Tokio
"Wielkim celem życia jest doznanie - aby czuć, że się istnieje, choćby nawet cierpiąc. To jest ta nienasycona próżnia wciągająca nas w grę, walkę, wędrówkę..."George ByronNaruto oświetlał drogę latarką, chociaż mało co było widać. Karen mogła teraz swobodnie prowadzić konia po skalistej drodze. Mimo, że ten czasem osuwał się niebezpiecznie to ona szybko reagowała, aby nie stało się im nic groźnego. Powoli zbliżali się do domu Mikoto widząc w salonie włączone światło. Zatrzymali się pomiędzy stadniną a domem spoglądając na siebie.
- Dam im jeść, pić, zabezpieczę stajnie... Zaraz wrócę... - Odezwała się Karen, która prowadziła Yoru do stajni, kiwnął głową, nie mając nic innego do zrobienia, wszedł przez taras do domu.
Natychmiast zobaczył jak starsza pani podnosi się z kanapy odkładając na stolik czytaną książkę. Uśmiechnęła się do niego, mimo tego, zauważył, że coś ją smuci. Możliwe, że miało to przyczynę w tym gdzie była w czasie obiecanej mu wycieczki, którą musiał spędzić z Karen. Nie miał nic przeciwko temu, chociaż było na początku bardzo smutno. Yumini, bardzo chciała tam być z nimi. Nagle wypadło jej coś ważnego jak to w życiu często bywa, chciał coś powiedzieć, tylko zauważył ruch ręki, żeby poszedł za nią.
Weszli do kuchni, Naruto usiadł na krześle, a Mikoto zaczęła robić im kolację. Naruto tylko wyobraził sobie jak mogłaby to robić jego matka. Nigdy nie miał takiej możliwości, gdyż mieszkał większość życia z Jiraiya, potem był na tyle duży, że mógł po jego śmierci zamieszkać sam. Dopiero w tych momentach odczuł brak rodziców. Wcześniej tak wiele nie przeszkadzało mu, że ma tylko wujka. Jakby nie pomoc przyjaciół nie uwierzyłby w swoje marzenia, które dzięki rodzinie napędzał każdego dnia. W tamtych dniach niknął w oczach ludzi. Martwili się o niego, szeptali, choć mógł być blisko nich to nie słuchał tego co chcieli sobie przekazać. Musiał tylko wykonywać swoje obowiązki, dlatego w ciągu dnia po prostu udawał, że wszystko jest w porządku. W nocy przy ciemnym niebie dopiero wtedy uświadamiał sobie jak bardzo jest samotny.
Trzask zamykanych drzwi spowodował, że spojrzał w kierunku drzwi. W nich ujrzał przemoczone blond włosy, które teraz były idealnie proste. Za sobą miał powieszoną świeżą wypraną ścierkę, chwycił ją i podał panience Witt.
- Cudownie. Nie mogło poczekać pięć minut! - warczała na pogodę, jakby tym miała sprawić, że zacznie ją słuchać. Chodziła w kółko po kuchni, wycierając najpierw twarz, potem wyciskając wodę z włosów w ten kawałek materiału.
- Kar, dziecko kochane, opanuj się to tylko burza... - Starsza pani próbowała swoich sił, aby ją uspokoić, postawiła na stole trzy szklanki herbaty, Karen nie chcąc tego słuchać po prostu wyszła rzucając ścierką na wolne krzesło. Na dodatek żarówka w kuchni zamigotała dając znać, że grzmoty są coraz bliżej nich. - Opowiadaj co tam u mnicha – wymamrotała siadając naprzeciwko Naruto, wpierw kładąc wielki talerz ramen obok niego.
Naruto natychmiast odłożył kubek z herbatą, który wypił do połowy zawartości. Wziął zamach na pałeczki, zapominając o prośbie, tymże o szacunku do osób starszych. Był śmiertelnie głodny, widząc to potrawę, nie umiał czekać ani minuty dłużej. Usłyszał tylko krótki śmiech i siorpnięcie herbaty, lecz nie spojrzał na kobietę nim skończył jeść. Odsunął miskę, dając niewerbalny znak, że skończył oraz uchwycił resztki herbaty w dłonie, aby czymś je w tej chwili zająć. Usiadł wygodniej w krześle, zaczynając opowiadać w pewnym czasie przyszła Karen dodając swoją wersje wydarzeń. Pani domu tylko słuchała ich, kiwając tylko głową oraz próbując ułożyć wszystko w logiczny ciąg. Czuła, że zna na to odpowiedź. Mogła też wiele stracić w oczach młodych ludzi, których gościła pod swoim dachem.
Wolała powiedzieć co myśli, niż nic nie pomóc.
- Wydaję mi się, że mnich kłamał. Karen opisała też jego wygląd, tak? - spytała. - Był to nijaki Marihito Shioya uczeń mistrza jak dobrze pamiętam... Uchiha. Ten drugi umarł jakieś dwanaście lat temu przekazując mu pewną tajemnicę, której nikomu nie powiedział. Nikt o niej nie wie, proszony o rąbek tajemnicy, rzecze, że tylko Buddzie powie to, co wie... Możliwe, że właśnie skorzystał z tego kredytu zaufania jakim darzył swojego mistrza – mówiła wolno, żeby Karen również zdołała ją zrozumieć. Liczyła w duszy, że właśnie tak się stało, gdyż nie słyszała pytań tylko twarze skupione na jej osobie, jakby mówiące: „to żart".
