- Masz wszystko co potrzeba? Na dźwięk głosu ojca Syriusz uderzył w wieko swojego kufra.
Był ostatni dzień sierpnia i chłopiec próbował spakować wszystkie rzeczy, których będzie potrzebował w szkole.
- Tak myślę - odpowiedział, rozcierając sobie bolące miejsce. - Tato, jak ja się dostanę na King's Cross?
To pytanie dręczyło go od pewnego czasu. Co prawda, odkąd skończył osiem lat, często włóczył się po Londynie, ale nie miał pojęcia jak dotrzeć na dworzec z wielkim i zapewne bardzo ciężkim kufrem, nie łamiąc przy tym wszystkich Zasad Tajności.
- To chyba jasne - odpowiedział zdumiony ojciec. - Odprowadzę cię.
- Ty?!
- A co myślałeś? Rodzice zawsze odprowadzają swoje dzieci na peron 9 i 3/4. Mamy stąd blisko więc pójdziemy piechotą. Krótki spacer nie zaszkodzi. Masz swój bilet?
- Bilet? - Powtórzył głupio Syriusz.
- Tak, bilet na Ekspres Hogwart - wytłumaczył spokojnie Orion Black. - Powinien być dołączony do listu ze szkoły.
Chłopiec rzucił się do swojego biurka i szybko wyciągnął kopertę, którą dwa miesiące temu pospiesznie rozrywał siedząc w kuchni.
- Mam - powiedział z ulgą, gdy wyciągnął z niej żółtawy pergamin zadrukowany złotymi literami.
- Pociąg jak dawniej odchodzi o jedenastej?
- Tak.
- To by było na tyle - powiedział ojciec wstając z łóżka, na którym przysiadł po wejściu do pokoju. - Chociaż nie, poczekaj.
Pan Black na chwilę wyszedł i wrócił trzymając w ręku ogromną klatkę, w której drzemała szaro-brązowa sowa uszata.
- To dla ciebie - powiedział, patrząc na syna. - Mam nadzieję, że czasami przyślesz jakiś list do starego ojca. Z tym, że lepiej pisz na adres hodowli.
Sowa obudziła się i wbiła bursztynowe oczy w chłopca, który natychmiast stwierdził, że już ją lubi. Orion Black postawił klatkę na biurku Syriusza i zanim ten zdążył wydusić z siebie jakiekolwiek słowa podziękowania, powiedział:
- Skończ pakowanie i zejdź na kolację. Czekamy na ciebie na dole.

Wrzesień powitał Londyn słońcem i ciepłym wiatrem. W przedpokoju Orion Black robił wszystko, aby ułatwić sobie i synom przedostanie się na dworzec King's Cross. Wcześniej przepakował kufer Syriusza tak, aby jego szkolna szata była na górze:
- Przecież nie będziesz za nią grzebał w pociągu.
I kazał Regulusowi przebrać się w mugolskie stroje:
- Słyszałeś o czymś takim jak Zasada Tajności?
W końcu pan Black transmutował dolne rogi kufra syna w kółka i wytaszczył bagaż na zewnątrz.
- Będzie musiało wystarczyć - powiedział ojciec do siebie, obchodząc kufer dookoła. - Syriusz, Regulus! Długo będę czekał?!
- Chodź już - warknął Syriusz, jedną ręką siłą wyciągając brata z domu, a w drugiej niosąc klatkę z sową, którą nazwał Persefona. Gdy tylko wyszli na schody Stworek ze złośliwym uśmiechem pomachał Syriuszowi i zatrzasnął za nimi drzwi.
- A twój brat co taki naburmuszony? Martwi się twoim wyjazdem? - Zapytał ojciec, ciągnąc kufer Syriusza.
- Nic podobnego - odpowiedział Syriusz. - Po prostu wstydzi się pokazać na peronie pełnym czarodziejów w mugolskim ubraniu.
Orion Black roześmiał się w głos:
- Nie martw się synu - powiedział, wolną ręką łapiąc Regulusa za kark. - Tam większość osób będzie w strojach mugolskich.
- Ciocia Druella też? - Zapytał szybko Regulus.
