Po którymś przeczytaniu uznałam, że rozdział mi się nie podoba, ale jest mi potrzebny tak jak i następny, by w końcu zacząć prawdziwą akcje. Dlatego spokojnie, postarajcie się jeszcze ze mną wytrzymać.

Rozdział 7

Napędzany gniewem Severus szukał jakiegoś wolnego pokoju. Jego dłoń zaciśnięta była na starannie skrywanej w rękawie różdżce. Gdyby nie nadejście dyrektora rzuciłby bolesną klątwę na tego psa. Jak on w ogóle śmiał insynuować, że pożąda swoich uczniów. Jakby był na tyle zdesperowany, by interesować się bachorami, które nie miały żadnych ambicji i perspektyw. Jeżeli już by kogoś sobie szukał, to jego partner musiałby go rozumieć, a przynajmniej starać się ufać jego decyzji, a ponieważ nikt taki się jakoś nie zapowiadał, w związku z czym najbliższe lata spędzi raczej samotnie.

Nie mógł wyjawić swojej prawdziwej roli w tej wojnie. W oczach innych osób był śmierciożercą lub opiekunem Domu Salazara, który faworyzował jedynie swoich uczniów. Oślizgły Nietoperz ― jak nazywają go kolejni. Mógł jedynie liczyć na jednonocne przygody, ale i te przestały go jakiś czas temu interesować.

Słysząc radosne nucenie dyrektora, który szedł za nim, ścisnął mocniej różdżkę.

Z drugiej strony, jeśli nie spotka się z kimś w najbliższym czasie, to ten zwariowany staruch zrobi mu miłą niespodziankę i zorganizuje mu towarzystwo. Znając swoje szczęście byłby to pewnie jakiś Gryfon.

Wyobrażając sobie to prychnął cicho.

Już to widział ― Ślizgon i Gryfon. Taki związek nie mógł dobrze się skończyć. Prędzej udusiłby ewentualnego partnera z tego Domu, niż zaprosiłby go do swojego łóżka.

Kiedy w końcu znalazł wolny pokój, ten okazał się niewielką biblioteczką. Wiedział, że główna biblioteka jest położona gdzie indziej, a w tej znajdują się jedynie książki, które są popularne w świecie czarodziejów i służą do zabijania czasu. Tym razem nie potrzebował większego pomieszczenia.

— Może usiądziemy? — Dyrektor już zajął jeden z foteli, po czym machnięciem ręki rozpalił ogień w kominku. Mężczyzna zmarszczył brwi na taki pokaz magii bezróżdżkowej, ale nic nie powiedział.

— Albusie… — zaczął. Nie usiadł; to nie miała być przyjacielska rozmowa.

— Nie jestem zbyt zachwycony twoim zachowaniem — przerwał mu, a Snape zaskoczony jego słowami umilkł. — Na początku bez żadnego powodu mierzyłeś w stronę Remusa. Nie sądź, że nie widziałem twojej różdżki. Wystarczył tylko moment, a zaatakowałbyś go. Potem rozpocząłeś kłótnię z Syriuszem, a na koniec zakwestionowałeś moją decyzję. — Zaplótł dłonie i umieścił na nich brodę, spoglądając uważnie na mężczyznę.

Tylko lata szpiegowania sprawiły, że Severus nie skrzywił się. Dyrektor zawsze był za swoimi Gryfonami. Wielokrotnie powtarzał, że traktuje uczniów jednakowo, nie zależnie od tego w jakim Domu się znajdowali, ale jego czyny przeczyły tym słowom. Uczniów z Domu Lwa traktował łagodniej. Ich psikusy, które często zagrażały życiu, traktował z przymrużeniem oka. Gdyby przed dyrektorem stanął Gryfon i Ślizgon starzec, niezależnie od sytuacji, uwierzyłby słowom tego pierwszego.

— Po pierwsze: zęby wilkołaka znajdowały się zbyt blisko chłopaka. Wczoraj była pełnia, a Lupin zachowywał się tak, jakby miał go ugryźć. Dziwię się, że tylko ja zareagowałem na tę sytuację. Po drugie:… Black — wymówił to nazwisko z odrazą — zarzucił mi, że molestuję uczniów. Według prawa mógłbym żądać od niego rekompensaty. — Kąciki ust Snape'a uniosły się delikatnie, gdy wyobraził sobie, czego mógłby sobie zażyczyć.

— Severusie…

— Potter nie powinien wracać do tego domu. — Dyrektor spojrzał na niego z zainteresowaniem.

— Od jakiegoś czasu zastanawiałem się nad pewnym faktem. — Wyprostował się w swoim miejscu. — Co do zachowania Syriusza masz rację. Nie powinien czegoś takiego mówić. Porozmawiam z nim o tym, jednak twoje zachowanie w stosunku do Remusa było niesprawiedliwe. Nawet po pełni nie stanowił zagrożenia dla Harry'ego. I tu dochodzimy do meritum sprawy. Sądzę, że troszczysz się o niego bardziej niż o innych uczniów.

— Nie nazwałbym tego troską, a raczej przymusem. Gdyby bachor nie wpadał tak często w tarapaty, nie musiałbym co rusz interweniować.

