Następny rozdział, który nie jest jeszcze ostatnim. Ósmy chyba będzie ostatnim- taką mam nadzieję. Wiem taki nieskładny i dziwny, ale jakoś inaczej nie mogłam tego ująć. Po prostu tak wyszło. Przepraszam za literówki.
_
Rozdział 7: Kłótnia
Odkąd Roy i Riza nawiązali znacznie bliższe stosunki i stali się parą minęły cztery dni podczas których tylko Havoca doprowadzało to do jakiegoś przygnębienia. Płomienny zastanawiał się przez jakiś czas czy czasami podwładny też czegoś nie czuł do Rizy, ale odrzucił to, bo sam Jean mu wyjaśnił, że również chciałby mieć dziewczynę. Mustang dobrze wiedział, że to jest jeden z największych problemów Havoca, ale często bez ustanku powtarzał mu, że jeśli rzuci nałóg to będzie lepiej. Jednak trudno mu było wyjaśnić, że płeć piękna woli ładnie pachnących mężczyzn z którymi można się jeszcze przyjemnie całować nie czując przy tym tytoniu. Tak więc jedyne co mógł z nim zrobić to jeszcze raz mu o tym przypomnieć tylko po to, aby pozwolić mu na zapalenie kolejnego papierosa, który miał ukoić wewnętrzny ból. Na szczęście długo nie trwał ten niewesoły stan Jeana, ponieważ wsparli go jeszcze Stalowy i protetyczka. Nastolatkowie jakoś żywiołowo nie zareagowali na fakt, że Mustang i Hawkeye są razem. Ba! Dla nich to był wspaniały temat do dowcipkowania. Oczywiście pozwalali sobie na to kiedy bohaterów tych rozmów nie było w pobliżu.
- W sumie przeczuwałem, że tak będzie!- rzekł poważnie Edward kiedy on i panna Rockbell przechadzali się po ścieżce prowadzącej przy brzegu jeziora. Dziewczyna popatrzyła się na niego uważnie.
- I pomyśleć, że dobre miałeś przeczucie! Niech zgadnę- za dużo spędzałeś czasu w Centrali i tobie się to rzucało w oczy.
- No wiesz Riza nigdy nie odstępowała go na krok, no w każdym razie starała się. Zresztą dużo żołnierzy plotkuje na ten temat. Mówią "A nasza snajpereczka chodzi z generałem nawet do łazienki!" albo inne niestworzone pierdoły.
- Hahaha! No widzę, że jednak wszyscy wiedzieli tylko oni nie!- Rockbell była tym rozbawiona i wiedziała, że to trochę jej zasługa- po prostu uświadomiła Rizie parę ważnych rzeczy. Okazało się, że miała rację.
- Tak..- Blondyn podrapał się po głowie. Wtedy coś skrzypnęło, zacisnął zęby ze zdenerwowania. Nie bez powodu. Uszy protetyczki były na to tak wyczulone jak słuch sowy na popiskiwanie myszy. Skrzypiąca proteza przyjaciela nie mogła ujść jej uwadze. Znowu o nią nie dbał! Elric wesoło zagwizdał, ale na darmo próbował odwrócić jej uwagę.
- Ed znowu zapomniałeś naoliwić protezę!- krzyknęła wskazując na mechaniczne ramię. Chłopak odruchowo cofnął się o krok, ale przecież panna Rockbell nie miała przy sobie klucza. Nie mogła w niego czymś rzucić, aby przypomnieć, jak bardzo jej praca jest ważna.
- N-nie Winry! Po prostu myślałam, że ten nowy olej wystarczy na dłużej! S-serio!- powiedział lekko drżącym głosem patrząc się na dziewczynę, której chyba wystarczyło takie wyjaśnienie. Tylko prychnęła coś pod nosem.
