władania żywiołem ziemi ciągle nie znosiła wszelakiego robactwa i pająków, których z całą pewnością było tu zatrzęsie.

– Nie. Chcę tam po prostu wejść i wyjść stąd – zignorowała uwagę. – Nie mamy czasu na chodzenie po schodach, których nikomu nie chciało się nawet doprowadzić do jako-takiego porządku!

– Fakt, to wygląda gorzej od twojego pokoju.

Irma prychnęła tylko, zostawiając rzecz bez komentarza ,co było najlepszym dowodem na to, że czuła się przynajmniej nieswojo.

Elyon szła o kilka kroków przed nimi, dziarsko wspinając się na kolejne stopnie, z dumnie zadartą głową, podtrzymując skraj sukni.

– Zwolnij trochę – rzuciła w jej kierunku Cornelia.

– Tak jest lepiej. Ja idę szybko – wyjaśniła Elyon, po czym zbladła nieco. – To nie patrzę w dół.

– Chwila... ty masz lęk wysokości? – zrealizowała Irma i wytrzeszczyła na nią oczy. – Przecież umiesz latać i w ogóle...

– Och... – Elyon zwolniła nieco. – Prawdę mówiąc zaczęło się to dopiero niedawno, wcześniej mogłam się bez problemu wychylić z balkonu i w ogóle.

– A teraz nie możesz? – podchwyciła Irma. – Coś konkretnego?

– Tylko koszmary – młoda królowa uśmiechnęła się nieco melancholijnie. – Nic poważnego, daję sobie z tym radę.

– Zawsze możesz powiedzieć – Strażniczka Wody wzruszyła ramionami – Tobie będzie lżej, a atmosfery tego miejsca nie da się popsuć już niczym.

Cornelia na nią syknęła, ale Elyon nie wydawała się przejmować bezpośredniością koleżanki. Miała czas się przyzwyczaić.

– Wszystko zaczęło się od ostatniej wizyty w Kondrakarze...

– Mglista Wieża? – zapytała z troską Strażniczka Ziemi.

– Nie – królowa zaprzeczyła ruchem głowy, przymykając na wszelki wypadek oczy. – To co było później. I nie, nie mam na myśli kolejnej potyczki z moim bra... z Phobosem. Raczej to, co zrobił.

– Masz na myśli podszycie się pod Wyrocznię?

– Nie. Chodzi mi o to że... skoczył. Od tego czasu ciągle wraca do mnie sen o spadaniu.

– W takich snach najgorszy jest tylko moment uderzenia w ziemię. Potem się budzisz – wpadła jej w słowo Irma.

– Ale... – zająknęła się Elyon. – O to chodzi, że wiem, że śnię, ale nie ma żadnego gruntu, o który mogłabym uderzyć, żeby się obudzić. Jestem tylko ja... i nic. Czuję pęd wiatru na twarzy, wiem że spadam, ale poza tym... nic. I to mnie przeraża, boję się, że nie zdołam się obudzić.

– No cóż... Phobos udowodnił, że nawet z nieskończonej przepaści da się wyjść – mruknęła Strażniczka Wody. – Chociaż nie wiem, czy z tego akurat mamy się cieszyć.

– Pomyślimy o tym potem – przerwała im Cornelia, po czym wskazała w górę, ponad ich głowami. – Chyba jesteśmy na szczycie.

W istocie, schody znalazły swój koniec u progu kolejnych drzwi, w jeszcze gorszym stanie niż te wejściowe i również wzmacnianych żelaznymi okuciami.

Elyon podeszła i zapukała, ale odpowiedziało jej jedynie milczenie.

Stały przez chwilę, lekko skonsternowane, spoglądając po sobie niepewnie.

W końcu Cornelia odetchnęła głębiej i ponownie zapukała.

– Przepraszam? – odezwała się, po czym powtórzyła, nieco głośniej. – Jest tam kto?

Po raz kolejny nie uzyskały żadnej odpowiedzi.

