Część 7

Kiedy House wyszedł z biura Cuddy pół godziny później, personel w lobby łatwo się zorientował, że był poważnie wkurzony. Była to jednak wściekłość tzw. „celowana", więc osoby niemające nic wspólnego z przyczyną gniewu diagnosty mogły czuć się bezpiecznie. Z drugiej strony mało kto znał powód wściekłości już i tak nerwowego lekarza, więc wszyscy woleli uniknąć bliższej styczności z nim. Trzy pielęgniarki, które chciały skorzystać z windy razem z Housem, nagle zdecydowały, że lepiej będzie pójść schodami. Twarz wysokiego lekarza o bogatej mimice wyglądała teraz, jakby należała do anioła zniszczenia.

House jednak nie wiedział, na kogo się wkurzyć. Powinien na Annę Mitchell, ale coś go powstrzymywało i nie była to prośba Cuddy, żeby w miarę możliwości trzymał się od pacjentki z daleka i korzystał z tego materiału, który już istniał. Jej pozew od biedy miał sens, zależy, od której strony spojrzeć. Greg był pewny, że Wilson był niewinny, dziwił się też, czemu sam nie dostał urzędowego listu. Z całą pewnością sprawa z rozwikłania zagadki dziwnej reakcji Anny na lek przerodziła się w ratowanie kariery Wilsona. Właściwie to od początku było ratowanie kariery Wilsona z rąk Scotta Gavioli, tylko zagrożenie zmieniło wymiar.

Scotta Gavioli?

House wypatrzył plecy starszego onkologa na szerokim korytarzu trzeciego piętra szpitala.

- Gaviola! – krzyknął, ale onkolog nie zatrzymał się. – Scott! – huknął House głośniej, na co lekarz już zareagował. Zatrzymał się i zaczekał, aż diagnosta przykuśtykał do niego. – Co jej powiedziałeś? – spytał Greg głosem niskim od ledwo powstrzymywanego gniewu.

- Komu? – zdziwił się Scott.

- Mitchell! Oskarżyła Wilsona o popełnienie błędu!

- Czemu ja miałbym mieć z tym coś wspólnego? – spytał z oburzeniem onkolog.

- Bo ją przejąłeś. I wszyscy wiedzą, że nie jesteś zadowolony, że najmłodszy ordynator w tym szpitalu jest jednocześnie twoim szefem. Ty jesteś pierwszy w kolejce do ewentualnego objęcia oddziału, jeśli Wilson z jakiegoś powodu odpadnie.

- To prawda – przyznał już spokojnie Gaviola. – Nie podoba mi się, że ktoś młodszy ode mnie o osiemnaście lat robi za ważniejszego lekarza. Ale na tej samej zasadzie mogę się krzywić na chamskiego, młodszego o osiem lat nefrologa, że ma opinię najlepszego medyka w tym szpitalu w ogóle – spojrzał wymownie na House'a. – Zapewniam cię, że nie mam nic wspólnego z pozwem wobec Wilsona.

- Potrzebuję czegoś więcej, niż zapewnienia – rzekł House niskim głosem, nieco groźnie.

Gaviola westchnął.

- Myślałem, że Wilson po prostu stchórzył – rzekł cicho. – Ale przekonałem się, że z tą kobietą jest naprawdę coś nie tak. Szukałem jakichś obocznych schorzeń, przez które mogła zareagować anemią, ale nic nie znalazłem. Najchętniej bym ją oddał z powrotem Wilsonowi. House, zapewniam cię, że nie mam najmniejszego zamiaru pozbywać się swojego szefa. Doktor Cuddy miała powody dla podjęcia tego rodzaju decyzji personalnych i przez tę pacjentkę jestem gotów to w końcu zaakceptować. Jeśli chcesz grzebać przy sprawie Mitchell, proszę cię bardzo, choć nigdy nie było ci potrzebne pozwolenie na wtykanie nosa w nie swoje sprawy. – Gaviola uśmiechnął się krótko, nieco smutno.

House patrzył w zielone oczy starszego lekarza i postanowił mu uwierzyć. Znał Scotta jako mimo wszystko rozsądnego faceta ze sporą dawką pokory. Znał też przypadek Anny Mitchell – najwyraźniej na jej koncie znalazło się nazwisko trzeciego lekarza w tym szpitalu, któremu skopała tyłek.

