– Bonnie, miałaś rację, jak zawsze. Zgodził się. – Radośnie ucałował swoją boginię w policzek. Zdjął rękawiczki. Tylko w domu mógł sobie pozwolić na chodzenie bez nich.

– Doskonale – odpowiedziała, oddając mu pocałunek. – A teraz musimy się przygotować. Tym razem zadanie może być bardziej skomplikowane.

000

Sprawdzenie notki od Clyde'a nie przyniosło żadnego rezultatu. Zwykła koperta, zwykły papier, całkiem zwyczajny tekst z drukarki. Żadnych odcisków palców poza moimi – cwany lis Clyde był ostrożny. Gilza pasowała do kuli, która zakończyła życie pani Irvin. Wydawało się, że wszystko dokoła zamarło, czekając na finalny akt. Lestrade'a, który napomknął coś o śledztwie, detektyw osadził krótko: więcej zabójstw się nie przewiduje, dostaniesz swojego zbrodniarza, a teraz daj mi myśleć. Złościć Sherlocka, kiedy ten rozmyśla, naprawdę nie jest wskazane, więc inspektor chwilowo zostawił nas w spokoju. Mój współlokator to przepadał gdzieś na kilka godzin, to poniewierał się na kanapie pogrążony w zadumie, to znów odprawiał czary nad probówkami w kuchni.

Po drugim dniu czekania i bezczynności zadzwonił Clyde.

– Dzień dobry, panie Watson. Wszystkie sprawy już załatwione?

– Tak.

– Świetnie, w takim razie czekam na pana dzisiaj o pierwszej w nocy. Proszę zabrać ze sobą komórkę. Adres przyślę esemesem, skasuje go pan. Do zobaczenia.

Po upływie minuty na ekranie pojawiła się wiadomość. Miałem jechać do jakiegoś magazynu przy wschodniej granicy miasta. A więc zaczęło się. Serce zabiło mi w oczekiwaniu triumfu i prędkiego zakończenia tej sprawy. Sherlock zerknął na adres, zapamiętał go, po czym oświadczył:

– Pojadę tam sam.

– A niby czemu? Co cię ugryzło? – Mocno się zdziwiłem. Zwykle Sherlock wszędzie ciągał mnie ze sobą.

– To tylko moja sprawa – odparł chłodno, podciągając nogi na krzesło i opierając podbródek o kolana.

– Nie, to nie przejdzie. Czekają na mnie. Pójdziesz tam sam i nikt się nie pojawi. I znów trzeba będzie polować na duchy.
– Nie! – Tym razem okrzyk zabrzmiał szorstko, ostro i raptownie jak wystrzał.

Stałem przed Holmesem, splótłszy ręce na piersiach. Nie wyobrażacie sobie, jaki potrafię być uparty – bardziej uparty od pana detektywa, to już na pewno. Tylko ja mogę wytrzymać presję, kiedy ten nieznośny socjopata domaga się zwrotu paczki papierosów. W takich momentach jest zdolny do wszystkiego, ale ja się trzymam. A już teraz, kiedy widziałem, że jego pomysł jest zupełnie idiotyczny, tym bardziej nie zamierzałem się poddać. Wystarczy, że pójdzie do tego magazynu sam i wszystko się posypie, o ile nie gorzej. Kto tam wie, może rozzłoszczony prezes klubu zwyczajnie zastrzeli jego zamiast mnie i tyle. Co to, to nie! Natomiast we dwóch powinniśmy dać radę Clyde'owi. Wszystko to wyłożyłem Sherlockowi, kończąc koronnym argumentem:
– A poza tym, jak masz zamiar mnie zatrzymać? Nawet jeśli uciekniesz sam, to ja też znam adres. Po prostu złapię następną taksówkę. A jak będziesz się awanturował, to zabiorę i schowam brauninga. I będziesz musiał sobie szukać innych sposobów na nudę.
Spuszczone oczy, zgarbione ramiona, zaciśnięte wargi – wielki detektyw przypominał w tej chwili nadąsanego podrostka. Potem to ucieleśnienie wielkiej obrazy rzuciło mi niespodziewanie wściekłe spojrzenie.

– Dobrze, tylko żeby ci nie przyszło do głowy umierać! Nie chcę stracić człowieka, który płaci połowę czynszu!

„I znosi wszystkie moje wybryki" – tego oczywiście nie powiedział, ale to się rozumiało samo przez się.

