Rozdział VI

- i jak było? – spytał Harry, kiedy Hermiona, z miną raczej nietęgą, wkroczyła do Pokoju Wspólnego Gryffindoru. Na pierwszy rzut oka widać było, że złość znacznie mu już przeszła.
- nijak – odparła dziewczyna wymijająco – ten debil jest frustrujący.
- frus...jaki? Frustrujący? Hermiono, istnieje wiele epitetów, którymi można określić Draco Malfoya, ale w życiu nie spodziewałem się, że nazwiesz go akurat..."frustrującym" !
- bo taki jest! - broniła się dziewczyna, lecz ze zmęczenia jej głos nie brzmiał dostatecznie wojowniczo. - naprawdę! Raz rzuca zaklęcie bezbłędnie, innym razem jak...jak Neville w pierwszej klasie! ...nie obrażając. - dodała prędko, nie chcąc sprawić Longbotomowi przykrości.
- może powinnaś zrezygnować z tych korepetycji? - podsunął sugestywnie Potter, jednak bez większej nadziei na sukces.
- zwariowałeś? - żachnęła się urażona gryfonka – mam się poddać? Za żadne skarby!
- mój boże... - jęknął chłopak, jakby bardziej do siebie niż do przyjaciółki – ty zaczęłaś traktować to jak wyzwanie...!
Harry stracił wszelką nadzieję na to, że Hermiona porzuci – poroniony, jego zdaniem - pomysł douczania Draco Malfoya. Wiedział, że jeżeli postawiła to sobie za cel - nie ma już nic co mógłby zrobić lub powiedzieć, by ją od tego odwieść. Taka właśnie była Hermiona Granger – dobra i wrażliwa, ale jak już się na coś zawzięła, to sam Voldemort nie mógłby jej powstrzymać.
- a żebyś wiedział! NAUCZĘ GO tych cholernych zaklęć! - odparła, dumnie unosząc brodę. Czarnowłosy chłopak, nie widząc sensu dalszego z nią polemizowania, wstał, i posyłając jej długie, zmartwione spojrzenie, udał się do dormitorium.
Wraz z upływającymi godzinami, Pokój Wspólny powoli pustoszał. Gryfoni jeden po drugim udawali się do łóżek. Hermiona jednak nigdzie się nie ruszała. Głęboko zamyślona wpatrywała się w płonący na kominku ogień, siedząc po turecku na dywanie przed paleniskiem. Nawet nie wiedziała ile dokładnie czasu tam spędziła...
- Jesteś tam, Granger? - odezwał się znajomy głos z fotela za jej plecami. Dziewczyna podskoczyła przestraszona.
- Fred! Długo tam siedzisz?
- odkąd wróciłaś po randce z tym bęcwałem Malfoyem. - odparł rudzielec, z błyskiem w oku. Po chwili wstał z fotela i usiadł obok Hermiony na dywanie.
- to nie była randka – warknęła w odpowiedzi – i dobrze o tym wiesz.
- nie wiem, Ginger, skąd miałbym wiedzieć? Nie było mnie tam.
- a ufasz mi? - padło z jej ust poważne pytanie. Chłopak skinął głową. - więc daję ci słowo, że to nie była randka.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Hermiona wpatrywała się w tańczące na kominku płomienie, on zaś wpatrywał się w nią.
- wiesz, że Draco Malfoy jest draniem? - spytał w końcu. Cicho, i z troską: całkiem jak nie on.
- wiem – odparła równie cicho, nie patrząc w stronę bliźniaka.
- i oczywiście zdajesz sobie sprawę, że jeżeli ten drań w jakikolwiek sposób ci zaszkodzi to ja... to ja... - wahał się, nie wiedząc jak dokończyć swoją deklarację. Nie chciał spłoszyć Hermiony, ale pragnął też by była całkowicie pewna jego wsparcia i oddania.
- ciii – szepnęła, nie dając mu szansy, na znalezienie odpowiednich słów. - on mi w żaden sposób nie zaszkodzi.