— Severusie, nie zaprzeczaj. Usprawiedliwiasz swoje postępowanie tym, że Harry miał… — przerwał, by znaleźć odpowiednie określenie — dość ciekawe lata w Hogwarcie. Jednak to ty zawsze pojawiałeś się pierwszy na miejscu, gdy uważałeś, że Harry'emu grozi niebezpieczeństwo. Pierwszy rok. — Wyprostował jeden palec. — Sądziłeś, że Quirrell jest nieodpowiedni na stanowisko nauczyciela OPCM i cały czas go pilnowałeś, przynajmniej tak sobie wmawiasz, ale prawda jest całkiem inna. To nie jego śledziłeś, a Harry'ego. Niemal nie spuszczałeś z niego oczu. I to z tobą miał najwięcej szlabanów. Sprzeciwiłeś się wnioskowi, by dołączył do drużyny quidditcha, ale byłeś na każdym jego meczu, czasami nawet na treningach. Nie powiem, że potępiam twoje postępowanie, bo dzięki temu zareagowałeś, gdy została rzucona klątwa na jego miotłę. Kiedy pokonał Voldemorta, pod którego kontrolą znalazł się Quirrell, kwestionowałeś każdą decyzję Poppy, dotyczącą leczenia Harry'ego, aż ta wygoniła cię z skrzydła szpitalnego. Drugi rok. — Wyprostował kolejny palec. — Znienawidziłeś kolejnego nauczyciela OPCM-u. Wciąż powtarzałeś, że i ten powinien trzymać się z dala od Harry'ego. Każdy jego zachwyt nad chłopcem dusiłeś w zarodku, a kiedy dowiedziałeś się, że chciał rzucić obliviate niemal go udusiłeś. Byłem zszokowany twoim zachowaniem, ale uznałem że kierowała tobą troska o zdrowie uczniów — słysząc to Severus prychnął, ale dyrektor niezrażony kontynuował: — Ponownie doprowadzałeś do szału naszą pielęgniarkę, krytykując jej metody, ale tylko w przypadku pana Pottera. Co do pani Weasley przyniosłeś dla niej eliksiry i wypowiedziałeś się w dość ostrych słowach o jej głupocie. Trzeci rok. — Do dwóch wyprostowanych palców dołączył kolejny. — Widząc Remusa blisko Harry'ego, cały się spinałeś. Uważałeś Lupina za zagrożenie i oczekiwałeś ataku w każdym momencie, jednak gdy siedział tuż obok niego nie byłeś tak podenerwowany. Kiedy dowiedziałeś się, że Syriusz uciekł z Azkabanu zgłosiłeś wniosek, że Harry ma być pod nadzorem. Zrobiłeś to zanim Minerwa o tym pomyślała. Słysząc, że chłopiec może znajdować się w jednym pomieszczeniu z Syriuszem, pognałeś na ratunek, zapominając o tym, że jest pełnia, a nigdy wcześniej ci się to nie zdarzyło. Od wypadku, do którego doszło podczas twojej nauki, bardzo dokładnie śledzisz kalendarz księżycowy.

— Nie nazwałbym tego wypadkiem — syknął przez zaciśnięte zęby.

Nie wiedział, co bardziej wyprowadziło go z równowagi. Nazwanie tego wypadkiem, gdy tak naprawdę było to zaplanowane działanie, czy może insynuacja Albusa?

— Czwarty rok — kontynuował spokojnie dyrektor. — Byłeś bardzo zdenerwowany, gdy czara wyrzuciła nazwisko Harry'ego. Nie chciałeś dopuścił do jego uczestnictwa w turnieju. Wciąż powtarzałeś, że jest zbyt młody i grozi mu wielkie niebezpieczeństwo. Dopiero później podałeś argument, że oszukiwał i z tego powodu nie można mu pozwolić na uczestnictwo. Ponownie muszę się przyznać do swojej porażki. Gdybym zgodził się, aby Harry nie uczestniczył w tym turnieju, Voldemort by się nie odrodził. Przyjmuję odpowiedzialność za mój błąd i bardzo go żałuję. — Starszy czarodziej westchnął głęboko. — Piąty rok — powiedział cicho. — Kiedy zorientowałeś się, że Harry'ego nie ma w zamku, szybko domyśliłeś się prawdy i wezwałeś pomoc. Gdy tylko przybyła, ruszyłeś mu na pomoc. Gdyby nie twoja natychmiastowa interwencja, ta potyczka skończyłaby się o wiele gorzej. — Wyprostował się na swoim fotelu. — Chcę powiedzieć, że w czasie każdego roku strzegłeś bardzo dokładnie Harry'ego. Mogłeś być niesprawiedliwy, a nawet okrutny w stosunku do niego, ale bardzo się o niego troszczyłeś. Zawsze miałeś na myśli jego dobro.

— Albusie, czy mój wniosek, że wierzysz w te obrzydliwe insynuacje Blacka, jest właściwy? — Zmrużył oczy, spoglądając nieprzychylnie na swojego mentora.

— Nie. Źle mnie zrozumiałeś. Ufam ci, chłopcze i wierzę, że nigdy nie wykorzystałeś, ani nie wykorzystasz żadnego z uczniów. Miałem na myśli to, że ze względu na przyjaźń z Lily podświadomie chronisz go bardziej niż tego potrzebuje. Dlatego możesz sądzić, że grozi mu niebezpieczeństwo u jego krewnych. Mogę cię jednak zapewnić, że jest tam najbezpieczniejszy. Ochrona krwi jego matki zapewnia, że Voldemort, ani żaden śmierciożerca, który ma wobec niego wrogie zamiary, nie może przekroczyć progu domu. Doskonale zdajesz sobie sprawę, że jest to najlepsza ochrona, jaką mogę zapewnić Harry'emu.

— Nie dbam o tego bachora. Jest uczniem, jak każdy inny. To wy zawsze traktowaliście go wyjątkowo. — Severus stanął plecami do kominka, krzyżując ręce na klatce piersiowej. — Cały czas mówisz o ochronie, którą zapewniają mu bariery, ale one zapewniają bezpieczeństwo tylko przed czarodziejami, co z jego krewnymi? — wypluł ostatnie słowo z odrazą.

— Podejrzewasz, że jego rodzina nie traktuje go zbyt dobrze? — Dyrektor spojrzał na niego z zainteresowaniem.

— Rodzina to zbyt wiele powiedziane. — W głosie mistrza eliksirów dało się wychwycić gniew i wściekłość. — Oni przekroczyli swoje uprawnienia. Jeśli istnieją tacy mugole, to nic dziwnego, że tak wielu czarodziejów dołącza do Czarnego Pana.

— Severusie, posuwasz się za daleko — powiedział ostro Albus. — Z pewnością sytuacja nie jest aż tak zła jak podejrzewasz.

