7.

Cztery garście połamanych kiełków Capillidei rzucić na gotujący się syrop. Poczekać, aż zwiędną pod wpływem ciepła, pękną i zabarwią ciecz złotym sokiem. Natychmiast zdjąć z ognia — nie dopuścić, by barwa zmieniła się na ciemniejszą niż AFE 006 według tabeli Geuta. Zmiażdżyć w kamiennym moździerzu dwa kły jadowe srebnika górskiego, dokładnie, na proch. Dodawać do syropu pipetą albo drewnianą drzazgą, nie więcej niż czubek noża. Zamieszać trzy razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Rzucić czar stabilizujący. Bazę schować w ciemnym pomieszczeniu, przykryć, by nie parowała. Po kilku dniach można zacząć preparować kolejne składniki — Sieć Wdowy zamoczyć w czerwonym occie, delikatnie, aby nie uszkodzić rysunku, skórę z jaszczurki gładkiej oddzielić ostrym nożem, starannie usunąć błony, potrzeć kwarcem trzy razy od siebie, zwinąć i posiekać. Wszystko w miarę możliwości chronić przed światłem dziennym. Następnie…

Severus spojrzał jeszcze raz na fragment tekstu i westchnął ciężko. To nadal nie była właściwa formuła. Eliksir Prządki powstawał z kilku Wywarów Alfa (nazywanych też Mniejszymi) — i to był przepis na jeden z nich. Dokładnego sposobu jak zmieszać je ze sobą — które w jakich proporcjach — Snape nigdzie nie znalazł. Tylko w jednym miejscu odkrył listę Mniejszych ewentualnie wchodzących w skład Eliksiru. Wszelkie dalsze działania będą więc serią eksperymentów — pomyślał. Lubił eksperymenty, lecz zazwyczaj pracował nad mniej skomplikowanymi mieszaninami i nie wykorzystywał tak rzadkich substancji. Wiedział, że nie będzie mógł sobie pozwolić na zbyt wiele błędów.

Podstawowym elementem każdego wywaru wielosokowego był włos, jednak dementorzy nie posiadali ciał jako takich, więc do Eliksiru Prządki należało zdobyć fragment ich peleryny. Severus wzdrygnął się na samą myśl. Samotna wyprawa była skazana na porażkę — zastanawiał się, którego ze swoich kolegów–śmierciożerców poprosić o przysługę. Stając twarzą w twarz z dementorem, wolałby mieć ze sobą kogoś, na kim by mu choć trochę… Snape zmarszczył się znów, kiedy przed oczami pojawiła się uśmiechnięta twarz Pottera. Pokręcił głową, jakby chciał wyrzucić ją z głowy. Jednak zazwyczaj dzieje się tak, że gdy niewygodna myśl powstanie już w opornym umyśle — to nie znika łatwo i atakuje kłującą prawdą mocno, często nie pozwalając w to samo miejsce wrócić kłamstwu.

Zły, zatrzasnął starą księgę, wzbijając małe kłęby kurzu. Zdjął roboczą szatę, odwiesił ją na haczyku przy drzwiach i wszedł schodami na górę, zostawiając za sobą w nieładzie piwniczne laboratorium.


Wraz z powrotem do zdrowia Hermiony Harry poczuł się spokojniejszy. Zgodzili się milcząco omijać temat Rona. Dziewczyna była przygnębiona, ale zdeterminowana, by wymyślić coś, co pozwoli ochronić przyjaciela, jednocześnie przybliżając ich do celu.

Przegadała z Wybrańcem cały dzień, analizując poszczególne informacje, które jej przekazał. Snape zamknął się w laboratorium ze stosem książek — zapewne żeby zacząć pracę nad Eliksirem. Lupin wyszedł krótko po śniadaniu, planując wizytę w Norze (Harry i Hermiona tego nie skomentowali), a później zmienić się w Glizdogona i aportować do Malfoyów.

— Trzeba przeprowadzić dokładne badania dotyczące Eliksiru — mówiła szybko dziewczyna z oczami błyszczącymi podnieceniem. — Znaleźć wszystkie zapiski, które o nim traktują. Na pewno istnieje jakiś sposób, żeby go zneutralizować, odwrócić działanie albo coś, co cię przed nim uchroni. Muszę porozmawiać z profesorem Snape'em — dodała już bardziej do siebie i przygryzła dolną wargę w zamyśleniu.

