Wyszła ze Skrzydła Szpitalnego i praktycznie na autopilocie dotarła do swoich komnat. Założyła dzienne szaty, wzięła materiały, które dzień wcześniej przygotowała na zajęcia i wyszła. Dzieci już czekały przed salą. Drugi rok Gryffindor i Slytherin. Kilku uczniów coś szeptało pokazując na nią palcami, ale nawet tego nie zauważyła. Stanęła za katedrą i zaczęła recytować wyuczoną na pamięć lekcję a potem tylko zerkała, czy nic sobie nikt nie zrobi.

Czuła się tak, jakby oglądała film, jakby to nie ona prowadziła lekcję. A przede wszystkim czuła się pusta. Nie wiedziała, czemu wcześniej tak się zachowywała. Owszem, miała wcześniej napady płaczu, czasem nawet histerii ale nigdy wcześniej nie osiągnęło to poziomu autoagresji. Nigdy też się aż tak nie zamknęła na innych. Nie miała pojęcia co ją opętało. Nie wiedziała też, jak ma teraz spojrzeć w twarz Minewrze i Severusowi. Zachowała się jak dziecko… dziecko. Powinna się skupić na dzieciach, które ma uczyć.

Rozejrzała się po klasie. Czwarty rok Ravenclaw i Hufflepuff. Patrzyła, jak wzajemnie się zmieniają w krzesła. Właśnie jeden mebel krzyknął z bólu. Podbiegła i pomogła odwrócić zaklęcie, po czym pouczyła chłopca, który źle je rzucił. Peter Moolay, Hufflepuff, niski blondynek przy kości. Urocze dziecko ale bez smykałki do Transmutacji. Odjęła Hufflepuffowi 5 punktów i wróciła na środek klasy. Reszta lekcji przebiegła bez problemu. Nagrodziła wszystkich, którzy poprawnie rzucili zaklęcie i wypuściła ich na przerwę.

Miał się teraz zacząć obiad, więc Hermiona skierowała kroki do biblioteki. Pożyczyła kilka książek z Działu Ksiąg Zakazanych i wróciła do swojego gabinetu. Chwila ciszy, gdy nikt nie powinien jej szukać. A jednak po około kwadransie usłyszała pukanie do drzwi. Przez krótką chwilę przemknęło jej po głowie, żeby je zignorować, ale w końcu wstała i otworzyła.

-Nie powinien pan być na obiedzie, panie Moolay?

-Już zjadłem, pani profesor.

-W takim razie, chciałbyś o coś zapytać?

-Tak, chociaż nie jest to pytanie związane z zajęciami. Chciałem zapytać, czy coś się pani dzisiaj stało. Widziałem panią przed śniadaniem, jak szła pani do Skrzydła Szpitalnego a potem na lekcji wydawała się pani jakaś nieobecna, a ja bardzo panią profesor lubię i się martwię o panią, profesor Granger.

Hermiona patrzyła przez chwilę na chłopaka, niepewna, co powiedzieć, ale w końcu jej ciało ruszyło się wbrew jej woli i przytuliła chłopca. Trwało to tylko kilka sekund, po których zorientowała się, co robiła, odsunęła się od swojego ucznia i spojrzała w bok. Odchrząknęła, odkaszlnęła, spojrzała na chłopca. Był lekko zdziwiony ale uśmiechnięty. W końcu zebrała w sobie cały profesjonalizm, na jaki było ją stać i zaczęła mówić.

-Przepraszam, panie Moolay, nie wiem, co mnie opętało. Doceniam twoją troskę, ale powinieneś się skupić na nauce, nie na problemach swoich nauczycieli. A teraz leć, zaraz zacznie się kolejna lekcja, nie chcę, żeby się pan spóźnił.

-Do widzenia, pani profesor!