— Nie, Albusie. — Mężczyzna zaczął chodzić po pokoju. — Kiedy przybyłem po Pottera zastałem go w ciasnym pokoju, w którym znajdowało się tylko łóżko, a on sam leżał na podłodze. Jego rzeczy były w małym schowku pod schodami. Nie byłoby to takie szokujące, gdyby nie znajdował się tam również materac i kilka dziecinnych rysunków. Wygląda to tak jakby wcześniej tam właśnie mieszkało to dziecko. Potter jest również zaniedbany. Nosi stare ubrania, które nie nadają się na nic innego niż na szmaty. Jednak nawet one nie potrafią ukryć tego, jak strasznie jest chudy.

— To jeszcze o niczym nie świadczy — odpowiedział Dumbledore. — Nastolatki w tym wieku często ubierają się niechlujnie i nie chcą jeść.

— Albusie, chyba nie wiesz co mówisz. Ten chłopak wzdryga się przy każdym dotknięciu. Nie wiadomo, do czego posunęli się ci mugole…

Po tym stwierdzeniu zapanowała cisza, przynajmniej na chwilę.

— Zabiję ich! — Drzwi od biblioteki uderzyły w ścianę, a jeden naprawdę bardzo wściekły czarodziej wkroczył do środka.

OoO

Harry już od jakiegoś czasu grzebał widelczykiem w swoim torcie urodzinowym. Obserwował innych, którzy po niepewnym pierwszym kęsie jedli kolejne z apetytem. On nie obawiał się, że tort zrobiony przez ojca chrzestnego jest niejadalny, natomiast martwił się reakcją swojego organizmu. Ciotka ostrzegła go, że nie będzie mógł zjeść nic innego niż ryby, ale to była smutna wiadomość. Do końca życia nie posmakuje żadnej czekolady.

— Nie smakuje ci? — Spojrzał na Lupina, który obserwował go z uwagą.

— Nie. — Na dowód swoich słów wziął jeden gryz. Czekolada rozpuściła mu się w ustach; czuł jej smak tak samo, jak wcześniej, ale miał wrażenie, że jest niedobra. — Remusie, dobrze się czujesz?

Wilkołak siedział razem z nimi przy stole, ale w pewnej odległości od wszystkich. Najbliżej niego znajdował się Harry, ale tak daleko, że gdyby nastolatek chciał go dotknąć, miałby czas się odsunąć.

— Wszystko w porządku. Wilkołaki są bardzo odporne, nawet po pełni. — Uśmiechnął się łagodnie. — Myślę, że jednak się położę. Przyda mi się krótka drzemka po całonocnej zabawie. — Ostatnie słowo powiedział z przekorą. Na pewno przemiana nie była dla niego żadną zabawą.

— Dobrze.

Skinął głową, obserwując jak mężczyzna odsuwa krzesło i niezauważony przez nikogo znika w tym samym korytarzu co Syriusz. Miał dziwne podejrzenia, że Lupin nie powiedział mu do końca prawdy.

— Dali ci najlepszy prezent.

— Co? — Odwrócił się do Rona, którego cała twarz umazana była tortem.

— No. — Machnął widelcem. — Dali ci najlepszy prezent. Wciąż go dotykasz. — Wskazał na naszyjnik, który Harry nieświadomie ściskał w dłoni.

— Oczywiście, że dla Harry'ego jest to najcenniejszy prezent — wtrąciła się Hermiona, podając rudzielcowi serwetkę. — Może dzięki temu poczuć magię swoich rodziców. — Pochyliła się do przodu. — Jeszcze nigdy nie widziałam Sacramentum aeternam Amor.

— Właściwie, co to oznacza? — Hermiona westchnęła na ich ignorancję.

— Przysięga wieczystej miłości — powtórzyła tłumaczenie jakie podał Remus. — To jak obietnica, że będziesz kochał tylko tę osobę i zawsze z nią będziesz. W pewien sposób nawet to wymuszała. Gdy komuś podarowałeś medalion i on go zaakceptował, czułeś jego emocje, oraz to czy ktoś go dotyka. Mogłeś poprzez niego podzielić się z ukochaną osobą swoją magią. Umożliwiał również komunikowanie się za pomocą telepatii — podała więcej szczegółów. — Przysięga jest wyjątkowa, ponieważ naszyjnik mógł zostać stworzony jedynie z własnej woli, nikt nie może cię do tego zmusić. Dlatego w czystokrwistych małżeństwach prawie nigdy nie występowały — dodała z pewną satysfakcją.

— Dlaczego? — dopytywał się dalej.

— Ponieważ były aranżowane — odpowiedział niespodziewanie Ron. Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. — No co? Również pochodzę ze starej rodziny.

— Ron ma rację. Małżeństwa czystokrwistych często były tylko formalnością, by zachować władzę, majątek, czystą krew. Rodzice aranżowali zaręczyny, gdy ich dzieci były jeszcze małe. Zdarzało się również, że przyszli małżonkowie często spotykali się po raz pierwszy na własnym ślubie. Rzadko łączyło ich prawdziwe uczucie. Byli ze sobą tylko dla publiczności, a tak naprawdę mieli oddzielne komnaty i naręcze kochanków.

— To okropne — powiedział Harry. Nie wyobrażał sobie poślubienia osoby, której nie kochał.

— Racja. — Kiwnął głową Ron. — Dlatego moja rodzina zdecydowała się nie ciągnąć tego zwyczaju. Któryś tam z moich krewnych powiedział: „Niech nasze dzieci same zdecydują, kogo chcą poślubić. Biedne, czy bez sławy, przynajmniej będą miały do kogo wracać." Czy coś w tym stylu. — Wzruszył ramionami.

— Był bardzo rozsądny. — Dziewczyna uśmiechnęła się do niego czule, a chłopak zarumienił się po same koniuszki uszu. Natychmiast zajął się deserem, by nie patrzeć na przyjaciółkę.

— Co jeszcze robi Sacramentum aeternam Amor?

— Tak jak wcześniej ci powiedziano. Można poczuć magię drugiej osoby, ocenić jej moc, zamiary, a także ujrzeć jej animagiczną postać. Zdarzało się również, że naszyjnik wytwarzał pewien ładunek mocy, by ochronić swojego właściciela — wyjaśniła spokojnie.