— Myślę, że nie wolno zapominać o horkruksach — wtrącił Harry. — Eliksir to jedno, ale jeśli rzeczywiście uda nam się znaleźć coś, żeby zneutralizować jego działanie — i nawet! — pokonać Voldemorta — to kawałki jego duszy będą nadal gdzieś ukryte.

— Tak, tak. Ale wydaje mi się, że ty musisz się teraz skupić na obronie. Horkruksów możemy poszukać później, w tej chwili jesteś w zbyt wielkim niebezpieczeństwie. Poproś Lupina o lekcje, nie wiem, wykorzystaj to, że Snape pozwala nam tu jeszcze zostać, Harry. Powinieneś wiedzieć wszystko o OPCM. Muszę przeryć jego bibliotekę.

— Hermiona znów spojrzała w dal, planując kolejne etapy badań.

Harry uśmiechnął się pod nosem, widząc, że jego przyjaciółka wraca do pełni sił.

— Panna Granger ma rację. — Dobiegł go głos, który był dla uszu tym, co najlepsze wino dla podniebienia.

Gdyby ten mężczyzna wiedział, co może zrobić głosem… choć… może wie — pomyślał Harry i odwrócił głowę w kierunku drzwi, żeby spojrzeć na nauczyciela. Coś zakłuło go znów, gdy przypomniał sobie podsłuchaną poranną rozmowę z wilkołakiem. Zmarszczył brwi.

Snape, widząc nachmurzone oblicze Chłopca–Który–Przeżył, stwierdził:

— Z pańskiej miny można wnioskować, że ma pan odmienne zdanie.

— Nie, nie. Po prostu zamyśliłem się. — Harry odwrócił się i poczuł zdradzieckie ciepło na policzkach. Hermiona przyjrzała mu się bacznie.

— Jeśli chce pani skorzystać z biblioteki, proszę się nie krępować — kontynuował Snape, wchodząc do pokoju i siadając na najbliższym krześle. Swobodnie rozrzucił nogi i podparł brodę dłonią. Wyglądał tak niezwykle w tej nieformalnej pozie, że młodzieniec spojrzał na niego uważniej, zaskoczony. Chyba jednak wolałbym nienawidzić go jak dawniej — pomyślał — jakoś wcześniej się przy nim nie rumieniłem ani nie pociłem ze zdenerwowania. Teraz, kiedy był zmuszony spojrzeć na nauczyciela w nowym świetle — nagle spod nienawiści i nieufności wypłynęło wiele innych uczuć, z którymi nie do końca wiedział, co zrobić.

— Na razie niestety zostaniecie tutaj. Powrót do Londynu może być dla ciebie zbyt niebezpieczny, Potter.

— Profesorze — przerwała mu Hermiona — jeśli zamierza pan uwarzyć eliksir, trzeba poszukać jakiegoś sposobu, by pokrzyżować plany Voldemorta. Tak się zastanawiam… Ma pan jakiś kontakt z profesor McGonagall?

— Tak, Minerwa i Lupin to jedyni członkowie Zakonu, którzy znają moją prawdziwą lojalność. I tak by pozostało, gdyby nie wścibstwo Pottera — rzucił sarkastycznie, przeszywając wzrokiem ciało Gryfona.

— Gdybym nie był taki wścibski, mógłbym mieć jedno morderstwo więcej na karku — odszczeknął chłopak i zmarszczył się jeszcze bardziej.
Snape podniósł wysoko jedną brew i nawet, jeśli chciał coś odpowiedzieć, to nie zdążył, bo roześmiał się krótko, ale szczerze. Harry i Hermiona spojrzeli na niego zszokowani.

— Cóż, jedno poczucie winy zamienione na inne — skwitował. — Czego chce pani od McGonagall? — zwrócił się do Hermiony.

— Chcę dostać się do Hogwartu i poszukać czegoś o eliksirach w dziale ksiąg zakazanych — powiedziała dziewczyna, a Snape przechylił głowę w bok, rozważając jej słowa.

— Hogwart jest w miarę bezpieczny pod rządami Minerwy. Pottera nie ma w zamku — Czarny Pan o tym wie i to, niestety, jest najlepszą gwarancją bezpieczeństwa. Jeśli będzie pani bardzo ostrożna, może uda się spędzić tam kilka dni nie wzbudzając podejrzeń. Jest kilka czarów maskujących. I być może pani przyjaciel będzie tak uprzejmy i użyczy swojej peleryny. — Skinął głową w stronę Harry'ego.