– Dosyć tego dobrego! – syknęła i pchnęła drzwi, wchodząc do środka.

Irma i Elyon spojrzały po sobie, po czym ruszyły za koleżanką.

Pomieszczenie nie było w lepszym stanie, niż reszta wieży. Sądząc po zapachu – nawet w gorszym.

Panował w nim niewiarygodny zaduch, przy którym ostra woń pleśni i wilgoci na schodach wydawała się wiosennym powiewem. Wyschnięte na wiór, smrodliwe powietrze wdzierało się przemocą do gardła i momentalnie pozbawiało je jakiejkolwiek wilgoci, zmuszając do bolesnego kaszlu, który wcale nie przynosił ulgi.

Przez załzawione oczy jeszcze ciężej było dostrzec jakiekolwiek szczegóły pomieszczenia, oświetlonego tylko rozedrganymi płomieniami świec, ustawionymi w okrąg, zamknięty szczelnie zwałami stopionego i zaschniętego wosku, niczym jakiś mur obronny, wzdłuż ścian walały się kołtuny kurzu i splątane sznury pajęczyn, w które zaplątały się płaty farby, łuszczącej się z sufitu, niegdyś starannie pomalowanego na wzór rozgwieżdżonego nieba.

Niepewnie przestąpiły kilka kroków w głąb upiornego pokoju, roztrącając butami śmieci i łachmany, walające się po zabrudzonej podłodze.

– Jest tu kto...? – spróbowała raz jeszcze Cornelia.

Reakcja, jaką wywołał cichy głos strażniczki przeszła ich najśmielsze oczekiwania.

– Kto ośmiela się zakłócać spokój mojej pustelni?! – głos, który nagle rozległ się w pomieszczeniu był donośny i szorstki, niemalże niczym tarcie o siebie dwóch kamiennych płyt.

Coś, co wzięły za kolejny kłąb szmat rzuconych na podłogę odgrodzoną od reszty pokoju woskowym kręgiem poruszyło się i podniosło, wyraźnie górując nad dziewczętami.

Światło rozedrganymi ruchami kreśliło cienie na starczej, pooranej zmarszczkami twarzy, o wykrzywionych jakby w wiecznym grymasie niezadowolenia i cynizmu ustach, orlim nosie i oczach osadzonych tak głęboko, że dostrzec można było tylko źrenice, lśniące obłąkańczo i nienawistnie.

Włosy, długie i siwe, opadały splątanymi strąkami na plecy i ramiona mężczyzny, tworząc arabeski kołtunów na popielatym płaszczu, luźno narzuconym na ramiona, spod którego wyzierała szarawa, obdarta materia czegoś, co kiedyś zapewne było białą, kondrakarską szatą.

– Eee... dzień dobry? – zagaiła Irma, niezbyt inteligentnie, ale zawsze był to jakiś początek konwersacji.

– Po co tu przyszłyście?! – szczeknął w odpowiedzi starzec, niemal wypluwając z siebie przesycone złością słowa.

– Jesteśmy Strażniczkami Kondrakaru – Cornelia wpadła w słowo koleżance, zanim ta palnęłaby coś głupiego. – Potrzebujemy pańskiej pomocy. Jedna z nas, posiadaczka Serca, uległa wypadkowi, a wedle słów Wyroczni jej dusza znajduje się gdzieś poza ciałem...

– A co ja mam do tego?

– Jest pan jedyną osobą, która może nam pomóc – tym razem to Elyon mówiła. – Opowiedziano nam, że potrafiłeś wyśledzić nawet wędrówkę dusz poprzez kolejne wcielenia, więc znalezienie Will nie powinno być problemem... To bardzo ważne, bez niej Strażniczki nie są w stanie osiągnąć pełni swoich możliwości, a dzieje się coś bardzo złego!

– Nie obchodzi mnie to – burknął mężczyzna. – Świat to podłe miejsce. Nawet najlepsze zamiary wracają do ciebie, uśmiechnięte szyderczo.