Już dawno przyzwyczaiła się, że to ona była odpowiedzialna za zdobywanie wiedzy i dzielenie się nią z przyjaciółmi. Nie przeszkadzało jej to, ale czasami chciała, żeby oni również sami wyszukali pewnych informacji.

— Dlaczego McGonagall zareagowała tak gwałtownie, gdy Syriusz zapytał mnie jakim zwierzęciem była animagiczna postać mojej mamy?

— Hmmm — zamyśliła się. ― Dlatego, że te pytanie może nie było obraźliwe, ale na pewno w złym guście. Sacramentum aeternam Amor jest również takie osobiste właśnie z tego powodu, że pokazuje twoją animagiczną postać. Nawet ci czarodzieje, którzy nigdy się nie przemienią, mają przypisane do siebie pewne zwierzę. Jest jakby odbiciem ich charakteru, zachowania, przyzwyczajeń lub nawet gestów. Niektórzy uważają, że pokazanie swojej animagicznej postaci komuś innemu, świadczy o zaufaniu. To tak, jakby czarodziej pokazał się nago. Dlatego, gdy osoba nie chce ujawnić swojej postaci, pytanie o nią uważane jest za niegrzeczne.

— Przecież Syriusz i McGonagall swobodnie się zmieniają.

— Tak, ale profesor McGonagall robi to jako prezentacje, a postać Syriusza wszyscy znają. Gdyby ukrywali, w jakie zwierzę się zmieniają i ktoś by o to spytał, mogliby poczuć się urażeni. Istnieje pewne zaklęcie, za pomocą którego możesz odkryć swoją animagiczną postać. Jest bardzo trudne do opanowania i możesz je rzucić jedynie na siebie. Uważa się je za pierwszy krok nauki do nauki animagii. — Być może kontynuowałaby swój wywód, gdyby nie zauważyła jak blady jest nastolatek.

— Harry? Harry nic ci nie jest? — Dotknęła ręki przyjaciela. Była lodowata, ale na czole chłopaka było widać kropelki potu. — Poczekaj, zaraz się tobą zajmiemy. Ron, zawołaj…

— Nie, Hermiono. — Zacisnął dłoń na jej nadgarstku. — Nic mi nie jest.

— Ale…

— Nic mi nie jest — syknął, mrużąc oczy, gdy poczuł skurcz. — Zaraz mi przejdzie. Pójdę tylko do łazienki się odświeżyć.

— Mam iść z tobą? — zapytał zaniepokojony Ron.

— Nie, to byłoby zbyt dziwne. — Uśmiechnął się do nich uspokajająco i rozejrzał dookoła sprawdzając, czy nikt nie zwrócił na nich zbyt wielkiej uwagi. Na jego szczęście wszyscy inni byli pogrążeni w różnych dyskusjach. — Zaraz wracam.

Ruszył wolnym krokiem do wyjścia, chociaż miał ochotę skręcać się z bólu. Kiedy był pewny, że nikt go nie widzi, pognał do najbliższej łazienki.

OoO

— Black. — Snape stwierdził oczywiste, gdy czarodziej wkroczył do biblioteki.

Mężczyzna wyglądał przerażająco. Górna warga uniosła mu się w warknięciu, przez co można było dostrzec jego zęby. W oczach można było ujrzeć szaleństwo, a pięści były zaciśnięte. Czarodziej nawet nie pomyślał o wyciągnięciu różdżki.

— Zabiję ich. Skrzywdzili mojego chrześniaka! — warczał, krążąc po pomieszczeniu.

— Syriuszu, to na razie tylko podejrzenia. Nie mamy żadnych dowodów.

— Komu potrzebne dowody? — warknął zbliżając się do Dumbledore'a. — Nie widzisz jak chudy jest Harry? Zgodził się ze mną zamieszkać, gdy tylko mu to zaproponowałem na trzecim roku! Wiedział, że jestem przyjacielem jego rodziny i to nie ja ich zamordowałem! Moje słowo wystarczyło, by zgodził się ze mną zamieszkać! Jak myślisz, dlaczego wolał mieszkać z ewentualnym mordercą swoich rodziców niż z krewnymi? — Ostatnie pytanie wykrzyczał prosto w twarz dyrektora. — On tam nie wróci. Zamieszka ze mną — powiedział już spokojniej, odsuwając się.

— Syriuszu, Harry wróci do swoich krewnych. Nie mamy żadnych powodów go tu zatrzymywać.

— Gówno mnie obchodzi twoje zdanie. — Severus poczuł pewne zadowolenie, widząc szok na twarzy starszego czarodzieja. Sam miał ochotę powiedzieć kilka dosadnych słów dyrektorowi, ale to było poniżej jego godności, Black jednak nie miał żadnych oporów. — On zostaje ze mną, a jeśli dalej będziesz chciał zmusić go do powrotu, to ucieknę razem z nim i nigdzie nas nie odnajdziesz.

— Nie zapominaj kim jestem. — Albus uniósł się ze swojego miejsca. — Wiem jak się czujecie, ale Harry jest najbezpieczniejszy u swoich krewnych. Syriuszu, ministerstwo pozbawiło cię jakikolwiek praw wobec niego.

— Kto powiedział, że zabiorę go zgodnie z prawem? — wyszczerzył się łobuzersko.

— Powstrzymam cię — odparł spokojnie Dumbledore.

— W takim razie będziesz musiał powstrzymać również mnie, Albusie.

Remus stanął tuż przy Syriuszu. Snape widział jak wilkołak wszedł do pomieszczenia, ale nie reagował. Czekał jak sytuacja się rozwinie. Na razie zarówno pchlarz, jak i wilkołak starali się trzymać bachora z dala od jego krewnych. Dopóki wszystko szło po jego myśli, nie miał zamiaru interweniować.

— Remusie, sądziłem, że jesteś bardziej rozsądny.

Mistrz eliksirów dostrzegł, że dyrektor powoli ustępuje. Jeszcze nie powiedział, że się z nimi zgadza, ale już nie było w jego oczach widać wcześniejszej stanowczości, a jego głos był łagodniejszy, niemal zrezygnowany. Była to niemal niewidoczna zmiana, ale jako wieloletni szpieg ― zauważył ją.