— Nie ma problemu — zapewnił pośpiesznie.

— Muszę zdobyć fragment peleryny dementora — podzielił się informacją Snape, trochę wbrew sobie.

— Ale… jak? — zapytał głupio zszokowany Gryfon.

— Szybko, skutecznie i zachowując zdrowe zmysły — odwarknął czarodziej.

— Nie możesz iść sam!

Snape tylko spojrzał na niego złowrogo, wstał i wyszedł z pokoju.


— Nigdy nie widziałem bardziej ponurego miejsca.

Stary, zniszczony budynek musiał być kiedyś szpitalem. Okiennice zwisały żałośnie, skrzypiąc upiornie przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru. Na tyłach był park — teraz zapuszczony i zarośnięty, w którym z dawnego wyposażenia została tylko wielka kamienna fontanna, pęknięta w połowie.

— Dlaczego właśnie tu będziemy na niego polować? — spytał po raz kolejny. Snape w końcu odwrócił głowę i spojrzał na towarzysza.

— Dementorów ściągają ludzkie dusze. A gdzie byłoby ich więcej niż w szpitalu? Wiem, że polują w tych okolicach. A teraz siedź cicho. Pamiętaj, że nie chcemy mieć na plecach całej zgrai. Jeden w zupełności wystarczy. — Obrócił się i wlepił oczy w ciemne wejście. Chłód przeniknął grubą, ciemną szatę, a Snape pomyślał o tych wszystkich miejscach, w których wolałby teraz być.

W jego komnatach w Hogwarcie przed kominkiem leżał miękki dywan, na którym lubił siadać, opierając plecy o kanapę. Uwielbiał obserwować dogasające płomienie, powoli zamieniające się w żar. Czysty dźwięk kieliszka z dobrym winem odstawianego na kamienną podłogę.

Wspominał też niewielką wyspę na rzece koloru asfaltu przepływającej przez betonowy Manchester. Ciemnowłosy, samotny chłopiec znalazł pewnego dnia na nieregulowanym brzegu — w miejscu, gdzie woda zwalniała swój bieg — małą zatokę porośniętą trzciną. Stamtąd można było spokojnie popłynąć na odkryty, zielony skrawek ziemi, nieubłaganie ze wszystkich stron podgryzany przez rzekę. Severus chował się tam jako dziecko, uciekał jako nastolatek. W swoim dorosłym życiu nigdy na wyspę nie wrócił, ale skrywał w pamięci to trawiaste niebo (lub piekło), tę wyciągniętą do niego szmaragdową dłoń ziemi, w której mógł się schronić.

Pamiętał również krótki okres w swoim życiu: plażę z chłodnym, drobnym piaskiem i szumem morza, który skutecznie zagłuszał jęki, gdy czyjś język wprawnie podążał po jego rozchylonych, spragnionych wargach. Oczy koloru pochmurnego nieba — a może tylko chmury — wisiały nad nim i Severusowi wydawało się, że ktoś go kocha.

Tak, to miejsce drastycznie różniło się od wspomnień. Snape poczuł, że jego kompan ostrożnie kładzie mu ciepłą rękę na ramieniu. To było jak uderzenie prądem, choć dotyk był niepewny i delikatny. Ledwo powstrzymał wzdrygnięcie.

— Wyjdę i ściągnę któregoś z nich. Odetniesz fragment peleryny, a wtedy ja rzucę Patronusa… — Usłyszał cichy głos.

— Potter… — wycedził ostrzegawczo, choć dobrze wiedział, że to nie był najgorszy plan.

Gówniarz oczywiście postawił na swoim. Stwierdził, że z innym śmierciożercą Snape nie będzie dostatecznie bezpieczny, a on miał sporo doświadczenia w walce ze strażnikami Azkabanu. Severus fukał, prychał, warczał, syczał — ale w końcu się zgodził. Miał świadomość, że to ryzykowna wyprawa i wolałby nie narażać chłopaka na dodatkowe niebezpieczeństwo, jednak jego ostatni argument — nie traktuj mnie jak dziecko, nie ty! — przesądził sprawę.

— Czy kiedykolwiek nazwiesz mnie inaczej? — warknął równie ostro Harry.

