- Bello.

Bellatrix prawie podskoczyła i obróciła się gwałtownie, gdy ją zawołał. W jej oczach na ułamek sekundy pojawił się lekki przestrach, ale zaraz się opanowała i skrzywiła z niesmakiem. Zmarszczył brwi w zamyśleniu. Jego szwagierka zawsze wykazywała się względnym opanowaniem i w każdej chwili była gotowa do zadawania tortur, ale od jakiegoś miesiąca coraz częściej miały miejsce momenty, gdy zaczynał obawiać się o stan jej umysłu. Zachowywała się, jakby powoli ogarniała ją mania prześladowcza. Niemal na każdym kroku widziała wrogie twarze i zdarzyło się już, że atakowała, nie patrząc, z kim ma do czynienia. Sam również miał nieszczęście znaleźć się po niewłaściwej stronie jej różdżki, gdy raz nieopatrznie zaszedł ją od tyłu. Pamiętając siłę jej zaklęcia, które prawie przełamało jego tarcze i było bliskie wgniecenia go w ścianę, tym razem zachował stosowną odległość.

- Czego? – warknęła Bellatrix prawie z drugiego końca korytarza.

Podszedł do niej niespiesznie, obracając w palcach laskę ze srebrnym wężem. Zauważył jej rękę, sięgającą pod poły szaty i bez trudu domyślił się, że zacisnęła palce na różdżce, w każdej chwili gotowa jej użyć.

- Narcyza nie wróciła na noc – powiedział cicho, uważnie obserwując jej reakcję.

Bellatrix prychnęła kpiąco, wyraźnie się rozluźniając. Obrzuciła go potępiającym spojrzeniem.

- I co z tego? To nie mój problem. Cyzia jest twoją żoną i twoim obowiązkiem jest pilnować jej bezpieczeństwa – syknęła zjadliwie. Musiała tknąć ją jakaś niepokojąca myśl, bo wyraźnie zacisnęła mocniej palce na różdżce i przysunęła się, by dźgnąć go palcem, mrużąc przy tym niebezpiecznie oczy. – Jeśli coś jej się stało, będziesz pierwszym celem mojej zemsty.

Mimowolnie cofnął się o krok, woląc zachować bezpieczną odległość. Nie od dziś wiedział, że jego szwagierka potrafi być nieprzewidywalna, a przez to śmiertelnie niebezpieczna. Czasami zastanawiał się, jak Narcyza i Bellatrix mogły być spokrewnione. Jego żona, zawsze taka delikatna i krucha, sprawiała wrażenie, jakby byle podmuch mógł ją porwać i bez trudu złamać jej słabą wolę. Chociaż potrafiła pokazać pazurki – policzek wciąż go piekł na wspomnienie pozornie słabego uderzenia, jakie od niej otrzymał – porównywanie jej do silnej i brutalnej siostry było absurdalne.

- Oczekiwałem, że mogłabyś wiedzieć, co się z nią stało – powiedział zimno.

Z zainteresowaniem zauważył dziwny błysk w jej oczach, zanim znów zapanowało w nich szaleństwo.

- Wiesz, Bello, w momencie, gdy mojej żonie może grozić jakieś niebezpieczeństwo, ukrywanie informacji raczej nie pomoże ci osiągnąć lepszej pozycji – dodał leniwie, gładząc spokojnie srebrnego węża.

Na twarzy Bellatrix momentalnie zapłonęła furia. Gwałtownie wyszarpnęła różdżkę, której koniec rozbłysł zimnym, srebrnym blaskiem. Lucjusz huknął plecami o ścianę, nim zdążył pomyśleć o zablokowaniu jej czaru. Z jękiem osunął się po ścianie, a całe jego ciało w jednej chwili zapłonęło przeraźliwym bólem. Z całej siły zacisnął zęby, ale nie zdołał powstrzymać cichego okrzyku. Mimo zamkniętych oczu, pod powiekami lśniła czerwień, a w uszach huczała krew. Ciało, bez jego kontroli wiło się w spazmach bólu, mięśnie płonęły, jak gdyby ktoś próbował oderwać je od kości.

Gdy wreszcie Bellatrix odpuściła, nie potrafił się podnieść. Leżał skulony na podłodze własnej posiadłości, ledwie łapiąc oddech i nie mogąc powstrzymać drżenia ciała. Nie był w stanie zmusić się, by unieść powieki, gdy stanęła nad nim z różdżką.