- Obawiam się, że jej tam w ogóle nie będzie. Chyba wybiera się dzisiaj do waszej matki.
- No to się zawiedzie - wtrącił Syriusz. - Jeśli matka nadal jest w takim stanie, jak wtedy, gdy u niej byliśmy to z plotek nici.
- A jeśli już o niej mowa... - Zaczął zdawkowym tonem Orion Black. - Regulus, mówię głównie do ciebie, bo Syriusz wie, kiedy co wolno powiedzieć. Walburga nie musi wiedzieć co robiliśmy, gdy była w Mungu... Nie musi wiedzieć gdzie chodziliśmy, z kim się spotykaliśmy..., to znaczy o panu Malfoyu i panu Lestrange możesz jej powiedzieć... Resztę zachowaj dla siebie. To bardzo ułatwi mi życie... To znaczy... Regulus, przecież nie chcesz, żeby mama znowu coś sobie zrobiła, prawda?
- No... nie... - mruknął najmłodszy Black.
Kilka kolejnych przecznic przeszli wysłuchując paplaniny Regulusa o tym, co on będzie robił, gdy za rok znajdzie się w Hogwarcie i czego to on nie osiągnie. W końcu, bo to robiło się denerwujące, dotarli do King's Cross.
- Dzień dobry - powiedział pan Black do mijającej ich kobiety, która dziwnie przyglądała się niesionej przez Syriusza sowie.
Syriusz rzucił mu pytające spojrzenie.
- Nie, wcale nie rzucamy się w oczy - odpowiedział ojciec. - Możesz przytrzymać ten wózek?
Pan Black męczył się z kufrem Syriusza:
- Mógłbym go wylewitować, ale obawiam się, że kręci się tutaj za dużo mugoli - powiedział, gdy w końcu udało mu się wpakować kufer na wózek bagażowy. - Chodź, a jak będziemy na peronie, przypomnij mi, że mam usunąć te kółka.
Ojciec popchał wózek, aż na pomost między peronem dziewiątym, a dziesiątym i wskazał na znajdującą się między nimi ścianę:
- Jesteś gotowy? - zapytał.
- Jasne. Całe życie na to czekałem!
Syriusz nabrał rozpędu i pobiegł prosto na ścianę, ale zamiast się na niej rozbić, biegł dalej. A więc nareszcie...
Kłęby dymu z czerwonej lokomotywy osnuwały peron, nad którym widniała tabliczka: EKSPRES HOGWART, GODZINA JEDENASTA.
Tuż obok niego pojawił się ojciec z Regulusem i kufrem.
- Chodź, znajdziemy ci miejsce - powiedział.
Ruszyli przez peron pełen uczniów Hogwartu i odprowadzających ich rodziców. Tu i ówdzie kręciły się koty różnej rasy i maści. Wśród ich miauków i gwaru ludzkich głosów, dało się także usłyszeć pohukiwania sów, na dźwięk których Persefona momentalnie się rozbudziła. Ojciec kłaniał się różnym osobom. Między innymi napotkanemu panu Lupinowi. Stała przy nim ruda, wiotka kobieta i oczywiście syn. Minęli pana Malfoya i państwa Levieaux, którym oprócz ich dzieci towarzyszyła jakaś czarnowłosa dziewczynka. Podszedł do nich Camil, ten sam, którego poznali w hodowli ojca:
- Orionie jak miło cię widzieć, zaraz pędzę do Ascot...
- Camil, mój drogi... - uśmiechnął się pan Black. - Po to dałem ci dzień wolny, żebyś mógł spokojnie pożegnać się z córką. Konie nie uciekną.
W końcu dotarli do przodu pociągu i Syriusz dowiedział się kogo ojciec szukał. Pan Black pomógł synowi pani Lockhart wtaszczyć jego kufer do wagonu ("wujek Alphard prosił, żebym to zrobił") po czym sam zajął się bagażem Syriusza.
- No to co? Chyba czas się rozstać? - powiedział, podczas gdy Viola Lockhart czule żegnała się z synem.
- Na to wygląda - odpowiedział Syriusz, trochę dziwnie się czując. - Wiesz, jak matka jest daleko, to jesteś dużo lepszym ojcem.