– Więc zamierzasz to wszystko po prostu zostawić?! – nie dowierzała królowa. – Mimo że masz możliwość naprawienia tego?!

– Tak! – uczynił zamaszysty gest ręką, poły płaszcza zafurkotały, a koścista dłoń rzuciła upiorny cień na ścianę. – Krąg istnienia to nie jest coś, na co można bezkarnie patrzeć! Wiedza sprowadza tylko nieszczęścia, cieszcie się więc z błogosławieństwa ignorancji!

– Nie wierzę ci! Nie stałabym przed tobą, gdybym nie dowiedziała się w porę o planach mojego brata...

– Ty! – przerwał jej, a jego obłąkane źrenice rozszerzyły się, jakby nagle dostrzegł coś, co umknęło uwagi dziewcząt. – Ty jesteś Escanorem!

– Yy.. tak – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Złość nagle ulotniła się, jakby nigdy jej nie było, a jej miejsce zajęło zaniepokojenie. A nawet strach, mimo że królowej nie wypadało się bać.

– To jest kolejny z powodów, dla których wam nie pomogę! – oznajmił stanowczo.

– Ale... dlaczego? – zdziwiła się Irma, po czym zmarszczyła brwi i w charakterystycznym dla siebie geście podwinęła rękaw, co robiła zawsze, gdy była wyjątkowo wściekła. – Słuchaj, przez twój upór z całą pewnością w tej chwili dzieje się komuś krzywda i z całą pewnością giną ludzie, więc jeżeli nie weźmiesz tyłka w troki i nam nie pomożesz, a sytuacja będzie się robiła coraz gorsza, to być może uda ci się doprowadzić do końca świata! Chcesz tego?!

– Śmierć to tylko naturalna kolej rzeczy, przejście z jednego życia w drugie – prychnął mężczyzna. – Nie ma w niej niczego, czego można by się obawiać. Za to życie niesie jedynie strach i cierpienie.

– Co tak bardzo ci przeszkadza w tym, z jakiego rodu pochodzę? – zapytała Elyon, siląc się na to, aby nie zadrżał jej głos. – Czy to sprawka mojego brata?

– Nie! – prawie krzyknął, a płomienie świec jakby urosły na moment, zamieniając twarz starca w potworną maskę wykrzywioną gniewem. – On sam nie uczynił niczego. Za to ciekawość udowodniła mi dobitnie, że nie powinno się podążać w ślad za duszami, nie powinno się odkrywać tajemnic, które miały zostać na wieki zapomnianymi! Dobrze odrobiłem lekcję, której nauczył mnie los twojego rodu.

– Co się stało?

– Stoisz przede mną, więc ślady mojego błędu zniknęły, nie zostały jednak wymazane. Ból jest czymś, co wżera się głęboko w człowieka. Nieważne, ile lat minie, jego piętno wciąż pozostanie widoczne.

– Nadal nie rozumiem... – burknęła Irma.

– I nie zrozumiesz – Cornelia gniewnie odgarnęła włosy. – Facet jest po prostu szalony i nam nie pomoże, chociażby mogło to uratować wszechświat. Chodźmy stąd, nie warto tracić czasu.

Ruszyły w stronę wyjścia, wściekłe tym, że niepotrzebnie traciły czas.

Na progu Elyon obejrzała się jeszcze, napotykając zimne spojrzenie szalonych oczu starca.

– Nawet wiedząc, gdzie jest zabłąkany duch Strażniczki, nie pomogłybyście jej – odezwał się niespodziewanie, jego szorstki głos sprawiał, że po plecach przechodziły ciarki. – Do miejsca, w którym się znalazła nie sposób dotrzeć, nie zostając uwięzionym.

– Czyli mamy po prostu liczyć na to, że sama sobie poradzi? – fuknęła Cornelia.

– Nie – odpowiedział beznamiętnie mężczyzna. – Ktokolwiek tam dotarł, nie wraca, nie sposób samemu opuścić tego miejsca.