- To chodź wracamy się i naoliwię ci tą protezę!- odwróciła się na pięcie i chwyciła go za przegub. Stalowy Alchemik był nieco zaskoczony tym posunięciem, ale nie przeszkadzało mu to- musnął palcami jej dłoń. Jednak nie złagodziło to jego nastroju. Kolejny raz zdenerwował mechaniczkę. Winry tylko mówiła.
- Ed mimo wszystko powinieneś się zajmować swoimi mechanicznymi kończynami!
- Przecież wiem!- stwierdził głośno.
- To dlaczego tego nie robisz?!- na chwilę odwróciła się do niego.
- Przecież już ci mówiłem dlaczego!
- Ach tak? Nie bój się, sprawdzę ten olej.- zapewniła go, a ton miała już spokojniejszy. Natomiast młodzieniec wcale się nie rozluźnił. Oto do czego może doprowadzić głupie skrzypienie! Winry zawsze panikuje! Ona widzi tylko protezy i protezy! Takie myśli tłukły mu się w głowie. Owszem rozumiał ją, ale przecież są wszystkiego granice. Nawet nie zastanawiając się nad tym co robi wyrwał swoją dłoń z jej uścisku.
- Co jest?- zatrzymała się w jednej chwili. Ed był naprawdę dziwny, ale teraz po jego wyrazie twarzy nie spodziewała się niczego dobrego.
- Dałabyś już z tym spokój!... Przez te protezy ! Nie tylko traktujesz mnie jak takiego samego dzieciaka jakim byłem kilka lat temu, ale sama też nie powinnaś... no wiesz.... przesadzać!- powiedział to nie tracąc panowania nad sobą, stojąc z skrzyżowanymi ramionami. Blondynka również się napuszyła wojowniczo.
- Ed, ty też jesteś nie lepszy! Gdybyś bardziej się troszczył o swoje protezy...
- Tak! Protezy i protezy!- zaczął ją przekrzykiwać.
- Ed uspokój się! Gdybyś tylko...
- Tak! Czyli to moja wina?! Winry ja potrafię zadbać o stan tych cholernych protez bez twojej pomocy! Myślałem, że nie będziesz się już maniaczyć, ale pomyliłem się!- wykrzyknął patrząc się na nią wściekle. Dziewczyna również sztyletowała go wzrokiem.
- No oczywiście! Przecież wielki, sławny Stalowy Alchemik wie wszystko i poradzi sobie z wszystkim!- w jej głosie dało się usłyszeć nutę drwiny.
- Wcale nie!
- Wcale tak! Wiesz co?! Jeśli chcesz mogę wrócić do domu!
- A jedź sobie! Ja twojego maniaczenia się wcale nie potrzebuję!- odkrzyknął dając się zupełnie ponieść emocjom. Już nie czekając na jej odpowiedź gwałtownie się odwrócił, głośno dysząc. Pannę Rockbell także nie obchodziło gdzie zamierza iść i co robić. Miała wielką ochotę rzucić się na niego z pięściami, ale powstrzymała się. Nie dała jednak rady zatrzymać łez, które pojawiły się jej oczach.
- A idź sobie! Wcale cię nie potrzebuję!- zakończyła tą "rozmowę". Rozjuszona, nie zwracała na nic uwagi, ale nie może się rozpłakać. Nie mogła pokazać się zapłakana Mustangowi, Hawkeye i Havocowi. Oparła się chwilowo o drzewo. Liczyła to dziesięciu- to miało pomóc jej ochłonąć. Wbiła wzrok w piaszczystą ziemię usłaną zeschłymi szpilkami sosen. Już spokojniejsza zaczęła racjonalniej myśleć o tym co się wydarzyło. Z czasem przestała sądzić, że to ona miała rację. Zachowała się beznadziejnie, bo potraktowała Edwarda jak dzieciaka. Martwiła się, ale.... miał prawo być wkurzony. Też by się podobnie czuła gdyby postawiła się na jego miejscu. Choć wyprowadziło go z równowagi także to, że ciągle żyła jakby pracą.