- Żartujesz! - ryknął Naruto, zakrywając dłonią swoje usta uświadamiając sobie, że Mikoto nie zna jego historii. Nie mogła wiedzieć kim tak naprawdę jest klan Uchiha. Dla niej mogło to być jedno z miliona nazwisk. Tkwił tak dłuższą chwilę, kiedy wstał i wyszedł z kuchni. Zostawiając panie same osłupiałe jego zachowaniem oraz chciał jedynie móc to przemyśleć w samotności.
"Człowiek we własnym życiu gra zaledwie mały epizod." Stanisław Jerzy LecKaren patrzyła już na zamknięte drzwi. Słysząc w uszach brzdęk uderzanego drewna o metalowe futryny. Podniosła wzrok na Mikoto, która uśmiechała się, pewnie wspominając swojego syna, który robił podobnie, gdy jeszcze z nią mieszkał. Chciała umyć naczynia, lecz przypomniała sobie, że miała jeszcze czegoś dowiedzieć się.
- Ehm – zaczęła nie zręcznie, ale zwróciła swoją uwagę. - Mam małe pytanko – kontynuowała grzecznie, jakby obawiając się reakcji. Nie wiedziała, czy może pytać oraz czy wystarczająco dużo wiedzy posiada starsza pani.
- Co cię martwi? - spytała spoglądając w stronę młodej kobiety, która teraz ścisnęła swoje usta w zdenerwowaniu oraz podparła się na jednej ręku, jakby zastanawiając się czy jest sens się odzywać. - No, mów – zachęciła ją, choć teraz zauważyła, jak druga dłoń stuka znaną sobie melodię.
- Nie wiem na co się zdenerwował Naruto, ale chciałam się spytać o tego blondyna co został porównany do niego – zamyśliła się na krótką chwilę, szukając słów co by wydobyć potrzebne informację. - Czy widziałaś go?
- Nie. Wydaję mi się, że znów Marihito skłamał na dodatek upodobnił się do swego mistrza. Ile razy słyszałam, że przełożony opactwa chcę go usunąć. Za bardzo wprowadza swoją wiarę, co innych mnichów bardzo drażni, gdyż nie mogą się skupić na oddawaniu czci Budzie.
- A, takie cyrki! - Karen zaklaskała krótko, uśmiechnęła się przebiegle, teraz przeszło jej myśl, że wszystko ładnie się ułożyło w całość.
- Co mówisz?
Karen zrozumiała, że z radości nie przetłumaczyła swoich myśli. Powiedziała naturalnie, bez namysłu, powinna pamiętać do kogo mówi. Teraz chciała zrealizować swój plan jaki zaczął kiełkować się w jej głowie.
- Nic nie znaczącego. Cieszę się, że wiem jak mogę pomóc Naruto.
- Jak? - spytała Mikoto zbierając naczynia do zlewu, następnie opierając się o ścianę obok, spoglądając za okno za którym było widać wyładowania elektryczne na niebie.
- Tajemnica – uśmiechnęła się wstając z miejsca. - Dowiesz się swoim czasie! - Podeszła do zlewu, aby zacząć myć naczynia, Yumini stała dłuższą chwilę nim ruszyła w stronę drzwi, zapewne kierując się na spoczynek.
- Pomogę ci – odezwała się zamykając drzwi za sobą.
Karen tylko rzuciła wzrokiem na ten kawałek ściany. Nie śpieszyła się z myciem naczyń, myśląc nad swoim planem. Musiała tylko znaleźć czas, żeby zrealizować swoje pomysły. Wiedziała, że jutro może być bardzo nieciekawie, choć musiała tylko poprosić Kibe o pomoc.
"Świat to skomplikowane miejsce o trudnych regułach, gdzie każdy gra taką rolę, jaką wyznaczył mu los. I nie zawsze można wybierać." Arturo Pérez-ReverteChciał zatrzasnąć mocniej te drzwi od kuchni, lecz zdawał sobie sprawę, że nie jest w swoim domu. Miał tylko wyznaczony pokój, który mógł chwilowo nazwać „domem". Małe pomieszczenie, gdzie znajdowało się łóżko, szafa, krzesło, obok miał łazienkę. W jego głowie narastały wyrzuty sumienia, że musi chować przed nimi tyle tajemnic. Nie mógł nic na to poradzić, że wolał zbudować zaufanie z tymi ludźmi niż tkwić martwo w miejscu, którego nie znał. Powoli oswajał się z nowinkami jakie czyhały w każdym prawie kącie. Opadł na łóżko, rozpłakał się, jakby wcale dorosłym nie był. W sumie nie miał czasu na rozpacz, bunt, życie, bo ciągle był traktowany jak bohater, aż sam czuł się tylko nim. Teraz miał czas, żeby pomyśleć, nie tyle nad ostatnią przeprowadzoną rozmową. Także nad samym sobą. Po jakieś godzinie tylko wstał, żeby skorzystać z łazienki oraz przebrać się do snu. Wiele nie brakowało, gdy zasnął.
