Robb zawsze uważał lochy za najzimniejsze i najciemniejsze miejsce w Winterfell. Jako dziecko zwabił tu Jona, ale to on podskoczył ze strachu, gdy szczur przebiegł po jego stopie. Teraz lochy były inne – ponure, pełne martwych ciał pozostawionych po torturach lorda Boltona. Krew pokrywała kamienie pod stopami Robba i choć wszystkie zwłoki zostały już usunięte, smród nadal pozostał. Wszystkie ciała z wyjątkiem jednego.
Kiedy Robb i jego ludzie pokonali Boltona w Winterfell, zakończyli tortury, które były przeprowadzane w domu Robba. Teraz Bolton był martwy, a jego bękarci syn uciekł. Ramsay, tchórz, uciekł gdy tylko zorientował się, że jego ojciec i reszta buntowników nie wygrają tej bitwy. Robb wrócił na Północ i nawet otrzymał jeszcze większe wsparcie, między innymi z wybrzeży, które były spustoszone przez Żelaznych Ludzi.
Robb w końcu zaczynał mieć wszystko pod kontrolą.
Stał w ciemnym świetle i słuchał jęków bólu Theona Greyjoy'a. Jon stał w rogu ze skrzyżowanymi rękoma i spoglądał z obrzydzeniem na mężczyznę, który kiedyś był ich przyjacielem i bratem. Robb nie miał dla niego litości – Theon wciąż wisiał u sufitu, z częściowo obdartą skórą, w niektórych miejscach aż do kości. To był żałosny widok, ale Robb nie zamierzał przerywać jego bólu, nie chciał tak po prostu go wypuścić. Theon zamordował jego braci i zdradził Północ. Zapłaci za swoje zbrodnie i to jest najlepszy sposób jak na chwilę obecną.
- Masz zamiar tak stać i mi się przyglądać, Wasza Miłość? – zapytał Theon z bólem wymalowanym na twarzy. Robb nie odpowiedział od razu. Jedynie podszedł bliżej i popatrzył w zimne oczy człowieka, który był kiedyś jego przyjacielem, ale zobaczył tylko, że Theon jest gotowy na śmierć. Zrobił jeszcze krok do przodu i stanął zaledwie kilka centymetrów od Theona. Pomyślał o obietnicy złożonej przez Theona, gdy ten wyruszał do ojca z prośbą o pomoc. A potem zdradził Robba. Przejął Winterfell. Zabił jego braci.
Robb nie mógł się powstrzymać i uderzył Theona pięścią w twarz. Usłyszał trzask łamanej kości. Theon jęknął z bólu, a po jego twarzy popłynęła krew. Robb potrząsnął głową.
- Ty wstrętny sukinsynu – wyszeptał, a za sobą usłyszał kroki Theona.
- Traktowaliśmy cię jak brata – powiedział Jon, spoglądając na Theona.
- Byłem zakładnikiem! – krzyknął Theon i spojrzał na Robba i Jona. – Byłem na Żelaznych Wyspach i służyłem ojcu… mojemu królowi. Myślał, że jestem słaby. Udowodniłem, że się mylił.
- I patrz jak to się dla ciebie skończyło – zakpił Robb i spojrzał na mężczyznę… raczej na tchórza. – Jestem pewien, że byłby dumny ze swojego syna, zdrajcy, torturowanego i obdartego ze skóry po zamordowaniu dwójki niewinnych dzieci. – Tym razem to Jon uderzył Theona, a krew wypłynęła z ust Greyjoy'a i zaczęła kapać na podłogę.
- Ja nie… - wymamrotał Theona, pokasłując i wypluwając krew z ust na kamienną podłogę. Robb i Jon popatrzyli na siebie zdezorientowani i ponownie przenieśli wzrok na Theona, którego oczy zaszły łzami.
- O co chodzi? – zapytał Robb, unosząc głowę Theona i patrząc jak zaczyna szlochać, a łzy spływają po jego policzkach.
- Ja nie… zrobiłem tego – odpowiedział, a Robb zacisnął pięści na jego włosach, czując jak jego serce zaczyna bić szybciej.
- Nie zrobiłeś czego?
- Ja nie… nie zabiłem ich – odpowiedział Theon. – Uciekli. – Jego głowa zwisła bezwładnie, gdy Robb go puścił i zrobił krok do tyłu, spoglądając na swojego brata. Patrzyli na siebie, Snow i Stark, czując jak wypełnia ich nadzieja.
Bran i Rickon nie zostali zabici, zamiast tego uciekli, oszukali śmierć i w tym momencie mogli podróżować na południe.
Szary Wicher, do tej pory siedzący w kącie do tej pory, poruszył się po raz pierwszy odkąd byli w lochach. Podbiegł niecierpliwie do drzwi i drapał w nie gorączkowo. Robb i Jon odwrócili się, szukając tego, co przykuło uwagę wilkora, ale nikogo nie zauważyli.
- Szary – powiedział Robb, ale wilkor go nie słuchał. Warczał i drapał drzwi, dopóki ktoś nie pociągnął za klamkę od zewnątrz. Drzwi otworzyły się i stanął w nich Olyvar Frey. Szary Wicher szybko go wyminął i wybiegł na schody. Robb zmarszczył brwi, patrząc jak wilkor znika na szczycie schodów, a Olyvar wbiega do lochu.
- Wasza Miłość, straże z południowej bramy zauważyli jeźdźców zmierzających do Winterfell – powiedział na jednym wydechu.
- Jeźdźcy? – powiedział głośno. – Mają chorągiew? – zapytał, zastanawiając się, kto przybywa do Winterfell o tak wczesnej porze.
- Żadnych chorągwi, ani banerów, Wasza Miłość – odpowiedział Olyvar. – Straże zauważyły cztery konie… i dwie bestie. Sądzą, że to wilkory. – Oczy Robba rozszerzyły się i nie czekając na nic, wybiegł z lochu. Usłyszał jeszcze swoje imię wykrzykiwane przez Theona i obejrzał się na chwilę, patrząc na jego zakrwawioną i okaleczoną twarz.
- Przykro mi – powiedział cicho, ale Robb potrząsnął głową.
- Nieprawda – odpowiedział i przeskakując co dwa schodki, wybiegł na zewnątrz.
Ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu, który padał całe dnie. Jon podążał za nim. Dotarli do południowej bramy, gdzie Szary Wicher i Duch krążyli w miejscu, drapiąc i powarkując. Robb wspiął się na wieżę, zasłaniając oczy przed grubo padającym śniegiem i owinął się ciaśniej peleryną.
- Gdzie są? – krzyknął Jon, wiatr poniósł jego słowa, a Robb potrząsnął głową, wpatrując się w horyzont. To Greatjon Umber wypatrzył jeźdźców wskazując ich, a Robb w końcu zauważył pierwszą sylwetkę, potem kolejną i kolejną, aż doliczył się sześciu postaci.
- Są z nimi wilkory? – zapytał Robb stojącego obok Jona i oboje wytężyli wzrok.
- Nie jestem pewien. Ciężko cokolwiek zobaczyć przez ten śnieg. Ta czwórka… to konie. Tego jestem pewien, ale pozostałe dwie… - zaczął, ale przerwał i potrząsnął głową, zdezorientowany. Nikt z nich nie chciał wypowiedzieć na głos tego, co chodziło po ich głowach. – Wyślę Ducha, wtedy będziemy wiedzieć na pewno – powiedział, a Robb skinął głową, nie odrywając wzroku od jeźdźców, którzy byli już coraz bliżej. Kilka chwil później Jon otworzył bramę, przez którą wyślizgnął się Duch razem z Szarym Wichrem. Robb widział jedynie swojego wilkora, bo Duch był kompletnie niewidoczny pośród zamieci. Robb wiedział, że jeśli wilkory byłyby jakimkolwiek zagrożeniem, to Duch i Szary Wicher już by zaatakowali. Widział jak Szary Wicher skacze z radości i poczuł jak ogarnia go nadzieja. Odetchnął i zszedł na dół.