— Uważałem, że postępujesz słusznie, wysyłając Harry'ego w miejsce gdzie był najbezpieczniejszy. Uważałem tak, dopóki nie wyczułem, że cierpi. W jego zapachu czuć ból.

Interesujące. Czyli wilkołak mógł wyczuć, gdy ktoś cierpi. Była to przydatna informacja, ale z drugiej strony to było niepokojące. Bachor odczuwał ból. Nic na to nie wskazywało w jego zachowaniu. Musiał się nauczyć go kontrolować. Będzie trzeba mu się lepiej przyjrzeć, a gdy dowie co jest Złotemu Chłopcu, wleje mu do gardła najokropniejsze eliksiry jakie tylko będzie miał na składzie. Nauczy go to, że nie ma prawa ukrywać swoich dolegliwości.

— Remusie, jesteś pewny?

— Tak. — Po tym oświadczeniu Albus zamilkł.

Wyśmienicie. Brakuje jeszcze jednej szokującej informacji, a dyrektor zgodzi się zatrzymać tutaj bachora, a ktoś, kto może ujawnić szokującą informację, znajduje się właśnie za drzwiami i podsłuchuje.

— Panie Potter, zamiast sterczeć bezczynie za drzwiami, proszę dołączy pan do nas.

OoO

Harry ledwo co zdążył do łazienki. Myślał, że w środku ma żywy ogień. Czuł się tak, jakby wszystkie jego organy miały się rozpuścić. Jeśli miałoby być tak za każdym razem, gdy zje cokolwiek słodkiego, to był gotów już nigdy więcej nie zjeść czekolady. Wolałby nie spędzić połowy swojego życia, wymiotując w łazience. Wystarczyło, że co rusz trafiał do skrzydła szpitalnego. Wytrzymał jedenaście lat na spartańskiej diecie, jaką zaserwowali mu Dursleyowie, to wytrzyma i resztę życia na rybach.

Odetchnął głęboko, gdy wreszcie jego obolałym ciałem przestały wstrząsać dreszcze. Osunął się na kafelki łazienkowe. To było straszne, ale nie mógł pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek. Hermiona zacznie się niepokoić, jeśli nie wróci za parę minut. Czasami miał wrażenie, że dziewczyna stara mu się zastąpić matkę.

Przytrzymując się umywalki, stanął na nogi. Gdyby teraz Voldemort pojawił się w progu, nawet by nie zareagował, no może kazałby mu się odpieprzyć. Ciekawe, jak czarnoksiężnik by na to odpowiedział. Zaśmiał się, wyobrażając sobie jego minę, ale szybko tego pożałował. Biorąc głęboki wdech, pochylił się nad umywalką. Przez chwilę ujrzał swoje odbicie w lustrze. Wyglądał jak śmierć. Mokre od potu kosmyki przykleiły mu się do policzków, oczy były zamglone, a skóra miała kolor popiołu. Nie ma to jak pochorować się w swoje urodziny.

Biorąc się w garść, przepłukał kilkakrotnie usta wodą, chcąc pozbyć się okropnego posmaku. Gdy upewnił się, że wygląda w miarę normalnie, co znaczyło, że jak ktoś go ujrzy, nie zawoła grabarza, wyszedł z łazienki. Pamiętał, że jak biegł to skręcił w lewo, więc teraz powinien wybrać korytarz prawo od niego. Zrobiłby to, gdyby nie usłyszał podniesionych głosów. Nie mógł zrozumieć sensu, ale po krzykach wiedział, że to coś niedobrego. Nie zastanawiając się nawet przez moment, ruszył w lewo oddalając się od jadalni. Chciał wiedzieć o co chodzi, czym tym razem dorośli nie chcą się z nim podzielić. Jego ciekawość rosła tym bardziej im był bliżej i mógł wyróżnić poszczególne słowa. Co jakiś czas było wymieniane jego imię, zatem uznał, że ma całkowite prawo stać pod drzwiami. Myślał tak, dopóki nie dobiegł go spokojny, ale jakże zimny głos mistrza eliksirów, który zachwiał jego pewność.

— Panie Potter, zamiast sterczeć bezczynie za drzwiami, proszę dołączy pan do nas.

Nie mając jak uciec, otworzył drzwi i wszedł do biblioteczki. Niemal wpadł na Snape'a, który spoglądał na niego tak, jakby oczekiwał jego przybycia. Poczuł, że pod tym spojrzeniem pieką go policzki. Poczuł również zapach mężczyzny. Ziołowy, drażniący nos, ale jednak przyjemny. Gdy Snape odsunął się od niego, poczuł ten aromat jeszcze intensywniej. Niemal jęknął z frustracji, gdy profesor się od niego oddalił. Zdając sobie sprawę z pragnień własnego ciała, przygryzł wargę i zmusił się do pozostania na miejscu.

— Harry. — Uniósł wzrok na Dumbledore'a, który uśmiechał się do niego przyjaźnie. — Słyszałeś może o czym rozmawialiśmy?

— Nie. Dobiegły mnie tylko poszczególne słowa — przyznał szczerze.

— Dobrze. — Albus kiwnął ze zrozumieniem. — Profesor Snape uważa, że nie czujesz się zbytnio komfortowo u swoich krewnych…

— To mało powiedziane. Oni go torturują! — krzyknął Syriusz.

Źrenice Harry'ego rozszerzyły się w szoku.

O tym rozmawiali? O tym, jak jest traktowany przez wujostwo?

— Syriuszu, po raz ostatni proszę cię, byś się uspokoił. Chcę usłyszeć wersję Harry'ego. Chłopcze — zwrócił się do nastolatka — możesz powiedzieć, czy krewni traktują cię odpowiednio?

— Tak — odpowiedział bez wahania.

— Potter. — Zadrżał, czując za sobą obecność mistrza eliksirów. — Nie kłam.

— Nie kłamię — zaprzeczył, odwracając się do mężczyzny. — Miałem co jeść i gdzie spać.