- Nie mów Wilsonowi, że w tym siedzę – rzekł cicho House, już spokojny.

- Nie ma sprawy. To nie będzie trudne, skoro poszedł na urlop. Teraz wybacz, idę na salę wykładową. Powodzenia. – Gaviola obdarował go krótkim klepnięciem w ramię i ruszył dalej w swoją stronę.

House obserwował jego plecy jeszcze przez kilka sekund, po czym wszedł do pokoju lekarskiego diagnostyki, okupowanego przez stażystów i wypełnionego zapachem jego brazylijskiej kawy. Greg nie miał nic przeciwko zużywaniu ziaren przez zatrudnionych przez niego młodych lekarzy, skoro były wystawione na widok publiczny. Gdyby chciał zachować je wyłącznie dla siebie, schowałby je w swoim biurze. Gdzieś w jego podświadomości najlepsza kawa na świecie była łapówką za wytrzymywanie czasami nieuzasadnionego i nadmiernego wykorzystywania.

- Co z odpornością? – spytała Carol, wskazując długopisem na tablicę i nowy napis.

- Dostałem rozmaz szpiku – wyjaśnił House, podchodząc do ekspresu. – Znaczący wzrost młodych form komórkowych bez oznak nowotworzenia świadczy o tym, że pacjentka niedawno miała albo zapaść immunologiczną, albo była na immunosupresji. Szpik miał czas się rozruszać, ale nie nadrobił jeszcze wszystkich strat. To wyjaśnia normę ilości białych krwinek przy objawach ostrej infekcji – mówił, nalewając sobie kolejną tego dnia kawę.

- To też sugeruje, że możemy mieć do czynienia z naprawdę ostrą infekcją – odezwał się Miller, który dzięki kawie był w całkiem niezłym stanie, mimo nieprzespanej nocy. – Jeśli choroba zaczęła się rozwijać w czasie zapaści immunologicznej, organizm może nie wyrobić ze spowalnianiem jej progresji.

House skinął głową, zgadzając się z wnioskiem młodego lekarza.

- Być może dlatego Alice w ogóle zachorowała – dodał.

- Pacjentka nic jednak nie wspominała o braniu sterydów lub problemach z odpornością – stwierdziła Carol.

- Może dlatego, że olaliście ją na początku – odparł House, dolewając mleka do swojego czerwonego kubka. – Carol, pogadaj z jej kuzynką, niech zadzwoni do najbliższej rodziny Alice i wyciągnie jak najwięcej informacji o stanie zdrowia pacjentki.

Carol od razu wstała i wyszła.

- Miller, zanim pójdziesz do domu przed powrotem wieczorem... – zaczął House i zaczekał na powstrzymanie westchnięcia przez Jonathana. Taki początek zdania sugerował kolejny nocny dyżur. – Zdobądź pełną kopię historii choroby Anny Mitchell, numer karty 144532.

- W porządku, przekażę pielęgniarce – odparł Miller i wstał.

- Czy ja mówiłem coś o pielęgniarce? – burknął House, patrząc na niego ostro. – Masz osobiście, unikając doktora Wilsona, gdyby pojawił się w szpitalu, zdobyć dla mnie kopię CAŁEJ karty pacjentki, ze wszystkimi wynikami, świstkami, oświadczeniami, zgodami na leczenie, wywiadem i co tylko ktokolwiek tam wcisnął. Sam masz znaleźć ksero i mi to załatwić, rozumiesz? OSOBIŚCIE.

- Rozumiem – mruknął Jonathan ze spuszczoną głową. – Gdzie będzie można doktora znaleźć?

- Na sali wykładowej numer dwa – odparł House, podchodząc do stołu i przyglądając się ogółowi objawów na tablicy.

Miller wyszedł bez słowa, ale za to z kolejnym westchnięciem.


House na salę wykładową wszedł razem z kilkoma innymi uczestnikami konferencji onkologicznej, więc nie zwrócił na siebie uwagi, o co zresztą mu chodziło. Usiadł możliwie najbliżej wyjścia, by w razie czego wyjść w miarę dyskretnie. Rozejrzał się po obecnych słuchaczach – nie zauważył znajomej, brązowej czupryny z przedziałkiem, więc uznał, że Wilson rzeczywiście odpuścił sobie wykłady.