- Otwórzcie bramę – rozkazał szybko, a strażnicy popatrzyli na niego.
- Ale, Wasza Miłość, nie… - zaczął strażnik, ale Robb potrząsnął głową.
- Powiedziałem, żebyście ją otworzyli – powtórzył, a strażnik skinął głową i zabrał się za otwieranie bramy. Brama była ciężka i potrzebne było kilkoro mężczyzn by ją otworzyć. Robb stał, z Jonem po prawej stronie, Sansą po lewej i patrzył, ale nie widział nic oprócz padających płatków śniegu.
Po kilku chwilach zaczęło się przejaśniać. Wiatr już nie był tak głośny i silny. Wtedy pojawili się jeźdźcy. Na początku szedł Szary Wicher, potem Duch, a następnie dwa pozostałe wilkory, na których widok serce podskoczyło Robbowi do gardła.
- To Lato! I Kudłaty! – krzyknęła Sansa i zakryła ręką usta, wzdychając. Później pojawiły się konie i Robb wybiegł na spotkanie Hodora i Brana. Na drugim koniu siedziała Osha, która mocno trzymała Rickona. Robb wyciągnął ręce w kierunku Brana, który owinął swoje ramiona wokół jego szyi i Robb mocno przytulił do siebie swojego młodszego braciszka. Cały smutek i strach zniknęły i teraz czuł tylko ulgę i radość. Uśmiechnął się szeroko i poczochrał chłopca po włosach. Potem przytulił mocno Rickona przejmując go z ramion Jona, a Sansa objęła ich oboje ze łzami spływającymi po jej policzkach.
Jego bracia żyli.
- Arya! – krzyknęła Sansa, odsuwając się od Robba i Rickona i pobiegła w stronę siostry. Robb, słysząc Sansę, podniósł głowę i uśmiechnął się, widząc Aryę na trzecim koniu. Miała krótkie włosy, które ledwie zakrywały jej uszy i ubrana była jak chłopak. Gdyby nie znał tak dobrze jej twarzy, nie rozpoznałby jej. Urosła i schudła odkąd widział ją po raz ostatni. Zsiadła z konia, a maester Luwin, siedzący za nią, pomógł jej. Podbiegła od Jona i wręcz na niego wskoczyła. Jon objął ją mocno i poczuł jak łzy spływają po jego policzkach.
Robb poczuł ucisk w gardle, szukając wzrokiem czwartego konia. Nogi się pod nim ugięły, gdy w końcu ją zobaczył, z Szarym Wichrem o boku. Stał niecierpliwie, czekając aż zatrzyma konia i wyciągnie dłoń w jego kierunku. Robb pomógł jej zsiąść z konia i mocno ją do siebie przytulił. Łzy popłynęły po jego policzkach, ale nie dbał już o to, kto na nich patrzy.
Bał się puścić Axię. Bał się, że to tylko sen, z którego w każdej chwili może się obudzić. Ale gdy otworzył oczy i oparł swoje czoło o jej czoło, ona wciąż tam była, z włosami obciętymi do ramion i ze łzami spływającymi po policzkach. Dla Robba nie istniało nic oprócz Axii. Wokół nich szalała zamieć, gdy ich usta się spotkały. Axia desperacko chwyciła się jego peleryny, przyciskając się do niego mocniej. Robb wsunął dłoń pod jej pelerynę i objął ją, nie dbając o to, że jest ubrana jak chłopak. To był jego kobieta, jego Axia, jeszcze piękniejsza niż zwykle.
Gdy odsunął pelerynę, zauważył jej zaokrąglony brzuch i zamarł, spoglądając Axii w oczy. Axia uśmiechnęła się przez łzy i skinęła delikatnie głową, gdy ich oczy się spotkały, a Robb ponownie spojrzał w dół. Wybrzuszenie było małe, ale zobaczył potwierdzenie w oczach Axii – to było dziecko.
Opadł na kolana, prosto w śnieg i przyłożył głowę do brzucha Axii. Pogłaskał dłonią jej brzuch i podniósł wzrok na Axię, która położyła dłoń na jego włosach i wyszeptała:
- To twoje dziecko, Robbie Stark – powiedziała cicho, a te słowa były potwierdzeniem jego nadziei. – Przybyliśmy do domu, do ciebie. – Robb rozejrzał się wokół i zauważył, że wszyscy także opadli na kolana i patrząc na nich, pomyślał o dniu, w którym zginął Merrick i jak wszyscy wtedy klęczeli, gdy Axia płakała z żalu. Teraz też upadli jej do stóp, nawet on – Król Północy – klęczał przed swoją kobietą i patrzył w jej oczy koloru stali.
Była nadzieją.
Ona była nadzieją nie tylko jego, ale ich wszystkich. Była ich nadzieją i powróciła do nich.
Axia także uklękła, patrząc prosto w oczy Robba, podczas gdy wiatr targał jej włosy we wszystkie strony. Pocałowała go delikatnie i położyła dłonie na jego dłoniach.
- Nie opuszczaj mnie już więcej, słyszysz? – powiedział, czując ból na myśl o tych miesiącach bez niej. To był rozkaz z jego strony, a Axia nie lubiła rozkazów, wiedział to. Ale tym razem spojrzała w jego oczy i pokiwała twierdząco głową.
- Jestem twoja, Wasza Miłość – wyszeptała w odpowiedzi, całując go delikatnie – Tylko śmierć może nas rozdzielić. – Robb uśmiechnął się przez łzy.
Wróciła do niego i to nie sama, tylko z ich dzieckiem rosnącym pod jej sercem.
Teraz już nie jej wypuści ze swych rąk.
Powoli wstawało słońce. Pogoda się uspokoiła, ale śnieg nadal grubą warstwą pokrywał wszystko w zasięgu wzroku. Axia siedziała przy oknie jedynie w koszuli nocnej, która zsuwała się z jej ramienia, ale nie zwracała uwago na chłód.
Wciąż było wcześnie, słońce zaledwie wzeszło ponad drzewa, ale na dziedzińcu było już gwarno. Jon już wstał, jego ciemne loki podskakiwały, gdy ćwiczył z Aryą na miecze. Axia uśmiechnęła się, widząc znów tę rodzinę razem i poczuła coś na kształt ulgi po raz pierwszy odkąd Stannis zapoznał ją ze swoim planem przejęcia stolicy.
Usłyszała jęk i odwróciła głowę w kierunku łóżka. Uśmiechnęła się, widząc jak Robb jej szuka. Patrzyła jak siada na łóżku, w końcu dostrzegając Axię przy oknie. Pomyślała, że ma idealny uśmiech, taki, na widok którego zawsze przyspieszało jej serce.
- Myślałem, że gdzieś poszłaś – powiedział zachrypniętym głosem, a Axia uśmiechnęła się delikatnie.
- Powiedziałem przecież, że będę tutaj, gdy się obudzisz – odpowiedziała.
- Od kiedy robisz to, co mówisz? – zapytał, próbując brzmieć kpiąco, ale uśmiech go zdradził. Jednak uśmiech zamarł na jego ustach, gdy jego wzrok powędrował na jej odkryte ramię.