— Szczeniaku — Remus podszedł do niego, jak do rannego zwierzęcia. — Jedzenie i miejsce do spania nie oznacza, że odpowiednio się tobą zajmowali.

— Tak było. Dostawałem wszystko na co zasługiwałem! — krzyknął, spoglądając na dorosłych. Wszyscy przyglądali mu się albo ze współczuciem, albo jak jakiemuś nieznanemu sobie okazowi.

— Co to znaczy? — spytał Syriusz, zaciskając pięści. Harry bezwiednie cofnął się do tyłu, aż oparł się o Severusa. Wszyscy zamilkli na ten odruch. — Harry — sapnął w szoku Łapa. — Przecież wiesz, że nigdy bym cię nie skrzywdził. — Uniósł dłonie w pokojowym geście.

— Co? — Teraz uświadomił sobie, co zrobił. — To nie tak jak myślicie. Naprawdę mnie nie krzywdzili.

— Dlaczego byłeś w tamtym pokoju? — Severus jako pierwszy zadał konkretne pytanie.

— To był mój pokój — odpowiedział spokojniej, spoglądając znad ramienia na czarodzieja. Nie mógł się przemóc, by się odsunąć. W irracjonalny sposób czuł się bezpieczny.

— Pokój jedynie z łóżkiem, zamykany na szereg zamków — zakpił. — Powiedz, do czego służyła klapka dla kotów zamontowana w twoich drzwiach? — Harry milczał. — To przez nią dostawałeś jeść? — drążył dalej.

— Zamorduję ich — mruknął Black, starając się być spokojnym, by ponownie nie przestraszyć chrześniaka.

— I tak był lepszy niż mój wcześniejszy pokój! — krzyknął nastolatek, nie mogąc wytrzymać tego, że wszyscy się nad nim litują.

— Masz raczej na myśli komórkę pod schodami. — Severus bezlitośnie ujawniał kolejne tajemnice chłopaka. — Do którego roku życia w niej mieszkałeś? — Nie pozwalał mu się uspokoić. Bombardował go pytaniami, czekając aż Potter znów powie coś bez zastanawiania się.

— Do jedenastego roku życia! — krzyczał, patrząc się w oczy profesorowi. — Wrzucali mnie do niej po każdym moim wybryku. Co ja mówię — zaśmiał się gorzko. — Wystarczyło, że Dudley stwierdził, że robię coś dziwnego, a lądowałem w niej bez jedzenia! Ale dziwak nie zasługiwał na nic innego!

— Nie jesteś dziwakiem. — Umilkł zaskoczony, nie mogąc uwierzyć, że usłyszał to właśnie od swojego znienawidzonego profesora.

— Harry, nie mieli żadnego prawa cię tak traktować — stwierdził Remus. Jego oczy z powrotem przybrały złotą barwę.

— To nic. — Wzruszył już uspokojony ramionami. — Musieli utrzymywać jeszcze jedną osobę. Powinienem się cieszyć, że się mną zajmowali. Mogli się pozbyć kłopotu i oddać mnie do sierocińca.

— Harry, chłopcze. — Głos Dumbledore'a brzmiał bardzo staro, tak jakby czarodziej nagle postarzał się o kilkanaście lat — Twoi krewni co miesiąc otrzymywali pewną kwotę ze skrytki Gringotta, która była bardziej niż wystarczająca, by zapewnić dziecku wszystko co potrzebne.

— Nigdy mi o tym nie mówili — powiedział zaszokowany. To była prawda. Dursleyowie wypominali mu za to często, jak wiele ich kosztuje.

— Nie dziwię się — prychnął mistrz eliksirów.

— Myślę, że zanim będziemy kontynuować tę rozmowę, powinniśmy wezwać profesor McGonagall.

— I Pomfrey. — Dyrektor przez chwilę milczał, rozważając propozycję Severusa.

— Tak, to będzie rozsądne. — Czarodziej szybko napisał dwie wiadomości i mrucząc nad nimi zaklęcie, sprawił że spłonęły w małym ogniu. — Minerwa zaraz się pojawi, Poppy będzie za kilka minut.

— Nie potrzebuję pomocy medycznej — zaprotestował nastolatek.

— Panie Potter, pozwól że to dorośli zdecydują o tym, a nie ty. — Snape ukrócił jego narzekania.

— Tak jakby wcześniej tego nie robiłli. — Każdy domyślał się jak brzmi druga część zdania: „i nigdy nie wychodziło mi to na dobre."

— Harry…

Syriusz chciał objąć chrześniaka, ale ten spojrzał na niego tak, że mężczyzna zamarł w pół kroku. W milczeniu czekali na przybycie kobiet. Nikt nie zauważył, jaka niewielka odległość dzieli Harry'ego od mistrza eliksirów, a może nie… Snape nie odrywał spojrzenia od nastolatka, który powoli zaczynał się wiercić na swoim miejscu, ale nie zrobił nic by się odsunąć. Po męczącej chwili do pokoju weszła profesor transmutacji. Obrzuciła wszystkich spojrzeniem, jeśli nawet zdziwiła się na widok swojego ucznia, który powinien być razem z przyjaciółmi, nic nie powiedziała na ten temat.

— Wezwałeś mnie, Albusie ― stwierdziła.

— Tak. Wybacz, że przerywam ci zabawę. — Wyglądał na niemal skruszonego. — Jednak wynikła pewna sytuacja z panem Potterem. Muszę z żalem przyznać, że Severus i ty mogliście mieć rację i warunki, w których wychowywał się Harry, nie były takie, jak oczekiwałem. Chciałbym żebyś powiedziała, co zauważyłaś niepokojącego w zachowaniu Harry'ego lub jego krewnych. — Sam zainteresowany chciał zaprotestować mówieniu o nim tak jakby nie było go w pokoju, ale jedno surowe spojrzenie mistrza eliksirów skutecznie uciszyło jego zapędy.