Po kilku sekundach na katedrę weszła Cuddy, jak zwykle elegancka i pewna siebie – Greg nie zdołał z drugiego końca sali wypatrzeć wcześniej zauważonego zmęczenia.

- Witam państwa na kolejnym wykładzie w ramach odbywającej się u nas konferencji onkologicznej – zaczęła pani dyrektor. – Niezmiernie miło mi jest powitać naszego gościa specjalnego, Gordona Richardsa, profesora w Klinice Onkologii Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Johna Hopkinsa – rzekła, wskazując na siedzącego przy stole za katedrą, siwiejącego mężczyznę koło sześćdziesiątki, ubranego w szary, elegancki garnitur.

Odpowiedziały jej brawa. House nawet się nie zorientował, kiedy sam dołączył do powitalnego aplauzu.

Mężczyzna w garniturze uniósł się i ukłonił.

- Profesor Richards jest długoletnim pracownikiem Hopkinsa, współautorem licznych podręczników akademickich, obecnie szczególnie zaangażowany w badania nad nowymi lekami w onkologii... – mówiła Cuddy, ale House przestał słuchać.

Myślami cofnął się do momentu, kiedy osobiście poznał Richardsa. Miał wtedy dwadzieścia jeden lat, wytarte ciuchy, pomarańczowe trampki (najbardziej zadbany element jego ubioru) i opinię wrzodu na tyłku podczas wakacyjnych praktyk w szpitalu. Wszyscy opiekunowie mieli go dość, bo uwielbiał „wciskać palce między drzwi". Trzeba go było pilnować jak półtoraroczne dziecko, żeby gdzieś nie wlazł i czegoś nie przestawił bez konsultacji z nikim.

A doktor Richards był „pogromcą wrzodów", więc w końcu student Greg House wylądował pod jego skrzydłami.

Ostatecznie okazało się, że Greg nie był wrzodem na tyłku, tylko po prostu był zaangażowany, więc nie było czego poskramiać. Chciał „praktykować aktywnie", co Richards umiejętnie wykorzystał. Z młodą, pełną entuzjazmu duszą Greg robił wszystko, co doktor mu wyznaczał.

Dzisiejszy profesor miał specyficzny stosunek do ludzi – wobec współpracowników potrafił być ostry, oschły, czasami wręcz chamski, nie bawił się w uprzejmości – jak obecnie House. Ale wobec pacjentów zawsze był cierpliwy, ciepły, troskliwy i wyrozumiały, co można było zrozumieć, biorąc pod uwagę, że był onkologiem.

Greg pracował u niego w sumie trzy miesiące – trzy razy po miesiącu wakacyjnych praktyk, na trzech kolejnych latach.

Potem skończył studia i wyleciał z uczelni za ściąganie na egzaminie dyplomowym, więc na tym się skończyła jego współpraca z Richardsem. Widywali się potem na jakichś konferencjach, na które kiedyś nawet House jeździł, ale nie rozmawiali ze sobą. Nie było zwyczajnie okazji i czasu.

Tamte trzy pracowite, ale dobrze spożytkowane miesiące wystarczyły, by Richards dołączył do nielicznego grona lekarzy szanowanych przez House'a. Greg wiedział, że profesor również go lubił i później może nawet śledził przebieg jego kariery – na pewno czytał jego artykuły, co wiedział po jego listownych, merytorycznych komentarzach po prawie każdej publikacji.

House siedział na sali wykładowej i wpatrywał się w twarz mężczyzny na katedrze. Nadal nie słyszał słów – tylko wrażenie, że znowu jest studentem, powoli przemijało.

Do rzeczywistości przywróciło go drżenie wyciszonego pagera w kieszeni. House zerknął na wiadomość – coś się działo z Alice, dzwoniła Carol. Westchnął, w miarę dyskretnie uniósł się i wyszedł.

Prowadzący wykład profesor Gordon Richards zwrócił uwagę na ruch z tyłu sali, ale zobaczył tylko plecy bruneta odzianego w szarą marynarkę i dżinsy, chodzącego o lasce. Uśmiechnął się do siebie w duchu i dalej mówił o nowych perspektywach w leczeniu przewlekłej białaczki limfocytarnej.