Rano poczuł promienie słoneczne na swoich policzkach, a jego wyczulony słuch sprawił, że usłyszał kroki tuż przy drzwiach, które zatrzymały się. Usłyszał skrzypnięcie i delikatne kroki, niemal oznajmiając, że go nie zbudzą. Ile byłoby w tym prawdy, jeśli nie poczułby dotyku na swoim ramieniu.
- Naruto, Naruto – postać mamrotała, gdy uchylił jedno oko – jedziesz dzisiaj z nami. - Karen uśmiechała się promiennie, a Naruto otwarł oczy nie dowierzając, że samego rana miałby gdzieś pojechać.
- Gdzie? - zapytał zachrypniętym głosem, przetarł dłońmi zaspane oczy, następnie spojrzał na Karen, która usiadła obok niego.
- Jaki ciekawski – cmoknęła taksując jego odsłonięty brzuch. Naruto widząc ten gest szybko pociągnął koszulkę w dół. - Dowiesz się na miejscu – pokazała mu język, a ten tylko zdenerwowany wstał trącając niechcącą ją stopą. - Ach, dowiedziałam się, że ten cały Marihito mógł kłamać.
- To mnich może kłamać? - Odezwał się odwracając się do niej, gdyż przeszukiwał szafę w poszukiwaniu czystej bielizny i ubrania. Nawet nie wiedział co ma się dziś ubrać, gdyż Karen nie chciała mu powiedzieć gdzie wyruszają. Jednak nie skomentowała tego co wybrał, choć widziała co trzyma w ręku to był dobry znak.
- A widzisz... może!
- Dziwny, ale co chcesz przez to powiedzieć? - spytał zakładając swoje ręce na torsie, stąpając w miejscu, jakby chciał już stąd wyjść za wiadomo czym.
- Powiem na śniadaniu, gdyż Mikoto musiała już jechać, ale kazała mi ciebie do niej zawieść.
- O! - wyrwało się Naruto, ale nie czekając na nic więcej wybiegł w kierunku łazienki.
Zszedł do kuchni czując przyjemny zapach jedzenia. W tej chwili jego żołądek skulił się w sobie. Otwarł drzwi, a Karen właśnie kładła drugi talerz na stół. Usiadła przy pierwszym na którym miała kiełbaski z musztardą i ketchupem, obok stał koszyczek z chlebem. Dla Naruto przygotowała ryż z tamagoyaki, rybą i talerz z zupą misą oraz zimną zieloną herbatę. Spakowała do torebki jeszcze owoce, więc mogli to zjeść, gdy najdzie ich mały głód. Wiedziała, że nie podała mu wszystkiego, ale jeszcze przed wyjściem pani domu ustaliła zakupy w spożywczaku po pracy. Konsumowali swoje dania, a Karen tylko co chwilę sprawdzała godzinę na swoim telefonie. I tak już była spóźniona do pracy, ale nie chciała, żeby szli głodni do wyznaczonego miejsca. Wstała na chwilę, żeby wyciągnąć z lodówki Coca-Colę dolewając do swojej szklanki. Postanowiła jeszcze przejść się do koni przed wyjściem w miasto.
- O czym myślałaś w moim pokoju?
- Chodzi ci o mnicha? - spytała chowając butelkę do lodówki i siadając na swoim miejscu. Zauważyła kiwnięcie głowy oraz to jak Naruto wyciąga mięso z zupy. Sama tak szybko jeszcze nie umiała posługiwać się pałeczkami jak oni, czasem była o to zazdrosna, lecz w Niemczech tylko miała możliwość zmówić jedzenie od chińczyka, a raczej wyciągała z szafki widelec pałaszując zawartość pudełka. Nauczyła się nimi jeść, gdy szła z przyjaciółmi do chińskiej restauracji, gdyż głupio było jej jeść widelcem, choć stał pojemnik i z tym, z tamtym. - Jedno wiesz, że nazywa się Marihito Shioya, zauważyłam też, że kogoś ci przypomniał tak samo jak drażnił cię. Racja? - Znów Naruto kiwnął głową, ale kończył jeść swoje śniadanie. - Kłamał mówiąc, że zna twojego ojca. Po prostu nie zdawał sobie sprawy, że byłeś podobny do swojego ojca, a nie matki. Po prostu trafił w dziesiątkę. Widząc twoje zdenerwowanie wykorzystał to, aby skłamać. - Ostatnie słowo prawie wyszeptała, widziała w jego oczach przerażenie, zdziwienie, niedowierzanie, ale czuła, że oboje zaczynają rozumieć sens tej wycieczki.
- Jednak jego mistrz nie źle musiał go wyszkolić. Myślałam, że w Opactwie zabronione jest zło wobec bóstwu. Może wykorzystuje to tylko wobec turystów?
- Wiesz, po tym co nam powiedział, raczej tam nie wrócimy.
- Ja na pewno tam nie wrócę – westchnął składając naczynia na siebie, chciał odnieść do zlewu, lecz Karen uchwyciła jego nadgarstek, aby zostawił.