Axia spojrzała w dół i zdała sobie sprawę, że koszula nocna odsłania fragment jej pleców. Wiedziała, na co patrzy się Robb. Niemal zapomniała o bliznach, które zostały po niezliczonych ranach zadanych w stolicy. Zakryła ramię i wstała, podchodząc do łóżka. Położył się i oparła głowę o poduszkę Robba. Przez chwilę oboje tylko na siebie patrzyli, a Axia widziała smutek w jego oczach.
- To już nie boli, przysięgam – powiedziała, ale to wcale nie złagodziło złości w jego oczach.
- Skrzywdzili cię z mojego powodu – odpowiedział, pogładził Axię po ramieniu i ściągnął koszulę z jej ramienia, odsłaniając jej plecy i patrząc na blizny. Pocałował delikatnie skórę na jej plecach, a Axię przeszedł miły dreszcz. Poczuła jak usta Robba wędrują na jej szyję, a jego palce przeczesują jej włosy. – I ścięłaś włosy z mojego powodu.
- Zbyt dużo sobie przypisujesz, Młody Wilku – próbowała złagodzić złość Robba, odwracając się i całując go. – Spodziewam się dziecka, także z twojego powodu. – Robb uśmiechnął się, spojrzał na jej brzuch i delikatnie położył na nim dłoń.
- Nigdy nie sądziłem, że będę miał dzieci – przyznał, a Axia roześmiała się.
- Tak? Dlaczego, Wasza Miłość? Wątpisz w swoją męskość? – zażartowała, a Robb potrząsnął głową, uśmiechając się w sposób, która Axia tak bardzo kochała.
- Nie, Starkowie zawsze mieli dużo dzieci – odpowiedział, gładząc Axię po brzuchu. – Ale jest tylko jedna kobieta, z którą chciałbym mieć synów – powiedział i spojrzał Axii prosto w oczy.
- Któż by to mógłby być? – wyszeptała tuż przy jego ustach.
- Zostań moją żoną, Axia. Pozwól bym miał się tylko dla siebie – powiedział desperacko, składając pocałunek na jej czole, a Axia zamrugała kilka razy oczami, zanim odpowiedziała.
- Za pierwszym razem byłam okropną żoną – odrzekła, starając się wyglądać na zaskoczoną jego pytaniem, ale nie była. Przygotowywała się na to od powrotu, a nawet wcześniej. Wiedziała, że Robb zechce ją poślubić.
- Mogłabyś być najgorszą żoną z całych Siedmiu Królestwach, nie dbam o to – odpowiedział, uśmiechając się. – Nie chcę nikogo innego tylko ciebie, razem z twoim uporem, niechęcią do wykonywania rozkazów i przyjmowania komplementów.
- Wygląda na to, że uważasz mnie za szalenia czarującą, lordzie Stark – zapytała, dotykając palcami jego zarostu.
- Więc, jak to powinno wyglądać, moja pani? – zapytał. – Powinienem paść na kolana? Błagać byś została moją żoną? Wiesz, że nie mam wstydu kiedy chodzi o ciebie. – Ściągnął z siebie koc i nie przejmując się swoją nagością, ukląkł i ujął dłonie Axii. – Axio Lannister… Będę cię kochał każdego dnia mojego życia. Nawet w te dni, gdy się kłócimy, w te gdy się kochamy… i we wszystkie inne dni. Jesteś moją drugą połówką i jeśli ty nie będziesz u mego boku, to żadna inna nie będzie. – Jego słowa były tak prawdziwe i Axia wiedziała już, że nie potrafi mu odmówić. Kiedyś już powiedziała Aryi, że jeśli Robb zechce ją za żonę, to się zgodzi. Więc teraz przyłożyła usta do jego dłoni i pokiwała głową.
- Przypuszczam, że nie mogę odmówić królowi – odpowiedziała i patrzyła jak Robb uśmiecha się. Ucałował jej dłoń, kolana, uda, a w końcu usta, nie przestając się uśmiechać. Podniósł Axię z łóżka i okręcił wokół siebie, słuchając jej śmiechu.
Tylko jeden problem mógł zakłócić ich radość.
Matka Robba.
- Co zrobiłeś?! – krzyknęła Catelyn Stark, siedząc w jadalni, gdzie zgromadzone były wszystkie dzieci Starków, nawet Jon. Minął już miesiąc od powrotu do Winterfell, od zgaszenia rebelii przez Robba i powrotu Brana, Rickona, Aryi i Sansy do domu. Nie było szczęśliwszej matki od Catelyn Stark. Ale Robb wiedział, że na wieść o jego ślubie z Axią, jej szczęście zamieni się w furię.
Jego matka była dobrą kobietą. Wiedział to. Była silna, mądra i uparta, gdy chodziło o jej rodzinę. Jak opiekuńcza wilczyca. Robb przypuszczał, że właśnie z tego powodu nie aprobowała jego wyboru.
- Jest teraz moją żoną, matko – odpowiedział ostro, a jego matka wstała i stanęła przed nim.
- Twoją żoną – zakpiła. – Axia Lannister już była czyjąś żoną. Wygląda na to, że zapomnieliście o Lannisterze, który był także twoim przyjacielem. – Robb nie zapomniał. Szczerze mówiąc, to razem z Axią spędzili długie godziny, wspominając Merricka i chłopców. Ale nieważne ile razy próbował odepchnąć od siebie miłość do Axii ze względu na honor Merricka Lannistera, zawsze to do niego wracało i nie chciał się poddawać.
- Sądziłem, że będziesz szczęśliwa, widząc, że poślubiłem silną, wierną i lojalną kobietę, która zrobiła tak wiele dla naszej rodziny, dla mnie – odpowiedział, nie chcąc słuchać, jak matka obraża honor Axii. – Da ci wnuka, kolejnego Starka, który przedłuży nasz ród.
- Właśnie dlatego ją poślubiłeś? – zapytała złośliwie. – By nie mieć bękarta jak twój ojciec? – Robb spojrzał krótko na Jona i potrząsnął głową.
- Nie wiedziałem, że mój ojciec spłodził bękarta – odrzekł Robb. Nigdy nie lubił tego określenia, które przylgnęło do Jona. Dorastali razem, uczono ich tych samych wartości pod tym samym dachem. Jon był Starkiem. Płynęła w nim krew Starków, miał serce Starka i nikt, nawet jego własna matka, nie przekona Robba, że jest inaczej.
- Dlaczego mnie tak nienawidzisz? – zapytał szeptem Jon, a w jego głosie słychać było ból, gromadzony przez dziewiętnaście lat. Catelyn i Jon wpatrywali się w siebie przez długą chwilę, zanim Catelyn potrząsnęła głową. – Nigdy nie byłem dla ciebie ciężarem, zawsze byłem uprzejmy dla ciebie i twojej rodziny. Dorastałem z Robbem i zawsze byłem lojalny moim braciom i siostrom. Ryzykowałem życiem, gdy Axia poprosiła mnie o pomoc w ucieczce Sansy z Królewskiej Przystani. Wiedziałaś o tym? Mogłem zostać złapany i zabity za opuszczenie Nocnej Straży, ale zrobiłbym to ponownie, jeśli oznaczałoby to, że Sansa będzie bezpieczna.
- Jon jest naszym bratem. Zawsze był, a ty nauczysz się to akceptować. Nie chcę słyszeć więcej twoich złośliwych wypowiedzi po jego adresem, rozumiesz mnie? – powiedział Robb, zdając sobie sprawę, że to zabrzmiało jak rozkaz i wiedział, że matka też to zauważyła. Spojrzała krótko na Jona i skinęła głową, a potem popatrzyła na resztę swoich dzieci. – To także dotyczy mojej żony.