Carol Dube czekała na niego zaraz za drzwiami sali wykładowej.

- Poważne objawy neurologiczne – rzekła od razu. – Próbowałam pobrać krew na morfologię, ale pacjentka zaczęła na mnie krzyczeć. Nie po angielsku, ale musiało być to coś nieprzyjemnego, bo kiedy jej kuzynka próbowała ją uspokoić, również nie po angielsku, Alice wydarła się na nią, czym doprowadziła ją do łez.

- Dostała coś na uspokojenie? – spytał House, myśląc intensywnie.

- Oczywiście.

- Okej, plan działania na najbliższą godzinę – rzekł House po głębokim wdechu. – Robimy punkcję lędźwiową i rezonans głowy. Dalsze decyzje później.

- Co z posiewem? Do tej pory powinny być wyniki – zdziwiła się Carol, idąc z Housem w stronę dyżurki pielęgniarek.

- Zapomnij o posiewie – burknął House, biorąc słuchawkę telefonu i wybierając numer do zarządcy radiologii.

- Co ma pan na myśli? – zmarszczyła brwi Carol.

- Miller poszedł już do domu? – spytał Greg, ignorując pytanie stażystki.

- Nie, zostanie do wieczora, pójdzie do domu na noc – rzekła Carol.

- To się jeszcze okaże – mruknął House. – House z diagnostyki – rzekł do słuchawki. – Rezerwuję rezonans dla pacjenta w ciężkim stanie z objawami neurologicznymi – wyrecytował jednym tchem. Słuchał odpowiedzi. – Właśnie po to robimy to badanie. Dobra, będziemy za dwadzieścia minut.


- Aż się prosi wstrzyknąć jej końską dawkę prednizonu – mruknął Miller dwie godziny później, patrząc na kliszę z rezonansu na przenośnym negatoskopie w pokoju lekarskim diagnostyki.

House, siedzący swoim zwyczajem na blacie stołu, spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Dziewczyna miała zapaść immunologiczną, teraz ma zapalenie mózgu i opon mózgowych z powodu infekcji, a ty chcesz ją naszpikować sterydami?

- Uśpiłoby to reakcję zapalną... – zaczął Jonathan, ale House mu przerwał.

- Taaa, jasne. – Przewrócił oczami diagnosta. – Tu się leczy choroby, a nie zabija lecząc objawy – warknął.

Jonathan nie miał czasu się zaczerwienić, bo odezwał się znajomy, damski głos.

- Dzwoniłam do laboratorium mikrobiologicznego, ale nikt nie odbiera – powiadomiła Carol, wchodząc do pokoju lekarskiego z wynikami wstępnej analizy płynu mózgowo-rdzeniowego Alice.

- Przecież mówiłem, że z posiewu nic nie będzie. Musimy sobie poradzić bez niego – odparł House, przejmując od niej wydruk.

- Dlaczego? – spytali jednocześnie stażyści.

- Jak wam powiem, że od dzisiejszego rana wszystkie próbki bakteriologiczne idą do labu w Princeton General i dyrektor Cuddy podbiera z budżetu każdego oddziału kilka tysięcy, żeby w ciągu dwóch tygodni w miarę po cichu wymienić cały sprzęt i obsadę naszego labu, wyciągniecie odpowiednie wnioski? – rzekł, patrząc na treść wydruku.

- Ktoś dał ciała? – spytał Miller po sekundzie.

- Poważnego – potwierdził House. – Ponieważ wszyscy udają, że nic nie wiedzą, radzę wam trzymać gęby na kłódkę – rzekł, spojrzał na białą tablicę, na której widniała ponownie wydłużona lista objawów. – Ale mamy nadal patologię i oni się z chęcią zajmą waszą próbką, którą pobierzecie, by się dowiedzieć, czy nasze kochane dziewczę nie cierpi na chorobę weneryczną, jako dodatkiem do zakażenia wirusem HIV.

- Pacjentka nic nie mówiła o wirusie HIV – zaprotestowała Carol.

- O chorobie wenerycznej pewnie tym bardziej, ale po to są badania, prawda? – zasugerował House z uniesieniem brwi. – Skoro nikt słowem nie wspomniał o tym, by Alice była na immunosupresji, trzeba poszukać przyczyny osłabienia układu odpornościowego. HIV widnieje na liście jako jedna z nadal dość wstydliwych możliwości. Przynajmniej w Środkowej Europie.