Po tym stwierdzeniu ukłonił się lekko pani Lockhart, po raz ostatni poczochrał włosy brata i zanim ten zdążył zareagować, szybko wskoczył do pociągu.
Ciągnąc za sobą kufer postanowił znaleźć sobie wolne miejsce. W pierwszym przedziale, do którego zajrzał, siedziała tylko jedna, szlochająca dziewczynka.
- Można? - zapytał.
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Syriusz wtaszczył dobytek do przedziału i wyjrzał przez okno. Regulus starał się pociągnąć ojca w stronę wyjścia, ale ten wciąż stał przy Violi Lockhart. Pani Lockhart udzieliła synowi ostatnich wskazówek i, o ile Syriusz wzrok nie mylił, oddała mu różdżkę.
Drzwi przedziału otworzyły się i stanęło w nich dwóch chłopców, niemal identycznych, bo oczy jednego były szare, a drugiego jasnoniebieskie.
- Możemy wejść, czy chcecie być sami? - Zapytał niebieskooki.
- Zapraszam - mruknął Syriusz. - Ale ja siedzę przodem do kierunku jazdy.
Chłopcy zaczęli wciągać swoje bagaże przy czym jeden natychmiast się potknął i przekoziołkował przez kufer Syriusza.
- Przepraszam - powiedział Syriusz, pomagając mu wyczołgać się spod siedzenia. - Powinienem od razu wpakować go na górę.
- Nie przejmuj się - odezwał się drugi z chłopców. - Nawet jeśli teoretycznie nie ma się o co potknąć, to Galvin i tak coś znajdzie.
- Zaległości z dzieciństwa - podsumował Galvin, stając pewniej na nogach.
- Davy Gudgeon - przedstawił się szarooki chłopiec, podając Syriuszowi rękę ponad jego kufrem. - A to mój brat bliźniak.
- Syriusz Black.
- A ty, to kto? - Davy spojrzał na rudowłosą dziewczynkę.
- Lily Evans - przedstawiła się szybko, po czym znów odwróciła głowę w stronę okna.
- Ktoś tu chyba jest nie w humorze - podsumował Syriusz. - Może w trakcie podróży jej przejdzie. Pomożecie mi z tymi kuframi?
Po kilku napadach głupawki, nabiciu guza, gdy kufer Davy'ego ześlizgnął się Galvinowi na głowę i niezliczonej ilości siniaków, bagaże w końcu znalazły się na właściwych miejscach. W samą porę, bo rozległ się potężny gwiazd i pociąg ruszył. W tym samym momencie drzwi przedziału ponownie się otworzyły i wpadł do niego czarnowłosy, rozczochrany chłopiec w okularach. W jednej ręce trzymał niedojedzonego tosta, a w drugiej najprawdziwszego nietoperza.
- Wolne? - Zapytał szybko.
- Aha - wydusił z siebie zszokowany Syriusz.
Bliźniacy Gudgeonowie tylko pokiwali głowami. Chłopiec podbiegł do okna, otworzył je i pomachał do stojącej niedaleko pary, bardzo podobnego do niego mężczyzny i jakiejś kobiety w prostokątnych okularach o długich blond włosach:
- JESTEM! Do zobaczenia w grudniu!
Gudgeonowie też podeszli do okna i zaczęli machać swoim rodzicom oraz dziewczynce, która musiała być ich młodszą siostrą. W końcu także Syriusz się przełamał i pomachał ojcu na pożegnanie, jak wszyscy to wszyscy, choć nie spodziewał się żadnej reakcji z jego strony. Ku swojemu ogromnemu zdumieniu zobaczył, że pan Black lekko się uśmiechnął, pokiwał mu głową z aprobatą i... podniósł rękę i także pomachał. Później złapał pod ramię Violę Lockhart, popchnął przed siebie Regulusa i ruszył ku wyjściu.
Pociąg zakręcił i peron zniknął im z oczu.
- Jestem James Potter - powiedział chłopiec, który wpadł do przedziału.
- Davy Gudgeon - odpowiedział natychmiast szarooki bliźniak. - To mój brat, Galvin, a to jest Syriusz Black. Ta mała ruda to Lily Evans, ale ona jest nie w humorze.
