Stiles z największą chęcią zerknąłby na zegarek, ale dziewczyna leżała na jego kolanach i wydawała się nieprzytomna. Czas zdawał się rozciągać. Równie dobrze mogło minąć dwie minuty jak i dwadzieścia. Wilkołaczyca oddychała spazmatycznie przez usta, więc wcisnął koszulę w jej bok, zerkając na alfy, które okrążały go, czekając najwyraźniej, aż ich cel zejdzie z tego świata.

Kilka osób umarło przy nim, ale jeszcze nikogo nie trzymał w ramionach. Nie czuł, że cudze życie ulatuje mu przez palce. Nie miał nigdy w sobie takiej bezradności, więc wydał z siebie westchnienie ulgi, gdy jedna z alf wylądowała na ściółce przygnieciona przez większe ciało. Nigdy nie widział Iana w pełni przemienionego, ale instynkt podpowiadał mu, że żadna beta nie mogła być, aż tak duża.

Jego podejrzenia potwierdziły się, gdy Boyd zabrał się za kolejnego alfę, wspomagany przez Scotta.

Wszystko stało się tak szybko, że nie wiedział, w którą stronę spoglądać. Zresztą Scott uderzył plecami o część ich kręgu i osunął się po niewidocznej ścianie, aż na podłoże. Stiles nie wiedział, gdzie są pozostali, ale najwyraźniej ta trójka była najszybsza.

- Idziemy! – warknął jeden z alf. – Ona jest skończona – dodał.

Stiles sądził, że Derek podąży za nimi, ale alfa odwrócił się w jego stronę wciąż z pozbawioną wyrazu twarzą.

- Jak mogłeś być tak głupi?! – warknął Hale. – Natychmiast przerwij krąg!

Stiles zadrżał, ale pospiesznie przeciął linię popiołu. Ktoś dźwignął go na nogi i ciepłe dłonie zaczęły badać jego żebra. Możliwe, że cuchnął krwią albo jeszcze czymś gorszym.

- To nie moja! – powiedział, zanim Ian rozebrał go w poszukiwaniu obrażeń.

Może i był niesamowicie brudny, ale nie zamierzał nago stać na środku lasu.

Derek spoglądał na niego z wyraźną wściekłością, jakby faktycznie to była jego wina, że kłopoty odnajdywały go same.

- Dlaczego nie zadzwoniłeś do mnie? – syczał przez zęby alfa.

- Dzwoniłem i nie odbierałeś! – wrzasnął Stiles, nagle czując pierwsze zalążki paniki.

- Powinieneś siedzieć w domu! – krzyknął alfa. – I do tego zamknąłeś się w kręgu z wilkołaczycą. A jakby była niespełna rozumu omegą? – spytał podchodząc bliżej do niego i Stiles się mimowolnie cofnął, a potem nagle zdał sobie sprawę, że dziewczyna wciąż leży na trawie.

Erica, która przybiegła wraz z Ianem, spoglądała na ciało z lekką konsternacją.

- O Boże – jęknął Stiles. – Musimy jej pomóc. Jest ranna – poinformował ich, wyrywając się z objęć Iana. – Moja koszula powinna powstrzymać krwawienie, ale ona mówiła, że popiół…

- Uniemożliwia jej leczenie – dopowiedział za niego Turner.

- Nie dotykaj jej – warknął Derek, ale Stiles miał go daleko w nosie.

Nie, po to ryzykował, żeby pozwolić jej umrzeć. Koszula przylepiła się do jej boku przez zakrzepłą krew. Zacisnął zęby, gdy odrywał materiał jednym pociągnięciem. Rana zaczęła się na szczęście goić, ale omegi nigdy nie zdrowiały zbyt szybko po atakach alfy. Stiles nie przyglądał się jej wcześniej. Nie miał na to czasu, gdy uciekali i walczyli. Zresztą była tak brudna, że dopiero teraz dostrzegł, że nie mogła być wiele starsza od niego.

Ian i Derek warczeli na siebie, ale zignorował ich.

- Trzeba ją zanieść do Deatona – poinformował ich.

Derek błysnął w jego stronę ostrzegawczo, czerwonymi tęczówkami, a potem zamarł, marszcząc brwi.

- Cora? – spytał z niedowierzaniem Hale, przyklękając nagle koło Stilesa.

