Rozdział 7 – Cecile

Who can say

When the roads meet

That love might be

In your heart

And who can say

When the day sleeps

If the night keeps

All your heart

Night keeps all your heart*

Only time – Enya


Temperance spędziła bezsenną noc i bynajmniej nie było to spowodowane nocnym płaczem dziecka. Cecile przespała całą noc, nie dając tym samy swojej mamie zaprzątnąć głowy innymi myślami niż te, o Seeleyu Boocie. Dlatego, kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły przedzierać się nieśmiało przez zasłonięte żaluzje, Bones powitała nowy dzień z ulgą.

Cecile spokojnie leżała w łóżeczku, podczas gdy jej mama szykowała się do pracy. Zaraz miał przyjść Max, by przypilnować swojej wnuczki. Było już jednak kwadrans przed ósmą, a jego jeszcze nie było.

— Dziadek zaraz przyjdzie – powiedziała Tempe, nachylając się nad dziewczynką. — Zaraz się tobą zaopiekuje, a ja pojadę do Jeffersonian. Będę badać kości i rozmawiać z Booth... Z twoim tatą.

Mała Cecile uśmiechnęła się, jakby doskonale rozumiała, co się do niej mówi. Bones nie mogła pozostać obojętna na takie zachowanie córki i również się uśmiechnęła. Wtedy też zadzwonił telefon.

— Brennan — powiedziała odbierając połączenie. — Gdzie jesteś?... Jak to zostać dłużej?... Rozumiem... Tak, poradzę sobie... Do zobaczenia. — Kobieta odłożyła słuchawkę i spojrzała na Cecile. — Najwidoczniej poznasz instytut wcześniej niż planowałam.

.::.

Seeley Booth wszedł do budynku J. E. Hoovera w iście kiepskim nastroju. Większość agentów nawet się tym nie przejęła, gdyż w ciągu ostatniego roku ich koledze zdarzało się to aż nazbyt często. Ale w biurze była jeszcze jedna osoba, która potrafiła rozpoznać stany emocjonalne agenta Bootha lepiej niż pozostali razem wzięci. Nawet część swoich obserwacji zawarła w swojej książce.

— Agencie Booth!

— Daj mi spokój, Sweets — odparł mężczyzna, a w jego głosie nie było ani cienia złośliwości. Raczej gorycz, a to jeszcze bardziej zaciekawiło młodego terapeutę, który ruszył za Boothem do jego gabinetu. — Czy nie wyraziłem się jasno? Nie mam ochoty na twoje psychologiczne gadki i nie jestem w nastroju na to, byś poddawał moje zachowanie pod analizę. — Agent zatrzymał się w progu, także teraz on i Słodki stali na przeciwko siebie mierząc się wzrokiem.

— A jeżeli nie przyszedłem tutaj w tym celu?

— A co innego miałbyś tu robić, doktorze Sweets? — odparł sarkastycznie Booth i odwrócił się na pięcie. Rzucił swoją marynarkę na oparcie fotela, po czym usiadł na nim z westchnieniem.

— Przyszedłem jako twój przyjaciel, Seeley — powiedział Słodki kładąc nacisk na imię agenta i wszedł do biura, zamykając za sobą drzwi. — Pomyślałem sobie, że przyda ci się...

— Ktoś, komu mógłbym wypłakać się w rękaw? — dokończył agent ironicznie. — Daj spokój. Jestem dorosłym facetem i potrafię poradzić sobie z...

— Z uczuciami, które odżyły po jej powrocie? — Tym razem to Lance nie pozwolił mu dokończyć. Booth zrobił zdziwioną minę i spojrzał uważnie na terapeutę.

— Skąd wiesz? — zapytał. Odpowiedział mu szeroki uśmiech młodszego mężczyzny.

— Angela była tak łaskawa.

— Mogłem się tego domyślić — mruknął Seeley i zaczął porządkować papiery leżące na jego biurku. Wszystko, byle tylko nie musieć rozmawiać. Naprawdę nie chciał opowiadać Sweetsowi o swoich problemach, nie czuł takiej potrzeby. Bo niby co takiego miałby mu powiedzieć? Sorry, ale temat Bones jest już nie aktualny – znalazła sobie jakiegoś palanta? Nie, tak nie mógł zrobić.