- I wszystko jasne - zaśmiał się chłopiec, zdejmując kurtkę. - Przyłączysz się do naszego kółeczka? - zapytał dziewczynę.
Lily nic nie odpowiedziała.
- Widać nie - podsumował James. Poprawił okulary i usiadł naprzeciwko Syriusza.
- Skąd masz tego gacka? - zapytał go Davy.
- Babcia kupiła. Co prawda miałem zabrać sowę, ale... nietoperze są fajniejsze...
- Ale listu to on raczej nie dostarczy - powiedział Galvin, uważnie przyglądając się skrzydłom nietoperza.
- Do tego pożyczę sowę od Syriusza.
- Proszę cię bardzo - odpowiedział Syriusz, rozciągając się na siedzeniu. - Kibicujesz Nietoperzom z Ballycastle?
- A nie widać? - zapytał roześmiany James, zdejmując kurtkę i prezentując czarną koszulkę z czerwonym nietoperzem.
- Fajnie. Pewnie zdobędą mistrzostwo. Są w tym sezonie niepokonani. Chociaż grają ze Srokami...
- A w czym to przeszkadza? - zapytał chłopak.
- Właściwie w niczym, ale widziałem jak Sroki grają. Mają fantastycznych pałkarzy.
- Chodzisz na mecze? - zainteresował się Davy.
- Rzadko. Moja matka nie cierpi quidditcha - wyznał Syriusz. - Byłem na jednym. Ojciec mnie zabrał... Chluby z Portree przeciwko Srokom... Później byliśmy na obiedzie z Catrioną McCormack...
- Wow! - Gudgeonowie wytrzeszczyli na niego oczy.
- Skąd ty masz takie znajomości? - zapytał Galvin.
- Ja nie mam żadnych znajomości - odpowiedział ponuro Syriusz, żałując, że w ogóle zrobił uwagę na temat Catriony. - Chyba lubią się z moim ojcem, ale nie wiem skąd się znają.
- W każdym bądź razie nie wiesz co to prawdziwy mecz quidditcha, póki nie widziałeś Nietoperzy w akcji - powiedział James.
- My lubimy Armaty z Chudley - wyznał spokojnie Davy. - Szkoda tylko, że ostatnio, no... nie grają najlepiej.
- Nie grają najlepiej? - zakpił James. - Z tego co wiem od dziewiętnastego wieku nie dotarły do finału.
- Ale przynajmniej bilety na mecze są tanie - przyznał Galvin. - A u nas raczej się nie przelewa. Mama nie pracuje...
- Moja matka jest komentatorem sportowym - oznajmił James. - Mogę z nią wchodzić za darmo na wszystkie mecze, które relacjonuje. Tata jest uzdrowicielem i też nie najgorzej zarabia.
- A twoi rodzice? - Spojrzenia trzech chłopców padły na Syriusza.
Nic nie odpowiedział. Nie wiedzieć czemu nie chciał nikomu opowiadać o swojej rodzinie. Bo i po co? Przecież jadąc do Hogwartu postanowił sobie, że definitywnie zamknie za sobą okres życia związany z rodową kamienicą Blacków. Nie chce, żeby wszyscy postrzegali go przez pryzmat wybryków jego zwariowanych przodków.
- Jak długo już kibicujesz Nietoperzom? - zapytał Jamesa, gdy milczenie stało się męczące.
- Praktycznie od urodzenia - podchwycił natychmiast okularnik. - Moja prababcia grała u nich na pozycji szukającego. Może sam kiedyś zostanę graczem quidditcha. Co to za filozofia złapać znicza, podawać sobie kafla, albo pilnować, żeby nie wpadł do którejś z pętli. Wystarczy dobrze latać na miotle. A co jak co, ale latanie wychodzi mi świetnie.
Syriusz poczuł ulgę. Dzięki Jamesowi rozmowa znów wróciła na bezpieczne tory. W miarę rozmów o graczach, o meczach, które mieli przyjemność oglądać, o kaflach, tłuczkach i złotych zniczach, chłopiec czuł, ze coraz bardziej lubi tego wesołego, rozpieszczonego okularnika, który wyraźnie uwielbia być w centrum uwagi.