- Posprzątamy potem... Mikoto i tak mnie prosi o porządki, jeśli nie zrobię tego teraz to później.
- Aha – powiedział kładąc swoje łokcie na stole i opierając na dłoniach swoją głowę. - Idziemy?
- Pójdę jeszcze do koni, a potem musimy kilometr przejść do metra.
- Ojojoj – usłyszała, kiedy wyszła z kuchni. Naruto zauważył, że zostawiła swój telefon na stole. Wiedział także, że nie zajmę jej wiele czasu w stadninie. Myślał tylko nad problemami jakie powstały, gdy tu się pojawił.
"To zabawne, do czego człowiek robi się zdolny, kiedy w grę wchodzi coś, czego nie można mieć." Stephenie MeyerMimo wczesnej pory czuć było, że robi się ciepło. W powietrzu czuć było minioną burzę. Tokio robiło się coraz bardziej hałaśliwe. Czym bliżej byli metro, tym bardziej zauważalne było, że świat budzi się do życia. Już roznoszono darmowe gazety oraz stały pojedyncze stoiska z jedzeniem, gdzie bardziej kupowano kawę na wynos. Weszli do środka wielkiego budynku, gdzie Karen wykupiła im bilety, następnie przepuściła ich przez bramki. Teraz musieli przejść kilka metrów w dół, gdzie słychać już było ruch maszyn po torach. Aż Naruto wykrzywił się na to, ponieważ nie był nadal przyzwyczajony do tak wysokich dźwięków. Karen odwróciła się w kierunku tablicy z rozpiską na której były napisane odjazdy, przejechała palcem, aby ułatwić sobie znalezienie celu. Chciała sięgnąć po telefon, gdy sięgnęła do kieszeni nie znalazła go. Nerwowo otwarła torebkę widząc w nich jedzenie, portfel, klucze i parę innych drobnostek, lecz nigdzie nie było telefonu.
- O cholera! Siet, siet! - Mówiła swoim ojczystym języku, dlatego Naruto patrzył się na nią z ciekawością. Domyślał się czego szuka, bo zwrócił uwagę, że ominęła kuchnie idąc prosto do drzwi wyjściowych.
- Co się stało? - spytał jakby nigdy nic, ale cisnęło się na jego ustach głupkowaty uśmieszek.
- Telefonu zapomniałam, jeśli Mikoto do mnie dzwoni to zabiję się!
- Jeden plus jest taki, że właśnie do niej jedziemy, co nie?
- Jeden, jeden! Boję się, że będzie na minusie.
- To tylko telefon, sama mi wyjaśniałaś, że kiedyś bez niego można było żyć.
- Głupoty gadałam i tyle... Widzę, że sześćdziesiątka jedzie. Wsiadamy!
Od razu tłum ludzi zebrał się wokół tej wielkiej maszynie, która nazywała się metro, Naruto aż czuł, że zemdleje z powodu małej ilości powietrza, gdy tylko przycisnęli się do środka zimne powietrze klimatyzatora pozwoliło im na chwilę wytchnienia.
- Daleko będziemy jechać? - spytał, bo kręciło mu się w głowie, mimo wszystko jeszcze nie był do takiej jazdy przyzwyczajony, by stwierdzić, że taka droga komunikacji jest najlepsza. Wolałby iść pieszą, jednak zdawał sobie sprawę, że nie jest to tak blisko.
- Kwadrans, albo i mniej, nie jest tam aż tak blisko.
- Aha - odwrócił głowę w kierunku okna, gdy pojawił się przystanek, a pojazd powoli zwalniał. Karen nadal siedziała, więc nie ruszał się ze swojego miejsca. Ciekawy co wymyśliła tym razem. Widział, że ktoś gra w szachy, ale w ułamku sekundy metro ruszyło do kolejnego przystanku, aż nie znaleźli się na swoim.
- Kupię kawę. Chcesz coś?
- Najadłem się wcześniej, może potem – wymamrotał denerwując się co teraz, gdyż czuł, że są blisko celu.
Karen trzymała tekturowy kubeczek i kierowała ich do wielkiego budynku, stojąc przed nimi, Naruto tylko zachłysnął się powietrzem, a widząc szyld zakręciło mu się w głowie.
Nie spodziewał się właśnie tego, chociaż mogłoby być gorzej. Połknął głośniej ślinę i weszli do wielkiego holu...
Konoha
"Każdy jest więźniem własnej gry i wszyscy, póki żyjemy, jedynie podbijamy stawkę." Emil CioranZe snu wyrwał go ból, który spotęgowało mrowienie w dłoni. Chciał się podnieść, ale stopa nie bezpiecznie pośliznęła się na kawałku papieru. Próbował od kilku godzin rozszyfrować znaczenie tej książki. Przez ojca posiadał tyle dziwnych ksiąg, a żadna w tej chwili nie mówiła nic konkretnego. Postanowił przejść się na strych, gdzie część ksiąg powinna mu pomóc. Czuł, że gdzieś wcześniej widział ten język. Może wystarczyło przełożyć kreskę w dół, może w górę, żeby tylko wyszła jakaś litera. Ciągle patrzył się na te znaki, nie widząc w nich słów, co go zaczynało przerażać. Przeciągnął się, widząc, że niebo zrobiło się pomarańczowe, gdy usłyszał huk - jeden, drugi, trzeci - nie wytrzymał i podszedł do pokoju brata. Zapukał, kiedy usłyszał cisze oraz kroki, które zatrzymały się tuż za drzwiami.