Do magazynu przybyliśmy punktualnie. Przez otwarte drzwi padało na zewnątrz słabe światło. Weszliśmy do środka. Pomieszczenie było ogromne, pod ścianami piętrzyły się stosy skrzyń, pod sufitem świeciły słabe (choć dające wystarczająco wiele światła) żarówki.
– Witam, doktorze – usłyszałem znajomy głos i chwyciłem za broń.

Ku nam szedł Clyde we własnej osobie. Teraz mogłem przyjrzeć mu się dokładniej. Jasne, nieco rozwichrzone włosy do ramion, przystojna twarz, wysoki, dobrze zbudowany, odpicowany w szary garnitur i wysoki czarny golf. Tacy faceci zwykle grają w filmach, w emploi „niebezpiecznego mężczyzny", gwarantując sukces wśród żeńskiej części widowni, zwłaszcza jeśli aktor zademonstruje parę razy gołą klatę. Jednak nie byliśmy w kinie, a dłoń w cienkiej czarnej rękawiczce kierowała na nas prawdziwą Berettę 8000.

– Widzę, że nie przyszedł pan sam. – Clyde pokiwał głową. – Domyślałem się że tak będzie. No cóż, wszystko mi jedno, czy przyniosę ulgę jednemu człowiekowi czy dwóm.
– Proszę się nie spieszyć. – Lekko poruszyłem brauningiem. – Cała kwestia w tym, który z nas zdąży strzelić pierwszy. Zdaje mi się, że przewaga jest jednak po mojej stronie. Poza tym, ty jesteś sam. Lepiej połóż broń na podłodze. Powoli.
Clyde westchnął i wzruszył ramionami, nie odrywając od nas uważnego spojrzenia. Nie opuścił też pistoletu.
– O tym, że w waszym przypadku mogą wyniknąć jakieś komplikacje, również mnie uprzedzono. Zabawne, jak uporczywie ludzie czasami czepiają się swojego żałosnego życia. O panu mówię, doktorze. Co się tyczy pańskiego towarzysza, nie jestem pewien, ale inaczej by go tutaj nie było. Zabawne, że przyprowadził pan ze sobą swoje źródło, ale to już sprawa pańskiego sumienia. Tak czy owak, zdążyliśmy się przygotować. – Na jego wargach pojawił się lekki uśmiech. – Bonnie, jesteś?
– Tak. – Zdawało się, że kobiecy głos dobiegał ze wszystkich stron jednocześnie.

Z niedowierzaniem rozejrzałem się po magazynie. Skąd ona mówiła?
– O, mikrofon i głośniki, bardzo pomysłowe – odpowiedział Sherlock na moje niezadane pytanie.

– Czas wysłać ostatni list na bloga, doktorze. Nawet wiem, do kogo wyśle pan sms. Co do pana, detektywie, ma pan chwilę czasu, by się zastanowić, komu wysłać swój.
– Niczego nie próbujcie – odezwała się niewidoczna sojuszniczka Clyde'a. – Mam was jak na dłoni. Widzę, jak panu bije puls na szyi, panie Holmes, a pan doktorze, właśnie potarł koniec nosa. Nie należy mnie denerwować. Jeden ruch i strzelam.
Snajper. Sprawy stały marnie. Ta cała Bonnie mogła być gdziekolwiek: na górze, pod sufitem, między skrzynkami, albo nawet w sąsiednim budynku i celować do nas przez okno. Wszystko zależy od tego, jaki ma karabin. Nie widać czerwonych światełek, więc najprędzej używa celownika nocnego. W kogo teraz mierzy, nie wiadomo, zaś jej pracę mogłem ocenić już dwukrotnie – wstrząsająca celność. Cała ta scena była obrzydliwą powtórką zajścia na basenie, tylko tym razem bez semtexu. Niewielka to ulga. Ponuro obliczałem, jakie mam szanse by strzelić do Clyde'a, a zaraz potem zbić z nóg Sherlocka i odtoczyć się na bok. Albo odwrotnie: zejść z linii ognia, a potem zacząć strzelaninę, klucząc między skrzyniami.
– Proszę wpisać tekst. – Mężczyzna niecierpliwie skinął pistoletem. – Inaczej pański przyjaciel nie otrzyma swoich wersów, co będzie bardzo smutne.
– Rób co mówi – powiedział Sherlock uspokajająco. – Wszystko w porządku. Póki mój kolega będzie się biedził nad tym, jak wysłać notkę ze swojej komórki na bloga, czy możemy porozmawiać?

– Proszę – odparła Bonnie. – Nie widzę przeciwwskazań.