- Jak śmiesz! – syknęła z furią. – Jesteś skończonym dupkiem, pieprzonym podlotkiem, który nie ma pojęcia o prawdziwym życiu! Cholerny arystokrata! Gówno wiesz o świecie i masz jeszcze czelność MI grozić! Przysięgam na moja różdżkę, że jeśli włos spadnie Cyzi z głowy, dopadnę cię i do końca życia zapamiętasz do czego zdolne są kobiety z rodu Black!

Gwałtownym ruchem uniosła różdżkę, drżącą od nasycenia magii, ale znieruchomiała, gdy dotarł do nich cichy syk Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.

- Co się tutaj dzieje?

Lucjusz zmusił się, by otworzyć oczy, ale zabrakło mu sił, by się podnieść. Spojrzał więc jedynie na Czarnego Pana z miną niewinnie skazanego. Bellatrix zaś prychnęła kpiąco i opuściwszy różdżkę, odwróciła się do Lorda, kłaniając się przed nim nisko.

- Panie, ten karaluch ośmielił się oskarżyć mnie o działanie przeciwko mojej siostrze – wycedziła, traktując Malfoya morderczym spojrzeniem.

Voldemort zmrużył szkarłatne oczy i obrócił głowę, by zmierzyć wzrokiem leżącego pod ścianą Lucjusza, który z wyraźnym trudem próbował się podnieść. Nozdrza Lorda rozszerzyły się nieznacznie, gdy wciągnął głębiej powietrze, wdychając unoszący się w powietrzu odór strachu. Skrycie był pod wrażeniem odwagi Malfoya. Od dawnych lat blondyn darzył Bellatrix respektem i nigdy dotąd nie ośmielił się rzucić pod jej adresem tak poważnych oskarżeń. Poniekąd więc ciężko było uwierzyć w słowa brunetki, ale Voldemort wiedział, że nigdy by go nie okłamała.

- Czy to prawda, Lucjuszu? – zapytał cicho, przyglądając mu się uważnie.

Malfoy wyraźnie się zawahał, ale po chwili kiwnął głową, na co Bellatrix wydała z siebie triumfalny okrzyk.

- Tak, mój panie. Martwię się o Narcyzę, a obawia o jej bezpieczeństwo wpłynęła negatywnie na mój rozsądek. Powinienem był pamiętać, że jej siostra nie posunęłaby się do tego, by ją skrzywdzić – wyznał z pokorą, dyskretnie posyłając Belli pełne wyższości spojrzenie.

Lord niespiesznie spojrzał na trzęsącą się z wściekłości Bellatrix, po czym z niezmąconym spokojem wrócił wzrokiem do Lucjusza.

- Nie powinieneś był oskarżać Belli. Jesteś jej winien przeprosiny, Lucjuszu – powiedział cicho, z rozbawieniem obserwując niesmak na twarzy Malfoya. Kątem oka dostrzegł szyderczy uśmieszek na twarzy brunetki, więc niezwłocznie zgasił jej zapał swoimi kolejnymi słowami. – Ty zaś, droga Bello, nie powinnaś była traktować Lucjusza takimi zaklęciami za to, że boi się o własną żonę. Barbarzyństwem byłoby pozostawienie kobiety, która dała mu pierworodnego, na pastwę losu, nieprawdaż?

- Tak, panie – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Voldemort roześmiał się szatańsko w duchu. Od lat nastawianie tej dwójki przeciwko sobie stanowiło dla niego wyjątkową rozrywkę. Zazwyczaj jednak pomiędzy nimi stała Narcyza, która starała się nie opowiadać po żadnej ze stron, a jedynie hamować rozlew krwi. I chociaż widział, że nie robiła tego z entuzjazmem, co więcej, był przekonany, że najchętniej pozwoliłaby im się pozabijać wzajemnie, górę brała w niej lojalność rodu Black, którą tak cenił.

- Lucjusz, oświeć mnie proszę i zdradź, gdzie chowa się twoja żona – zwrócił się do Malfoya, któremu w końcu udało się usiąść.

Na bladych policzkach blondyna pojawił się minimalny rumieniec. Lord zmrużył oczy, przeczuwając, jaką może otrzymać odpowiedź.

- Nie wiem, mój panie – wyznał cicho Lucjusz, wpatrując się w podłogę. – Nie widziałem jej od wczoraj rana. Nie wróciła na noc. Dlatego się o nią martwię.

Bellatrix znów prychnęła, ale nie odezwała się słowem. Zamiast tego skrzyżowała ręce na piersi w geście oburzenia. Lord spojrzał na nią przelotnie i wrócił wzrokiem do Lucjusza, marszcząc brwi w niezadowoleniu.

