Rozdział betowała 100-ki. Yakou. no. Ou. :) / EDIT. A także Himitsu.

Jako, że poprzedni rozdział nie należał do najlepszych, dzisiaj rozdział trochę wcześniej. I trochę lepszy. Osobiście lubię rozdziały, które będą w najbliższym czasie, sami zobaczycie dlaczego... Tak, wiem Veniti, mam nie kusić. Już ani słowa nie usłyszycie o tym, co się będzie działo! :)

NigrumLotus - zazdrosny? Może... Z całą pewnością zaborczy, jak to wspaniale określiła Louise. Ale tak, chyba też i zazdrosny. Do interpretacji własnej :). Iskrzy... Cóż. Napisałam wyżej, że nie będę już ani trochę niczego zdradzać, więc nic a nic nie skomentuję. To nie będzie slash. Ale iskry... A tak przy okazji, oczywiście dziękuję za zwrócenie uwagi na błędy, które umknęły naszej (mojej i bety, chociaż są wyłącznie moją winą!) uwadze.

O koszmarach będzie więcej potem... tak, wiem, miałam się zamknąć. :)

Cieszę się, że będziesz czekać na kolejne rozdziały Cookies. Alice. Mam nadzieję, że ci się spodobają.

Ale dobrze, już was nie męczę. Smacznego!


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział siódmy

Harry siedział w Pokoju Wspólnym. W jego oczach odbijało się ogarniające go znudzenie, a myślami wywędrował wiele mil dalej. Mimo szczęścia, które na początku poczuł widząc swoją ekipę z 1949, nie był pewien, czy ich powrót był czymś do końca dobrym. Najprościej mówiąc: nie ufał im.

Coraz rzadziej widywał Rona i Hermionę… byli jego najlepszymi przyjaciółmi, był w stanie stwierdzić, kiedy coś im przeszkadzało. Ślizgoni natomiast zaczęli tracić całą swoją odłożoną na ciężkie czasy cierpliwość. W jaki sposób mógł się z tego wyplątać?

Reszta domu, za wyjątkiem niektórych osób, zaczęła być do niego wrogo nastawiona. Od czasu podróży do przeszłości nie był w stanie się z nimi dogadać czy tolerować ich dziwactw tak łatwo, jak szło mu to wcześniej. Przyzwyczaił się do (względnej) prywatności Ślizgonów. A teraz każdy chciał kawałek niego. To była jak powtórka z pierwszego roku! Wszyscy cały czas się na niego gapili.

Czasami zastanawiał się, co do cholery myślał sobie Tom podróżując w czasie i przestrzeni… och, no dobrze, tylko czasie, przestrzeń po prostu brzmiała dobrze. Zevi miał rację – Tom nie pokonałby czasu dla pierwszego lepszego człowieka. Szczerze mówiąc, Tom robił jedynie rzeczy, które mogły przynieść mu jakąś korzyść. To sprawiało, że zaczynał zastanawiać się jaki jest jego nowy plan. Może… Może nadszedł czas, by „złota trójca" znów rozpoczęła swoje wnikliwe dochodzenia? Wciąż nie mógł uwierzyć, że ludzie tak na nich mówili…

Krok pierwszy: denerwować Toma tak bardzo, jak to tylko możliwe i ujawnić jego zamiary.


- Harry – Riddle zbliżył się do niego, opierając o stół Gryfonów. Oczy Hermiony rozszerzyły się z powodu tego, jak szybka była jego reakcja. Ron wyglądał jedynie na lekko z siebie zadowolonego, ale szybko zmienił wyraz swojej twarzy, aby nie zepsuć ich planu. Och, kochał swoich przyjaciół.

- Tom – papugował go, nie podnosząc na niego wzroku i robiąc sobie kilka kolejnych tostów. Spojrzał na Rona i Hermionę. – Więc jak, przyjdziecie później na boisko? – zapytał z roztargnieniem.

- Naprawdę musisz pytać, stary? – odpowiedział z prostym uśmiechem Ron. Rudowłosy przesunął się, aby wziąć trochę więcej bekonu, przez co oberwał od Hermiony książką.

- Czy ty kiedykolwiek przestaniesz jeść? – zapytała. Harry uśmiechnął się, potrząsając głową. Wymienili spojrzenia.

- Głupie pytanie, Miona, głupie pytanie.

- Harry. – Głos Toma stał się chłodniejszy. Potter wciąż jednak na niego nie patrzył.

- Cześć… Wiesz, że już drugi raz powiedziałeś moje imię? – Ron niemal zakrztusił się swoim sokiem z dyni, powodując, że przyszły Czarny Pan spojrzał na niego pogardliwie. Hermiona przesunęła się nerwowo, kiedy magia Toma zaczęła wrzeć.

- Przestań mnie ignorować.