- Axia uratowała mi życie, matko – powiedziała cicho Sansa.
- Mi także – dodała Arya. – Gdyby nie Axia, nie byłoby mnie tutaj i nigdy nawet nie przeszło jej przez myśl, że mogłaby uratować siebie zamiast mnie.
- Ona dba o naszą rodzinę. Najpierw będzie bronić nas, a dopiero potem pomyśli o sobie – powiedział Jon.
- Więc wszyscy jesteście przeciwko mnie – wyszeptała Catelyn. Każde z rodzeństwa skinęło głową i pomyślała, że nikt jej nie rozumie. Popatrzyła na Robba. – Zaakceptuję to, Robb, ale nie padnę na kolana przed Lannisterem.
- Jest teraz Starkiem – powiedział krótko Robb i wyszedł, kierując się na dziedziniec. Wściekł się, widząc reakcję matki. Uczepiła się nazwiska Axii, które była zmuszona nosić. Ale Axia teraz była Starkówną i matka musiała to zrozumieć. Nieważne, czy Axia była Lannisterem czy Baratheonem, Robb ją kochał.
Dziedziniec był odśnieżony, a śnieg w końcu przestał padać. Robb szedł cicho do bożego gaju, pozostawiając za sobą ślady butów. Ludzie, których mijał kłaniali się przed nich i uśmiechali się. Kilka osób uklękło, ale Robb tylko machał ręką i mówił, że to niepotrzebne. Gdy dotarł do bożego gaju, zobaczył Axię przy małym stawie niedaleko czardrzewa.
Nie zauważyła jak do niej podszedł. Klęczała przy olbrzymim drzewie z Szarych Wichrem o boku. Głowę miała nisko spuszczoną i wpatrywała się w ziemię. Znów zapomniała peleryny, choć Robb zawsze jej o tym przypominał. Jej purpurowa suknia kontrastowała z oślepiająco białym śniegiem. Dłonie położyła na brzuchu, który rósł z każdym dniem. Robb uśmiechał się za każdym razem, gdy patrzył na jej brzuch, w którym rosło ich dziecko.
Podniosła wzrok i widząc Robba, uśmiechnęła się.
- Tutaj jesteś – powiedział, pomagając jej wstać. Axia położyła dłoń na jego policzku i uśmiechnęła się szerzej.
- Domyślam się, że nie poszło zbyt dobrze? – zapytała, ale Robb zauważył w jej oczach, że nie była zaskoczona.
- Ona po prostu potrzebuje czasu. Jest nadopiekuńcza gdy chodzi o mnie i o resztę – powiedział, owijając ramiona wokół jej talii.
- Czyli taka, jaka powinna być matka – wyszeptała, przenosząc wzrok z oczu Robba na jego usta. – Może nie powinniśmy…
- Nie – przerwał jej. – Nie pozwól jej wejść ci do głowy. Mam wszystko czego kiedykolwiek pragnąłem i nie zmienię tego tylko dlatego, że moja matka jest uparta.
- Ona nie jest uparta, Robb, chce tylko tego, co najlepsze dla swojego syna… dla swojego króla – odrzekła Axia, ale Robb się z tym nie zgadzał.
- Teraz jesteś jej królową – powiedział, a Axia westchnęła. Wciąż nie przywykła do tego tytułu i było jej niezręcznie, gdy ludzie, których tak dobrze znała, zwracali się do niej Wasza Miłość.
- To dlatego jest nieszczęśliwa, nie widzisz tego? Jestem jej królową, Lannisterówna jest jej królową.
- Jesteś teraz Starkiem, Axia, a Lannisterem byłaś tylko z nazwiska – powiedział, patrząc jej w oczy. Pochylił się i pocałował ją, wciąż nie mając dość jej ust. Axia westchnęła cicho, gdy pogładził ją po szyi. Jej usta były zimne jak lód, ale niezwykle delikatnie, Axia przerwała pocałunek, gdy Robb położył dłoń na jej brzuchu i uśmiechnęła się.
- Robię się gruba – poskarżyła się, przykrywając je go rękę własną dłonią.
- Dzięki mojemu synowi, kochana – powiedział ze śmiechem. – Nie wymyśliłbym niczego bardziej idealnego. – Złapał Axię za rękę i poprowadził ją zamarzniętą ścieżką. Szli długi czas w ciszy przez boży gaj ze splecionymi palcami. Axia kciukiem delikatnie zataczała kółka na dłoni Robba. Zatrzymała się i obejrzała się, dostrzegając jakiś ruch kątem oka. Robb spojrzał na nią swoimi niebieskimi oczyma.
- Co się stało? – zapytał, a Axia spojrzała na niego.
- Nic, przepraszam, po prostu… myślałam, że coś zobaczyłam – wyszeptała i spojrzała w dół, gdzie Szary Wicher również się jej przyglądał. Robb był zachwycony uwielbieniem Szarego Wichru względem Axii. Wilkor zawsze był przy nim, gdy Robb go potrzebował, ale cały pozostały czas spędzał u boku Axii. Łączyło ich coś, czego nie potrafił rozgryźć.
- Moja królowo – usłyszeli za sobą i odwrócili się, widząc małego chłopca, może ośmioletniego, który podszedł do Axii i wręczył jej bukiet zimowych kwiatów. Miały żywy odcień niebieskiego i rosły jedynie na Północy podczas najostrzejszych śniegów. Axia uśmiechnęła się i przykucnęła, by znaleźć się na poziomie oczu chłopca.
- Są piękne, Garnett – powiedziała, całując chłopca w policzek, a Robb już nie dziwił się, że zna imiona wszystkich mieszkańców Winterfell. Postawiła sobie za cel by jak najlepiej zaznajomić się ze swoim nowym domem i cały czas zamęczała Robba pytaniami. Jej ciekawość nie miała granic i często widział jak rozmawia z każdym, kogo spotykała na temat ich pracy i obyczajów na Północy.
Chciała stać się najlepszą królową jaką mogła być, choć cały czas przypominała Robbowi, że nie jest tego warta. To dzięki niej dawał sobie radę być królem. Ale co najważniejsze, ludzie kochali ją. A zwłaszcza dzieci.
- Moja pani – powiedział chłopiec i natychmiast zakrył dłonią usta, jak gdyby popełnił błąd. – Znaczy się, Wasza Miłość.
- Po prostu Axia, kochanie – powiedziała, kładąc dłoń na jego policzku.
- Czy mogłabyś mi pomóc… w strzelaniu z łuku? Przysięgam, że się poprawiłem. Dużo ćwiczyłem – powiedział z dumą, a Robb patrzył, jak Axia się uśmiecha.
- Oczywiście, kochany – odpowiedziała. – Może jutro, gdy pozostali chłopcy nie będą zajmować całego miejsca? – zasugerowała, a chłopiec pokiwał entuzjastycznie głową. – Dobrze, więc widzimy się po śniadaniu, nie później.
- Tak Axio – odpowiedział i odbiegł. Robb pomógł Axii wstać, a ona przystawiła bukiet do twarzy i powąchała kwiaty, uśmiechając się delikatnie. Dotarli do bramy i Axia zauważyła osiodłanego Bayarda, gotowego do drogi.
- Dokąd jedziesz? – spytała zdezorientowana.
- Tylko do sąsiedniej wioski – odrzekł. – Jedziemy z Jonem zobaczyć jakie szkody wyrządził Bolton.