– Oooch, po prostu cudownie! – jęknęła Irma. – Jedyne co możemy robić, to paść na kolana i zacząć się modlić! Skoro już zdecydowałeś się odezwać, to przydaj się na cokolwiek i powiedz, gdzie TO miejsce jest!

– Nie tutaj – uśmiechnął się, a zanim któraś z dziewcząt zdążyła wrzasnąć, uniósł jedną z dłoni i kościstym palcem wskazał na własne czoło. – Jest zamknięta w swojej własnej świadomości. Nie może stamtąd uciec, bo nie można uciec przed własnym cieniem.

xxx

Nie dowiedziały się wiele. Duch Will jakimś sposobem został wydarty z jej ciała, a to, czy wróci na swoje miejsce i dziewczyna obudzi się, zależało tylko od jej własnej silnej woli. Problem stanowił fakt, że najpierw będzie musiała zrozumieć własną sytuację i odnaleźć swoje ciało, co mogło stanowić nie lada problem. Każdy umysł automatycznie bronił się i wytwarzał iluzoryczne światy, wewnątrz których tkwiła świadomość w prostym i nie podlegającym woli akcie obrony przed tak nienaturalnym stanem, w jakim znalazła się Will.

Bez takiej formy obrony istniało niebezpieczeństwo, że wszystko, co tworzyło jej osobę, mogło rozpaść się i zgubić nieodwracalnie, rozpływając się po całym wszechświecie w taki sam sposób, w jaki mieszają się substancje.

– A mój brat? – zapytała po raz kolejny Elyon.

Pustelnik spojrzał na nią z niejakim zainteresowaniem.

– Wciąż nazywasz go bratem – stwierdził w zamyśleniu.

– Bo tak jest – przyznała z pewną obawą Elyon. – Zrobił wiele złych rzeczy i robi je nadal, ale nie zmieni to faktu, że jest moim bratem.

– Interesujące – stwierdził mężczyzna. – Ironiczne i interesujące zarazem.

– Co ma pan na myśli? – młoda królowa zmarszczyła brwi.

– To, co zdecydował się zrobić w Kondrakarze nie było tym, co zrobił tak naprawdę.

– Czy nie może pan mówić odrobinę jaśniej? – jęknęła Irma. – Głowa mnie od tego boli!

Stary mężczyzna zachichotał pod nosem z wyjątkowo złośliwym wyrazem twarzy. Strażniczka prychnęła gniewnie i demonstracyjnie spojrzała w inną stronę.

– Uciekał przed posłannikami Kondrakaru, a udało mu się uciec przed wolą samego uniwersum! – zaśmiał się chrapliwie. – To nie byle osiągnięcie.

– Nadal nie rozumiem – mruknęła naburmuszona Irma.

– Duchy wszystkich istot żywych wędrują ścieżkami zapisanymi w gwiazdach – zaczął mężczyzna. – Wszystko zostało już dawno zapisane, a my tylko po raz kolejny odgrywamy scenariusz.

– Czyli ktoś postanowił, co zrobię jutro na śniadanie? – prychnęła Cornelia. – To trochę… chore.

–To nie do końca tak wygląda – uśmiechnął się krzywo mężczyzna. – Możliwych przyszłości jest nieskończenie wiele, my tylko wybieramy jedną z nich. Ale ich istnienie i skutki naszych wyborów, to wszystko zostało już zapisane.

– Więc? – zapytała Elyon. – Jak to się ma do mojego brata?

– Wybrał ścieżkę, która nie istniała – powiedział to takim tonem, jakby wyjaśniał całkowitą oczywistość. – Stworzył własną wersję przyszłości i wyrwał się poza łańcuch zdarzeń.

– To brzmi jak poważny problem – skrzywiła się Irma.

