CHAIRO

Rozejrzałem się po okolicy i zmrużyłem oczy. Myśl, Feliks, myśl. Musisz wiedzieć, gdzie jesteś. W końcu to twoja dzielnica! Podrapałem się w tył głowy. Nie, to jednak nie moja dzielnica. Moja kończy się za tym wielkim szyldem jakiegoś klubu go-go. Cholera. Tylko nie panikuj… Opanowanie to podstawa do wybrnięcia z każdej sytuacji. Ale ja do cholery nie wiem, jak myśmy mogli się zgubić!

- Szliśmy cały czas prosto, a potem skręciliśmy w lewo… - zacząłem odtwarzać w pamięci całą przebytą drogę. Kiedy jeszcze prowadziłem, było dobrze. Z ostatnim zakrętem w lewo powinniśmy iść prosto i trafić na lodziarnię. I po tym zakręcie prowadził Gilbert, więc nawet gdybyśmy chcieli, nie moglibyśmy pomylić drogi idąc cały czas prosto.

- Czo? W jakie lewo? Przecież w prawo skręciłeś. – blondyn wyglądał na zdezorientowanego. Spojrzałem na niego zszokowany.

- Że co?! To to nie było lewo?

- Znowu pomyliłeś kierunki?! – uderzył się otwartą ręką w czoło, na co uśmiechnąłem się przepraszająco. Jezu, pod względem orientacji w terenie jestem gorszy od kobiety. Nawet kierunków nie potrafię odróżnić. Westchnąłem ciężko. Dobra, a więc musimy się troooochę cofnąć, by pójść we właściwym kierunku. Tylko żebym znowu czegoś nie pomylił. Zrezygnowany zawróciłem. Tym razem to ja ciągnąłem Gilberta za sobą, a nie on mnie. Rozglądałem się na wszystkie kierunki chcą zapamiętać jak najwięcej. Tak na przyszłość, gdybym znowu nie odróżnił prawej strony od lewej. Stanęliśmy na skrzyżowaniu… i trochę zwątpiłem. Zacząłem jakąś głupią wyliczankę, byleby tylko coś wybrać. A może dobrze trafię i dojdziemy do lodziarni? Raz dwa trzy, dziś lodzika nie zjesz ty. Dobra, tamta ulica odpada. Zostały dwie.

- Feliks, co ty robisz? – Haiiro spojrzał na mnie z uniesioną brwią, kiedy nucąc coś pod nosem wskazywałem raz na jedną, raz na drugą ulicę. Machnąłem tylko dłonią, by mi nie przerywał i zatrzymałem dłoń na ulicy, która wyglądała znajomo. Dobra, a więc tędy idziemy. Nie zwracając uwagi na samochody i nie przejmując się czymś tak małoważnym jak przejście dla pieszych, przebiegłem szybko przez ulicę, ciągnąc Gilberta za sobą. Nie przejmuj się patrzącymi na was ze zdziwieniem ludzi, nie przejmuj się, że coś na was trąbiło. Nie ma się czym przejmować, bo cały świat nie istnieje. Istnieją tylko lody. Po chwili jednak przystanąłem i zmrużyłem oczy. Nie daj po sobie poznać, że znów ci coś nie pasuje. Nie, Feliks, wcale znów nie poszedłeś w złą stronę. Wcale, a wcale!

- Gil, musimy zrezygnować z lodów. Tu są demony, bez broni nie przejdziemy. – stwierdziłem poważnie. Chłopak westchnął tylko i pokiwał głową.

- Oh, przyznaj się, że znów nie masz pojęcia, gdzie jesteśmy. – i tu mnie ma. A tak bardzo starałem się to przed nim ukryć. Ale przed Gilbertem nic się nie da schować. Żadnej tajemnicy, niczego. Jeśli trzymasz w torbie paczkę żelek, to mu to lepiej od razu powiedz. I tak prędzej czy później sam to odkryje. I nie zrobi tego, mieszając ci w torbie.

- Noo, tak jakoś wyszło… Chcąc nie chcąc jednak musimy iść do Maca. – wzruszyłem ramionami. Szarooki niechętnie na to przystał. Ja naprawdę nie rozumiem, czego on nie lubi w McDonaldzie. Przecież smaczne jedzonko mają, a zjedzenie tam czegoś raz na jakiś czas jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Weszliśmy do baru i podeszliśmy do lady. Ekspedientka uśmiechnęła się do nas promiennie i spytała, czy już wiemy na co mamy ochotę. Odwzajemniłem uśmiech i kiwnąłem głową.

