Saskia, inaczej niż zakładało chyba całe otoczenie, nie była aż tak durna w sprawach natury erotycznej czy romantycznej, by nie rozumieć, że wszystkie te Iorwethowe... obstrukcje, żeby użyć słowa z tej ich wymarzonej-i-nie-przepadłej-a-tylko-odwleczonej-republiki, to przeciąganie i sceptycyzm miały swoje źródło, wyjątkowo, nie w rasistowskiej niechęci do ludzi, tylko całkiem normalnej niechęci do odbywania pierwszych chwil wspólnej czułości – do pełnej penetracji przecież nie doszło, aż tak nieobytej Saskia grać nie mogła – jako teatrzyku dla podsłuchującego nadzorcy więziennego.
Niechęć była zrozumiała, oczywiście. Oczywiście wtóre, teatrzyk był na rękę z kolei Saskii. Pozwalał bowiem traktować sprawę w kategorii zgrywy, trochę się pośmiać, trochę poudawać, trochę przesadzać... Ukryć braki w umiejętnościach.
A braki dziewczyna miała spore. Przydomek dziewicy nie był na wyrost, jeśli szło o stosunki z dwunogami, stosunki ze smokami zaś, wiedziała, różniły się za bardzo, by móc je wprost przekładać.
Znała teorię. Tak czysto biologiczną, jak bardziej zaawansowaną. Znała teorię, nie miała praktyki, była piękna, elfik zakochany – czyli dramat. Dramat wody najczystszej, znacznie czystszej niż ta portowa, która chlupotała zdradziecko, gdy się w niej, ostrożnie-ostrożnie zanurzali. Musieli wypłynąć spory kawałek dalej, wyminąć strażników oraz posterunek celny.
Getta, szczęśliwie, leżały zwykle na obrzeżach miejscowości, podobnie jak porty i inne szemrane w oczach ludzi miejsca. Caunas nie było wyjątkiem, co znacznie ułatwiało dwójce „uciekinierów" sprawę. Tak samo ciepła jeszcze pogoda, która pozwalała zignorować przemoczone ubrania. A przynajmniej ułatwiała ignorowanie, bo ziąb przeciskał się jednak przez skórę, zwłaszcza, że nawet przez peryferie miasteczka musieli się skradać. Powoli. Co chwilę zamierając przy ścianach, przypadając do ziemi.
Toteż gdy Iorweth doprowadził ich wreszcie do tej elfiej chaty, od której „koniecznie należało zacząć", Saskia była już zmartwiona. Nie, żeby pomysł nagle wydał się jej niedorzeczny, nie, skądże... Tylko przecież i ona, i Iorweth byli ranni. Ona wytrzyma, pewnie, co to tam trochę chłodu dla smoka, wewnętrzny żar chronił ich przed poważniejszymi konsekwencjami nawet porządnego przemarznięcia – ale elf to co innego. Trudno będzie przed Roche'em wytłumaczyć jego nagłą gorączkę. I jeśli cała ta wyprawa się wyda, to mężczyzna na pewno wypomni dziewczynie awanturę, którą urządziła o drobne przepracowanie. Na pewno doda coś o tym, jak to on, łowca Wiewiórek, mniej Iorwetha przeciągnął niż ona, niby to sojuszniczka.
Na pewno wywoła wyrzuty sumienia. Jakby Saskia jeszcze jakichś potrzebowała, po tym, jak plątała ich wszystkich – wszystkie istoty, które jej zaufały, tysiące istot – w tak pochędożoną kabałę, że...
— Hael — burknął w tej sekundzie Iorweth ku otwieranym drzwiom; właśnie burknął, co przy formalności powitania nieco dziewczynę zaskoczyło.
Za drzwiami ukazała się twarz starszego elfa. Jasne oczy, jasna cera, jasne włosy, tyle było widać przy słabym oświetleniu z wnętrza chałupy. Całkiem porządnej chałupy, dużej, odnowionej, z malunkami na ścianach i zdobionymi okiennicami.
Tamten obrzucił ich spojrzeniem głównie nieprzychylnym, ale też nieco... zasmuconym? Przymknął powieki i Saskia znała już elfy na tyle, by rozpoznać, że gospodarz szykuje się na coś nieprzyjemnego. Jakby tarczę podnosił.
— Nie z tym przychodzę — rzucił szorstko Iorweth. — Olìth żyje. Ale musimy... potrzebuję wejść. I moje towarzyszka. Proszę.
Elf uniósł powieki. Teraz jego spojrzenie było zdecydowanie nieprzychylne.
— A czemu miałbym cię wpuścić w dom, gończy psie śmierci?
— Bo przychodzę w potrzebie i bez miecza w dłoni — stwierdził lodowato Iorweth, po prostu odtrącając tamtego dłonią z przejścia. — Chodź — to było już w stronę dziewczyny; też chłodne, najpewniej z rozpędu.