- A Jaime? Widziałeś jak Greatjon go wyprowadza? – spytała, a Robb starał się nie odwrócić wzroku od jej wszechwiedzącego spojrzenia. To była prawda, razem z radą uzgodnił, że najlepiej będzie jak pokażą mu Północ. Planowali oddać go do Nocnej Straży, która przybędzie rano.
- Przywdzieje czerń. To najlepsze rozwiązanie – zaczął, ale dostrzegł błysk w oczach Axii.
- Naprawdę? – wyszeptała ostro. – Po tym wszystkim, co zrobił? Tak po prostu zamierzasz… puścić go?
- Będzie więźniem dopóki nie dotrze na Mur, a potem już nie będzie moim problemem. Chcę zostawić tę krwawą wojnę za sobą i jedynym sposobem jest pozbycie się…
- A Theon? Wiem, że byliście przyjaciółmi, ale on ciebie zdradził, Robb.
- Dlatego wciąż jest jeszcze w lochu. Jeszcze z nim nie skończyłem – powiedział. – Nie złość się na mnie, kochana. Jaime nie będzie miał przyjaciół na Murze. Już oni upewnią się, że będzie cierpiał za swoje zbrodnie. – Axia wzruszyła ramionami, odwracając wzrok, ale Robb złapał ją za podbródek i zmusił ją by na niego spojrzała. Jej włosy rozwiewał wiatr, a policzki były zaróżowione od mrozu. Robb pocałował Axię w czoło. – Nie chcę cię zostawiać, wiedząc, że jesteś na mnie zła.
- Jak długo cię nie będzie? – zapytała.
- Kilka dni. Zdążę wrócić zanim za mną zatęsknisz – odrzekł, całując ją i zmuszając do uśmiechu, który starała się ukryć, odwracając głowę.
- Będzie ostrożny, prawda?
- Dlaczego? Czyżby moja żona martwiła się o mnie? – zapytał, uwielbiając sposób, w jaki Axia przewracała oczami na słowo żona.
- Może nie wytrzymuję godziny bez twojego sprawdzania mnie – powiedziała, całując Robb w policzek. – Ale z naszym łóżku będzie zimno bez ciebie – wyszeptała, nakrywając jego wargi własnymi i przyciskając swoje ciało do jego ciała na długą chwilę. – Nie zapomnij o swojej grubej żonie, gdy wyjedziesz – powiedziała, odwracając się na obcasie i odchodząc, a Robb przyglądał się jej, kręcąc głową z rozbawieniem.
- Jesteś dla mnie jedyną kobietą, Axio Stark! – krzyknął za nią, a Axia odwróciła głowę i uśmiechnęła się przez ramię.
- Powiedz to jeszcze raz – poprosiła. – Moje nazwisko.
- Kocham cię, lady Stark – odpowiedział, a Axia przymknęła oczy, rozkoszując się tymi słowami. Uśmiechnęła się i zaczęła iść tyłem, niemal wpadając na Jona, który śmiał się z wyznań miłosnych Robba.
- Ja ciebie też, Robbie Stark – odrzekła Axia, odwróciła się i zniknęła za kamiennym murem, zostawiając Robba samego z Bayardem i Jonem kręcącym głową.
- Obudź się, zakochany idioto – zaśmiał się Jon i pacnął Robba w głowę.
- Nie bądź zazdrosny, bracie. To, że przyrzekłeś celibat nie znaczy, że wszyscy musimy cierpieć razem z tobą – zażartował Robb, a Jon w odpowiedzi dał mi kuksańca. Zanim Robb zdążył wsiąść na konia, Jon był już w połowie drogi do bramy.
- Pospiesz się, Wasza Miłość… chyba, że chcesz, aby twoi podwładni pomyśleli, że jesteś niekompetentny! – krzyknął Jon, a Robb uśmiechnął się, kręcąc głową i popędził Bayarda.
- Już ja ci pokażę, kto to jest niekompetentny, Snow! – odkrzyknął, a za nim ruszyli pozostali razem ze spętanym Jaimem.
Robb pomyślał, że to będzie kilka długich dni, choć z Jonem może wcale nie będzie tak źle.
- Tak, dobrze – powiedziała. – Widzisz jak twoje ramię jest odgięte do tyłu? Musisz je nieco opuścić, by współgrało z drugim. Popraw postawę, bo widzę, że się garbisz. Nie chcesz spudłować, bo wtedy tylko zraniony i rozłoszczony człowiek będzie chciał cię zaatakować.
Bran zrobił, co Axia powiedziała, próbując utrzymać równowagę na koniu poruszającym się pod nim. Axia patrzyła, jak chłopiec bierze głęboki wdech i uspokaja się. Sama siedziała na Eowyn, jedną ręką głaszcząc jej grzywę, a w drugiej trzymając łuk. Sama wzięła głęboki wdech, patrząc jak Bran wypuszcza strzałę, która utkwiła w samym środku celu.
- Bardzo dobrze! – powiedziała radośnie, widząc podekscytowanie na twarzy Brana. – Czyż nie mówiłam, że ci się uda?
- Nie wierzę, że to zrobiłem – powiedział z uśmiechem na ustach, a Axia popędziła Eowyn i podjechała do Brana.
- Teraz musimy cię tylko nauczyć, jak celnie strzelać na koniu w trakcie jazdy i będziesz tak dobry jak Dothrak – powiedziała, czochrając Brana po włosach. – Patrz uważnie. To nie jest trudne, ale sam musisz utrzymać równowagę i pokazać koniowi, co chcesz zrobić. Eowyn zna mnie i łatwo mi nią kierować. Wie, jak mnie utrzymać, nawet podczas ruchu – kontynuowała. – I możesz to zrobić bez użycia nóg, więc nie patrz tak na mnie.
Złapała cugle i poprowadziła Eowyn na skraj pola do ćwiczeń. Peleryna Axii była gruba, a kaptur chronił jej głowę przed ostrym wiatrem. Niebo było pełne ciemnych chmur, ale na razie jeszcze nie padało. Axia dotarła na skraj pola, pogładziła Eowyn po grzywie, a potem szarpnęła konia za grzywę. Eowyn ruszyła galopem, a Axia puściła lejce, wyciągnęła łuk wraz ze strzałą i naciągnęła cięciwę. Odetchnęła dwa razy i gdy cel pojawił się na niebie, wypuściła strzałę. Nie musiała nawet patrzeć, czy strzała trafiła w cel – rozległ się głośny dźwięk i gołąb spadł na ziemię, co było wystarczającym potwierdzeniem.
- Do siedmiu piekieł! – krzyknął Bran, a Axia uśmiechnęła się. – Jak to zrobiłaś? – Axia zatrzymała Eowyn i zsiadła z niej z łatwością, lądując na śniegu. Pomogła Branowi odpiąć pasy przy siodle, ściągnęła go z konia i usadowiła na swoim biodrze z łatwością. Spojrzała na niego z uśmiechem, ale jej oczy pozostały poważne.
- Ćwiczenia, Bran, to wszystko. Może nie jesteś w stanie użyć swoich nóg, ale to nie znaczy, że twoi wrogowie nie powinni się ciebie bać – powiedziała. – Jesteś tak samo silny jak twój przeciwnik. Nigdy w to nie wątp. – Bran skinął głową i Axia pomogła mu zaciągnąć pelerynę na głowę, bo jego policzki były zaróżowione od wiatru. Pomachała stajennemu, aby pomógł jej z koniami. Odwróciła się by zanieść Brana do środka, ale zatrzymała się, widząc mężczyznę stojącego zaledwie kilka kroków od nich.
- Robb! – krzyknął podekscytowany Bran. Robb podszedł bliżej, a za nim Jon.