- Nie robię tego – odparł spokojnie. – Gdybym cię ignorował, nie odpowiadałbym ci, prawda? – Teraz już pół szkoły obserwowało ich konfrontację. Siedzący razem Abraxas i Draco zamarli w połowie rozmowy, a twarz Zeviego przybrała cierpiętniczy wyraz. Tak jak Snape'a. To było naprawdę przerażające podobieństwo. Ha! Obaj jedli Rice Kripsy i pokrojone banany. Oczy Dumbledore'a migotały w sposób, któremu daleko było do dobrego, a Teodor Nott wydawał się być podekscytowany tym, że będzie świadkiem jednej z ich „legendarnych" sprzeczek.

Oczy Toma zwęziły się, a plamki czerwieni pojawiły się na fiolecie. Wokół niego zebrała się aura irytacji.

Nagle aura znikła, zastąpiona wyjątkowo pięknym uśmiechem.

- Naprawdę wierzysz, że ta taktyka będzie działać? Dwa razy nie nabiorę się na tą samą sztuczkę.

Cholera. Doszedł do tego. No cóż.

Wzruszył ramionami.

- Voldemort nabiera się na nią za każdym razem… to niezwykle zabawne.

- Lord Voldemort – poprawił spokojnie Tom. Najwyraźniej nie był w stanie zerwać z nałogiem korygowania go.

- Ano. On. Wężowa twarz, czerwone oczy? Mające manie wielkości twoje szalone przyszłe ja?

- A ty zastanawiasz się, dlaczego większość Ciemnej Strony chce cię zabić. – Potter doskonale wiedział, co Riddle chciał zrobić i przeklął w duchu. Żadnego przekomarzania! Zachowaj się całkowicie formalnie. Ale to było tak kuszące…

- Naprawę wierzysz, że ta taktyka będzie działać? Dwa razy nie nabiorę się na tą samą sztuczkę.

- Nie? – Tom uśmiechnął się. – To zabawne, ponieważ wciąż nabierasz się na ten cały kompleks bohatera, za każdym razem ratując będących przynętą ludzi.

Cisza.

O cholera.

- Nie mam kompleksu bohatera. – Tom szyderczo pogłaskał jego głowę.

- Och, oczywiście, że nie masz, Potter, oczywiście. – A następnie odszedł. Harry wymienił grymas z Ronem i Hermioną.

Cóż, wszystko odwróciło się przeciwko niemu.


Usiadł w tylnej części sali do Obrony, znudzony byciem sam na sam ze swoim umysłem i patrzeniem obojętnie na błyszczące strony napisanej przez Slinkharda… nie, tego nie można nazwać nawet książką o Obronie. Była bezużyteczna. Westchnął, podnosząc głowę, aby spojrzeć na – różowy! – sufit. Salazarze, Umbridge przyprawiała go o mdłości.

- Panie Potter – zaświergotała natychmiast. Przeniósł wzrok z sufitu na o wiele mniej interesującą postać. Kobieta przeszła prędko przez całą klasę, odkładając swoją ohydnie różową torebkę na swój obrzydliwie różowy płaszcz. – Czy istnieje jakiś problem? – Jej głos był straszny, przepełniony słodyczą.

- Czy tu nie ma naprawdę nic o nauce zaklęć obronnych? – zapytał chłodno. Zauważył zmieszanie w jej oczach.

- Korzystaniu z nich, masz na myśli? Nie widzę powodów, dla których musiałbyś używać zaklęć w mojej klasie.

- Może jednym z nich jest fakt, że ważnym punktem magicznej edukacji jest nauka? – podkreślił.

- Harry! – jęknęła Hermiona, rzucając mu ostrzegawcze spojrzenie. Patrzył ropusze prosto w twarz.

- Będziesz uczył się w wolny od ryzyka sposób, uważany przez Ministerstwo za lepszy, panie Potter – chyba że uważasz, że znasz się na tym lepiej od Ministerstwa?

- Pięciolatek – powiedział powoli – znałby się na tym lepiej niż Ministerstwo.

Na jej twarzy pojawił się grymas, a głos stał się bardzo piskliwy.

- SZLABAN!

- Za zadawanie pytań? – Wiedział, że igra z ogniem. Ale ta cała mieszkanka podróż w czasie/Voldemort/niekompetentny nauczyciel kosztowała go zbyt wiele nerwów. Pomysł przewietrzenia się stał się nagle wyjątkowo ciekawy.

- Za nieposłuszeństwo Ministerstwu – szepnęła, spokojniejsza.

- Ministerstwo jest bandą głupców. – To Tom. Łał.

- Zatrzymanie także dla ciebie, panie Riddle – zaświergotała. Wszyscy śmierciożercy ruszyli się, aby wstać, ale zatrzymało ich ostre spojrzenie Toma.

- Mogę w tej sprawie zadzwonić do swojego prawnika?

- Mugole nie powinni być dopuszczeni do naszego świata, mój drogi. – O bogowie. Trzeci policzek. Miała przechlapane.

- A co z charłakami? – zaszydził Tom. – Ponieważ w takim przypadku nie wydaje się pani zdolna do tego, by nas uczyć.

Do diabła…

Ołówek Umbridge złamał się w jej dłoniach.