Gospodarz ich wpuścił. Czy raczej nie stawiał oporu, gdy wchodzili, nie wołał pomocy. Starannie zamknął za to drzwi, zasunął skoble, sprawdził okna.
— O czym będziesz mi krakał? — spytał obojętnie Iorwetha. — Skoro nie o zgubie mojego rodu?
Watażka nie od razu odpowiedział. Opadł na stołek, ściągnął buty, przysunął się bliżej ognia. Drugi elf chyba spodziewał się ciszy, bo nie poganiał, dorzucił drew do pieca, nalał do kubków piołunówki – znaczy, na węch Saskii była to piołunówka. Dziewczynę coś wzdrygnęło. Piołun, kruk, pies śmierci, zguba rodu. Ponuro się zaczynało, nawet jak na Aen Seidhe.
Iorweth chwycił kubek, obracał go w palcach.
— Wiesz, że mi przykro — oznajmił, wreszcie, przeciągnął, ceremonialną starszą mową — z powodu śmierci Aellandera. Wszystko mi świadkiem, że żałuję i ta śmierć pogrążyła mnie w głębokim smutku, smutku niewysłowionym. Wszystko mi świadkiem, że szanuję twój ból, że jest dla mnie kruchy i bezcenny, i godny czci, i...
— Gdyby ci było żal — wciął się gospodarz, nadal obojętnie — i gdybyś czcił mój smutek, nigdy nie przyszedłbyś tutaj, by zabrać mi kolejnego syna. Po co mi słuchać kłamstw, a tobie kalać święte formuły naszych przodków?
— Olìth żyje — powtórzył watażka; wzrok miał utkwiony w ścianę tuż obok głowy rozmówcy.
— Nie wiem więc, po co tu jesteś. Jesteście — dodał z odcieniem ironii — chociaż twoja znajoma mogłaby być równie dobrze duchem, skoro...
— Saskia. Saskia Smokobójczyni. — Iorweth machnął między nimi kubkiem, jakby przypijając. — Vaethill Laeonneth aep Rissea. Przewodniczący tutejszej gminy. Duchowy opiekun. Kapłan dawnych dni. Nieformalny przywódca wszystkich istot starszej krwi w tym regionie.
Vaethill skinął jej głową, podał napój. Odpowiedziała tym samym i wzięła łyk. Duży, żeby się popisać, tak trochę. Przygotowała się wewnętrznie na skręt gardła od goryczy – i słusznie zrobiła.
— Czy bohaterka Aedirn nie powinna przebywać przy Stennisie? — spytał elf.
Iorweth już otwierał usta. Saskia nie dała mu dojść do słowa:
— Powinna. Będzie. Ale nie teraz. Teraz potrzebujemy informacji.
— Idźcie do starosty. Scoia'tael może by rozmowy poskąpił, ale Dziewicy Aedirn przecież powie wszystko. I jeszcze da obstawę, żebyście spokojnie dojechali do stolicy. Nilfgaard wszedł, ale to nic, Stennis nadal dowódcy potrzebuje. — Gospodarz wzruszył ramionami. — A jej przecież ufa. Musi ufać, skoro przyjął pomoc od komand. Ja bym się na jego miejscu nie zgodził.
Iorweth prychnął w kubek.
— Nie możemy tak — odparła dziewczyna. — Mamy już... inne zobowiązania. Ale wrócimy pod opiekuńcze skrzydła Jego Wysokości, oczywiście. Później. A do starosty przejdziemy się swoją drogą.
— To on wszystko wam powie.
— Wcale nie — mruknął Iorweth.
— Jedyne, czego nie wie starosta, a mogę wiedzieć ja, to to, kto i kiedy wrócił z tej twojej ostatniej awantury. Ale o tych elfach nic ci nie powiem, nic od ciebie nie przekażę, nie pozwolę, żebyś ich na śmierć ciągnął.
— Przekażesz. — W głosie watażki była niezmącona pewność i spokój. — Nic wielkiego zresztą. Że żyję i za kilka tygodni najpóźniej wrócę. Teraz komendę trzymają zastępcy. Przekaż to komuś, żeby podał oddziałom spod Vergen. Ja w zamian przekażę Olìthowi wyrazy twojej miłości.
— A ty nie zdążyłeś swoim ręką na odchodne machnąć? — zdziwił się uprzejmie Vaethill, całkowicie ignorując ostatnie zdanie. — Coś w pośpiechu tę komendę zdawałeś.
— Owszem — potaknął Iorweth, niemal pogodnie. — A ty wiesz z pewnością więcej, wiesz wszystko. Przywódcy półświatka i biedoty tak zwykle mają.
— Lepiej być przywódcą półświatka niż bandy okrutnych, bestialskich morderców.