James, mocno gestykulując, opowiadał właśnie o jakimś meczu Nietoperzy z Ballycastle, gdy do przedziału wsunął się jakiś chłopak w szacie Hogwartu. Bez słowa powitania ruszył w stronę okna, przy którym siedziała rudowłosa dziewczyna, o której Syriusz na śmierć zapomniał. Chłopiec miał tłuste, czarne włosy i ziemistą cerę. Towarzysze Syriusza zignorowali go, skupieni na quidditchu. Ten przez chwilę wahał się czy nie zagadać do przybysza, ale ostatecznie stwierdził, że nie warto, skoro ten nie zadał sobie tego trudu. Z powrotem zajął się rozmową z nowymi znajomymi. Teraz rozmowa zeszła na szukajacego Nietoperzy - Eryka Vernona, który zdaniem Jamesa, był najlepszym szukającym na świecie.
- Nie chcę z tobą rozmawiać. - Syriusz usłyszał dziewczęcy głos.
Dopiero po chwili do niego dotarło, że to przemówiła rudowłosa Lily. James akurat, wisząc jedną ręką na półce bagażowej, demonstrował w jaki sposób Vernon złapał znicz w jednym z meczów.
- Dlaczego? - zapytał chłopiec, który wszedł do przedziału. Najwyraźniej znał się z panną Evans.
- Tunia mnie z-znienawidziła. Z powodu tego listu od Dumbledorea - zaszlochała dziewczynka, a Syriusz odkodował, że coraz trudniej skupić mu się na opowieści Jamesa. Starał się jednak za często nie zerkać na rozmawiającą parę.
- No to co?
Lily z odrazą spojrzała na swojego rozmówcę:
- Jest moją siostrą!
- Jest tylko... - ale chłopiec w porę ugryzł się w język.
Lily zajęta wycieraniem sobie oczu i nosa, i tak tego nie usłyszała.
- Ale jedziemy! - powiedział w końcu chłopak nie kryjąc radości. - To jest to! Jedziemy do Hogwartu!
Kiwnęła głową, ocierając sobie oczy chusteczką, i mimo woli uśmiechnęła się lekko.
- Dobrze by było, żebyś trafiła do Slytherinu - powiedział chłopiec, zachęcony tym, że wreszcie trochę się rozchmurzyła.
Syriusz wytrzeszczył na niego oczy.
- Do Slytherinu? - James wyglądał na tak samo zszokowanego jak Syriusz.
To uświadomiło młodemu Blackowi, że nie on jeden przysłuchiwał się tej rozmowie.
- Ktoś tutaj chce być w Slytherinie? Chyba się gdzieś przesiądę, a wy? - zapytał James, patrząc na kolegów.
Davy i Galvin wybuchnęli śmiechem. Syriusz milczał, spoważniał:
- Cała moja rodzina była w Slytherinie - wydusił w końcu.
- Jasny gwint! A ja myślałem, że z tobą wszystko w porządku!
Syriusz wyszczerzył zęby w uśmiechu:
- Może zerwę z rodzinną tradycją. A ty gdzie byś chciał być, jak byś mógł wybierać?
James udał, że wznosi niewidzialny miecz:
- W Gryffindorze, gdzie kwitnie męstwa cnota! Jak mój ojciec.
Tłustowłosy chłopak prychnął pogardliwie. James zwrócił się do niego:
- Przeszkadza ci to?
- Nie - odparł chłopak, choć jego drwiący uśmieszek mówił co innego. - Skoro wolisz mieć krzepę niż mózg...
To dotknęło Syriusza do żywego:
- A ty gdzie być chciał trafić, skoro brakuje ci i tego, i tego? - zapytał zanim zdążył się ugryźć w język.
W końcu groziło mu, że przez siedem lat będzie musiał mieszkać z tym chłopakiem w jednym dormitorium. James ryknął śmiechem, a po chwili przyłączyli się do niego bliźniacy. Lily wyprostowała się, lekko zarumieniona, obrzucając Jamesa i Syriusza pogardliwym spojrzeniem:
- Chodź, Severusie, znajdziemy sobie inny przedział.