Ale jego granie na zwłokę, na nic się zdawało. Słodki nie ruszył się ze swojego miejsca, ani o milimetr. Stał i przyglądał się mu tym swoim przenikliwym wzrokiem. I wtedy Boothowi przyszła myśl, że może jednak powinien z kimś o tym pogadać. Wcześniej takie rozmowy odbywał z Temperance, ale teraz... No i Sweets sam powiedział, że nie przyszedł tu jako psycholog tylko przyjaciel.

— No dobra — praktycznie wyszeptał te słowa, ale Słodki i tak je usłyszał. A potem, kiedy zaczął mówić słowa popłynęły same, i opowiedział mu wszystko.

.::.

W Instytucie Jeffersona nikt nie miał pojęcia o tym, co się wczoraj wydarzyło, a raczej co się nie wydarzyło. Angela widziała jak Booth pobiegł za Bren i miała cichą nadzieję, że jej przyjaciele wyjaśnią sobie wszystkie nieporozumienia i niedopowiedzenia. Życzyła im tego z całego serca, chciała, by wreszcie byli szczęśliwi, gdyż nie znała więcej osób, które zasługiwałyby na to bardziej niż oni. Chociaż zarówno ona, jak i jej mąż oraz Cam, czerpaliby z ich „powrotu do normalności" niemałe korzyści, gdyż współpraca jaka teraz istniała pozostawała wiele do życzenia. Niestety Angela sama nie mogła nic zrobić, nawet gdyby bardzo chciała, bo ani Brennan ani Booth jeszcze nie pojawili się w laboratorium. Za to ona i Jack, już od rana pracowali, a raczej to Hodgins pracował gdyż nie mógł pozostawić niezbadanych próbek, które wczoraj zebrał. Angela chcąc nie chcąc przyjechała z nim do Jeffersonian i teraz z braku lepszego zajęcia przeszukiwała bazy danych osób, które posługiwały się Barretą M82A1, czyli rodzajem broni, który rozpoznał Seeley. Zresztą znając tok myślenia Agenta Gorącego podejrzewała, że sam niedługo zleci jej takie zadanie.

Pani Hodgins była właśnie w trakcie wprowadzenia nowych danych, kiedy do jej uszu dotarł głos Camille.

— O. Mój. Boże.

Każde pojedyncze słowo wypowiedziane przez szefową, było na tyle głośne, by zaalarmowało Angelę, która momentalnie wyszła ze swojej pracowni. A widok, jaki ujrzała przed sobą, doskonale odzwierciedlał słowa doktor Saroyan.

Przez instytut szła Temperance. Ale nie była sama, w ręku niosła nosidełko.

— Czy to jest to co myślę? — zapytała jakiś czas później Camille przyglądając się jak jej podwładna, najlepsza antropolog w kraju, bierze na ręce dziecko i przytula je do siebie.

— To chyba jasne — odparła Angela. — To przecież dziecko...

— Nie da się ukryć — wtrącił się Hodgins, który zaalarmowany przez swoją żonę, również znalazł się w gabinecie Bones.

Wszyscy, poza Brennan oczywiście, byli w takim szoku, że ledwo potrafili sklecić zdanie, nie wspominając o tym, by ułożyć w głowie jakieś sensowne pytania. Temperance widziała ich reakcję, która pełna była niedowierzania i zdezorientowania. Miny jej przyjaciół zdradzały wszystko i nawet ktoś taki jako ona doskonale zdawał sobie sprawę co przeżywają w tej chwili Angela, Hodgins i Cam. Brakowało tylko Bootha. Jak zatem on zareaguje?

— To jest Cecile — powiedziała w końcu Bones, by przerwać ciszę, jaka zapanowała w gabinecie. — Ma w tej chwili prawie 4 miesiące.

— Czy ona... to twoja córka? — zapytała doktor Saroyan, której tylko takie pytanie przychodziło na myśl. — To znaczy... dziewczynka nie jest adoptowana?

Angela spojrzała na swoją przełożoną karcącym wzrokiem, chociaż sama była ciekawa. Tylko Hodgins stał spokojnie i czekał. Brennan tylko się uśmiechnęła, po czym odpowiedziała:

— Nie jest adoptowana. Urodziłam ją kiedy jeszcze pracowałam na wykopaliskach.