— Tak — znów się zgodził Iorweth, znów wesoło. — Zdecydowanie wygodniej. Ja na przykład już od dawna nie mieszkam w porządnej chacie. Możemy przejść do momentu, gdy wreszcie mówisz nam, co ostatnio zaszło? Polityka, komanda, nastroje wśród młodzieży? Plotki nawet? Chłodno mi — dodał tonem wyjaśnienia.
Gospodarz patrzył mu w oczy. Cienie pełgały po ścianach, ogień trzaskał, ale wydawało się, że jest upiornie ciemno i cicho.
— Nienawidzę cię — powiedział cichym, nieomal kontemplacyjnym tonem Vaethill; po czym, ledwo tamte słowa wybrzmiały, dodał głośniej. — Idź się przebrać. Rzeczy są w sypialni, drzwi po lewej. Dam ci jedzenie. A potem pójdziesz precz, kruku.
— Nie, póki mi nie powiesz.
Starszy elf pchnął drzwi, te do sypialni.
— Przebierz się, nim dostaniesz zapalenia płuc. Nie zamierzam tygodniami znosić twojej rozgorączkowanej, zasmarkanej obecności.
Iorweth ani drgnął.
— Powiem — dodał ostro gospodarz. — Powiem, co chcesz i dam ci opatrzenie na drogę. A wówczas przepadniesz.
— Takie są zasady, prawda? — watażka przeciągał zgłoski. — Przepadnę.
'
'
Saskia była całą sceną nieco zdezorientowana. Iorweth z gospodarzem zniknęli na chwilę, zostawiwszy ją z tą paskudną piołunówką. Paskudną, ale rozgrzewającą, przyznawała. Mocna nalewka, może nawet z dodawanym spirytusem.
Gdy elfowie wrócili, kubek był już pusty, a Saskia całkiem dumna, bo nie podlała alkoholem stojących na oknie ziół. Chociaż sporo ją to kosztowało, smoki miały lepszy węch, a więc i smak – a lubiły mięso oraz słodycze, nie żadną zieleninkę, gorycz czy mocne alkohole. Nie truły się nimi, prawda, ale za smaczne też nie uważały, raczej za wypalające języki. Ojciec nawykł w końcu, długo przebywając z ludźmi, Saskia mocną głową zdobywała szacunek żołnierzy, ale smak pozostawał smakiem: wykrzywiał gębę.
Na szczęście kolejny kubek był już pełen owocowego naparu. Też rozgrzewającego. A Vaellith podawał informacje szybko, bez żadnych ceremonialnych gierek, najwyraźniej zdecydowany jak najprędzej pozbyć się gości.
Z komand wrócił może tuzin. Tak, Stennis klęknie przed Emhyrem, mówią, że zachowa armię, praca dla was będzie. Nie, starosta, Manet Lassy, to człowiek lojalny i całkiem porządny, nie zdradzi władcy, nieważne, co mu się obieca. Mogą do niego iść i poprosić o przesłanie wiadomości, pewnie, tylko niech uważają, to także człowiek przebiegły, za darmo palcem nie kiwnie. Ale dobry gospodarz, o mieszkańców dbały, niech się powołują raczej na dobro wspólne niż osobistą korzyść. Roche przypłynął, to właściwie ciekawe, że wy tak zaraz... Ach, to twój kolejny genialny plan, twoja kolejna kombinacja, kruku. Niech będzie. To wiedz, że jeszcze przed Roche'em pojawili się ci, którzy go szukali. Z Kaedwen. Magowie, skrytobójcy i prości siepacze.
— Rozwścieczył czymś Henselta. Bardzo — w głosie Vaethilla zabrzmiała refleksyjna nuta. — Ten sobie życzy jego głowy. Ale na karku, bo chce mieć przyjemność torturowania... Wiecie, co aż takiego ten hycel zrobił?
— Wywołał mu w obozie spisek. Chciał zabić Detmolda — bąknęła Saskia. — Po drodze zabił sporo Kaedweńczyków.
Elf pokręcił głową.
— To za mało. Tamci wyglądali... zachowywali się, jakby chodziło o coś więcej. Sprawę osobistą. Zresztą, Henselt ceni wojowników, o przetrzebienie armii by się tak nie uraził, a o spisek, cóż, wiadomo, kto przyjmuje obce służby specjalne w obóz, sam sobie winien...
— Podobno ktoś Henseltowi przestawił nos w Vergen, podczas bitwy — zauważyła z namysłem dziewczyna. — Problemy z oddychaniem do końca życia. Świszczy jak fujarka. A i tej urody mu ubyło... Ale z pretensjami do naszych się w Loc Muinne nie zgłaszał. Roche w Vergen, twierdzi, był. Może to...?
Gospodarzowi drgnął kącik wargi.
— Bardzo głupie by to było. Uderzyć króla i nie zabić, narazić się na zemstę... Takie właśnie w stylu Dh'oinne. I Scoia'tael.