— Albusie, mówiłam ci od samego początku, że ci mugole nie nadają się opiekunów. Nienawidzą magii. Gardzą naszym światem — wyraziła swoje zdanie. Już od jakiegoś czasu twierdziła, że magiczne sieroty nie powinny być umieszczane u ludzi, którzy nie rozumieją kim są i z czym to się wiążę.

— Tak, Minerwo. Słyszałem twoje argumenty, ale czy zauważyłaś coś jeszcze? Jakieś niepokojące objawy świadczące o znęcaniu się?

— Znęcaniu się? — wyjąkała, zerkając na swojego podopiecznego. — Nigdy nie zauważyłam żadnych śladów świadczących o tym, że pan Potter był ofiarą swoich krewnych. — Nastolatek skrzywił się na słowo „ofiara". Miał z nim złe skojarzenia. — Nigdy również pan Potter nie przyszedł do mnie z wiadomością, że dzieje mu się krzywda u wujostwa.

Przy tych słowach Gryfon nie mógł wytrzymać. Najpierw wszyscy twierdzą, że wszystko jest dobrze i co roku wysyłają go z powrotem do Dursleyów, później nagle uświadamiają sobie, że jednak nie wszystko wyglądało tak jak powinno, a teraz twierdzą, że milczał.

— Mówiłem! Prosiłem żebyście mnie nie wysyłali z powrotem. Każdego roku chciałem zostać w Hogwarcie na wakacje!

— Panie Potter, to jeszcze o niczym nie świadczy. Mogłeś nie utrzymywać zbyt bliskiego kontaktu ze swoją rodziną i podejrzewałam, że właśnie dlatego pragnąłeś zostać w szkole. Nic nie świadczyło o tym, że nie chcesz wrócić do domu z powodu złego traktowania — wyjaśniła spokojnie.

— Ale przecież mój list był zaadresowany do mojej komórki.

— Jaki list? – zainteresował się Syriusz.

— List, który poinformował mnie, że zostałem przyjęty do szkoły. Kiedy mnie przenieśli do drugiego pokoju Dudleya, adres się zmienił.

— Harry. — Spojrzał na dyrektora, którego oczy wyrażały skruchę i smutek. — Gdy rodzi się dziecko posiadające w sobie magię, zostaje automatycznie wpisane w rejestr. Gdy nadchodzi odpowiedni czas, dostaje list z Hogwartu. Nikt z członków kadry nauczycielskiej nie wie ile będzie miał uczniów w danym roku i gdzie ci uczniowie mieszkali. Wszystko od stuleci jest kierowane za pomocą magii, ale widzę że trzeba ten system zmienić. — Harry zacisnął dłonie w pięści. Dlatego nikt się nie zainteresował tym, gdzie mieszka.

— Panie, Potter — Harry spiął się słysząc Snape'a. — Dlaczego nikomu nie powiedziałeś wprost, jak cię traktują krewni?

— Nikt by w to nie uwierzył.

— Wyjaśnij.

— Kiedyś, jeszcze kiedy nie wiedziałem, że jestem czarodziejem, powiedziałem pewnej nauczycielce jak Dursleyowie mnie traktują. Kazała mi nie opowiadać niestworzonych rzeczy i tego samego dnia poinformowała mojego wujka, jakie to kłamstwa wypowiadam. Nie muszę chyba mówić, jak to się skończyło? — spytał.

— Czyli potwierdzasz, że byłeś bity przez swoich opiekunów? — Potter uparcie milczał.

— Harry, możesz nam wszystko powiedzieć — przekonywał go Syriusz.

— Nie chcę o tym mówić — stwierdził stanowczo.

— Dobrze, panie Potter, zaczekamy w takim razie na pielęgniarkę. Albusie, kiedy Pomfrey ma się pojawić? — Czarodziej spojrzał na kominek, który odblokował parę sekund temu.

— Właśnie… teraz. — W palenisku wybuchł płomień, w którym pojawiła się szkolna pielęgniarka. Otrzepując fartuch z popiołu, powiedziała:

— Albusie, byłam właśnie zajęta segregowaniem eliksirów na nadchodzący rok szkolny.

— Przepraszam, że przeszkadzam w twoich obowiązkach, ale wynikła pewna sytuacja, która wymaga twojej interwencji.

— Czy ktoś jest ranny? — Natychmiast stała się czujna. Omiotła pokój spojrzeniem, szukając poszkodowanego, gdy ujrzała nastolatka wypuściła ze świstem powietrze. — Jak zwykle pan Potter potrzebuje mojej pomocy. Co tym razem się stało?

— Nic — mruknął, uciekając wzrokiem.

— Chcielibyśmy żebyś rzuciła zaklęcie skanujące na Harry'ego — wyjaśnił Dumbledore.

— Na jaki okres? — Było to dziwne polecenie, ale ona przyzwyczaiła się do dziwnych przypadków.

— Severusie?

— Najlepiej od pierwszego roku pana Pottera — stwierdził Snape.

— Skan z tak długiego okresu jest bardzo skomplikowany i zajmuje kilkadziesiąt minut. Lepiej wyznaczyć pewien odcinek czasu — wyjaśniła.

— Poppy, wolelibyśmy jednak żeby to był skan od pierwszego roku życia Harry'ego. Ma obejmować każdy uraz jaki przeszedł.

— Dobrze. — Skrzyżowała ramiona na piersi. — Panie Potter, proszę się rozebrać.

— Czy jest to konieczne? Nie potrzebuję żadnych badań. — Zaczął wycofywać się w stronę drzwi.

— Nic z tego, Potter. — Mistrz eliksirów chwycił go za ramię. — Rozbierzesz się i pozwolisz się zbadać, czy ci się to podoba, czy nie.

— Trzymaj się od niego z dala! — warknął Syriusz. Jeśli nie mógł wyładować się na Dursleyach, to może chociaż na Smarkeusie.

— To ty trzymaj się z dala. Z Potterem trzeba ostro, bo inaczej będzie robił co tylko chce — powiedział spokojnie, ale Harry czuł, że mistrz eliksirów ledwo powstrzymuje gniew. Świadczył o tym uścisk na jego ramieniu, który stał się ciaśniejszy. — Rozbierzesz się sam, czy mam ci pomóc? — zapytał go.