- Oooooo...
James i Syriusz, jak na komendę, równocześnie zaczęli przedrzeźniać jaj wyniosły ton. James próbował podstawić nogę Severusowi, gdy przechodził.
- Do zobaczenia, Smarkerusie! - zawołał za nim James, gdy zatrzasnęły się drzwi przedziału.
Chłopcy przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu po czym wybuchnęli śmiechem.
- Ale bubek - powiedział w końcu James.
- Wrócą, zobaczycie - mruknął Syriusz.
W tym samym momencie drzwi się otworzyły. Nie stanęła w nich jednak ani Evans, ani jej towarzysz. Pojawiły się w nich trzy dziewczyny ubrane w nowiutkie szaty Hogwartu. Jedną, stającą najbardziej z przodu była Raquela Lestrange (Syriusz jęknął na jej widok), trochę za nią stała Sophia Malfoy i jeszcze jedna, bardzo podobna do niej, dziewczyna.
- Cześć - powitała wszystkich Raquela, gdy już dokładnie im się przyjrzała, a potem zwróciła się wprost do Syriusza. - Tata powiedział, że będziesz się mną opiekował. To prawda?
Syriusz wytrzeszczył na nią oczy:
- Ja?
- Nie, kto inny - warknęła. - Oczywiście, że ty.
- A gdzie twoi bracia?
- Mieli coś do załatwienia z Lucjuszem. Nie interesuje mnie to.
- I widzę, że przyprowadziłaś gości. - Syriusz puścił oczko do Sophii, która zarumieniła się i odwróciła wzrok.
Pozostali patrzyli to na Raquelę, to na Syriusza niewiele z tego rozumiejąc. Chłopiec w końcu to zauważył:
- To jest Raquela Lestrange - przedstawił szybko brunetkę. - Rodzice uważają, że powinna zostać moją... żoną. Słyszeliście o małżeństwach planowanych? A to Sophia Malfoy, a ty to...
Wzrok Syriusza padł na drugą z blondynek:
- Jestem Sonya Malfoy, kuzynka Sophii - wyjaśniła szybko dziewczynka i uściskała wszystkim dłonie. - Obie po raz pierwszy jedziemy do Hogwartu.
Chłopak uważnie jej się przyjrzał. Tak, zdecydowanie była podobna do swojej kuzynki, tylko miała piegi. I była dużo bardziej wyszczekana.
- Co to są "małżeństwa planowane"? - zainteresował się Davy.
- To głupota - odpowiedział Syriusz.
- Nie jesteś czystej krwi? - zapytała w tym samym momencie Raquela.
- Przeszkadza ci to? - odparował natychmiast James.
- Nic, a nic - odparła. - A więc to takie małżeństwa, w których to rodzice zdecydowali, że ich dzieci się pobiorą. Na przykład mój tata rozmawiał z rodzicami Syriusza o tym, że jak skończymy szkołę to się pobierzemy... Rozumiecie?
- Nic, a nic - wyznał zgodnie z prawdą Galvin.
- Bo Raquela wszystko komplikuje - nie wytrzymał Syriusz. - Chodzi o to, że na przykład ojciec Jamesa karze mu się ożenić z Sophią. - Pchnął Sophię na siedzenie obok okularnika. - I jeśli James tego nie zrobi, to go wydziedziczą, czyli straci kupę szmalu. Kapujecie?
- Teraz tak - odpowiedzieli chórem bliźniacy. - No to skoro już James i ja jesteśmy żonaci, to ty Davy możesz sobie wziąć Sonyę.
Sonya roześmiała się pokazując wszystkie olśniewająco białe zęby i na chwilę położyła głowę na ramieniu Davy'ego. Później wybuchnęła jeszcze głośniejszym śmiechem. Tymczasem Raquela wepchnęła się między Gudgeona i Syriusza, w końcu siadając.
Ktoś załomotał w szybkę, a drzwi przedziału znów się otworzyły. Tym razem stanęła w nich uśmiechnięta czarownica:
- Coś z wózka, kochani?