Carol patrzyła na niego ze sceptycyzmem, który się spotęgował, kiedy House rzucił za swoimi wychodzącymi stażystami:

- I zmieńcie jej antybiotyki na sulfonamidy.

Carol zatrzymała się w drodze do wyjścia.

- To są bakteriostatyki*. Sądzi pan, że jej układ odpornościowy sobie poradzi? – rzekła nieco podniesionym głosem.

- Nie, mam taki kaprys i chcę utrudnić wam zadanie – odparł House. – Czy jesteś w stanie zrobić cokolwiek, o co cię proszę, bez zbędnego marudzenia?

- Po prostu chciałabym wiedzieć...

- A ja tobie nie muszę mówić – przerwał jej House. – Idź, rób to, co do ciebie należy.

Carol wyszła, kiwając głową, dołączyła do czekającego na nią Millera.

- To mi się nie podoba – mruknęła. – Daje bakteriostatyki pacjentce, której układ odpornościowy jest w rozsypce.

- Najwyraźniej ma powód – odparł Jonathan ze wzruszeniem ramion, biorąc z gabinetu zabiegowego zestaw do pobierania próbek.

- Dlaczego go nie ujawni? Rozumiem, gdybyśmy byli tępymi studenciakami na praktykach, ale my już jesteśmy lekarzami! Mamy prawo wiedzieć, co się dzieje.

- Słyszałem od kolegi, który praktykował u niego dwa lata temu, że House ma specyficzne podejście do tej pracy – rzekł Miller, idąc z koleżanką do pokoju pacjentki. – Nie musi mówić niczego nikomu, na diagnozę naprowadzają go różne nieistotne szczegóły, a ludzie dookoła niego są albo po to, żeby mu służyć, albo mu przeszkadzać. Pracujemy u świra, pogódź się z tym.

- Nie mogę się pogodzić z faktem, że być może House próbuje zaszkodzić własnej pacjentce! – oburzyła się Carol, ale przybrała profesjonalny wyraz twarzy, kiedy tylko weszła z Millerem do sali pacjentki.

Chora spała na łóżku, kuzynka Kate siedziała na swoim miejscu, w fotelu pod ścianą. Wyglądała, jakby dopiero przed chwilą otrząsnęła się ze wzburzenia po ataku Alice.

Carol stanęła przed Kate, zasłaniając jej widok na Millera, którego zadaniem było pobranie próbek, w tym tych wstydliwych, od których zresztą zaczął.

- Dzwoniłam do rodziców Alice – rzekła Kate. – Nic nie wiedzieli o jej problemach z odpornością, ale ona nie mieszka z nimi już od kilku tygodni.

Przerwała na chwilę, zerkając na kuzynkę, z której Miller właśnie zaczął upuszczać kolejne kilka mililitrów krwi.

- Co z nią? – spytała Kate.

- Jej stan się pogarsza – rzekła cicho i poważnie Carol. – Czy rodzice pacjentki mówili coś o jej życiu prywatnym? Z kim jest związana...

- Miała kilku partnerów – stwierdziła nieśmiało Kate. – Ale to rozsądna osoba. Ciocia coś mówiła o uldze, jaką poczuli, kiedy się ostatecznie okazało, że Alice nie zaraziła się wirusem HIV...

Zajęty pobieraniem krwi Miller spojrzał na kobiety przy fotelu.

- Co? – rzucił tępo.

- Kilka tygodni temu. – Pokiwała głową Kate. – Alice dostała wynik trzeciego badania w kierunku wirusa, wyszedł negatywnie.

- Dlaczego się badała? – spytała Carol ze zmarszczonymi brwiami.

- Jakiś wypadek przy pracy. Zakłuła się czy coś... Nie wiem dokładnie.

- No to wirus HIV jako przyczyna zapaści odporności raczej odpada – rzekła cicho Carol, patrząc na kolegę.


c.d.n

Przypisy:
* bakteriostatyki – antybiotyki, które nie zabijają bezpośrednio bakterii, ale powstrzymują ich rozwój, by organizm mógł sobie sam poradzić z usunięciem przyczyny choroby.