— Ale... – Spojrzał na swoją opiekunkę domu.

— Panie Potter, jestem dojrzałą kobietą, wiedz że widziałam wielu nagich mężczyzn. — Słysząc to, chłopak stał się lekko zielony.

— Raczej Szczeniak nie chciał tego usłyszeć. — Lupin starał się rozładować napięcie.

— Och, Merlinie — zirytowała się pielęgniarka. — Możesz zostać w bieliźnie. To jedyna rzecz, którą możesz mieć na sobie, nic więcej — ostrzegła go.

Harry nie czując się zbyt dobrze pod tymi wszystkimi spojrzeniami, ściągnął buty i skarpetki. Zawahał się przy bluzie, ale i ona w końcu dołączyła do pozostałych rzeczy na podłodze. Nie uniósł głowy, gdy usłyszał sapnięcie z ust chrzestnego. Wiedział, co ten ujrzał. Blednące siniaki, które miały wkrótce zniknąć, ale wciąż były widoczne. Różnego rodzaju blizny, których największe rozmieszczenie było na plecach. Żebra, które z łatwością można było policzyć. Był świadomy, że ma niedowagę, ale nic nie mógł na to poradzić. Był wdzięczny, że nikt nie skomentował jego wyglądu. Po chwili zsunął z siebie spodnie. Wystarczyło rozpiąć pasek, by mógł je zdjąć. Na nogach również miał otarcia i blizny. Trzymając wzrok na dywanie podszedł do pielęgniarki, czekając na jej kolejne polecenie.

— Nie ruszaj się. Poczujesz jedynie chłodny powiew. — Skinął głową na znak, że rozumie.

OoO

Severus obserwował, jak zdenerwowany nastolatek zdejmuje z siebie kolejne sztuki odzieży. Wkrótce zrozumiał, czemu Gryfon był tak podenerwowany. Jego ciało świadczyło o przemocy w domu. Zacisnął dłoń na różdżce, gdy Potter odwrócił się i podszedł do czarownicy. Na jego plecach widniały dość głębokie blizny. Wiedział jak powstały. Sam miał podobne, po tym jak ojciec zdecydował się użyć paska z dużą, solidną klamrą.

Zmrużył oczy, gdy Poppy skończyła wymawiać zaklęcie i powoli, milimetr po milimetrze przesuwała różdżkę po ciele chłopaka. Najpierw z przodu, od czubka głowy do koniuszków palców, a później z powrotem w górę, ale tym razem z drugiej strony. Co rusz skanowane miejsce świeciło się na inny kolor. Każdy czarodziej wiedział, co one oznaczają. Biel lub błękit świadczyły o tym, że w tym miejscu nie było żadnego urazu albo był niezbyt poważny. Zwykłe zadrapanie lub otarcie skóry mogło wywołać tę barwę. Później był zielony — oznaczał poważniejsze urazy, ale jeszcze nie niepokojące. Coś, czego każdy dzieciak może się nabawić podczas zabaw. Upadek ze schodów, spadek z dziecięcej miotły; nic, czym można było się przejąć. Kolejnymi kolorami był żółty, różowy, a potem czerwony i na sam koniec czarny. Oznaczały bardzo poważne urazy, które mogły nawet doprowadzić do śmierci. To właśnie różowy, czerwony i czarny pojawiały się podczas badania. Nie było miejsca na ciele Pottera, w którym nie pojawiły się te kolory. Kątem oka dostrzegł, jak z każdą chwilą twarz McGonagall robi się coraz bladsza, a wilkołak powstrzymuje na miejscu Blacka. Również dyrektor wydawał się niespokojny.

Na czole Poppy pojawiły się krople potu. Tak dokładne zaklęcie było trudne i wymagało koncentracji, a także ciągłego przepływu magii. Musiała być już wykończona, a była dopiero w połowie.

Severus przeniósł wzrok na stolik, na którym kobieta wcześniej położyła pergamin i zaczarowane pióro. Połączyła je z zaklęciem skanującym, dzięki czemu zapisywało one wszystkie odkryte obrażenia. Poruszało się szybko, co rusz przeskakując na kolejny pergamin. Na ziemi leżały już cztery wypełnione małym drukiem. Uniósł brew, gdy zatrzymało się na chwilę, by podjąć jeszcze szybciej przerwaną pracę. Musiał być to skomplikowany lub wielokrotny uraz. Tak, miał rację. Poppy dotarła do pleców Pottera.

— Skończyłam — oznajmiła zmęczonym głosem.

— Czy mogę się ubrać? — Harry nie pragnął niczego bardziej niż ukryć swoje ciało.

— Tak, możesz — wyraziła zgodę.

— Poppy, opisz dokładnie wyniki badań — nakazał Dumbledore.

— Najlepiej będzie, jak pan Potter wyjdzie z pokoju. Chcę dokładnie z wami porozmawiać, ale mam jedno zastrzeżenie.

— Słuchamy, Poppy.

— Harry nie powinien wracać do… swoich opiekunów — skończyła z grymasem.

Nastolatek podniósł głowę, oczekując odpowiedzi. Miał nadzieję, że Dumbledore się z nią zgodzi, ale często zawodził się na dorosłych, czy to w tym świecie, czy w innym.

— Tak, po tym co widziałem i usłyszałem, uważam, że najrozsądniej będzie, jak zostanie tutaj. — Harry odetchnął z ulgą, przez co zwrócił na siebie niechcianą uwagę.

— Panie Potter, jeśli skończyłeś się ubierać, to bądź na tyle uprzejmy i uwolnij nas od swojej obecności. — Severus otworzył drzwi, unosząc brew, gdy nastolatek nadal stał w swoim miejscu.

— Tak, przepraszam. Do widzenia — plątał się.

— Do widzenia, chłopcze — odpowiedział Albus, za wychodzącym nastolatkiem.

Kiedy Severus zamknął za nim drzwi i zabezpieczył pokój przed podsłuchem, Poppy odwróciła się do dyrektora.

— Albusie, do jakich ludzi ty go wysłałeś?