- martwię się o ciebie – powiedział chłopak, tymi czterema słowami zmuszając ją, by na niego spojrzała. Nie znała go od tej strony.
- nie musisz.
- wiem, ale... - umilkł na chwilę, jakby sam nie wiedział co chce powiedzieć. Po chwili jednak z jego ust popłynął potok słów – wydajesz się być zbyt...mała, żeby przebywać z tym facetem. Ufam tobie, ale nie ufam jemu. Wiesz, że to śmierciożerca, dlaczego zgodziłaś się z nim pracować? Ja nie chcę, żebyś...żebyś ty tam chodziła. Nie chcę, żebyś przebywała w jego pobliżu. Co jeżeli kie...
- Fred – przerwała mu łagodnie dziewczyna.
- jesteś zbyt mała! - jęknął sfrustrowany. Zwykle jakiekolwiek aluzje do jej wzrostu niepomiernie ją drażniły, jednak teraz, kiedy spoglądała w jego autentycznie zatroskane oczy, wiedziała doskonale, że mówiąc „mała" chłopak ma na myśli coś zupełnie innego. Coś więcej, niż same centymetry.
- Fred – powtórzyła, patrząc mu ciepło w oczy. Za wszelką cenę chciała uspokoić jego obawy – nie pozwolę zrobić sobie krzywdy, słyszysz?
- on jest śmierciożercą, Hermiono! On może...
- Fred! - powtórzyła cierpliwie jeszcze raz. To, co miała mu do przekazania było bardzo ważne. On musiał uwierzyć, że nic jej się nie stanie. Musiał, nawet jeżeli ona sama nie do końca w to wierzyła. Jak na komendę odwrócili się w swoją stronę. Siedzieli już całkiem naprzeciwko siebie, patrząc sobie w oczy - nie pozwolę... - rzekła dobitnie, chwytając go za obie ręce - ...zrobić sobie krzywdy.
- to dobrze, Ginger – odparł chłopak, uśmiechając się blado – bo ja też nie pozwolę zrobić ci krzywdy. Przynajmniej nie mamy konfliktu interesów.
Hermiona odwzajemniła uśmiech, zadowolona z tego co osiągnęła. Misja wykonana, pomyślała z ulgą. Choć nie kto inny, tylko ona sama jeszcze przed sekundą wmawiała Fredowi Weasleyowi, że nic jej nie grozi, to jednak była mu wdzięczna za wszystkie jego deklaracje i zapewnienia. Już wiedziała, po kim Ron odziedziczył podobne poczucie odpowiedzialności w trudnych sytuacjach.
A ona tak bardzo, tak rozpaczliwie wręcz, pragnęła poczuć się bezpiecznie w nowej sytuacji! Tak łaknęła oparcia, spokoju, i stabilizacji po wszystkim co działo się ostatniego roku...!
Pytanie brzmi: skoro tak ogromnie potrzebowała poczucia bezpieczeństwa, to dlaczego, do jasnej cholery, zgodziła się udzielać korepetycji byłemu śmierciożercy?


- boję się o nią, George – powiedział Fred, gapiąc się w sufit.
- wiem, braciszku. Nic jej nie będzie - rozległ się głos dochodzący z sąsiedniego łóżka.
- skąd możesz to wiedzieć?
- Fredziu, ta dziołcha brała udział w Bitwie o Hogwart, i już nieraz walczyła ze śmierciożercami twarzą w twarz. Poradzi sobie ucząc jednego z nich transmutacji. Jesteś przewrażliwiony – westchnął George. Powoli tracił cierpliwość na Freda i jego uczucia, ale wiedział, że w tak delikatnym temacie należy poruszać się z wyjątkową ostrożnością i braterską finezją.
- może i masz rację – odrzekł bliźniak – może jestem przewrażliwiony. Ale mam złe przeczucia, których nie umiem zignorować. I wierz mi, że nigdy tak bardzo nie chciałem się mylić, jak właśnie teraz. - Fred skrzywił się przy tych słowach, choć George nie miał szans dostrzec tego w otaczających ich ciemnościach. Dochodziła druga w nocy. Wszyscy ich współlokatorzy dawno osunęli się w objęcia morfeusza, a Fred zastanawiał się tylko, czy Hermiona nadal siedzi w Pokoju Wspólnym, wpatrując się w ogień. Tak ładnie wtedy wyglądała... tak uspokajająco i ciepło. Bajecznie.