- No tak. Ja to musiałam spierniczyć.- rzekła smętnie kiedy chwiejąc się ruszyła przed siebie. Obejrzała się jakby mając nadzieję, że Stalowy Alchemik jeszcze się pokaże. A jeśli coś mu się stanie? Odrzuciła tę myśl. Jak ona mogła się o niego martwić po tym jak się pokłócili? Mogła i nie mogła się powstrzymać. Od czasy gdy się spotkali nad wakacjach miała cichą nadzieję, że... no właśnie co? Zanim dokończyła tą myśl, mocno się zarumieniła.
- Co ja sobie myślałam? Przecież oczywiste, że wolałby jakąś piękność, która z mechaniką nie ma nic wspólnego.- pomyślała cicho.
Edward będąc wciąż skołowany przeszedł spory kawałek brzegu, aż zaczęło się robić gęsto od trzcin i owadów się w nich panoszących. Stwierdził, że nie ma sensu dalej iść. Trzeba wracać, ale dokąd? No jak to? Do ludzi z którymi tu przyjechał. Może Winry faktycznie zabrała się i wyjechała? Z nią to nigdy nic nie wiadomo. Westchnął ciężko, ponieważ poczuł żal i złość z powodu swojego zachowania. Nie powinien tak wybuchnąć! Tak naprawdę nie chciał, żeby protetyczka wracała do domu. Chyba był zbyt przewrażliwiony na punkcie pewnych spraw. W jednej chwili był zadowolony kiedy chwyciła go za nadgarstek, ale w pewnym momencie coś mu odpaliło. Jego mózg pracował intensywnie wyszukując sposobów na to co teraz powinien zrobić. Nasuwał się tylko jeden wniosek.
- Zachowałem się jak ostatni dupek! Oby tylko nie płakała!- powiedział, przyspieszając kroku.
- Pokłóciliście się aż tak?- zapytała spokojnie Riza sadowiąc się na składanym krzesełku. Na drugim siedziała dziewczyna z smutną miną.
- Tak.- odparła. Hawkeye rozejrzała się wokołó znowu upewniając się, że nie ma Havoca i Płomiennego w pobliżu. Nie bardzo wiedziała co jej doradzić. W końcu rzekła to co jej najlepszego przyszło do głowy.
- Zupełnie się uspokój i postaraj się tym nie przejmować.
- Jak niby?! Powinnam się już pakować! Przecież nie jestem tu mile widziana!- uniosła się krzykiem, lecz pani pułkownik zachowała spokój.
- Winry nigdzie nie pojedziesz.
- Dlaczego niby?- zapytała.
- Bo sądzę, że to byłoby głupie. Ed na pewno nie chciałby abyś gdziekolwiek jechała.- rzekła i popatrzyła się na blondynkę znacząco.
- E tam!
- Wcale nie "e tam!". Zobaczysz, że za niedługo cię przeprosi. Tak naprawdę nie chciałby abyś była cały czas zdołowana.- Rockbell posłała jej pytające spojrzenie i już chciała się odezwać kiedy Hawkeye weszła jej w słowo.
- Zresztą ty tak naprawdę w ogóle nie masz ochoty wracać do Resembool. Jest ci tu z nim...o przepraszam! Z nami dobrze!- zarumieniła się lekko. Protetyczka nic nie powiedziała, tylko przygryzła wargę najwyraźniej zawstydzona tym do jakich wniosków doszła pani pułkownik.
- No tak.
- To poczekasz na niego?
- Nie chyba nie zniosłabym tego- czekać aż przyjdzie i nie wiadomo co zrobi. Wolę pójść do pobliskiego baru.- oznajmiła mechaniczka- wielkie dzięki Riza.- dodała wstając.
- Nie ma za co, Winry.- powiedziała Hawkeye zadowolona z poprawienia nastroju panny Rockbell.