- Puściłeś swoją żonę samą, bez jakiejkolwiek ochrony? Może jeszcze powiesz, że nie wiesz, dokąd się wybierała? – wysyczał groźnie. Wystarczyło mu spojrzenie, jakie Lucjusz wbił w podłogę, by poznać prawdę. Niewiele brakowało a sam chwyciłby za różdżkę i dał mu porządną lekcję. Kto jak kto, ale Narcyza Malfoy była zbyt cenna, by pozwolić jej opuszczać Malfoy Manor bez stosownej ochrony. – Lepiej, byś więcej nie powtórzył takiego błędu, Lucjuszu. W przeciwnym razie będę zmuszony wyciągnąć stosowne konsekwencje.

- Tak, mój panie – wykrztusił Lucjusz.

Oczami wyobraźni widział triumfalny uśmieszek na twarzy szwagierki, ale zmusił się, by wpatrywać się w podłogę i nie dawać Czarnemu Panu powodu do niezadowolenia. Ostatnim, czemu mu było trzeba, była złość Lorda, który ostatnimi czasy był nieubłagany. Przeklął w myślach Narcyzę, przez którą musiał teraz znosić poniżenie. Jednocześnie obiecał sobie w myślach, że jego żona gorzko pożałuje tej wyprawy, jak tylko odważy się wrócić…

Nie pamiętała, kiedy ostatnim razem spędziła tak przyjemny dzień. Była pewna, że po ślubie takie dni w ogóle nie miały miejsca. Wprawdzie z początku Lucjusz starał się zachować pozory i odgrywał rolę dobrego męża, bardzo szybko mu to przeszło. Tak jak i szybko mu się znudziło ograniczanie się do jednego łóżka. Kiedyś myślała, że to z jej winy, ale skoro Sanguine nie dość, że nie uciekł, to jeszcze dał się usidlić dwa razy w niedługim odstępie czasu…

Westchnęła, przypominając sobie jego delikatny dotyk, tak różny od brutalności niezaspokojonego Lucjusza. Jedyne, czego żałowała, to że nie odważyła się wcześniej pokazać Sanguine'owi, że nie jest jej obojętny. Przy boku Malfoya zmarnowała ponad połowę swojego życia, dzień w dzień żałując, że nie postąpiła jak Andromeda. Zawsze marzyła o szczęśliwym małżeństwie, w którym najsilniejszym uczuciem byłaby miłość, a nie nienawiść do mugoli. Ale czas marnowania życia już minął. Wiedziała, że jedna rozmowa z siostrą jej nie zmieniła, ale czuła w sobie jej siłę. Siłę, która pozwoli jej w odpowiednim momencie odciąć się od tego przeklętego, monotonnego życia, na które skazali ją rodzice.

Z takimi myślami zatrzymała się przed drzwiami Malfoy Manor. Wpierw chciała potajemnie wślizgnąć się do wnętrza willi, by nie zwracać niczyjej uwagi, ale zmieniła zdanie. Jeśli chciała pokazać Malfoyowi, że skończyły się czasy, gdy mógł uważać się za pana i władcę, nie mogła się kryć. Dlatego też zebrała odwagę i dumnie wkroczyła do rezydencji z wysoko podniesioną głową. Pierwszą osobą, na jaką natknęła się zaraz w holu był Dołohow, który na jej widok aż przystanął. Uśmiechnęła się nieznacznie, mierząc go spokojnie wzrokiem. Nie od dziś wiedziała, że Antonin jako jeden z wielu miał na nią chrapkę. Był jednym z tych, z którymi chętnie rozmawiała na balach, zbierając dzięki temu komplementy i urozmaicając sobie czas flirtami, od których oficjalnie się wzbraniała. Teraz zaś Dołohow wyglądał, jakby niewiele mu brakowało, by opanowanie poszło w las, by nie zatrzymywać go dłużej przed rzuceniem się na nią. Było to widać po jego wzroku, jakim ją wprost pożerał i po sposobie, w jaki skłonił się nieznacznie, zastygając na moment w drapieżnej pozycji. Bez słowa przeszła obok niego i wspięła się po schodach, czując na plecach jego spojrzenie. Uśmiechnęła się z zadowoleniem, kołysząc zmysłowo biodrami, gdy podążała w górę schodów. Wiedziała, że nie powinna tego robić, ale była w zbyt wspaniałym nastroju, by się powstrzymać. Chwilę później jednak nie było już jej do śmiechu. Ledwie skręciła za róg korytarza, prowadzącego do sypialni, prawie wpadła na Bellatrix. Jej entuzjazm znacznie przygasł na widok wściekłości na twarzy siostry. Nim się obejrzała, Bella zacisnęła palce na jej ramieniu z taką siłą, że aż syknęła i wepchnęła ją do pierwszego z brzegu pomieszczenia, zatrzaskując z hukiem drzwi. Narcyza potarła obolałe ramię i przezornie cofnęła się, gdy Bellatrix blokowała drzwi zaklęciem.