- Jon, zabierz Brana do środka, dobrze? Matka już o niego pytała – powiedział Robb, nie odrywając wzroku od Axii. Jon uniósł brwi, podszedł bliżej i wyciągnął ręce po Brana, a Axia oddała go w silniejsze i bardziej doświadczone ramiona Jona.
- Bardzo dobrze idzie ci z łukiem – pochwalił ją Jon, a Axia się uśmiechnęła. – Wątpię by jakikolwiek mężczyzna, którego znam potrafił strzelać z konia tak dobrze jak ty.
- Tak jak mówiłam Branowi – powiedziała z uśmiechem. – To dzięki ćwiczeniom. Jestem pewna, że nawet ty byś to zrobił po kilku lekcjach. Mogłoby to być użyteczne za Murem.
- Pewnie masz rację. Przypuszczam, że wezmę u ciebie kilka lekcji razem z Branem – powiedział ze śmiechem, a gdy obrócił się, zobaczył ponurą minę Robba. Axia westchnęła, gdy Jon i Bran odeszli. Rzadko widywała u Robba taką minę.
- Więc… mów – powiedziała, krzyżując ramiona na piersi, odzwierciedlając postawę Robba. – Powiedz, co masz mi do powiedzenia.
- Co ty sobie myślałaś? A gdybyś spadła? – powiedziała, a Axia uniosła brwi, zdezorientowana.
- Co? Strofujesz mnie za jazdę na koniu? – zapytała, niedowierzając, że nawet takie czynności martwią Robba.
- Axia, rozmawialiśmy o tym – powiedział, ujmując jej dłoń, ale Axia wyrwała rękę. – Są pewne rzeczy, których nie możesz robić w swoim stanie.
- Jestem doświadczonym jeźdźcem, Robb, i myślę, że wiem co powinnam, a czego nie powinnam robić w moim stanie – powiedziała zła na to, że Robb kwestionuje jej zdolności, ale tan potrząsnął głową.
- Oczywiście, że jesteś doświadczonym jeźdźcem, kochanie, ale… a co jeśli siodło nie byłoby dobrze przypięte, albo koń by się potknął, nie wiesz co mogłoby się stać…
- Ale wszystko jest dobrze! – krzyknęła i oboje zamarli. Rzadko kiedy się kłócili, ale tego nie mogli rozwiązać pojedynczym spojrzeniem, tym bardziej, że Axia nie chciała odpuścić. Nie była słaba. Szczerze mówiąc, to nigdy nie czuła się tak silna jak teraz. Ale gdy spojrzała na Robba, dojrzała na jego twarz nie złość, ale strach i zdała sobie sprawę, że on wcale nie chce jej kontrolować. Po prostu bał się o bezpieczeństwo jej i dziecka. Wzięła głęboki oddech i położyła dłoń na piersi Robba. – Kochanie, nie stracisz mnie, a przecież właśnie o to się martwisz, prawda? Nie pozwolę by coś się stało twojemu synowi – wyszeptała i objęła Robba za szyję.
- Obiecałem, że będę cię chronił, że będziesz przy mnie bezpieczna. Już raz zawiodłem, nie zrobię tego ponownie – powiedział, zamykając oczy i opierając swoje czoło o jej czoło.
- Ale ja się nigdzie nie wybieram, Wasza Miłość – powiedziała. Ciepły oddech Robba owionął jej skórę, a Axia poczuła się zażenowana całą tą sytuacją i swoją reakcją. Minął prawie tydzień odkąd Robb opuścił Winterfell by zaprowadzić Jaimego do Nocnej Straży. Powinna nieco cieplej przywitać męża. Przecież tak bardzo za nim tęskniła. – Jeśli to sprawi, że przestaniesz się martwić, to nie będę jeździć konno. Dopóki nie urodzę – dodała, a Robb delikatnie ją pocałował.
- Jak to jest, że potrafisz tak odwrócić sytuację, że to ja czuję się winny tylko dlatego, że martwię się o ciebie? – zapytał.
- Mówiłam ci, jestem okropną żoną – przypomniała mu, a Robb pokiwał głową.
- Może i jesteś okropna, ale jesteś moja.
- I jako twoja okropna żona zamierzam poprosić się byś zapomniał o swoich królewskich obowiązkach i natychmiast zabrał mnie do łóżka – powiedziała, a Robb uniósł brwi w odpowiedzi.
- Jak rozkażesz, moja królowo – odrzekł, podnosząc Axię z ziemi i biorąc ją na ręce. Ruszył po schodach do środka, ale zatrzymał się, dostrzegając poważne spojrzenie Jona. Pocałował Axię raz jeszcze i postawił ją z powrotem na podłodze.
- Co się stało? – zapytał Robb z troską, a Jon westchnął i popatrzył na oboje.
- Mój pobyt tutaj dobiegł końca – odrzekł. – Lord Dowódca wzywa mnie do pomocy za Murem. Ja… - westchnął. – Muszę jechać.
- Ale dopiero co wróciłeś z tygodniowej podróży. Na pewno możesz przełożyć podróż o jeden dzień – powiedziała Axia, podchodząc do Jona, ale ten tylko potrząsnął głową. Ujął małą jej małą dłoń, a Axia zauważyła, że dłonie Jona są bardziej twarde i zgrubiałe niż Robba.
- I tak już zbyt długo odkładałem swoje obowiązki. Jesteście bezpieczni, to wszystko o co prosiłem – powiedział, spoglądając na Robba, ale potem ponownie skupił wzrok na Axii. – Dziękuję co za wszystko, co zrobiłaś dla naszej rodziny. Zawsze będę twoim dłużnikiem, moja królowo – dodał, jedną dłonią dotykając jej policzka, a Axia poczuła wręcz fizyczny ciężar jego słów.
- Teraz jestem twoją siostrą, Jon, nienawidzę tych oficjalnych tytułów – przypomniała mu, a Jon pokiwał głową. Widziała w jego spojrzeniu, że nie chciał wyjeżdżać. Przytuliła go. – Bądź silny, jesteśmy z tobą – powiedziała, odsuwając się i kładąc dłoń na jego sercu. – Właśnie tutaj. Jesteś Starkiem. I ponieważ jesteś Starkiem, nie musimy się o ciebie martwić.
- Nie umiałbym powiedzieć tego lepiej – rzekł Robb, przyciągając do siebie Jona i zatrzymując w męskim uścisku. Odsunęli się od siebie, podając sobie dłonie. Jon znów zwrócił się do Axii:
- Dbaj o niego, dobrze? – powiedział, a Axia skinęła głową. Jon pochylił się, delikatnie całując jej usta, a potem czoło i pożegnał się.
Robb i Axia patrzyli jak odchodzi i znika na schodach, słychać było jedynie jego kroki. Axia złapała Robba za rękę i spojrzała na niego.
- Nic mu nie będzie – zapewniła Robba. – Jest silny i odważny. Tak jak ty. Starków ciężko zabić, pamiętasz? – Robb uśmiechnął się, kiwając głową. Ruszyli ramię w ramię w stronę swoich komnat, podczas gdy ich brat odjeżdżał.
Odjeżdżał za Mur, w stronę niebezpieczeństwa, o którym nigdy nawet nie śnili.
Trzy miesiące minęły szybciej niż ktokolwiek przypuszczał. Brzuch Axii był już bardzo duży i kobieta coraz częściej spełniała życzenia Robba, dużo odpoczywając i nie wychodząc na zewnątrz. Coraz częściej robiła się drażliwa wieczorami, przypominając Robbowi, że to wszystko z jego powodu. Sansa spędzała mnóstwo czasu u jej boku i ku zaskoczeniu Robba, Arya także. We trzy spędzały czas, chodząc po korytarzach i słuchając intrygujących opowieści Axii. Swoją matkę widywał rzadko, zwłaszcza że był zajęty władaniem Północą, spotkaniami z lordami i przywracaniem porządku.