– Być może – kolejny krzywy uśmieszek zagościł na jego twarzy. – Kondrakar nie ma nad nim jakiejkolwiek władzy, jego przyszłości nie da się odczytać, bo z naszej perspektywy nie istnieje.

– Fakt, to co zrobię jutro jeszcze się nie stało – Strażniczka Wody podrapała się po głowie.

– Chodzi raczej o to, że nie można wywróżyć tego, co on zrobi, bo nie ma skąd – powiedziała Cornelia. – On tak jakby nie istnieje, ale wcale mu to nie przeszkadza w robieniu tego, co mu się żywnie podoba.

– Istotnie – zgodził się mężczyzna.

– Mówiłam, że to będzie duży problem! – jęknęła Irma. – A ten jest na tyle duży, że rozważam opcję wzięcia korepetycji… z tego, o czym mówicie, czymkolwiek to jest!

– Nie zostało wiele więcej do powiedzenia – pustelnik wzruszył ramionami. – To, co wybierzecie, to wasza sprawa.

– A czy przypadkiem przez to, że mój brat zmienia swoje przeznaczenie, nie zmienia też przeznaczenia wszystkiego, z czym się zetknie? – Elyon zmarszczyła brwi. – W końcu to, co zrobi wpływa na to, co zrobią inni…

– Nie chcesz chyba powiedzieć, że Phobos przekształca wszechświat tylko tym, że oddycha! – jęknęła Cornelia.

Pustelnik tylko zaśmiał się chrapliwie i zniknął gdzieś w cieniu.

– Zdaje się, że wizyta skończona – westchnęła Irma. – Mało grzecznie, ale jakby to potrwało chwilę dłużej, to moja głowa by eksplodowała.

Elyon przytaknęła i z niepokojem spojrzała w zachmurzone niebo widoczne z jednego z okien wieży. Nie dowiedziały się wiele. Prawdę mówiąc zdobyte informacje wprowadzały tylko jeszcze większy zamęt w jej i tak skłopotanym umyśle. Poza tym dowiedziały się, że nie są w stanie zrobić niczego, aby pomóc Will się obudzić, ani niczego, co w jakiś sposób zapobiegłoby dalszym zniszczeniom uczynionym przez zbiegów.

Sytuacja wyglądała bardzo, bardzo źle. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że Will poradzi sobie w walce z iluzjami wytworzonymi przez jej własny umysł.

– Dziewczęta? – dobiegł je głos Yan-Lin, gdy opuściły budynek wieży, w jakiej zamieszkiwał pustelnik. – Musicie mnie wysłuchać!

– Coś się stało? – Cornelia zmarszczyła brwi.

– Wiele złych rzeczy – odparła ponurym tonem staruszka. – Nie ma wiele czasu.

– Dlaczego mam paskudne przeczucia? – wymamrotała Irma, rozcierając sobie ramiona. Miała gęsia skórkę, a paskudny wicher, jaki szalał w okolicy wcale nie poprawiał sytuacji. Tak samo jak niebo, ciemne i zachmurzone, w każdym calu pokryte ciężkimi, kotłującymi się chmurami, wśród których co i rusz pojawiały się rozbłyski a powietrze wypełniał głuchy pomruk gromów.

– Wyrocznia zdecydował, że sytuacja jest zbyt poważna, aby nadal czekać na Will.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytała Cornelia, czując ukłucie niepokoju na tyle silne, że zapomniała zupełnie o grzeczności.

– Wysłał herolda, który zabije Will, aby Serce Kondrakaru mogło zostać przekazane dalej – powiedziała gorzko staruszka.

– Nie może tego zrobić! – krzyknęła Elyon. – Nie ma takiego prawa!

– Jest Wyrocznią.

– To niczego nie tłumaczy!

– Też jestem tego zdania – westchnęła Yan-Lin. – Ale zdecydował, że los wszechświata jest ważniejszy od życia jednej osoby.

– Co z Radą? – Elyon zmarszczyła brwi. – Czy oni nie mają nic do powiedzenia?