Wyjąłem komórkę i zacząłem mozolnie pisać. Jedną ręką było mi niewygodnie, ale wolałem nie opuszczać broni. Holmes miał chyba jakiś plan, należało mu pomóc. Gdybym jeszcze wiedział, co on takiego wymyślił.
– Bardzo miło. – Holmes uśmiechnął się, zacierając ręce. – Zanim w naszych głowach pojawią się małe ładne otworki, chciałem coś wyjaśnić. Biorąc pod uwagę, że to ostatnie minuty naszego życia, myślę, że nie odmówi mi pani odpowiedzi, Bonnie. Przepraszam, że nie mogę zwrócić się prawdziwym imieniem, ale pani się wszak nie przedstawiła, więc będę używał pseudonimu. Tym bardziej, że pani z pewnością do niego przywykła.
– Bonnie? – W głosie mężczyzny zabrzmiał ton niepewności.

– Milcz, „Clyde" – rzucił mój przyjaciel pogardliwie. – Teraz rozmawiam z twoją damą. Przy okazji, szczerze gratuluję pani nauczycielom. Żadnych głupich błędów językowych. Wymowa niemal idealna, niemal... Spółgłoski międzyzębowe, a także pani „r" i „ł" tak czy owak zdradzają pani słowiańskie pochodzenie. I rosyjski karabin: znakomity, kompaktowy, lekki, akurat dla kobiety. Ja również zawsze uważałem, że Wintorez to piękna broń.
– Dziękuję. – Opanowany głos zewsząd i znikąd. – Naprawdę jest pan bardzo spostrzegawczy i potrafi dobrze wnioskować. W jaki jeszcze sposób mogę zaspokoić pańską ciekawość?
– W żaden. – Holmes uśmiechnął się rozbrajająco. – Po prostu chciałem trochę porozmawiać przed śmiercią. Milczenie jest nudne i ubogie. Wszystko jest jasne i klarowne. W żaden sposób nie mogliście działać tylko we dwoje. Klub samobójców to pomysł tak samo romantyczny, jak bzdurny. Do realizacji takiego planu nie wystarczy jeden snajper, nawet bardzo dobry, i jeden nieszczęsny idiota, gotów iść na smyczy. Nie, tu potrzeba większych środków, większych powiązań.
– Bonnie, o czym on mówi? – Prezes klubu samobójców wyraźnie się denerwował, drżały mu ręce, ale Beretty nie opuścił. Szkoda.
– Cicho. Drażni mnie pan. – Kolejne szydercze kiwnięcie głową w stronę zdezorientowanego Clyde'a. – A więc, Bonnie, proszę mi powiedzieć, jak wiele czasu zajęło przygotowanie tego całego spektaklu? Jak skomplikowane było podrobienie wyników analiz Irvina, jak trudne skłócenie studentki z jej ukochanym, przekonanie chirurga, że popełnił błąd lekarski? Jak ciężko było złamać niewzruszoną prawniczkę, przemienić w piekło życie biznesmena, pozbawiając go żony i dzieci? Ilu było potrzebnych do tego ludzi, ile pieniędzy? Dużo, prawda? I gdzie znalazłaś człowieka, gotowego na ochotnika i naiwnie zagrać w tę grę, w końcu biorąc całą winę na siebie?
– Bonnie! – Wydawało się, że jej wspólnik zaraz oszaleje. Zachłystywał się oddechem, pistolet w jego ręku podrygiwał. – Bonnie, powiedz mu... powiedz... On przecież łże, on tak specjalnie... – Słowa zmieniły się w pół szept, pół jęk. Mężczyzna na sekundę zgiął się, ale zaraz wyprostował, celując w Holmesa.
– Milcz! – wysyczał Clyde groźnie. – Przeklęty kłamca! Bonnie, on kłamie! Powiedz! Powiedz, że on kłamie! – To był krzyk śmiertelnie zranionego zwierzęcia, skowyt wilka, który wpadł do dołu i kona na zaostrzonych palikach. – Bonnie!
– Kocham cię. – Ciche westchnienie w głośnikach. A zaraz potem Clyde padł na betonową podłogę, jego ciało raz drgnęło i zamarło. W piersi i głowie prezesa klubu samobójców ziały dwie dziury po kulach. Bonnie raz jeszcze udowodniła swoją celność. Mieliśmy o jednego przeciwnika mniej, ale wcale mnie to nie cieszyło. Sherlock powiedział „Wintorez", a to znaczyło, że Bonnie ma w magazynku jeszcze osiem nabojów, a strzela, jak widać, bardzo szybko.
– Może pan schować telefon i broń, doktorze. – Czy mi się wydawało, czy naprawdę tym razem w głosie zabójczyni brzmiały nuty żalu i ubolewania? – Powinnam tylko przekazać wiadomość pańskiemu przyjacielowi. Proszę słuchać uważnie, panie Holmes. Pański najbardziej oddany wielbiciel przesyła pozdrowienia i wyraża nadzieję, że się panu podobała ta mała gra. Z niecierpliwością czeka na nowe spotkanie, już niebawem. I uprzedza: niech mu pan nie staje na drodze, inaczej on pana zniszczy. To wszystko. Dobranoc, panowie.