Iorweth znów prychnął w kubek. Siedział teraz na skórze przy palenisku, nogi podwinął po zerrikańsku. Nowe, suche ubranie było na niego sporo za duże rozmiarem, ale nieźle dobrane pod względem wzrostu.
— Akurat ja starałem się nigdy nie zostawiać przy życiu Dh'oinne. Ani królów, ani żebraków — zadeklamował watażka.
— To tylko kolejny rodzaj głupoty. — Vaethill przeniósł na niego wzrok, na sekundę, zaraz wrócił do twarzy kobiety; teraz, gdy podawał informację, gdy dopełnił jakiegoś wstępnego rytuału, prawie nie spoglądał na drugiego elfa.
Jakby tamten faktycznie był duchem. Zmorą. Zwiastunem klęski. Saskia nie chciała o tym myśleć.
— Przybyli tu ludzie szukający Roche'a... — podrzuciła, upijając łyk naparu.
— Tak. Nie rozpytywali wśród ludzi, wiedzieli, że po ostatniej wojnie nienawiść jest nadal silna... Ale hen ichaer to co innego. Nie mamy powodu, by kochać Niebieskie Pasy. I tamci oczywiście o tym wspomnieli. O zemście. O przelanej krwi. O torturach i szubienicach. A na koniec zostawili nam magiczne urządzenie. Żebyśmy mogli dać im znać, kiedy tylko Roche się pojawi. Sami się wycofali, szybko... Do Giechii, podobno.
To miałoby sens, wiele sensu. Giechia, jedna z głównych miejscowości targowych tej części Aedirn, leżała mniej więcej pośrodku Pontaru i jego dwóch głównych dopływów. Którymkolwiek szlakiem pragnąłby Roche płynąć do Temerii, Giechia leżałaby niedaleko. O dwa dni drogi, jeśli się miało dobre konie. Dość czasu, by dostawszy informację, spokojnie zaplanować zasadzkę, dość blisko, by kontrolować sytuację.
Albo nawet nie bawić się w zasadzki, tylko dopaść Pasy w którymś porcie. Może i tutaj. Ale w tę możliwość Saskia wątpiła. Vaethill zresztą też.
— Tu jednak jest garnizon. Żołnierze. Starosta oddany panującej dynastii... Po co mieliby sobie robić kłopot? Starczy, że upozorują napad piratów, nikt nie będzie pytał, nikt ich nie powiąże, reperkusje dyplomatyczne żadne, trudu też niewiele... Przecież z tego, co widziałem, resztki mu z tego oddziału zostały. Na rzece bez trudu ich wyrżną.
— Roche musiał wiedzieć, zakładać, że go szukają. Że zejście na ląd będzie oznaczało zostawienie tropu. — Kobieta bawiła się kubkiem, wpatrywała w ogień; byle nie na żadnego elfa, byle nie wpaść w pajęczynę napięć pomiędzy nimi. — Aż tak głupi to on chyba nie jest, żeby w tej sytuacji...
— Nie sądzę, żeby był. Sądzę, że nie wziął pod uwagę magicznych cacek. Przekazanie informacji normalnie zajęło dzień czy dwa, dość czasu, by namotać, zgubić trop, przygotować się... Nie docenił królewskiej pychy — mruknął w zadumie Iorweth. — Albo siły własnych pięści.
— Mogliby równie dobrze czekać tutaj.
— I zacząć awanturę w mieście? Walczyć z całym garnizonem?
— Ale tak zostawić statek niestrzeżony, całkiem pusty, z paroma marynarzami i jednym fircykiem po medycynie, to jednak głupota...
Saskia urwała nagle. Watażce, sądząc po minie, przyszło do głowy mniej więcej to samo, co smoczycy. Myśl na głos ogłosił wszakże gospodarz:
— A was przypadkiem jeszcze nie było na tym statku? Wielkiego bojownika o wolność — te słowa były przesączone jadem — i nie bawmy się w teatry, przecież widzę, przedstawicielki gadów naczelnych? Która to przedstawicielka każdą bandę byłaby w stanie... unieszkodliwić... jednym machnięciem skrzydeł?
Z rozmówców najwyższych tytułów wojskowych dochrapała się kobieta. De facto, choć nie de iure, robiła jeszcze niedawno za generała – wobec czego teraz wzięła głęboki wdech, potrzymała powietrze w płucach parę sekund, wypuściła przez nos, uśmiechnęła się promiennie i przejęła kontrolę nad sytuacją, nim Iorwethowe poczucie honoru zażądało natychmiastowego powrotu na tę temerską łajbę.
— Wykorzystał nas jako czujki i ochroniarzy, nic nie mówiąc? Chociaż my jeszcze tydzień temu z ran omdlewaliśmy? Swołocz. Swołocz i kutas. Ale dobrze wiedzieć, zapamiętamy to mu. A to magiczne ustrojstwo, to do przekazywania informacji, gdzie jest?