- Znasz ją? – zdziwił się, bo Derek próbował obetrzeć twarz dziewczyny pospiesznie.

Alfa spojrzał na niego z czymś dziwnym w wzroku. Jego twarz znowu wyglądała na ludzką.

- To… To moja siostra – powiedział Derek, przełykając nadmiar śliny.

ooo

Stiles wiedział, że dostanie szlaban do końca życia, a może nawet dłużej. Samochód jego ojca stał już na podjeździe, a światło w kuchni było zapalone, gdy wracał do domu, odprowadzany tym razem przez Iana.

Niewielka ilość popiołu, której użył do ochrony ich obojga, niesiona przez wiatr, dostała się do ran Cory. Dziewczyna wciąż była nieprzytomna, gdy wychodził, ale Deaton oczyścił, co mógł. Musieli czekać, aż sama odzyska przytomność.

Derek, raz po raz spoglądał to na niego, to na siostrę, ale nie mówił ani słowa. Odmówił też powrotu do domu, żeby się przebrać. Walka z drugim alfą musiała go wyczerpać, ale stał przy metalowym stole Deatona przez cały czas, patrząc na ręce weterynarzowi, jakby mu ponownie przestał ufać.

A może, to po prostu tyczyło się kwestii jego rodziny.

Derek nigdy nie mówił o Corze. W zasadzie nigdy nie mówił o Hale'ach i nikt też nie pytał, ponieważ nie byli na tyle głupi, aby poruszać ten temat.

- To było niesamowite to, co dzisiaj zrobiłeś – powiedział Ian, wtulając się w niego.

Na szczęście nie był już pokryty krwią. Deaton pożyczył mu stare ubrania Scotta, które wciąż znajdowały się w szafce na zapleczu. Były odrobinę za wielkie, ale w zasadzie nigdy nie nosił niczego dopasowanego.

- Powiedz, to mojemu ojcu – wyszeptał. – Chyba będę spać tydzień. Może zabierze mi komórkę, więc nie spodziewaj się ode mnie wiadomości przez następne dni – ostrzegł go lojalnie.

Ian prychnął.

- Idę i boję się bardziej niż dzisiaj w nocy – przyznał, odrywając się od chłopaka.

Jego ojciec spał, leżąc na stole w kuchni. Kartka z informacją, że wróci po spacerze do domu, a kolacja jest w piekarniku, spoczywała centymetry od jego dłoni. Dotknął ramienia swojego ojca z pewnym wahaniem, ale z każdym szlabanem było, jak z oddzieraniem plastra. Lepiej było zrobić to szybciej, ponieważ ten ból i tak miał nadejść prędzej czy później.

- Stiles? – spytał jego ojciec trochę zdezorientowany.

Mężczyzna przetarł twarz, a potem zerknął na zegarek, gdzie oczywiście widniała piąta nad ranem.

- Czyś ty zwariował? – spytał jego ojciec, dochodząc w pełni do siebie. – Wiesz, która godzina? Znowu włóczyliście ze Scottem po lesie? Mam zadzwonić do Melissy? – zasypał go pytaniami i z każdym kolejnym wyglądał na bardziej wściekłego.

- Uhm, zasiedzieliśmy się z Ianem – skłamał gładko.

Oczy jego ojca rozszerzyły się lekko, z niedowierzaniem.

- Stiles, nie chciałem tego mówić, ale to dorosły mężczyzna…

- Nie spałem z nim – wszedł mu w słowo. – Po prostu zasiedzieliśmy się. Nie musisz przeprowadzać tej seks gadki. To dwudziesty pierwszy wiek. Jest już późno. Zostawię ci mój telefon i daj mi znać jak długo mam szlaban – powiedział spokojnie. – Jestem wyczerpany, muszę położyć się spać – dodał.

Jego ojciec zamrugał, jakby nie tego się spodziewał. W końcu Stiles przeważnie negocjował każdą karę. Tym razem, jednak faktycznie był zbyt zmęczony, żeby podejmować z góry przegraną walkę. Derek mógł mieć trochę racji. Postąpił głupio, bo nie znał tej wilkołaczycy. Może nawet pochodziła z watahy obu alf, chociaż o niczym podobnym nie słyszał.