– Milczą – wyjaśniła staruszka. – Boją się.

– Musimy coś zrobić! – Cornelia gniewnie odgarnęła włosy. – Nie może ot, tak po prostu zabić kogoś, bo tak mu wygodnie!

– Skopmy heroldowi tyłek i odeślijmy do Kondrakaru – burknęła wojowniczo Irma.– Nikt nie będzie podnosił ręki na kogoś, kto nie może się obronić! Szczególnie na Will!

– Zupełnie jak Phobos – westchnęła Elyon. – Tak nie powinno być, nikt nie powinien powtarzać tego, co zrobił mój brat.

– Desperackie czasy prowadzą do wielu koszmarnych pomyłek – powiedziała Yan-Lin. – Spieszcie się, nie zostało wam wiele czasu.

xxx

– Znalazłam Serce – powiedziała Will, ciesząc się jeszcze przez chwilę ciepłym blaskiem i mocą, jaką promieniował klejnot. Kiedy nie uzyskała odpowiedzi uniosła wzrok, by spojrzeć w beznamiętną twarz księcia, który niemalże znudzonym wzrokiem się jej przyglądał.

Stwierdziła oczywistość, przecież trudno było nie zauważyć blasku klejnotu. Ale po prostu musiała to powiedzieć na głos, żeby samą siebie upewnić w tym, że odniosła sukces.

– Co dalej? – zapytała po dłuższej chwili milczenia.

– Dlaczego oczekujesz, że udzielę ci odpowiedzi? – uniósł lekko brwi.

– Jesteś wytworem mojej podświadomości – stwierdziła. – I sam przyjąłeś rolę Wergiliusza. Więc? Co dalej?

– A jeżeli jestem tą złą częścią twojej podświadomości? – zasugerował. – Nadal będziesz usiłowała usłyszeć moje porady?

– Podświadomość zawsze dąży do przetrwania, czytałam o tym gdzieś – mruknęła. – Albo Taranee czytała i mi o tym opowiedziała.

– Istnieje też trzecia opcja – uśmiechnął się krzywo Phobos.

– Jaka? – dziewczyna zmarszczyła brwi.

– Nie mam najmniejszego pojęcia – przyznał nonszalancko książę w taki sposób, że zupełnie nie brzmiało to jak przyznanie się do porażki.

– No to mamy problem – stwierdziła dziewczyna, krzywiąc się. – Ale skoro mam Serce, możemy spróbować wydostać się siłą...

– Nie spodziewałem się po tobie tak banalnych rozwiązań... – zakpił Phobos.

– Skoro nie masz lepszych pomysłów, to milcz – burknęła i skoncentrowała się na energii magicznej, która emanowała z Serca Kondrakaru.

Ciepłe, różowawe światło po raz kolejny odbijało się w tysiącach luster, z których wydawało się być zbudowane całe to pomieszczenie.

Phobos obserwował, z twarzą ciągle pozbawioną wyrazu, lśnienie Serca Kondrakaru odbijało się w jego oczach.

Było coś dziwnego w tym, że jej umysł zdecydował się na przyzwanie właśnie takiego obrazu, największego wroga w miejsce przyjaciół.

Mniejsza o to. Musiała się uwolnić, zanim po tamtej stronie zrobią coś głupiego, coś nieodwracalnego, do czego po prostu nie mogła dopuścić, a nie miała zbyt wiele czasu.

Skoncentrowała się na energii Serca Kondrakaru, przymykając lekko oczy, spowalniając oddech.

Moc wypełniała ją, i niemalże czuła, jak wszystkie włosy po kolei zaczynają buntować się i elektryzować.

I wtedy poczuła coś jeszcze. Jakby bańkę mydlaną, która otaczała ich ze wszystkich stron, twardą i nieustępliwą. Spróbowała przerwać barierę, ale przypominało to napieranie na ścianę budynku gołymi dłońmi.