- Co robisz? - spytał, nie chcąc wchodzić do środka, chociaż mógł, bo też to był jego dom. Cisza jak zwykle. Czasem miał ochotę rozwalić tę drewnianą granicę i uderzyć go, gdyż zachowywał się czasem gorzej niż dziecko. Zignorował to idąc w stronę schodów, które prowadziły na wyższy poziom domu.
Od razu otwierając klapę kula dymu, kurzu i pyłu, zaatakowała jego twarz, odkaszlnął, następnie krzywiąc się, jakby coś złego się stało. Ujrzał w kącie drewnianą skrzynię, przypominając sobie, że jak był dzieckiem bawił się jej zawartością. Przyłożył dłoń do kłódki, gdy kliknęła odblokowując się, po sekundzie podniósł pokrywę skrzyni. Ujrzał w niej trzy książki, pergaminy, starą mapę, klucz, kompas, jakby zapasy jakiegoś podróżnika, który wybierał się na bardzo długą podróż. Chwycił książki i klucz, rozejrzał się po strychu, który z każdą sekundą ciemniał witając ponownie noc. Nic już zupełnie nie dostrzegł takiego, żeby mu pomogło. Wyszedł zamykając za sobą klapę. Zdziwił się widząc swojego brata siedzącego na kanapie, który trzymał którąś z kolei kartkę.
- Co to takiego? - spytał udając głupka, gdyby nie umiał czytać, Sasuke zapewne wziąłby te słowa na poważnie, jedynie prychnął kładąc przyniesione rzeczy na stół i wyszedł do kuchni po kolejną kawę.
Nie śpieszyło mu się, aby wrócić do pokoju, gdzie teraz przebywał Itachi. Rozejrzał się śpiącym wzrokiem po kuchni, postanawiając wypić kawę w spokoju, dlatego oparł się o ścianę. Obawiał się, że ta chwila zostanie przerwana przez kogoś, lecz nic takiego się nie stało. W domu panowała cisza , aż mogła nie których przyprawić o ciarki, a na dodatek zrobiło się ciemno. Tylko poświata księżyca co chwilę witała skromne progi ich domu. Ujrzał na podłodze strumień światła, który pewnie płynął z salonu. Nie rozumiał tej obecnej troski swojego brata w coś, co nie dotyczyło jego, choć musiał przyznać, że miło było go widzieć poza jego pokojem. Odstawił kubek do zlewu, nie chcąc tracić czasu, aż znów zostanie sam. Potrzebował z kimś porozmawiać, czuł, że ze swoim bratem może być to trudna rozmowa, lecz musieli wyjaśnić zbyt wiele, aby to jeszcze odkładać na kolejne godziny.
Wszedł do salonu, gdzie teraz Itachi pochylał się nad rozłożonymi książkami. Drygnął słysząc czyjeś kroki, podniósł się widząc Sasuke, który wyglądał na przestraszonego, może bardziej zamyślonego. Spoglądali na siebie, nie robiąc kroku w przód, gdy Itachi podszedł do Sasuke i dźgnął palcem w jego serce. Sasuke tylko lekko skrzywił się, wypuszczając zgromadzone powietrze z usta, chciał coś powiedzieć, Itachi tylko podniósł dłoń, jakby chciał powiedzieć pierwsze zdanie.
- Chyba wiem jak trzeba słowa ułożyć – uśmiechnął się chytrze, jego oczy błyszczały z radości, ponieważ zwykle to on był tym mniej zdolnym Uchihą. Teraz po prostu przypomniał sobie, jak ze swoją drużyną używali starego języka shinobi. Widząc ten układ liter przypomniał sobie te specjalne sytuację, jakie nie raz ratowały im skórę pod czas walk w czasie Wojny i nie tylko. Pewnego dnia stracił najlepszego przyjaciela, od tamtego dnia nie umiał dać sobie radę sam. Sasuke mógł go dobić tamtego dnia, ten tylko pochylił się nad nim będąc całym zakrwawionym krwią. Mimo tego przyłożył swoją dłoń na jego serce, mamrocząc jakoś technikę, jednak nic więcej nie pamiętał, gdyż obudził się w Namiocie.
- Hm... Więc? - spytał młodszy idąc w głąb pokoju, siadając nad książką, którą znalazł w ruinach.
- Odwróć książkę i przeczytaj od lewej do prawej.
Nagle słowa zaczęły płynąć w jego oczach, choć trudno mu tak było czytać to widział teraz sens każdego słowa, zdania, nawet nie czuł, gdy został sam. Godziny mijały, kiedy doszedł do fragmentu:
„ Białe światło w mroku odbijające.
Rudy ogon w blasku mieniący.
