Lupin właśnie wracał z pracy w ministerstwie – jakoś wyjątkowo ciężko mu było w niej dziś wytrzymać. Nie wyspał się także, gdyż dręczył go powtarzający się ten sam w różnych konwencjach. W tych snach atakowali go de mentorzy, więc rzucał Expecto Patronum i wyczarowywał jakiegoś mistycznego, srebrnego stwora. Patronus miast go bronić, przypuszczał na niego szturm i jął żywić się jego ciałem.
Przed wejściem do mieszkania wytarł dokładnie podeszwy butów o wycieraczkę.
– Seves, już jestem! – obwieścił swoje przybycie.
Zastał kochanka siedzącego na fotelu i przeglądającego Proroka Codziennego. Snape dynamicznie złożył gazetę.
– Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytał oschle.
Remus podszedł do lodówki i wyciągnął butlę z mlekiem.
– I po kiego trzymasz w ręce cały czas ten kanister...?
Wilkołak wziął potężnego łyka ze szklanicy wypełnionej białą substancją.
– Aaa, nie ma to jak mleczko... – otarł wąsy, które stworzyło mleko nad jego górną wargą.
– Ty chyba w ogóle nie myślisz o moich uczuciach... – rzekł Severus. – Znów spałem samiutki w łóżku.
– Oj, co się tak rzucasz! Nigdy jakoś mi tego wcześniej nie wypominałeś na głos! Widzę, że wychodzą na wierzch sapy...
Nietoperz wstał i w mgnieniu oka zmniejszył dystans do ukochanego. Wczorajsze spotkanie z Horacym jakoś go wewnętrznie odmieniło, sprawiło, że sam do siebie zaczął czuć większy szacunek.
– Remusie, czas, żebyśmy poważnie porozmawiali!
Lupin się porzygał na Severusa.
– Moja szata... – stęknął obrzydzony Snape.
Remus rzygnął jeszcze raz, tym razem na stopy rozmówcy.
– Nie najlepiej się czuję...
– Nie umknęło to mojej uwadze. Idziemy do lekarza.
– Żadnych pieprzonych lekarzy! – złapał się z bólu za brzuch.
Po krótkiej sprzeczce udali się do pobliskiego szpitala.
Żeby zabić czas, czekając przed pracownią USG, Snape liczył w głowie owce. Powieki stawały się ciężkie, głowa opadała.
Nigdy nie lubił szpitali, czuł się w nich straszliwie słaby, narażony na choroby. Do tego te prosektoryjne ściany i sterylność na każdym kroku. Ciarki go przeszły.
Gapiła się na niego jakaś baba z opuchniętą buzią. Przykładała sobie do twarzy worek z lodem. Co ona robi przed USG? Powinna iść do stomatologa...
Lekarz przywitał Remusa.
– Po co panu ten kanister? Zanim przejdziemy do badania, proszę go odłożyć.
– Nie.
– Proszę mi go oddać!
Zaczęła się szarpanina. Lekarz zawołał pielęgniarkę, ale nawet we dwóch nie dali rady uporowi pacjenta. Cóż, mężczyzna uznał, że pacjent nasz pan i pozwolił mu przystąpić do badania. W sumie w niczym mu ten kanister nie wadzi – oprócz tego, że pacjent jakoś irytująco go trzymał... może chodziło o ułożenie palców albo stopień ich owłosienia... sam nie wiedział.
Lupin położył się i podwinął sweter. Lekarz nałożył żel i już po chwili przytknął sondę. Zasłonił ręką usta.
– O mój Boże... – wyszeptał.
Z pracowni wyszedł lekarz, idąc z bladym Lupinem pod rękę. Lekarz wydawał się zmieszany.
– Nie wiem za bardzo, jak to panu powiedzieć... – zaczął mówić do Snape'a i poprawił okulary wprawionym ruchem. – Pański przyjaciel jest, wbrew wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi, w ciąży.
– Urojona ciąża, co, Snape? – zapytał, ledwo ruszając ustami.
– Pan Lupin strasznie to przeżywa... – wyjaśnił lekarz. – Organizm mężczyzny nie jest przystosowany do takiego stanu... Może się nawet to okazać dla niego śmiertelne. Jeśli zechce urodzić dziecko, co mniemam uczyni, może się to wiązać z licznymi powikłaniami.
– Nie, nie chcę rodzić, dzieci są obrzydliwe! – fuknął ciężarny mężczyzna, znajdując w sobie ostatnie pokłady sił.
– Przecież mówiłeś, że dzieci są cudowne!
– Ja tak mówiłem?! Muszę mieć natychmiast skrobankę, bo nie wytrzymam!
– Tylko spokojnie... – lekarz poklepał Lupina po ramieniu. – Nerwy są teraz...
Remus padł na podłogę. Miał trupio bladą twarz. Tuż przed zemdleniem zdołał coś cicho wyszeptać. Tylko Severus dał radę zrozumieć jego ostatnie słowa.
Herbaty...