Dostał także wiadomość, że Stannis w końcu zdobył Królewską Przystań. To był cud i cała Północ świętowała koniec wojny. Stannis uznał ich układ, że Północ będzie rządzona osobno, a Robb będzie jej królem. Teraz byli sprzymierzeńcami. Wszystko zaczęło się układać i teraz Robb mógł jedynie się martwić o sytuację za Murem i zbliżające się narodziny dziecka.
Leżał rozbudzony na łóżku skupiony na tym drugim fakcie. To była wyjątkowo zimna noc, ale ciepło dawał ogień rozpalony w palenisku i futra. Axia ubrana była w jedną ze swoich koszul nocnych, która zsunęła się z jej ramienia podczas snu, a drugie ramię przerzuciła przez jego klatkę piersiową. Jej włosy były coraz dłuższe tak jak jej brzuch robił się coraz większy, a Robb kochał to uczucie, gdy trzymał dłoń na jej brzuchu. Tej nocy Axia miała problemy z zaśnięciem, dziecko poruszało się niespokojnie, więc nawet Robb mógł wyczuć malutkie stópki pod skórą Axii.
- Jeszcze nie śpisz? – wyszeptała, a Robb pocałował ją delikatnie w szyję w odpowiedzi. Patrzył jak na ramieniu i plecach Axii pojawia się gęsia skórka od chłodu. Axia zachichotała całkowicie jak nie ona. – Twój syn jest niespokojny, więc oczywiście ja też – powiedziała, odwracając się powoli w stronę Robba i odtrącając jego dłoń, gdy chciał jej pomóc.
- Już niedługo, kochanie, potem będziesz tęskniła za tymi cichymi, ale niespokojnymi nocami – powiedział, mając na myśli noce pełne płaczy, które ich czekały. Axia cały czas przypominała mu, co go czeka jako ojca. Ale był szczęśliwy. Świadomość posiadania dziecka, możliwe, że nawet syna, w swoich ramionach sprawiała, że czuł się szczęśliwy. A dziecko z Axią było właśnie tym, czego pragnął. Początek jego własnej rodziny. Nawet Catelyn wydawała się zadowolona z tego faktu.
- Bez wątpienia będzie taki niespokojny jak jego ojciec – powiedziała, kiedy Robb przyciągnął ją do siebie choć jej brzuch zajmował dużo miejsca między nimi. Ułożyła się wygodnie, a dziecko także się uspokoiło, pozwalając Axii na chwilę wytchnienia.
- On chce tylko, żeby mu było wygodnie, widzisz?
- A ja dlatego wciąż nie śpię – wyszeptała i jęknęła, gdy dziecko znów kopnęło. – Opowiesz mi coś? – zapytała, owijając włosy Robba wokół swojego palca i popatrzyła na niego prosząco, a w jej oczach odbijał się blask ognia.
- Co mam ci opowiedzieć? To ty zawsze opowiadasz historie – przypomniał się. – Opowiedz mi o tym, jak byłaś dziewczynką.
- A to już nie jestem dziewczynką? – drażniła się, całując Robba.
- Teraz daleko ci do dziewczynki, moja pani – wyszeptał i oddał pocałunek.
- Nie chcesz bym zanudzała się opowieści o Końcu Buzy, nic ciekawego się wtedy nie wydarzyło – powiedziała lekceważąco, odwracając wzrok, ale Robb ujął ją za podbródek i odwrócił jej twarz w swoją stronę.
- Rzadko mówisz o swoim dzieciństwie, opowiedz mi coś, żebym wiedział, że moja żona też była kiedyś dzieckiem. Byłaś kapryśną dziewczynką? – zażartował, a Axia potrząsnęła głową ze śmiechem. – Podziel się swoimi wspomnieniami. Jakimikolwiek.
Axia utkwiła wzrok w suficie, próbując sobie przypomnieć, a Robb czekał cierpliwie. Minęła długa chwila zanim Axia zaczęła mówić, myślami błądząc gdzieś daleko.
- To było tuż po piętnastym dniu mojego imienia – wyszeptała ze wzrokiem utkwionym w suficie. – Pamiętam, bo kilka tygodni później zostałam wysłana do stolicy, do Roberta. Właśnie powiedzieli mi, że wyjdę za mąż za Lannistera, którego jeszcze nigdy w życiu nie spotkałam. W Końcu Burzy byłam praktycznie sama. Matka i ojciec nie żyli od roku. Ale nie opłakiwałam ich śmierci tak jak robiłaby to większość dziewcząt.
- Nie jesteś jak większość dziewcząt, Axia – wyszeptał, chwytając jej dłoń i splatając ich palce razem.
- Może dlatego moje kuzynki niezbyt mnie lubiły. Nawet dziewczęta, którym płacono za przyjaźń ze mną, nie przepadały za mną. Byłam okropnym wyjątkiem – kontynuowała, a Robb zauważył w jej głosie ból, którego nigdy jeszcze nie słyszał. – Tamtego dnia padało, tak jak i przez poprzednie cztery. Wszędzie była woda, a morze głośno szumiało. Uciekłam sepcie i poszłam na klify. Nie były tak strome jak Renly opowiadał swoim przyjaciołom. Powiedział im, że dorosły człowiek może na nich zginąć i chłopcy trzymali się z daleka. Ale Stannis i ja wspinaliśmy się na nie przy każdej okazji. Tamtego dnia byłam jednak sama, stałam na klifach i wpatrywałam się w dzikie morze. Było takie żywe i pełne przemocy.
- Nie mów, że skoczyłaś – powiedział, drżąc na samą myśl o tym. Ale Axia potrząsnęła głową.
- Nie, ale pomyślałaś o tym – odpowiedziała, odwracając wzrok jakby zawstydzona. – Patrzyłam na morze i wiedziałam, że upadek mnie nie zabije. Wiedziałam, że mogłabym skoczyć i nikt by nawet nie zauważył. To fale by mnie zabiły. Utonęłabym zanim dosięgałbym powierzchni – powiedziała, w końcu spoglądając na Robba. – Pochłonęłyby mnie szybko i nie znaleziono by nawet mojego ciała i nikt by mnie nie opłakiwał – rzekła, a Robb bezwiednie pomyślał, że on by opłakiwał. Coś głęboko w środku mówiło mu, że nawet gdyby nigdy nie spotkał Axii i tak czegoś by mu brakowało. – Wiedziałam, że jeśli skoczę to nikt już nie będzie mnie zmuszał do ślubu i nie będę musiała żyć z chciwymi ludźmi, którzy zabijają dla władzy. Nie takiego życia chciałam i sądziłam, że śmierć będzie lepsza niż takie życie.
- Co się powstrzymało? – zapytał z ciekawością.
- Niebo – odpowiedziała z uśmiechem, jakby to była najbardziej oczywista odpowiedź pod słońcem. – Było tak ciemne jak morze, przecinane piorunami. Widziałam błyskawice, które rozświetlały chmury. Krople deszcze spływały po mojej twarzy. Nawet nie byłam pewna czy to krople deszczu czy moje łzy. Byłam zachwycona. To było uczucie… coś podobnego przeżyłam, gdy kochaliśmy się po raz pierwszy i za każdym kolejnym razem. – Axia zamknęła oczy i pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. – W tym momencie, gdy tak stałam, patrząc na ocean, niebo rozjaśniło się i zza chmur wyszło słońce. Choć nadal padał deszcz, to woda przybrała idealny odcień niebieskiego. Od tamtej chwili ten kolor widzę tylko wtedy, gdy patrzę w twoje oczy. I pomyśleć, że niemal to odrzuciłam.