000

Rozłożyła karabin, schowała go do plecaka i cicho wyślizgnęła się z kryjówki. Zadanie wypełnione. Jak zawsze idealnie. Jedyny człowiek, który znał jej twarz i wiedział przy tym o jej profesji, teraz już nikomu nic nie powie. Wszystko zostało zaplanowane przez jej szefa. To właśnie on wskazał jej przyszłego partnera i od samego początku wiedziała, że będzie go musiała zlikwidować. A jednak teraz leżał jej na sercu wielki ciężar. Teraz chciałaby odwrócić bieg czasu i wszystko zmienić. Szkoda, że właściwe rozwiązania przychodzą zawsze zbyt późno, kiedy już nie można nic zrobić.

Nie miała wątpliwości, że umiałaby przekonać Clyde'a o swojej racji. Jednak nie ośmieliła się złamać rozkazu: zorganizować szereg ślicznych śmierci sugerujących samobójstwo, zwabić detektywa na spotkanie, zastrzelić wspólnika, przekazać posłanie i uciec, zataić się aż do następnego etapu. A tu drobiazg, głupstwo, nieprzewidziany czynnik – przylgnęła do swojego wspólnika całym sercem, choć się tego zupełnie nie spodziewała. On jeden akceptował ją całkowicie, a ona go okłamała, a następnie zabiła. A wszystko z powodu gry. Nie zdoła się już uwolnić z jej trybów, a nawet nie ma to sensu. Szef poza nią ma jeszcze Sulejmana, Sebastiana i jej krajankę Ludmiłę Diaczenko – żałosną brzydulę, która nawet nie przyjęła żadnego pseudonimu, za to doskonałą profesjonalistkę. Prawie tak doskonałą jak ona sama. Szef ma wielu snajperów w zapasie i planuje na wiele kroków naprzód. Jeśli Bonnie odejdzie, jej miejsce natychmiast zajmie kto inny i wszystko pójdzie według planu. Nie ma możliwości zniszczyć gry, choć aż ręce ją świerzbią, żeby szefowi zrobić na złość. Chociaż... To naprawdę doskonały pomysł, pomyślała, po omacku odnajdując w plecaku pistolet z tłumikiem. Zawsze brała go ze sobą na wszystkie zadania: nigdy nie wiadomo, jaki obrót przyjmą sprawy na miejscu, lepiej mieć jakiś wariant w zapasie. Wiadomo, że nie dotrze do samego Jima Moriarty'ego, zabiją ją przy pierwszej próbie. Jedyne co może zrobić, aby zaszkodzić zleceniodawcy, to przerwać mu tę jego grę. Pozbawić go tego, co kocha ponad wszystko. Bonnie uśmiechnęła się ponuro. Już ona mu zepsuje zabawę. Pewnie potem zginie, ale jest jej wszystko jedno. Własnymi rękami wydarła dziś z siebie połowę duszy.

Ściągnęła z głowy kominiarkę i cicho skierowała się w stronę magazynu. Ci dwaj są tam jeszcze. Nie spodziewają się jej. Wszystko doskonale się składa. Jest szybka, doskonale wytrenowana. Po dwa strzały na każdego, potem jak najszybciej uciec, ukryć się tam, gdzie Moriarty jej nie dosięgnie. Przy drzwiach zatrzymała się na sekundę, wyjęła broń i już miała pchnąć skrzydło...

000

Dwa strzały – jeden w pierś i drugi kontrolny w głowę. Żegnaj, „Bonnie". Sebastian starannie rozmontował swoją snajperkę, a potem wybrał numer na komórce.

– Halo? Tak, miał pan rację. Dziewczyna się zbiesiła. Posprzątałem.

Jim Moriarty rzeczywiście obmyślał wszystkie kombinacje na wiele ruchów do przodu.