— Nie powinniśmy aby... — zaczął watażka.
— Nie — odparła twardo Saskia.
Vaethill rozciągnął wargi w pełnym samozadowolenia uśmiechu.
— U mnie, oczywiście. Jestem wszak, jak to ujął nasz znajomy padlinożerca, przywódcą lokalnej społeczności. A ja to zawinąłem w gałganki, położyłem w dwimerytowej szkatułce i schowałem do szafy. Nie ufam czarodziejom, gdy przynoszą dary. Ani ludzkim, ani naszym. Z pewnością znajdowały się tam także czary podsłuchujące. I jeszcze jakieś. Ładunek magiczny był za wysoki jak na proste urządzenie nadające jeden jedyny sygnał. Mieszkańcom powiedziałem to samo. A gdy dzisiaj przyszli w sprawie Roche'a dodałem, że równie dobrze Kaedweńczycy mogli tam zakląć czar niszczący. Żebyśmy za nich załatwili sprawę. Uaktywniasz to urządzenie i cała wioska ginie w płomieniach.
— Aż tyle tam tej magii? — Dziewczyna udała zdumienie.
Iorweth nie był tak uprzejmy.
— Jak zawsze tchórz w służbie Dh'oinme. Okłamałeś nasz lud, by...
— ...by nie pomóc innym ludziom, z którymi mój król i mój kraj właśnie toczyli wojnę. Nie mielibyśmy żadnej korzyści z wydania Roche'a. Zresztą, czy ty przypadkiem nie przypłynąłeś tutaj na jego statku?
Jej elf wzruszył ramionami. Gospodarz kontynuował spokojnym, równym tonem:
— Oczywiście nie kocham Błękitnego Kata. Zamierzałem poinformować jego wrogów... z bezpiecznej odległości. Środka lasu, na przykład. I kiedy Pasy już odpłyną. Nie chcę burd w Caunas. Dobrze się tu żyje.
— Tobie? — warknął Iorweth, naraz cały zjeżony.
— Evelliénn aep hen ichaer.
— Twoi synowie mieli inne zdanie.
Saskia miała ochotę walnąć tego swojego głupiego partyzanta w łeb. Albo spuścić z paru kilometrów i złapać tak kilkaset metrów nad ziemią. Albo popodrzucać pyskiem, albo wytarmosić zębami, albo chuchnąć z nozdrzy dymem, tak porządnie, żeby dureń rozkaszlał. Albo użyć dowolnej innej metody dyscyplinującej smocze młode.
Iorweth złapał jej wściekłe spojrzenie – lub sam zauważył, że przesadził – bo dodał niezręcznie, łagodząc głos:
— Nadal mają... ma.
Vaethill jakby go nie usłyszał. Ciągnął poprzedni wątek rozmowy:
— Niemniej, podejrzewam, że nie mnie jednemu zostawiono takie cacuszko. A nawet jeśli – są inne sposoby komunikacji. Gołąb do Giechii doleci stąd w mniej niż dzień. Jeśli wypuszczono go dziś przed południem, to tamci mogli do tej pory odebrać wiadomość. Na waszym miejscu założyłbym, że już wiedzą.
Jasne. Pewnie. I co mieli niby zrobić z tym założeniem czy informacją? Powiedzieć Roche'owi – to wyznać, że zeszli na ląd. Jeśli kapitan stwierdzi, że doskonale zdawał sobie sprawę, że Kaedwen poruszy rzeki, bagna, niebo tudzież prostych nieludzi, by go znaleźć, to nawet nie będzie musiał czuć się zobowiązany. Nie powiedzieć Roche'owi – to narazić się na atak. A właściwie narazić na atak Niebieskie Pasy. Oni sami, Saskia i jej elf, zawsze będą mieli niebo. Może mało to honorowe, ale prawda. Fakt twardy jak kamienie szlachetne albo podłoże głębokiej, głębokiej jaskini, takiej właśnie jak dom.
Jednak watażkowie Scoia'tael nie słynęli z pragmatyzmu czy trzymania się twardych faktów. Iorweth bez wahania zginąłby za idee, za wolność, za honor... I za ideę Saskii. To ostatnie obligowało do pewnej wzajemności. Poza tym, przecież faktycznie się umawiali, a Temeria pasowała dziewczynie do najemniczych planów. Nie gorzej niż Aedirn. Nie gorzej niż Kaedwen. Lepiej niż Nilfgaard, ale z wygraną tego ostatniego trzeba się chyba zacząć godzić. Jak najszybciej.
Oczywiście, mogło być też tak, że ludzie Roche'a już leżeli z podciętymi gardłami, bo jednak ktoś powiadomił ludzi Henselta, a ci załatwili sprawę cichcem i w drodze do albo z karczmy. Mało prawdopodobne, ale zawsze.