— No tak... To wiele wyjaśnia — mruknął Jack spoglądając to na Bones, to na dziecko.

— Poznałaś jakiegoś przystojnego archeologa na tej wyprawie? — zapytała Angela nieśmiało. Artystka nie wiedziała co ma o tym wszystkim myśleć. Jej przyjaciółka wróciła i nic nie powiedziała o dziecku, dziś pojawiła się z córką w instytucie, którą urodziła SAMA. No to do cholery, gdzie jest ojciec?

— Pojechałam tam badać szczątki, a nie szukać zaspokojenia popędów seksualnych — odpowiedziała rzeczowym tonem Tempe.

— Taakk... oczywiście, sweety. — Głos Angeli był dziwnie zmartwiony. Na myśl przychodziła zatem już tylko jedna osoba, która mogła być ojcem dziecka Bren. Artystka nie miała odwagi zapytać się wprost. Została jednak wyręczona przez Camille.

— To kto jest ojcem dziecka?

.::.

Booth poczuł ulgę. Rozmowa ze Sweetsem naprawdę pomogła. Kiedy był w drodze do instytutu nie czuł już takiej złości i gniewu, które wczoraj wręcz w nim buzowały i nie pozwoliły mu zasnąć przez całą noc. Opowiedzenie o ostatnich wydarzeniach pozwoliło Seeleyowi spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy i zastanowić się nad jego zachowaniem. Skoro Bones znalazła sobie mężczyznę, z którym jest szczęśliwa, to on powinien to zaakceptować. Jako jej przyjaciel powinien być przy niej. A nóż tamtemu coś się stanie?

— Przestań wygadywać takie głupoty — skarcił sam siebie i włączył radio. Akurat leciała piosenka „Kiss from the roses" Seala. — Tjaa, nawet radio przeciwko mnie — mruknął, ale nie wyłączył urządzenia. Za dobre wspomnienia kojarzyły się z tym utworem. Uśmiech zagościł na twarzy agenta, kiedy zaparkował toyotę na parkingu przed Jeffersonian. A kiedy zmierzał powoli przez laboratorium do gabinetu swojej partnerki, był chętny do pogodzenia się z Bones. Chciał, by było jak dawniej. No, może nie zupełnie tak dokładnie.

Był parę metrów przed szklanymi drzwiami, kiedy zauważył Angelę, Hodginsa i Cam stojących przy biurku Tempe. Jej samej nie było nigdzie widać. Przyjaciele zdawali się nie zwracać na nic uwagi. Po chwili do jego uszu dotarł głos Angie.

— Taak... Oczywiście, sweety.

Nie minęło może z dziesięć sekund, padło pytanie Camille.

— To kto jest ojcem dziecka?

CO? Jakiego dziecka? O czym oni mówią?' Teraz myśli agenta zaczęły pracować na najwyższych obrotach. Dziecko? Ale czyje dziecko? Czyżby Tempe adoptowała dziecko? Ale skoro tak, to przecież Cam nie pytałaby się o ojca?

Booth nie musiał jednak długo czekać na odpowiedź.

— Ojcem Cecile jest Seeley. — Te słowa Temperance prawie wyszeptała a potem zamarła na widok swojego partnera, który wszystko słyszał. W tej samej chwili przyjaciele odwrócili się i zobaczyli jego osobę w drzwiach. Agent spojrzał na Brennan, która trzymała na rękach niemowlaka. W jej oczach dostrzegł strach. — Booth... — powiedziała. — Ja...

Ale Seeley już je nie słuchał. Odwrócił się na pięcie i wybiegł z Jeffersonian. Starał się opanować, by piekące łzy nie ujrzały światła dziennego, ale to był trudne. Czuł się zdradzony. Oszukany. I jak nigdy wcześniej, pragnął być sam. Sam na tym cholernym i niesprawiedliwym świecie.


* I kto potrafi powiedzieć,

że kiedy drogi się spotkają,

to miłość zagości

w twoim sercu.

I kto potrafi powiedzieć

kiedy dzień śpi

jeśli noc opiekuje się

całym twoim sercem.

Noc opiekuje się całym twoim sercem.