Jedna dola, w tym, kto pozwoli zamknąć na wieki - istne piekło - rozdzielające serce na dwoje."
Został mu jeszcze jeden akapit, mimo, że najbardziej zapamiętał te trzy zdania, jakby ktoś z przeszłości wiedział o tym, że przyjdzie na świat pewna istota, która odmieni los shinobi.
"Wiesz jak się gra w szachy... czasami trzeba poświęcić jakąś figurę!" Masashi KishimotoCo jakiś czas po ukończeniu Wojny odbywało się tak zwane: Święto Shogi. Torune zapraszał na to wydarzenie nie tylko uczniów, nauczycieli, pracowników szkoły, ale też wszystkich mieszkańców Wioski Liścia. Główną rozrywką był turniej szachowy, gdzie najlepszy mógł wybrać sobie dowolną nagrodę. Była to okazja do tego, żeby zrealizować swoje marzenia. Trwały zapisy przy stoliku przy którym pilnował Shikimaru i Ino. Mieli oni nie jednokrotnie okazje rywalizować ze sobą o pierwsze miejsce. Tym razem postanowili zająć się organizacją. Chcieli, aby inni mieli taką samą okazję do wygranej jak oni. W szkole odbywały się już ostatnie lekcje, a przy stoliku było coraz mniej ludzi. Za chwilę ochotnicy mieli rozłożyć stoliki i plansze, gdzie rozegra się walka o być albo nie być. Dziwić mogło, że nie zjawili się jeszcze: Sasuke, Sakura i Sai. Liczyli, że jeszcze się pojawią. Dzisiejsze Święto Shogi mogło trwać dłużej niż ostatnio, ponieważ wiele osób zapisało się na turniej, więc szybko nie wyłonią lidera, co za tym idzie szybko festyn się nie skończy .
Powoli stoliki napełniały się, siedzenia wokół również, a nie, którzy pozwolili sobie na przyniesie czegoś do picia, nie koniecznie procentowego. Spoglądali w kierunku organizatorów, którzy tylko czekali na chętnych uczniów, którzy zapisali się przed zajęciami. Gdy zauważyli grupkę młodych, ubranych jeszcze w mundurki, kiwnęli, im na powitanie. Część zajęła krzesełka na widowni, a reszta rozsiadła się tak jak szeptali im organizatorzy do ucha. Każdy z organizatorów miał przypisanych sobie ludzi, co sprawiło na wylosowanie, im konkretnej osoby.
Torune podniósł rękę, cisza nastała, każdy skupił wzrok na kilkunastu planszach.
- START! - krzyknął, a każdy skupił się, aby zdobyć króla.
Co rusz było słychać szepty z widowni, jedni głośniej mówili oraz dopingowali swoim. Emocje wrzały w powietrzu. Pierwsi już odpadali, zwycięscy czekali przy stolikach, przegrani odchodzili albo do domu bądź siadali na widowni. Nie każdy mógł pogodzić się z porażką, lecz nikt nie musiał tu być na siłę, jeśli tego sam nie chciał.
Nagle wzrok skierował się na Sakure, która użyczyła ramienia Saiowi. Każdy uśmiechnął się w ich kierunku uświadamiając sobie, że Sai szybko chodzić nie może. Nawet, jeśli byłoby to połowa kilometra od wyznaczonego celu. Zrobili, im miejsce na krzesełkach, których już widocznie zabrakło, bo część osób siedziała na murku bądź trawie.
Neji spoglądał na Sakure, która w pewnym momencie spojrzała w jego kierunku uśmiechając się przyjacielsko, przez co nie zauważył jak przegrał, wyciągnął rękę ku wygranemu, podszedł w stronę Sakury, siadając za nią na murku.
- Za rok wygrasz – usłyszał i spojrzał na przekręconą w jego kierunku twarz, którą mógł podziwiać w każdej chwili, gdy nagle ujrzał przed sobą różowe włosy. Tak bardzo chciał je dotknąć, powąchać, czasem nie rozumiał tego co się z nim działo. Westchnął, nie mogąc nic zrobić. Skupił wzrok na ostatnie osoby co walczyły w tym etapie.
Jeszcze jedna para, która każdy ruch myślała z dokładną precyzją. Zostało, im jeszcze tak nie wiele pionków, gdy starsza osoba po prostu ruchem ręki zmiotła pionki uwalniając swoją czakrę. Widać, że zależało mu na wygranej. Torune tylko podszedł do niego odciągając ich od ludzi, głównie od przerażonych dzieci, które przytulili się do starszych osób.
- Oboje przegrywacie – powiedział, gdy wrócił już sam. Zwrócił się do Ino, aby ogłosiła za chwilę etap drugi.
- Proszę Państwo za kwadrans zaczynamy drugi etap. W tym czasie ustalimy, kto, z kim gra. Proszę w tym czasie nie rozchodzić się do domu! - Yamanka radośnie oznajmiła informację, kierując kroki do szkoły, byle ustalić z Nara dalszy rozwój turnieju. Po chwili przybyli na plac, który nagle zamilkł. Zwycięscy z pierwszego etapu podeszli do nich. Podawali teraz parami, a ci mogli wybrać dowolne stoliki. Tak, działo się, aż wyłonili dwójkę zwycięzców.