— Z pozostałych wieści lokalnych: w lesie zalągł się widłogon — dorzucił gospodarz. — A trolle opuściły się trochę w rychtowaniu mostu, starosta ma z nimi negocjować w przyszłym tygodniu...
— Gdzie masz ten przekaźnik? — wtrącił Iorweth, wstając od razu na nogi, lekko, sprężyście, jakby był całkiem zdrów.
Vaellith przeniósł na niego spojrzenie. Obojętne i puste, a jednak ciężkie od wyrzutu. Elfy, pomyślała z niechętnym podziwem Saskia, one to umieją mikroskurczami mięśni przekazać całe elaboraty.
Smoki też wiele rzeczy wyjaśniały sobie mową ciała, nie musiały tak bardzo polegać na słowach. Ale te gesty były jednak znacznie... szersze. Pełne rozmachu. Wymagały całej połaci powietrza.
Urządzenie, które zostało jednak gościom pokazane, było raczej takie, jak ruchy elfów: maleńkie, dyskretne, ciche. Magia w nim była celowo przytłumiona, ukryta. Ciekawe. Kobieta próbowała przypomnieć sobie i poskładać strzępki wiedzy uzyskane – podejrzane – u Filippy.
— Sygnatura magiczna wyglądała na Detmoldową — zauważyła, gdy już się napatrzyli i ponownie schowali ustrojstwo.
— Któżby inny — westchnął Iorweth. — Aż dziwne, że sam mag królewski zajmuje się takim drobiazgiem, jak kalibracja i ustawienie byle przedmiociku. Roche musiał go wyjątkowo... zirytować. Do tego jednego ma talent.
Saskia westchnęła.
— Naprawdę szkoda, że nie ubił. Poza tym wszakże: sygnatura Detmolda, ale sama rzecz raczej nieoryginalna. Nie nosi na sobie tego... piętna osobowości.
— Pewnie. — Vaethill nie sprawiał wrażenia zachwyconego jej spostrzegawczością; trudno się dziwić, sama dziewczyna nie była. — Musiał w końcu wytworzyć takich co najmniej kilkanaście, po jednym na każdą większą miejscowość z portem. Też nie bawiłbym się w autoekspresję, tylko skorzystał z szablonu.
— Szablon można rozpracować. Ustalić, jakie zaklęcia wchodzą z nim w najłatwiejsze do opanowania, najbardziej standardowe reakcje, sprawdzić, gdzie znajduje się odbiorca, może nawet odwrócić czar i...
— Dysponujecie aż taką rezerwą czasową? — Brwi gospodarza podjechały o jakiś milimetr w górę.
Cóż, postanowił najwyraźniej nic nie ułatwiać. Kobieta nawet nie umiała mieć mu tego za złe. Nie po tych oczywistościach, które wyciągnęła z powitalnej rozmowy między elfami. Filar lokalnej społeczności okazał najpewniej wiele opanowania i uprzejmości, nie zwalając im owej społeczności – w postaci straży – na głowy.
— Chcielibyśmy raczej pożyczyć... wziąć to urządzenie. Oczywiście pomiędzy inspekcjami będziemy je trzymać szczelnie zamknięte, a w ich trakcie nie powiemy słowa, z pewnością nie wspomnimy o pańskim udziale...
— Nie upadłem jeszcze tak nisko — w głosie Vaethilla pojawiła się iskra emocji — by bać się lokai Dh'oinne. Nawet jeśli magią czyszczą swoje liberie.
Iorweth znów prychnął. Coś o odwadze. Nie głośniej czy wzgardliwej niż poprzednio, ale gospodarz tym razem zareagował. Odwrócił gwałtownie głowę, zniżył ton do nienawistnego, syczącego szeptu:
— Odważyłem się wpuścić śmierć własnych synów do domu. Patrzyłem w oczy tym, którzy przynosili wieści. Odważyłem się wyplenić zło z własnej krwi, odważyłem się stanąć naprzeciw litości Aen Seidhe i przerażenia innych. To jest moja odwaga, kruku. A twoja? Masz jej choć ziarnko, tyle, by wypełnić źrenice?
Watażka dopiero po tych słowach podniósł spojrzenie znad kubka, swoich splecionych wokół niego palców. Spojrzał Vaethillowi prosto w oczy.
— Nie boję się twojego wzroku — oznajmił z drwiącą łagodnością. — Chciałem ci oszczędzić kolejnego, jak to ująłeś, stawania naprzeciw litości. Nie mam do ciebie żalu przecież. Tylko litość. Twój syn częściej rozpacza nad losem takich jak ty cieni niż nad własnym.