Jej twarz otulało miodowe, złociste światło płomieni, na jej policzkach łagodnie kładły się cienie rzęs. Półmrok wydobywał z włosów dziewczyny ciepłe, miedziane refleksy. Piegi wyraźniej odznaczały się na jej lekko zadartym nosie. W czekoladowych tęczówkach odbijał się taniec płomieni, zupełnie jakby dawała się im zahipnotyzować, zapominając o reszcie otaczającego ją świata.
Kochał ją taką oglądać.
- śpisz? - spytał cicho George, a po chwili ziewnął rozdzierająco, tak, jak to tylko Weasley potrafi.
- nie – odparł Fred – nie śpię. Myślę.
- chyba nawet wiem o czym.
- stary, dlaczego ja jej nie zauważyłem wcześniej? To znaczy, oczywiście zauważałem ją, ale... wiesz, o co mi chodzi. Dlaczego dopiero teraz?
George wiedział.
Wiedział, że uczucia Freda do Hermiony zaczęły rodzić się podczas Wielkiej Bitwy, ponieważ dopiero gdy widzisz jak ktoś walczy na śmierć i życie...gdy widzisz, jak ktoś może zginąć w każdej sekundzie... uświadamiasz sobie ile ten ktoś tak naprawdę dla ciebie znaczy. I dlatego właśnie wtedy, właśnie gdy Hermiona mogła zginąć, Freda TKNĘŁO. I odkąd go tknęło – trzyma i nie puszcza.
- nie wiem, stary. Serce nie sługa – odpowiedział George w niezgodzie z własnymi myślami. Po Bitwie już nic, nigdy nie będzie takie jak dawniej, i nawet rozrywkowy, beztroski, rudy Weasley nie mógł się z tym pogodzić.

***

- cześć, Draco – powiedziała słodkim głosem Pansy Parkinson. Chłopak rzucił jej lodowate spojrzenie, pod którym ta natychmiast skurczyła się do rozmiarów goblina. Dziś wyjątkowo nie miał ochoty oglądać jej mopsowatej gęby i znosić jej zalotów.
- idź spać, Parkinson – rzucił w jej stronę. Jego głos z pewnością zawstydziłby samą Królową Śniegu.
- idę – pisnęła posłusznie dziewczyna, i obdarzając go raz po raz słodziutkimi uśmiechami opuściła Pokój Wspólny Slytherinu.
- Boże, przecież to żałosne dziewuszysko zgodziłoby się za ciebie zginąć! - rozległ się na wpół zniesmaczony, na wpół rozbawiony głos Blaise'a Zabiniego - zrób mi przysługę, Draco, i poproś ją kiedyś, żeby obcięła się na łyso - rosły brunet zachichotał, wyobraziwszy sobie Pansy Parkinson bez włosów, lecz po chwili umilkł, wyczuwając unoszące się w powietrzu napięcie.
- co jest, chłopie? - spytał po przyjacielsku Zabini.
- nic – mruknął Draco. Było to oczywistym kłamstwem, ale szczerze mówiąc – chłopak sam do końca nie znał odpowiedzi na pytanie Blaise'a.
- dobra, jak nie chcesz to nie mów, ale chodzi o tą mała Granger, prawda? - Malfoy przeklął w duchu inteligencję przyjaciela. Już zamierzał spławić go jakimś solidnym, dobrym kłamstwem, gdy Zabini odezwał się znowu:
- wiesz, gadałem o niej ostatnio z chłopakami. Goyle ma na nią chrapkę.
Dracona zmroziło. Przez chwilę próbował wyobrazić sobie łapczywe, brutalne łapy Goyle'a na jej drobnym, niewinnym ciele, lecz po chwili ogarnęły go mdłości zmieszane z bezrozumnym gniewem. O nie, niedoczekanie.