- Takim razie mamy dwóch zwycięzców, którzy zmierzą się w ostatnim etapie! - Zapadła chwilowa cisza pełna napięcia. - Hanabi Hyuga i Kakashi Hatake! Oto oni zawalczą o swoje marzenia! - Nara teraz ogłosił informację, która skończyła się głośną owacją. Po chwili, gdy pionki zostały poprawnie ustawione zaczęła się ostatnia walka.
- Sai! Sai! - Sakura próbowała go wołać cicho, aby nikogo nie rozpraszać. Widziała jak każdy ruch sprawia mu ból, ciągle stawiał nogę tak ostrożnie, że aż serce się krajało. Pobiegła za, nim, gdy znaleźli się za szkoła po drugiej stronie.
- Nie idź za mną – poprosił, choć wiedział, że byłoby to bez sensu. Nawet nie mógł biegnąć, Sakura teraz jak nie patrzeć była silniejsza od niego.
- Powiedz mi co się dzieję...
- Nie twoja sprawa – przygryzł dolną wargę, jego oczy zrobiły się smutne, ciało zaś lekko drżało co można było zwalić na zmęczenie, jednak Haruno nie dała się temu przekonać.
- Aj, Sai, znamy się nie od dziś. I kochamy tę samą osobę – powiedziała opierając się o ścianę, z tej perspektywy widziała tylko profil swojego kolegi.
- Ach, . Nie, tak, nie wiem... Nie powinienem z tobą o tym rozmawiać.
- Jeśli nie ze mną to z kim?
- Samym sobą! - Odwrócił się ku niej podnosząc nie pewnie prawą brew do góry.
- Tak, jasne, ja też sobie wmawiam, że wszystko będzie jak ja chcę.
- Pozwól mi tym razem być sobą.
- Durnych argumentów używasz, ale, jeśli tylko tego pragniesz to jutro nie przychodź do mnie, abym złożyła twoją nogę – szantażowała go w dobrym imieniu, nie przypuszczała, że ten odwróci się oraz pójdzie w kierunku jakim zmierzał. Postanowiła wrócić na festyn, napić się, jak nigdy wcześniej, lecz nie przypuszczała, że ktoś siedzący za nią wyzna jej coś, co odmieni jej życie.
- No i mamy zwycięzce! - Odezwał się tym razem Torune. - Wygrało wieloletnie doświadczenie, spryt, mądrość – Kakashi gratulację! - Nastąpiły głośne owację, potem każdy podchodził i gratulował zwycięzcy. Torune tylko powiedział, że za pół godziny ogłosi jego marzenia.
Sakura nie chciała już tu być. Zmierzała ku swojemu nowemu mieszkaniu. Miała jeszcze tyle rzeczy do skończenia, kiedy usłyszała za sobą swoje imię.
- Hm? - mruknęła pod nosem, odwracając się ujrzała młodszego Hyuge, jaki teraz wyglądał na przybitego. - Coś się stało? - spytała zmartwionym głosem.
- Podobasz mi się – szepnął, Sakura zamrugała oczami nie dowierzając tym słowom.
- Kłamiesz. Kłamiesz – powtórzyła ciszej, jakby wmawiając sobie, że teraz nic się nie dzieję.
- Nie, Sakura, śnię o tobie!
- Nie chcę niszczyć naszej przyjaźni, Neji. Chyba też tego chcesz?
- Chcę jedynie ciebie. Pomyśl o tym. Nie śpieszmy się.
- Dobrze, pomyślę, daj mi czas.
- Ile potrzebujesz, tyle masz... - Zauważył ponownie różowe włosy, ale tym razem pozwolił jej odejść. Czuł, że na krótko, gdyż widział w jej oczach szczerość i to coś czego określić obecnie nie mógł. Był w stanie jedynie czekać, aż czas przesunie swoje wskazówki kilkaset razy w ciągu tego czasu.
"Nie gram w żadne gry. [...] Nie mam na to czasu. Kiedy zaś zakończę moją pracę, nie mam ochoty na nic, co wymagałoby użycia umysłu." Albert EinsteinW jego głowie odbijały się słowa Sakury. Chciał naprawić coś, co tylko go niszczyło. Nawet nie czuł jak bardzo boli go noga. Gdy znalazł się przy drzwiach trzymając w powietrzu rękę, drżał, chciał odwrócić się i pójść w znanym sobie kierunku. Zapukał raz, drugi, kiedy w drzwiach pojawiła się postać, która wyglądała jakby nie spała od kilku godzin.
- Czego chcesz? - spytał jakby z wyrzutem, jakby nic zupełnie ich nie łączyło. Sai chciał zrobić krok w tył i wyjść stąd. Był tak blisko drzwi, które chwilę temu zamknęły się.
- Pogadać. Przeprosić. - szeptał wystraszonym głosem, choć teraz czuł, że widać po, nim jak trzęsie się ze strachu.
- Ha, ha Niby o czym? Poza tym szedłem spać, więc jakbyś mógł się streszczać.