— Wiem, że dla elfów obrzucenie się trzyzdaniowymi obelgami to rozrywka równie ważna jak dla krasnoludów, ale jesteście w obecności damy — wtrąciła Saskia, wstrzymując irytację i na kilka sekund spuszczając oczęta oraz układając dłonie w małdrzyk.
Tamci obrzucili ją długim spojrzeniem. Potem siebie nawzajem. Vaethillowi drgnęła ociupinkę warga, jakby do chichotu.
— A poza tym nie dysponujemy rezerwą czasową — dodała dziewczyna swoim zwykłym tonem.
— Chcielibyście zabrać ode mnie tę zabawkę. Ja mówię: nie. Nie wiemy, ile urządzenie może, ale zakładam, że przynajmniej wysyła stale sygnał pozycyjny. Nie wiem, czy potrafię stłumić tak podstawową funkcję bez uszkadzania przedmiotu. Dowiedzą się, gdzie jesteście. Co do kilku metrów.
— A z nami Roche. Powinni być wdzięczni — zauważyła Saskia.
W oczach Iorwetha mignęło zaniepokojenie. No tak. Honor. Obchodzenie problemu przez różne dyplomatyczne wykręty typu „nic im nie powiedzieliśmy, tylko wzięliśmy ze sobą jedną rzecz" raczej nie wystarczy.
Rysy gospodarza się za to wygładziły. Podziw. Zadowolenie. Namysł.
— Stąd i tak do Wyzimy jest póki co jedna droga wodą. Najbliższą zmianę szlaku Roche może przeprowadzić za jakieś cztery dni. Skoro się dowiedzą, że był w Caunas, to już i tak będą znali jego najbliższą trasę. A przed rozwidleniem wywalimy urządzenie w diabły. Sporo przed rozwidleniem, żeby nie dostali istotnych informacji. Pasy nam pomagają. Oferują dobry układ. Nie chcę ich krzywdy.
— Tylko... — podrzucił Vaethill.
— Tylko informacje nigdy nie zaszkodzą. I nie zaszkodzi podbić trochę własną cenę — odezwał się wreszcie Iorweth. — Jeśli połączenie idzie w obie strony, to albo nam uda się ich podsłuchać, albo zainteresujemy Detmolda.
— I liczycie, że wydobędziecie z niego informację? Mrowiska nie działają na odległość — zauważył gospodarz tonem pełnym zdumienia, które brzmiało na bardzo, bardzo starannie wyprany z emocji.
Takim tonem Iorweth w Vergen, przy nielicznych rozmowach z ich sojusznikami, wymawiał „Dh'oine".
— Informację, propozycję, pułapkę... — Saskia wzruszyła ramionami. — Coś.
— Coś — powtórzył z satysfakcją Vaethill. — I takaś pewna, smoku, że z tym cosiem sobie poradzisz?
Nie. Ale zawsze będą mieli z Iorwethem niebo.
— Tak.
Iorweth jej pomógł. Należało się mu. Roche'owi póki co nic. A jej elf był ewidentnie dobity, przygaszony, splątany relacjami i emocjami, których ona jeszcze nie umiała nawet dostrzec, a co dopiero rozplątać. Najwyraźniej kapitan był faktycznie dobry w swoim fachu – i źle się stało, że to zlekceważyła. Może trzeba było jednak odpuścić sobie trans leczniczy... Tylko wtedy w jej piersi nadal widniałaby dziura.
Dzielny uśmiech. Jak do ludu przed bitwą. Tak, tak, tak.
— Na pewno.
'
'
Iorweth uważał, że sprawy toczą się coraz gorzej. Najpierw Vaethill – dawszy im wreszcie przekaźnik, schowany dla pewności w dwimerytowym pudełeczku – niby to w ramach przysługi załatwił jemu i Saskii natychmiastową wizytę u starosty. W ramach prawdziwej złośliwości powiedział posłańcowi, że przybywa Dziewica Aedirn oraz ślepy elf, wobec czego Iorwethowi przewiązano oczy – niby że dla przebrania. Akurat. Złośliwość, czysta złośliwość. Nawet to, że dziewczyna trzymała go pod rękę, mocno, całą drogę, nie wynagradzało watażce upokorzenia i lęku.
Potem, jeszcze podczas tej krótkiej drogi, Saskia zapytała, czy Olìth naprawdę żyje. Iorweth nie był pewien, czy cieszy go opinia o sobie, jaką mógł wywnioskować z tego pytania. Olìth, fortunnie, żył. Kłamanie Vaethillowi byłoby głupotą, zawsze umiał przejrzeć.