- Czyś ty do reszty zgłupiała? – wysyczała groźnie Bella, podchodząc do niej powoli niczym skradający się drapieżnik.

Narcyza wyprostowała się i uniosła dumnie głowę, spoglądając na siostrę z góry.

- Nie, Bello, nie zgłupiałam. Nie potrafię natomiast zrozumieć, co ma na celu ten pokaz siły – odparła zimno.

Zaalarmowana szaleńczym błyskiem w brązowych oczach, sięgnęła błyskawicznie po różdżkę, ale jej siostra była szybsza. Rozbroiła ją niewerbalnym zaklęciem i doskoczyła, by pchnąć ją na fotel, nie przejmując się różdżką, która wylądowała niebezpiecznie blisko kominka. Narcyza mimowolnie przełknęła ślinę, gdy Bellatrix pochyliła się nisko, opierając dłonie na podłokietnikach.

- Gdzieś ty była?

- O ile dobrze pamiętam, nie jesteś moją opiekunką i nie muszę ci składać meldunków o moich poczynaniach.

Poczuła dziwną satysfakcję, gdy Bellatrix warknęła ze złością. Brunetka wyprostowała się gwałtownie, chwyciła stojącą na stoliku obok wazę i z impetem rzuciła nią w okno. Narcyza wzdrygnęła się lekko, gdy porcelana z hukiem rozbiła się w drobny mak. Spojrzała ostrożnie na siostrę, która wzięła głęboki oddech i pochyliła się z powrotem.

- Czy ty nie rozumiesz, że to już nie chodzi tylko o ciebie? – wysyczała tak cicho, że blondynka musiała wytężać słuch, by zrozumieć jej słowa. – Czarnego Pana zainteresowała twoja nieobecność.

- Mam prawo opuszczać mój dom, kiedy mam na to ochotę, a wam wszystkim nic do tego.

Chciała powiedzieć więcej, ale uciszył ją gwałtownie policzek, jaki wymierzyła jej Bellatrix. Czując pulsujący ból, z niedowierzaniem spojrzała na siostrę. Nigdy wcześniej, chociaż wielokrotnie się kłóciły i były bliskie pojedynków, Bella nigdy nie posunęła się do tego, by podnieść na nią rękę. Groziła jej, obrażała, szykanowała, dręczyła, ale nie zadała jej fizycznego bólu. Aż do dziś. Po raz pierwszy Narcyza poczuła strach przed siostrą. Dotąd zawsze wiedziała, że musi się z nią liczyć, ale nie miała powodu, by się jej bać. Wręcz przeciwnie, Bellatrix od dzieciństwa absurdalnie kojarzyła jej się z bezpieczeństwem, między innymi przez to, że nie raz stawała w obronie swojej młodszej siostry. Teraz zaś wyglądała jakby płonęła w niej furia. Jej oczy błyszczały szaleństwem, twarz miała wykrzywioną z wściekłości, a ręce trzęsły jej się, gdy chwyciła szatę Narcyzy, by szarpnięciem postawić ją na nogi. Blondynka z trudem utrzymała równowagę, gdy Bella pociągnęła ją za sobą, ale za chwilę popchnęła ją na sofę. Obserwowała uważnie siostrę, która podeszła do kominka, oddychając głęboko. Pierwszy raz widziała ją w takim stanie i naprawdę nie wiedziała, co o tym myśleć.

Bellatrix powoli schowała różdżkę i dopiero wówczas odwróciła się z powrotem do siostry. Skrzywiła się z niesmakiem na widok mocnego zaczerwienienia na jej policzku. Biorąc kolejny głęboki oddech na uspokojenie, podeszła niespiesznie do Narcyzy, by usiąść obok niej na sofie. Uniosła rękę i delikatnie musnęła policzek siostry, nim zanurzyła dłoń w jej miękkich, jasnych włosach. Chwyciła ramiona Narcyzy, by łagodnie obrócić ją plecami do siebie. Wyczuła jej niepokój, więc przysunęła się bliżej, wplatając palce w jasne włosy, jak to robiła za dawnych lat.

- Cyziu, Cyziu, Cyziu – zanuciła jej do ucha niemal pieszczotliwym tonem. – Moja mała Cyziu. Pamiętasz, jak ci obiecywałam, że nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić?