W końcu jęknęła zrezygnowana i otworzyła dłoń, a Serce Kondrakaru zsunęło się i zawisło na zaczepionym o jej palce łańcuszku, kołysząc się lekko.

Wolną dłonią otarła pot z czoła i odgarnęła włosy, zdumiona tym, jak bardzo wyczerpująca okazała się próba wydostania poza niewidzialne więzienie.

– Problem? – Phobos, cały czas niewzruszony, uniósł brwi.

– A żebyś wiedział – prychnęła. –Jestem… jesteśmy tutaj uwięzieni, a ja nie potrafię przełamać tego, cokolwiek nas tutaj trzyma.

– Więc masz problem – stwierdził.

– Przypominam, że też tu jesteś – mruknęła niezadowolona.

Nie doczekała się odpowiedzi, książę najwyraźniej za zdecydowanie ciekawsze od rozmowy uznał ślizganie się spojrzeniem po szklanych odłamkach, które otaczały ich ze wszystkich stron, skrząc się w świetle niewidzialnego słońca.

Uniosła jedną brew, przyglądając mu się.

Prawdę mówiąc nigdy wcześniej nie miała czasu, żeby mu się przyjrzeć, zbyt zajęta walką z nim lub po prostu nienawidzeniem jego i wszystkiego, co robił.

W pamięci will utrwaliła się jedynie wykrzywiona w szaleńczym uśmiechu twarz, błyski złowrogiej mocy przyzywanej przez księcia i mroczny, mroczny Meridian opleciony kolczastym, magicznym poroślem, które wydzierało życie ze wszystkiego, co miało czelność istnieć w domenie przywłaszczonej sobie przez Phobosa.

Dziwnie było na niego patrzeć w tej chwili, kiedy stał w absolutnym bezruchu, górując nad nią, jego twarz gładka i pozbawiona wyrazu, łagodne cienie podkreślające szlachetne rysy i złocistą skórę, na widok której z całą pewnością każdą modelkę w jednej chwili zeżarła by zazdrość.

Wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać książę z bajki, doskonały w każdym calu poza tym jednym mankamentem, który był jego charakterem.

– Ym, przepraszam? – zaczęła ponownie Will, odrywając wzrok od Phobosa i kierując go gdzieś w przestrzeń, byle daleko od mężczyzny. Mógł sobie wyglądać jak jakiś grecki bóg, proszę bardzo, ona miała chłopaka i wcale, ale to wcale nie gapiła się na demonicznego księcia. Ani przez moment. – Nie wiem, czy zauważyłeś, ale to, że ja nie mogę stąd wyjść oznacza również to, że nie możesz tego zrobić ty.

– I? – zapytał, wbijając w nią spojrzenie niebieskich oczu, w których była irytująca nuta zieleni. Nie na tyle silna, żeby zdominować kolor jego tęczówek, ale wystarczająca, żeby nie były do końca niebieskie. Nie miała pojęcia, że barwa oczu może ją tak bardzo zirytować.

– Nie powiesz mi, że zupełnie cię to nie obchodzi!

– Powiedz mi, Strażniczko, dlaczego miałoby to mnie obchodzić? – Uniósł w rozbawieniu brwi. – Sama stwierdziłaś, że jestem tylko wytworem twojej wyobraźni. Czy więc moje istnienie nie zostanie zdmuchnięte jak płomień świecy, gdy wydostaniesz się z tego miejsca?

– Tego nie wiemy – mruknęła. – Równie dobrze możesz być prawdziwy.

– Co wobec tego robiłbym tutaj? – Zatoczył dłonią łuk. – Nie wydaje ci się to alogiczne?

– Cała ta sytuacja jest alogiczna. – Tym razem to ona wzruszyła obojętnie ramionami. – Ale być może jesteśmy po prostu poza wszystkim, poza czym możemy być, więc jesteśmy tu jedynymi osobami, które można spotkać. Więc po prostu na siebie wpadliśmy, bo nie było nikogo innego do wpadnięcia.