Postąpił instynktownie i dopiero później uderzyło go, co tak naprawdę mogło się stać. Jednak dziewczyna okazała się siostrą Dereka i teraz nie potrafił nie cieszyć się, że zamknął ich w tym, cholernym kręgu. Może będzie zdrowiała dłużej, ale na pewno przeżyje. A czuł, że Derek nie jest gotów na stratę kolejnego członka rodziny. Nawet takiego, o którym nie wiedział, że żyje.

Powlókł się po schodach do góry i zamknął w łazience. Jego żebra dopiero teraz zaczęły boleć i czuł jakby przebiegł maraton. Co oznaczało, że zbawienne skutki skoków adrenaliny zaczęły odchodzić. Zawsze po takich akcjach czuł się wyczerpany, więc z doświadczenia wiedział, że należało spryskać bolące stawy czymś przeciwbólowym w spraju i po prostu odespać.

Zerknął na swoje ramię, które wydawało się lekko zranione. Miał tylko nadzieję, że to nie alfi pazur, bo nie chciał mieć podejrzanych snów czy halucynacji na jawie.

ooo

Kiedy obudził się, nie wiedział, która godzina. Jego ojciec natomiast obserwował go z krzesła, które przystawił sobie do jego łóżka.

- Uhm, dzień dobry? – spytał niepewnie Stiles.

Słońce stało o wiele zbyt wysoko na niebie jak na poranek. Z drugiej, jednak strony nie spał na tyle długo, by nie czuć się zmęczonym. Mogło być najwyżej południe.

- Wziąłem wolne – poinformował go ojciec.

Stiles zamrugał, unosząc się na łokciach.

- Spędzimy razem dzień i nie chcę usłyszeć z twoich ust ani jednego kłamstwa więcej – ciągnął dalej i Stiles poczuł, że robi mu się słabo.

Miał w głowie pustkę i nie potrafił wymyślić niczego, co mogłoby jakoś odwrócić uwagę rodzica. Poprzednią nie do końca rozwiązaną kwestię jego orientacji wykorzystał może o wiele przedwcześnie.

- Ian jest dilerem? – spytał jego ojciec poważnie.

- Co? – wyrwało mu się z ust.

- Wiem, że widujesz się z Derekiem, a ostatnio, tak jakbyś więcej czasu spędzał z Ianem. Bierzesz coś? – pytał dalej.

- Zwariowałeś? Niczego nie biorę. Ian nie jest dilerem, a Derek nie zamordował swojej siostry. Pomyliłem się, okej – powiedział jednym tchem.

Jego ojciec nie wyglądał na uspokojonego. Stiles mimowolnie podrapał się po ramieniu, zanim zdał sobie sprawę, że pewnie otworzył na nowo ranę. Jednak jego skóra wyglądała na nienaruszoną. Lekko spanikowany spojrzał na swoją rękę, szukając zadrapań z wczorajszej nocy, ale jego skóra była nietknięta.

Wyskoczył z łóżka i zrzucił koszulkę, ignorując zaskoczone spojrzenie swojego ojca.

- Nie, nie, nie. To niemożliwe – szeptał, oglądając swoje żebra.

Jeszcze kilka godzin wcześniej formowały się tam piękne siniaki po tym, jak alfa naskoczył na niego. Sądził, że w jego ramieniu utknęły pazury, ale jeden wilkołaczy ząb również mógł zrobić rany o takim wyglądzie.

- Stiles? – spytał jego ojciec, wyglądając na zmartwionego.

- Wszystko ci wytłumaczę. Muszę tylko… - urwał. – Telefon, telefon, telefon – mruczał do siebie, zbiegając na dół.

Miał tylko nadzieję, że Ian nie jest w tej chwili na zajęciach.

- Jak wiele trzeba, by zostać przemienionym? – spytał, zamiast powitania.

- Ugryzienie – odparł Ian krótko.

- Jak wiele zębów? – spytał spanikowany, ignorując ojca, który przyglądał mu się ze zmarszczonymi brwiami.

- Stiles? – spytał niepewnie Ian.

Wziął głębszy wdech.

- Jedna z wczorajszych alf mnie ugryzła. Nie wiem czy jestem wilkołakiem, ale potrzebuję, żebyś przyjechał i udowodnił mojemu ojcu, że nie jestem wariatem – powiedział spanikowany. – Wiem, że masz egzamin…

- Jest wczesne popołudnie. Skończyłem zajęcia. Będę u was za dwadzieścia minut – rzucił Turner, przerywając połączenie.

Jego ojciec wpatrywał się w niego, jakby nie wiedział nawet od czego zacząć.