Sam nie wiedział, skąd biorą się u niego takie gwałtowne reakcje na myśl o Hermionie w rękach innego mężczyzny, ale przyczyna nie była teraz istotna. Ważne, że ten skretyniały młotek Goyle odważył się myśleć o niej w ten sposób.
- właściwie wcale mu się nie dziwię. Niezła z niej sztuka. - kontynuował Blaise, nieświadom wewnętrznych przeżyć swojego rozmówcy. Malfoy zdusił w sobie chęć uderzenia bruneta w twarz.
- mówisz? - rzucił nonszalanckim tonem, jakby to wszystko niewiele go obchodziło. Był dobrym aktorem. Lata przebywania z apodyktycznym ojcem, gdzie każde niewłaściwe słowo groziło surową karą, nauczyły go sztuki ukrywania emocji.
- no. - potwierdził beztrosko ślizgon - Nawet założyliśmy się, kto pierwszy ją przeleci. Przegrany ma się umówić z Parvati.
Draco zacisnął dłonie w pięści tak mocno, że paznokciami niemal przebił skórę do krwi. Jego tętno niebezpiecznie przyspieszyło, a krew szumiała mu w uszach.
„założyliśmy się, kto pierwszy ją przeleci." - słowa przyjaciela cały czas pobrzmiewały mu w głowie, jakby chciały naznaczyć jego myśli nieodwracalnym piętnem.
- chcesz przespać się ze szlamą? - zapytał Draco, markując wyniosłą pogardę. Do tej pory ta poza była mu praktycznie nieodłączna, a teraz... teraz w utrzymanie jej musiał włożyć całą siłę woli.
- ta szlama ma niezłe nogi – rzucił Zabini, wzruszając ramionami – nie zaszkodzi ją zaliczyć. Poza tym... dobrze wiesz, że mam słabość do pięknych kobiet.
Malfoy poczuł, że jeżeli za chwilę nie opuści Pokoju Wspólnego, to straci kontrolę nad własnym gniewem, najprawdopodobniej wyrządzając Zabiniemu krzywdę. Samo to słowo - "zaliczyć" - tak bardzo kontrastowało z wrażliwą, dobrą i szlachetną postacią Hermiony Granger, że zdawało się w obrzydliwy, bestialski sposób brukać jej niewieście jestestwo. I w dodatku nazwał ją piękną kobietą, co zirytowało Malfoya o tyle, że w pewnym stopniu odzwierciedlało jego własne myśli, z których sam nie był dumny, i którym z całej siły starał się zaprzeczać.
- coś poczerwieniałeś – orzekł Blaise, podejrzliwym tonem.
Muszę się stąd natychmiast wynieść, pomyślał Draco w panice. Muszę się stąd wynieść, albo dojdzie do czegoś naprawdę, naprawdę niedobrego.
I wtedy do pokoju wszedł Goyle. Obrzydliwy, zwalisty Goyle, z fajką między zębami i koronkowym stanikiem jakiejś panny w dłoni. Ten widok podziałał na Malfoya niczym czerwona płachta na byka. Wizja zaszczepiona w jego umyśle przez uprzednie słowa Zabiniego sprawiła, że Dracona momentalnie opanowała zimna furia. Spoglądając z żądzą mordu na bieliznę w rękach Goyle'a, blondyn wymierzył mu potężny cios w szczękę. Zaatakowany ślizgon upadł z kwikiem na kafelkową posadzkę. Wszyscy, poza wijącym się na ziemi poszkodowanym, znieruchomieli. Pierwszy ciszę przerwał Blaise Zabini:
- z...zawsze miałeś dobry prawy sierpowy... - wyjąkał zszokowany i zdezorientowany. Draco nie odpowiedział. Stał jeszcze chwilę w miejscu, dysząc gniewem i frustracją, a następnie odwrócił się na pięcie i bez słowa udał się do swojego prywatnego dormitorium.
Skąd miał wiedzieć, że całe zajście widziała ukryta w cieniu Parvati Patil, która – nawiasem mówiąc – do skrytych i małomównych nie należała?