Syriusz przeliczył drobne, które dostał od ojca i zaczął wybierać ulubione przysmaki z obładowanego wózka. Kupił torbę dyniowych pasztecików, kilka likworowych pałeczek, czekoladowe beczułki z kremowym piwem w środku, ogromny kawałek karaluchowego bloku oraz paczkę marcepanowych diabełków. Kupił również butelkę dyniowego soku do popicia.
- Weź też to - powiedziała Raquela, podsuwając mu pod nos jakieś opakowanie pełne czegoś co przypominało różnokolorowe strączki fasoli.
- A co to u licha jest? - zapytał.
- Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta, tutaj masz napisane - odparowała dziewczyna patrząc w sufit.
Syriusz zapłacił i wrócił z nią do przedziału, robiąc miejsce przy wózku Jamesowi i Gudgeonom.
- No dobra, do czego służą te fasolki? - zapytał Syriusz, korzystając z okazji, że są w przedziale sami.
- Do jedzenia.
- Nie bądź znowu taka mądra. Co to jest?
- Och, taka nowość cukiernicza - wyjaśniła w końcu Raquela, uśmiechając się szeroko. - W sprzedaży od dzisiaj. Tata już mi kupił pudełeczko na Pokątnej, musiał coś zabrać od ciotek na Nokt... Na takiej jednej ulicy i... Nie ważne, w każdym razie te fasolki są bardzo... ciekawe. Są normalne smaki: jabłko, malina, karmel, ale trafiłam też na szkło, kości i... oregano.
- Po prostu cudownie - podsumował Syriusz, podając jej pudełko. - Sama sobie jedz.
Raquela spojrzała na niego spode łba, ale otworzyła pudełko i sięgnęła po jeden ze smakołyków.
- Co oni tam robią tyle czasu - mruknęła.
- Nie wiem. A ty co? Musiałaś im od razu wygadać, że kazali mi się z tobą ożenić?
- A dlaczego nie? Co w tym złego? Z resztą Sophia i Sonya o wszystkim wiedzą. Wyobraź sobie, że im mężów jeszcze nie wybrali.
- No po prostu tragedia! - Głos Syriusz przesycony był ironią. - I ty też nie myśl sobie, że się z tobą ożenię.
- O, nie. To ty nie wyobrażaj sobie, że za ciebie wyjdę - powiedziała Raquela, wracając do swojego zwykłego uśmiechu. - Ale też nie chcę denerwować taty, jest taki samotny...
Do przedziału wrócił James, obładowany pudełkami czekoladowych żab (choć z dużym trudem między nimi można było dostrzec inne łakocie). Za Jamesem dreptały Sophia i Sonya z podobnymi zestawami.
- Będzie wyżerka - powiedział chłopak, zsypując słodycze na miejsce opuszczone przez rudą Lily, a dziewczyny poszły w jego ślady (widocznie taszczyły zakupy kolegi). - Jak ktoś znajdzie kartę z Dumbledorem to moja. Resztę możecie brać.
Syriusz przeniósł swoje słodycze na stosik usypany przez pozostałych. W tym momencie wrócili Gudgeonowie. Każdy z nich niósł po papierowej torbie łakoci, ale było ich zdecydowanie mniej, niż tego co przynieśli chłopcy wcześniej.
- Widzę, że już rozmawiacie - zaśmiał się James, parząc na Syriusza i Raquelę. - Sophia się do mnie w ogóle nie odzywa, co innego Sonya.
- I już odbiłeś mi żonę - zaśmiał się Davy.
- Przykro mi.
- A czy Sophia w ogóle coś mówi? - zapytał Syriusz.
- Mówię - odparła cichutko Sophia, a wszystkich zatkało. - Ale nie czuję takiej potrzeby.
- Ach, tak - wyrwało się Jamesowi. - To skoro Syriusz już ma żonę, ja mam dwie, to panom Gudgeonom trzeba kogoś znaleźć. Macie kogoś na oku? - Otworzył czekoladową żabę.
- Znam taką jedną dla Galvina - zaśmiał się Syriusz, przypominając sobie dziewczynę ze sklepu Madame Maklin. - Nazywa się Mortycja McGonagall...