Narcyza przymknęła oczy, mimowolnie przypominając sobie tamten dzień. To był koniec czerwca, a Bella miała lada dzień skończyć Hogwart i jeszcze w wakacje opuścić rodzinę, by przyjąć nazwisko Lestrange. Poprzez ten ślub miała zyskać wielu zwolenników, ale było też mnóstwo osób, które zazdrościły jej przyszłej pozycji. Trzy Ślizgonki, z którymi Bella od początku szkoły dzieliła dormitorium, również były jej przeciwne. By pokazać, co sądzą o takim przywileju dla najstarszej z sióstr Black, uknuły spisek, którego ofiarą miała się stać Narcyza. Pani Malfoy pamiętała ze wszystkimi szczegółami jak te zdrajczynie dopadły ją późnym wieczorem i zamknęły ją w lochach, gdzie chciały mścić się na niej za przyszłe małżeństwo Belli. Na ratunek ruszyła jej Andromeda, która była świadkiem porwania, ale nie mogąc sobie poradzić z trzema starszymi od siebie Ślizgonkami, popędziła po Bellatrix. Chwila, w której jej przepełniona furią najstarsza siostra stanęła w progu lochu, zapadła jej w pamięć, jak nic innego. W trymiga rozprawiła się ze zdrajczyniami, po czym nakazała Andromedzie zająć się siostrą, a sama opuściła zamek, wlokąc za sobą bezwładne ciała nieprzytomnych Ślizgonek. Jeszcze tej samej nocy wślizgnęła się do dormitorium Narcyzy, by odprawić Andromedę i samej zająć jej miejsce przy łóżku najmłodszej siostry. To właśnie wtedy złożyła jej obietnicę, że nie pozwoli, by ktokolwiek więcej skrzywdził Narcyzę Black. Nigdy nie zapomniała o swojej obietnicy i zawsze, kiedy tylko mogła, stawała w obronie siostry. Każdego, kto ośmielił się podnieść na nią rękę, posyłała do szpitala, bądź prosto do grobu. Zaś tych trzech zdradzieckich Ślizgonek, nikt nigdy więcej nie ujrzał.

- Byłaś u niego, prawda? – zapytała szeptem Bellatrix. Narcyza kiwnęła głową. – Z kim jeszcze się widziałaś? – Chciała obrócić się i spojrzeć na siostrę, ale Bella chwyciła jej ramiona, by ją przytrzymać delikatnie, ale stanowczo. – Nie okłamuj mnie, Cyziu, on nie był jedyną osobą, z którą się widziałaś. Nie namówiłby cię, żebyś zmieniła swoje nastawienie. Nie przekonałby cię, żebyś samą swoją postawą pokazała światu, co myślisz o Malfoyu. On by czekał, aż sama nabierzesz odwagi, by to zrobić. Przyznaj, że spotkałaś się z Nią – wysyczała jej do ucha zjadliwym tonem. Narcyza wzięła głębszy oddech i uniosła dumnie głowę, mimowolnie wzorując się na swej starszej siostrze.

- Tak, Bello, widziałam się z And…

- Nie wypowiadaj jej imienia! – syknęła zjeżona Bellatrix, rozglądając się z paniką po pustym salonie. – Lepiej, żeby nikt nie słyszał gdzie byłaś. Chyba nie chcesz ściągnąć na nią niebezpieczeństwa?

Tym razem Narcyza nie dała się powstrzymać. Odsunęła się gwałtownie i obróciła, by spojrzeć uważnie na siostrę, ale Bellatrix podskoczyła jak oparzona i zerwała się z sofy, by w błyskawicznym tempie znaleźć się przy kominku. O ile wcześniej miała tylko podejrzenia, że coś się dzieje z jej siostrą, o tyle teraz była tego całkowicie pewna. Podeszła ostrożnie do Belli i chwyciła ją za ramiona, nim ta zdążyła odskoczyć. Obróciła ją gwałtownie, by spojrzeć jej w twarz i jednocześnie popchnęła ją, by przycisnąć ją do obramowania kominka.

- Bello… – szepnęła z niedowierzaniem w głosie, gdy po twarzy zawsze opanowanej i nieprzystępnej Bellatrix spłynęła błyszcząca łza.

Nim się spostrzegła, Bella objęła ją mocno, niemal pozbawiając ją tchu. Poczuła jej ciepły oddech na szyi, gdy szepnęła jej do ucha:

- Pamiętaj o rodzinie.

Zanim zdążyła zapytać ją, o co chodzi i zanim w ogóle udało jej się otrząsnąć ze zdumienia, Bellatrix odepchnęła ją gwałtownie. Jednym susem dopadła drzwi, błyskawicznie zdjęła blokujące je zaklęcia i wypadła na korytarz, pozostawiając osłupiałą Narcyzę samą.