Teraz zaś starosta bardzo kornie i dwornie tłumaczył, że sprawa jest precedensowa (akurat), że bohaterka tak incognito, że to niezwykłe, że albo musi potwierdzić i zapewnić jej eskortę, albo powinien wrzucić do aresztu, przynajmniej domowego, bardzo eleganckiego, do wyjaśnienia sprawy. Tak czy siak, że tej nocy jeszcze w dalszą drogę puścić ich nie może. Co oznaczało, dumał sobie elf, że przepadnie mu nie tylko obiecana chwila czułości – Heniek może i się wycofał, ale reszta oddziału raczej tak uprzejma nie będzie – ale także że całą konspirację diabli wezmą. Roche się dowie o ich małej nocnej wycieczce. W najgorszy możliwy sposób. Z gminnego więzienia. Szczęśliwy to nie będzie.
A to, że tak się przejmował marnym Dh'oine dowodziło z kolei, że jest już z nim, Lisem Puszczy, Crevan aep Caed, bardzo źle. Sentymentalnieje na starość. Mięknie. Może nawet – ścisk w gardle, przełamany wymuszonym przełknięciem śliny, stającym w przełyku jak kamień – się łamie.
Starosta wykładał właśnie, że skoro chcą szybko potwierdzić tożsamość Smokobójczyni, to mogą jeszcze zabić lokalnego smoka. Tego widłogona, który się gdzieś w lesie, niżej na rzece, zalągł. Miasto im wtedy nieba przychyli i każdą, najbardziej ekscentryczną prośbę spełni. I tak pewnie taniej niż wiedźmin nas to wyniesie, dodał, rozkładając szeroko ręce. Uniwersalny gest teatralnej szczerości.
Iorweth sarknął w duchu. Spadali z Saskią z bohaterów walki o wolność do wędrownych zabijaków. Tańszych od wiedźmina. Śmiać się czy płakać?
Oczywiście ubić tego widłogona czy inszej wiwerny nie daliby rady przed świtem, Roche znów dowiedziałby się wszystkiego, ba, starosta dowiedziałby się, że są razem z Roche'em, doniósł Stennisowi, młody król pewnie by się obraził, straciliby jednego protektora, jeszcze bardziej uzależniliby się od pomocy, łaski i kaprysu Niebieskich Pasów...
Saskia negocjowała spokojnym, ciepłym tonem, szerokim, łagodnym uśmiechem. Starosta to unosił ręce ku niebu, to je rozkładał, to znów brał się pod boki. A potem wszystko się zdecydowało, rozwiązało. Nagle. Bez woli czy wpływu zainteresowanych. Zrządzeniem losu, zbiegiem z pęt okoliczności, przeznaczeniem.
Znaczy: rozwiązało się najgorzej jak mogło. Przerażonymi krzykami i biciem w dzwony na alarm.
'
'
Pasy siedziały w karczmie, doskonale się bawiąc. Ludność, zauroczona kolejnymi wojennymi anegdotami, aż rwała się do stawiania alkoholu. Właściciel, zadowolony z obrotu, szepnął Vernonowi, w porywie czy to uczciwości, czy to zafascynowania opowieścią o tym, jak to Roche z chłopkami dwa miesiące tropił oddział niejakiego M'chiva, że za kolację też goście płacić nie muszą, jemu się już zwróciło.
Kapitan gest docenił. Po opowieści zaproponował trzy toasty pod rząd. Że toasty były dowcipne i powiązane z opowieścią („Za naszych dzielnych chłopców! Za udane łowy na każdego zwierza... i każdego klienta! A także za mrówki, drodzy państwo, za mrówki! Gdyby M'chiva wtedy nie oblazły, pewnie w akcie zemsty ze te zniszczone torturowaniem Dh'oinne ogniska, to by nam zwiał, skurwysyn!"), to spełniła je calutka sala. Właściciel jaśniał niczym święty krąg na Saovine.
Ves była po prostu szczęśliwa. Dowódca w swoim żywiole. Reszta oddziału chyba już tak pijana, że im było wszystko jedno... Czyli też szczęśliwa, doszła do wniosku dziewczyna, co tu filozofować? Smętnie im niby?
I w tę radość, która już nawet paru strażników miejskich ściągnęła ze służby do gospody – co się w końcu stać mogło, oni tak tylko na chwilę – wdarło się głuche bicie dzwonów. Ves, której pomimo tych wszystkich lat paniczne alarmy kojarzyły się głównie z Wiewiórkami oraz rodzinną wioską, na sekundę stężała. Wszyscy stężeli.
A potem tę śmiertelną ciszę przerwały krzyki „Smok! Smok w porcie! Ratuj się, kto może!". Roche zacisnął palce na kuflu, aż kłykcie mu pobielały, a naczynie niemal pękło. Pobladł. Poczerwieniał. Twarz stężała w ślepej, zamkniętej furii. Takiej niemal jak w obozie Henselta, gdy... gdy wiadomo.
— Zabiję skurwieli — oznajmił Vernon lodowato po kilku sekundach stuporu, swojego i całej sali, zrywając się na nogi, strącając kufel na ziemię. — Zajebię jak pierdolone szczury.