- To przyjdę jutro... - Już chciał uchwycić klamkę, gdy usłyszał swoje imię. - Hm? - spytał, jakby oczekując czegoś wielkiego.
- Nie, nic. Nie przychodź tu już nigdy więcej. - Otwarł usta wychodząc najszybciej jak mógł, po jego policzkach spłynęły łzy, które nie chciały ustać aż zostanie gdzieś w ustronnym miejscu.
Widział jak ludzie wracają z festynu do domu. Najchętniej zostałby teraz sam, jednak mieszkając w szkole nie było takiej opcji. Z chorą nogą nie mógł udać się w jakieś ustronne miejsce. Usiadł przy drzewie opierając się o konar, przyciągnął drugą nogę i zaczął delikatnie się kołysać. Czuł się samotny, ale odniósł wrażenie ulgi. Takiej totalnej pustki, która o dziwo sprawiła mu przyjemność. Wyczuł jak ktoś zasłonił mu słońce, które swoimi promykami ogrzewało jego odkryte części ciała. Zatrzymał swoje ciało, jakby wytężając je do myślenia. Nagle poczuł ciepło drugiej osoby przy swojej lewej strony oraz jak ktoś chwyta jego dłoń. Była taka, mała, drobna, jakby dziecka. Spojrzał w końcu w lewo i ujrzał Manami. Uśmiechała się delikatnie, rozumiejąc chyba co się stało z bohaterem jej Wioski. Nic nie mówili po prostu tak tkwili.
- Nie powinnaś być już w domu? - spytał Sai, któremu głos drżał. Chciał płakać dalej, ale jakoś obecność kogokolwiek w tej chwili wlewało w jego serce niesamowity spokój.
- Zaraz mam trening. Moi rodzice wiedzą, że znów wrócę późno do domu. Widząc ciebie musiałam podejść, gdyż mam takie zdolności co Sakura. Mogę ci jakoś pomóc?
- Na złamane serce nie ma lekarstwa – wymamrotał spoglądając przed siebie, spróbował się podnieść, gdy poczuł skurcz w nodze. - Ałaj - skrzywił się z bólu. Dobrze, że do szkoły miał z pół kilometra jak nie mniej.
- Może obejrzeć nogę? - pytała dalej siedząc teraz po turecku i skubiąc trawę.
- Musze poleżeć kilka dni. Ból minie w mgnieniu oka! Pójdę już... Powoli. - Zaśmiał się krótko, kiedy o mało się nie potknął. Nie było na drodze kamieni, ani nic co mogło sprawić, żeby upadł. Zachwiał się, lecz utrzymał równowagę. Manami tylko odprowadziła go wzrokiem, aż zniknął z jej horyzontu sama idąc na swój trening.
Sai wszedł do siebie, marząc już o swoim własnym mieszkaniu, jednak musiał jeszcze skończyć tyle innych domów, nawet nie mając ochoty teraz wziąć rysownika. Położył się na łóżku, zaczął płakać, aż nie zasnął.
Obudziło go pukanie do drzwi. Wiedział, że na pewno nie jest to Neji i Shikamaru, jako że mieli pozwolenie tu wchodzić jak do siebie.
- Proszę wejść! - krzyknął. Dziś to prawie nogi nie czuł, sądził też, że sprawiło mu wielki ból, jeśli miałby tylko przejść się do drzwi i z powrotem.
Ujrzał Sakurę, która spojrzała automatycznie na jego odsłoniętą stopę.
- Spuchła – wymamrotała, podchodząc bliżej, położyła swoje dłonie mówiąc jakoś medyczną technikę. - Troszkę lepiej? - spytała.
- Tak – wymamrotał, jakoś ostatnio nie miał nawet siły, by mówić wyraźnie. Najchętniej, by zdobył jakiś klucz do tych drzwi i zamknął się od środka. - Co tu robisz?
- Szłam do Namiotu, podczas gdy pomyślałam o twojej stopie. Byłam wczoraj taka oschła. Przepraszam cię za to Sai. - Na chwilę zamilkła, jakby szukając odpowiednich słów. - Wyrzucił cię? - Czemu pytasz?
- Wszystkich odtrąca, nigdy nie potrzebuję nikogo do pomocy - cały on. Ciekawe jak sobie poradzi, jak przyjdą większe problemy.
- Nie martw się o niego. Ma tyle samo lat co my. Poza tym jest zdolniejszy od nas. Nie zaprzeczysz, no nie? - spytał rozbawionym głosem, widząc taką przyjaciółkę, aż miał ochotę ją przytulić.
- Zawsze zazdrościłam mu, że jest tak uzdolniony.
- Nie tylko ty... Najgorzej, że jeszcze wielu ludzi nie pogodziło się, że wrócił do Wioski.
- My rozumiemy czemu to zrobił, inni nie, bo go znamy, oni nie – powiedziała tajemniczo, Sai mimo tego zrozumiał, o co jej chodzi.
- Będzie dobrze.
- To wiem. Pójdę już – wstała z krzesła wychodząc na zewnątrz. Sai od paru godzin poczuł się po prostu potrzebny oraz wspierany nawet za swoją znikomą głupotę. Ciekawiło go tylko co przyniesie kilka następnych godzin...