- Axia – wyszeptał, przytulając ją do siebie, gdy zaczęła szlochać. – Cichutko. – Próbował ją uspokoić, kołysząc ją w ramionach, gładząc uspokajająco po plecach i włosach. Leżeli tak długo, że w końcu powoli zaczął nadchodzić ranek. Gdy Robb czuł, że jego oczy się zamykają, potrząsnął głową by nie zasnąć.
Uspokoił się dopiero gdy usłyszał spokojny i głęboki oddech Axii, świadczący o tym, że w końcu zasnęła. Próbował wyobrazić sobie, jak wyglądałoby życie, gdyby jednak skoczyła. Życie bez Axii… życie bez nadziei. To ona pomogła mu stać się z chłopca mężczyzną, a z mężczyzny królem. Gdyby nie było jej u jego boku, nie był pewien gdzie byłby teraz, albo co by stało z jego rodziną. Ocaliła Sansę, uratowała Aryę, przyprowadziła z powrotem Brana i Rickona, znosiła okropne traktowanie ze względu na niego i jego rodzinę. Teraz także jej rodzinę.
Życie bez Axii – Bartaheon, Lannister czy Stark – byłoby nie do zniesienia.
Z tą myślą zamknął oczy i w końcu zasnął.
Tej nocy sen wydawał się znajomy.
Płonący las była taki sam jak zawsze, tak jak mały staw niedaleko ogromnego drzewa. Liście i gałęzie płonęły, rozświetlając noc. Ziemię pokrywała gruba warstwa śniegu, a staw był zamarznięty.
A Robb był spętany i przywiązany do drzewa, tak jak zawsze.
Sen nie różnił się od poprzednich. Ale była już tutaj i rozpoznała to miejsce. To był boży gaj w Winterfell, teraz wyglądający tak znajomo. Weszła do środka, tak jak to robiła wiele razy i to nie tylko we śnie. Tej nocy, tak jak każdej innej, będzie patrzyła jak płomienie otaczają Robba – jej kochanka, jej męża. Każdej nocy próbowała go uwolnić, ale zawsze było za późno.
Ale tym razem było coś dziwnego w jej śnie.
Słyszała Robba wykrzykującego jej imię, tak długo, aż nie zaczęła biec w jego kierunku. Ale nagle zdała sobie sprawę, że płomienie wcale nie otaczają Robba, a on nie krzyczy z bólu. Gdy szła po śniegu, słyszała jedynie swojej kroki i ciężki oddech.
- Robb! – próbowała krzyknąć, ale z jej ust wydobył się jedynie bełkot. – Robb! – krzyknęła ponownie, ale i tym razem nic to nie dało. Nie mogła go dosięgnąć, nie mogła do niego dotrzeć, ale był tam, przywiązany do drzewa, walcząc z linami i krzycząc nieme słowa.
Ale nie byli już sami.
Twarze.
Otaczały ją twarze wychodzące z lasu. Nie dotarły do niej, ale była wystarczająco blisko by mogła je zaatakować, gdyby chciały skrzywdzić Robba. Ale gdy przyjrzała im się bliżej, zaczęła je rozpoznawać.
Pierwsza osoba była wysoka, tak jak zapamiętała, z uśmieszkiem na twarzy i ramionami skrzyżowanymi na piersi. Ogień rozświetlał jego twarz.
- Stannis – wyszeptała, a on skinął twierdząco głową.
Drugą osobę, która się pojawiła, widziała ostatnio zakutą w łańcuchy i wywiezioną poza mury Winterfell. Teraz ubrany był w najznamienitszą, bogatą, czerwoną pelerynę i złotą zbroję. Na napierśniku była głowa ryczącego lwa i Axia pomyślała, że teraz wygląda tak samo, jak jego ojciec. Jego zielone oczy błyszczały tak samo jak oczy Merricka.
- Jaime – wyszeptała, a on skinął głową z charakterystycznym dla siebie uśmiechem.
Trzeciej postaci nie rozpoznała, ale zauważyła, że to kobieta. Miała włosy kolory srebra, które spływały po jej plecach splecione w warkocz. Stała, spoglądając na Axię wyzywająco, z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała, ubrana w suknię z drogiego jedwabiu. Była piękna i jednocześnie przerażająca, gdy tak patrzyła prosto w oczy Axii.
Czwarta osoba była jej obca, choć widziała ją już kilka razy podczas pobytu w Riverrun. Jego ponura twarz była podobna do ojca, jego oczy miały w sobie to samo zło. Gdyby nie kolor włosów i młody wiek to pomyślałaby, że stoi przed nią Roose. Ale to był jego bękart, Ramsey. Nie warto było nawet wymawiać jego imienia, dlatego szybko odwróciła wzrok, spoglądając na następną osobę.
Piąta i zarazem ostatnia postać wystraszyła ją w jakiś sposób. Był teraz tego samego wzrostu, choć nieco szczuplejszy i bardziej przerażający. Spotkała go zanim jego własne wybory doprowadziły go do takiego stanu. Jego twarz była oszpecona, miejscami brakowało skóry, pozostawiając blizny na jego ciele. Nie miał większości zębów tak jak dwóch palców o prawej dłoni. Ale wciąż uśmiechał się tak samo złośliwie.
- Theon – powiedziała, ledwie słyszalnie, ale Theon zrozumiał i uśmiechnął się szerzej.
Postacie zdawały się ją otaczać, ale nie pozostawały na swoich miejscach, gdy Axia próbowała je zapamiętać. Ale przynajmniej już nie podchodziły bliżej. Poczuła dotknięcie na lewym ramieniu, a gdy spojrzała w tą stronę, ujrzała Szarego Wichra. To był pierwszy raz gdy towarzyszył jej we śnie. Oboje spojrzeli w kierunku Robba. Ogarnęła ją panika, gdy zobaczyła płomienie zbliżające się do niego. Poczuła jak coś dotyka jej prawej dłoni i gdy spojrzała w dół, jej oczy rozszerzyły się, gdy rozpoznała dziecko – dziecko z jej snu, z włosami skręcającymi się przy końcach i oczami koloru stali. Dziecko, które Robb nazwał jej synem.
- Mamo – wyszeptał chłopiec, a Axia pochyliła się i nagle poczuła ból, który sprawił, że się przewróciła. Krew otaczała ją, brudząc biały śnieg. Szary Wicher wył, jej syn szlochał i wołał ją, a krzyki Robba w końcu do niej dotarły.
- Axia! – krzyknął. – Axia! – Ale ona widziała jedynie niebo. Było ciemne i zachmurzone, tak jak w Końcu Burzy. Zobaczyła jeszcze ogromnego kruka, czarnego jak noc.
Jęknęła, siadając na łóżku i krzyknęła z bólu. Łóżko było puste, a Robba nigdzie nie było. Znów uderzyła w nią fala bólu i jęknęła, próbując wstać, dopóki ktoś nie wszedł do pokoju.
- Moja królowo! – powiedział szybko strażnik. – Co się dzieje? Co… - zaczął, ale Axia zakryła jego usta i wyszeptała przez łzy:
- Dziecko. – Tylko tyle zdążyła powiedzieć, zanim bezwładnie opadła w jego ramionach.
Wszędzie zapanowała ciemność.