- Poproszę jednego cheeseburgera…

- Nie, Feliks. Żadnych burgerów. Mówiłem już coś na ten temat.

Spojrzałem na Gilberta z delikatnym powątpiewaniem. Czyli akurat wtedy byłeś poważny? Kurczę, a myślałem, że żartujesz. Westchnąłem i anulowałem zamówienie.

- No to zamiast cheeseburgera, mini-wrappa.

- W nich jest to samo, co w burgerach.

- Sałatkę?

- Nie, sosy są złe.

- Niech będą duże frytki. – mruknąłem zrezygnowany. Jezu, co za człowiek. Niby mój przyjaciel, ale czasem mam ochotę mu przywalić. Zauważyłem, że lubi ingerować w moje życie. Nawet ma wpływ na to, co zamawiam. Teraz tylko pozostaje czekać, aż spróbuje mnie z kimś zeswatać. A ja, pomimo początkowych protestów, ulegnę i pozwolę sobie kogoś znaleźć.

- Ale z chlebem. – dodał zadowolony blondyn. Ekspedientka spojrzała na niego zszokowana.

- Przepraszam, ale nie sprzedajemy frytek z chlebem. – odpowiedziała spokojnie. Utkwiłem w niej zrozpaczone spojrzenie.

- Jak… jak to nie macie frytek z chlebem? – wydusiłem z siebie. – Gilbert, słyszałeś?! Nie ma chleba! – chłopak również wyglądał na niezadowolonego z tego powodu. Spuściłem głowę tak, by grzywka opadła mi na oczy. – No dobrze, więc mogą być bez chleba. Jeszcze małą coca-colę poproszę. – powiedziałem smutno. Kiedy Gilbert złożył zamówienie, zapłaciliśmy, zabraliśmy jedzonko i usiedliśmy przy stoliku pod oknem.

- Nee, Gil… - spytałem w pewnym momencie siedzącego naprzeciw mnie chłopaka. Ten spojrzał na mnie pytająco i kiwnął głową, bym mówił dalej. – Dlaczego chłopcy nie mogą nosić spódniczek?

- Że co? Skąd ci nagle takie coś się wzięło? – zapytał z uniesioną brwią.

- No bo… Tacy Szkoci to sobie mogą je nosić i dla całego świata jest to normalne. A gdybym ja założył sukienkę, zaczęliby mnie nazywać wesołym transem. A ja naprawdę chciałbym założyć sukienkę… - westchnąłem i wetknąłem sobie frytkę do ust. Życie nie ma sensu. Pod tym względem nawet Haiiro mnie nie rozumie. Każdy ma przecież jakieś ukryte pragnienia, prawda? Jedni chcą latać, inni przelecieć znaną aktorkę, a ja po prostu chociaż raz chciałbym założyć sukienkę. Ale nie założyć, przejrzeć się w lustrze i zdjąć ją… Założyć i przechodzić w niej cały dzień.

- No to co ci szkodzi? Ubierz ją jutro i przyjdź tak do szkoły. Przecież nikt cię za to nie ukarze. – stwierdził, na co posłałem mu zszokowane spojrzenie. Serio? Boże, wybacz, że w ciebie zwątpiłem. Jednak ty mnie pod każdym, każdziutkim względem zrozumiesz.

- Ale… jeśli będą się śmiać?

- I co z tego? A niech się śmieją. Ludzie nie mają wpływu na to co chcesz. – no dobra, przekonał mnie. Ale nie tak prędko. Mnie przekonuje do czegoś, a sam swojego marzenia nie spełni.

- Dobra, pod warunkiem, że ty zapiszesz się jutro do klubu koszykówki.

Szarooki zamrugał kilkukrotnie. Czo? Nie spodziewałeś się czegoś takiego, co nie? Ha! Ja też potrafię zaskoczyć. Tyle mi gadasz, że chciałbyś się zapisać, więc skończ gadać i to zrób. A oboje wiemy, że jesteś naprawdę dobry w kosza. W odróżnieniu do mnie. Ja nic nie umiem. Gdy piłka leci, nawet jej nie złapię, tylko odsunę się, by przeleciała obok. Za to dobrze gram w siatkę. A raczej… przyzwoicie. Nie da się tego nazwać dobrą grą… Umiem serwować. I na tym się ta moja dobra gra kończy.

- Zgoda. – odparł krótko, na co uśmiechnąłem się zadowolony.