- Ian i Derek są wilkołakami. I Scott też, ponieważ został ugryziony przez szalonego wuja Dereka, który zabił Laurę, a potem próbował zabić Allison, ale zabił Kate Argent, bo ona podpaliła dom Hale'ów parę lat temu, bo oni wszyscy byli wilkołakami, a Argentowie są łowcami, ale oni mają kod, więc nie powinna była… - urwał, biorąc głęboki wdech.

Jego ojciec zamrugał.

- Wiem, że mi nie wierzysz, ale Ian pokaże ci jak się przemienia. Ja nie wiem… - urwał, wpatrując się w swoje dłonie. – Wczoraj była pełnia? – spytał.

- Stiles – zaczął jego ojciec, starając się podejść bliżej.

- Nie, nie – powiedział szybko. – Nie podchodź. Mogę być niebezpieczny. Ale przyjedzie Ian i wszystko będzie okej…

- Niektóre narkotyki wywołują paranoje… - spróbował jego ojciec jeszcze raz. – Zawiozę cię do szpitala. Melissa…

- Nie rozumiesz – jęknął Stiles. – Daj mi dwadzieścia minut i wtedy możesz robić, co chcesz – powiedział. – Daj mi dwadzieścia minut – poprosił, czując, że coś nieprzyjemnego rośnie w jego klatce piersiowej.

Kiedy Ian wszedł do ich domu, siedzieli z ojcem wciąż przy kuchennym stole. Chłopak odchylił głowę lekko do tyłu i wziął głębszy wdech już w progu. Jego oczy błysnęły lekko czerwienią, a potem spojrzał na Stilesa z czymś dziwnym we wzroku.

To wystarczyło mu za odpowiedź.

- Panie Stilinski – przywitał się Ian.

- Powinieneś był zapukać – warknął jego ojciec. – Poza tym, jak bardzo złamałeś ograniczenie prędkości…

- Przybiegłem przez las – odparł Ian, robiąc głębszy oddech. – Wiem, że pewnie Stiles panikował, ale musi pan uwierzyć, że to naprawdę niełatwa sytuacja. Proszę być bardziej otwartym…

- Wciągnąłeś mojego syna do sekty – warknął jego ojciec.

Ian uśmiechnął się krzywo.

- Proszę usiąść – poprosił chłopak, podnosząc rękę do góry, gdy Stiles chciał coś dorzucić od siebie.

Jego twarz zaczęła się bardzo powoli zmieniać. Z dłoni wyrosły mu pazury i Stiles usłyszał, jak szybko bije serce jego ojca. Zawsze martwił się, że szok uszkodzi je w jakiś sposób, ale brzmiało na zdrowe.

- Ale… - zaczął jego ojciec i urwał.

- Proszę oddychać przez nos – doradził mu Ian spokojnie. – Wszystko panu wytłumaczymy.

ooo

Stiles czuł się fatalnie, zwinięty na własnym fotelu, ze spodniami od piżamy zsuniętymi, aż na same biodra. Ian przez dobrą godzinę opowiadał jego ojcu o wilkołakach i ich historii, wplatając w nią tak wiele faktów z przeszłości Ameryki i Europy, że Stiles nie wiedział na czym się skupić. Jego przemiana nie zaczęła się jeszcze w pełni. Był wilkołakiem, ale przez znajome środowisko i brak nadmiaru bodźców nie tracił jeszcze kontroli jak Scott podczas pierwszego tygodnia.

To nie znaczyło, że wszystko nie mogło stać się zaczątkiem katastrofy.

- I mój syn jest teraz jednym z was? – spytał na koniec jego ojciec.

Stiles starał się przełknąć gulę w gardle, ale nie potrafił się jej skutecznie pozbyć.

- To znaczy, że nie będzie nigdy na nic chorował? – upewnił się jego ojciec dziwnym tonem, spoglądając na niego.

- Nie. Nie chorujemy, ale umieramy ze starości jak każdy – odparł Ian.

Jego ojciec pokiwał głową.

- I musi nauczyć się kontroli? – padło kolejne pytanie.

Ian tylko kiwnął głową.

- Ty będziesz go tego uczył? – zainteresował się jego ojciec.

Ian zesztywniał i spojrzał na Stilesa, wzdychając.

- Czas porozmawiać z Derekiem – powiedział Turner.