— Tak, Harry, to świetny moment na tego typu rozważania. — Głos Mistrza Eliksirów, ociekając kpiną, podniósł się o ton.

— Ja wyjdę, a ty poczekasz tutaj, dobrze? I tak nie wiem, jak trzeba odciąć kawałek takiego paskudztwa.

— Zwykła Sectumsempra wystarczy — odpowiedział już ciszej Snape. — Dobrze, Potter. Idź, będziesz przynętą. Ale nie waż się zwlekać z Patronusem, jasne?

— Jasne — rzucił chłopak niedbale i ostrożnie podniósł się z kucków. — Finite Incantatem! — Zdjął z siebie czar niewykrywalności i bez wahania wkroczył na dziedziniec.

Snape przyglądał mu się z uwagą, nie przyznając się w duchu, że pewny krok i odwaga w obliczu spotkania z dementorem, którego przecież Wybraniec — Severus wiedział to — obawiał się najbardziej, wzbudzają w nim lekki podziw. Młodzieniec stał chwilę, bezradnie rozglądając się i zastanawiając, co zrobić. Nie chciał wchodzić do środka, bo wówczas Mistrz Eliksirów mógł stracić go z oczu. Trzeba było czekać, aż go zauważą.

W czarnych dziurach okien zaczęły snuć się jasne postacie, leniwie wypływając z budynku i kierując się w jego stronę. Harry w swoim życiu widział wiele duchów i wiedział, że prawdopodobnie są niegroźne; raczej zaciekawione obecnością nowego, żywego człowieka. Jednak gdy przezroczysta postać kobiety w białej, szpitalnej pidżamie stanęła przed nim — zadrżał, dostrzegając pusty ból w jej oczach. Zjawa odpłynęła bez słowa, a chłopak spojrzał za siebie — w to miejsce, gdzie zapewne ukryty był nauczyciel. I wtedy zobaczył, że drzewo, pod którym stał, w jednym momencie pokryło się szronem. Ciemny kształt pojawił się na niebie. I kolejny. I jeszcze jeden.

Panika chwyciła go za gardło jak rozwścieczony pies i ściągnęła na ziemię. Klęcząc, chwytał ustami powietrze, starając się zmusić rękę, by uniosła różdżkę. Przez umysł przebiegły mu tysiące zdarzeń: krzyk Lily, długie noce u Dursleyów, kamień filozoficzny ściskany w dłoni, obracające się w powietrzu martwe ciało Cedrika. Rozdzierająca serce rozpacz. Syriusz wpadający za zasłonę, zielony promień Avady uderzający w Dumbledore'a — czy jest dla kogo żyć? Strach o Hermionę, żal na myśl o Ronie, niechciana zazdrość — skąd zazdrość? —Harry poczuł, że jego serce wypełnia chłodna pustka. Wykrzywione oblicze dementora, który zawisł nad nim, nagle obiecało mu wieczne zapomnienie, za które Wybraniec zaczął być wdzięczny.

Sectumsempra! — Usłyszał w oddali silny, władczy głos, który przypomniał mu o kimś. O kimś ważnym. Niepewnie zaczął wertować umysł z każdą chwilą coraz bardziej desperacko, próbując znaleźć źródło, odszukać odpowiedź.

— Potter, idioto! Walcz! Expecto…— Chłopak poczuł, jakby wylano na niego wiadro zimnej wody. Chwycił mocniej różdżkę i krzyknął z całej siły, odsuwając na bok wszystkie złe wspomnienia.

Niebieski jeleń wzbił się w górę, roztrącając trójkę dementorów. Pocwałował w niebo i zaraz dołączyła do niego równie niebieska łania. Harry patrzył na zaczarowane zwierzęta w osłupieniu. Tworzyły cudowny obraz na tle rozgwieżdżonego nieba, wyrysowując kolejną konstelację wśród gwiazd. Pomyślał, że gdyby miałby to być ostatni obraz w jego życiu — to nie żałowałby śmierci.

Strażnicy uciekli na dobre. Ktoś chwycił go za ramiona i potrząsnął. Świat przed oczami zawirował, ale Harry skupił wzrok na pociągłej, bladej twarzy Snape'a.

— Potter! Słyszysz mnie? — Jego głos dochodził jak zza drzwi. — Harry!

— Twój Patronus jest łanią — stwierdził Wybraniec, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie, zanim jego świadomości nie porwała ciemność.