– To jest prawdopodobne. Nadal jednak, nie widzę jakichkolwiek powodów, dla których miałbym ci pomóc.

– Nie chcesz się uwolnić? – Uniosła w zdumieniu brwi.

– Dlaczego miałbym chcieć? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Nie ma niczego, co trzymałoby mnie po tamtej stronie.

– Nie ma też niczego, co trzymało by cię tutaj – burknęła Will.

– Bariera – powiedział uśmiechając się złośliwie.

– Ale naprawdę, masz ochotę tutaj zostać na wieczność? – Nie zamierzała się poddać tak łatwo, o nie. Szczególnie, że właśnie w jej umyśle ukształtowała się idea. Haczyk, który książę najprawdopodobniej połknie. – Podczas gdy ktoś używa twojego ciała i niszczy świat, który przez długi, długi czas usiłowałeś sobie przywłaszczyć?

– Usiłujesz wykorzystać moją ambicję – powiedział obojętnym tonem. Ale uśmieszek spełzł z jego twarzy, a to już coś znaczyło.

– Powiedz, że wcale cię to nie rusza – tym razem to ona wyszczerzyła się złośliwie. – Że nie obchodzi cię to, że jesteś kukiełką w czyich rękach i nie masz najmniejszego wpływu na to, co zrobisz w następnej sekundzie.

Jakiś mięsień na jego twarzy zadrżał lekko. Brawo, zdołała wykrzesać z niego jakąś reakcję! Już go praktycznie miała, zrobi to, czego chce… i miała nadzieję, że to był dobry pomysł.

– Zgoda – mruknął zniecierpliwiony książę. – Pomogę ci.

– Dziękuję – powiedziała, naśladując ton jego głosu.

– Więc? – uniósł lekko brwi. – Na co czekasz?

Chyba za nim nie nadążała. Spojrzała na niego pytająco, a on tylko przewrócił oczyma, jeszcze bardziej zniecierpliwiony. Albo po prostu znudzony sytuacją.

– Jak niby mam ci pomóc, skoro nie dajesz mi szansy? – warknął w końcu. – Podaj mi ręce!

Nie czuła się zbyt pewnie, ale jednak to zrobiła. Nie miała jakiegokolwiek innego wyjścia, a istniała całkiem spora szansa, że jej nie oszuka. Nie leżał za tym jakikolwiek zysk, więc przynajmniej chwilowo powinien kooperować.

Dłonie Phobosa nie były zimne, tak jak się spodziewała, nie wydawały się też ciepłe. Jedyne, co mogła o nich powiedzieć to to, że z całą pewnością były materialne i większe od jej własnych. Nie twarde i szorstkie, tak jak poznaczone odciskami od broni palce Caleba, ale również dalekie od smukłych, delikatnych dłoni Cedrica (chociaż on najprawdopodobniej nieco oszukiwał, manipulując swoim wyglądem tak, aby uzyskać najbardziej zadowalający efekt).

Skoncentrowała się po raz kolejny.

Oprócz ciepłej, przyjemnej mocy Serca Kondrakaru czuła inną energię. Czystą i chłodną jak górski potok, skoncentrowaną i potężną niczym błyskawica.

Było też coś jeszcze, coś więcej, coś czego nie potrafiła zidentyfikować, a co sprawiło, że zimny dreszcz przeszedł jej wzdłuż kręgosłupa.

Odegnała nieprzyjemne uczucie i skoncentrowała się na barierze, która ich więziła.

Ustępowała powoli, niechętnie i z dużym oporem, aż w końcu pojawiło się pęknięcie, które zdawało się niczym powiew świeżego powietrza.

Phobos też musiał to wyczuć, bo poczuła jak lekko drgnął, nie oderwał jednak dłoni od jej własnych.

Chwilę później bariera runęła, a jej wszechświat wypełniła oślepiająca biel.

Zacisnęła kurczowo dłonie, ale nie wyczuła rąk mężczyzny, gdy wszystko zlało się w jedno.