- Ooo, nie - zareagowali natychmiast obaj bracia. - Tylko nie ona.
- Spotkaliśmy ją na peronie - wyjaśnił Davy. - Spytaliśmy ją tylko która godzina, a ona streściła nam cały swój życiorys - dodał Galvin.
- Normalnie, nie przestawała gadać.
- Bo nie mogła się powstrzymać, żeby nam się nie pochwalić tym, że jej siostra jest zastępcą dyrektora w Hogwarcie i gdyby tylko chciała to nie musiałaby jechać pociągiem, bo do szkoły mogła zabrać się z siostrą Siecią Fiuu - zakończył Davy z kwaśną miną.
- Ciekawe czy jej siostra jest takiego samego zdania - wyrwało się Syriuszowi.
Wszyscy, poza Sophią, ryknęli śmiechem.
- No dobrze, w takim razie, powiedziała dlaczego tego nie zrobiła? - zapytała Raquela, która nieco się uspokoiła.
- Zadałem jej to samo pytanie - odparł Davy, ocierając łzy rozbawienia. - Twierdzi, że "chce się przekonać jak to jest tak jechać i jechać...".
Popis aktorski Davy'ego, naśladującego gesty i ton głosu Mortycji, wywołał kolejną salwę śmiechu. Tym razem nawet Sophia cichutka zachichotała.
- Mnie to przekonało - podsumował James. - Mortycja odpada. Znacie kogoś jeszcze?
- Cassidy Levieaux - mruknął Syriusz.
- Ale z ciebie kobieciarz - wyrwało się Potterowi.
- Kto? - zapytała natychmiast Raquela. - Nie wygłupiaj się, ona nie dla niego. Taka porcelanowa lala.
- Ma w sobie krew wili. To wszyst...
- Biorę - przerwał Syriuszowi Davy.
- Cassidy dla pana o brązowej czuprynie. Proszę, proszę... Wile mają branie - powiedział zadziornie James. - Galvin, w takim razie dla ciebie zostaje ruda, albo moja kuzynka. Przedstawię ci Aurorę jak już będziemy w Hogwarcie, chyba, że mnie wcześniej znajdzie. Wilą to ona nie jest, ale można z nią wytrzymać. Byłem u niej na wakacjach w Llangefni, dopiero co się tam przeprowadziła. Mają tam świetny wiatrak. Nauczyłem ją w nim latać na miotle, graliśmy w shuntbumps. Nawet udało jej się zwalić mnie z mojego Nimbusa 1001, to świetna miotła wyścigowa, babcia mi kupiła. Szkoda, że musiałem zostawić ją w domu. No i u Aurory nauczyłem się jeździć na deskorolce. To dopiero historia! Deskorolka to takie urządzenie dzieci mugoli...
A pociąg mknął dalej przez zielone okolice, przez góry i doliny. Przelotny deszcz znów ustąpił miejsca słońcu. Pomału zaczęło się ściemniać, a w pociągu zapaliły się lampy. Do przedziału wróciła ruda Lily i zmierzyła wzrokiem dziewczyny, których zapewne nie spodziewała się tutaj spotkać. Na jej twarzy nie było już śladów łez, a na policzkach pojawiły się rumieńce.
- Czy ktoś mógłby mi pomóc zdjąć kufer? Muszę się przebrać - powiedziała.
James i Syriusz zerwali się równocześnie, spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem.
- Co w tym śmiesznego? Mam się pojawić na uczcie powitalnej w tym?
- Nic - odpowiedzieli równocześnie i śmiejąc się do rozpuku zabrali się za ściąganie kufra.
- A ten twój Smarkerus nie może ci pomóc - zapytał James.
- On ma na imię Severus... I chyba za wami nie przepada.
- Oooooo...
Kufer Lily w sekundzie wyślizgnął się im z rąk i spadł na ziemię. Część rzeczy Lily rozsypała się po podłodze, a James oberwał czymś po głowie.
- Przynajmniej okulary całe - podsumował, uśmiechając się szeroko.
- Hmm... Ładna koszulka nocna - mruknął Syriusz, pomagając zbierać to, co wypadło z kufra panny Evans.
- Różowa - dodał James, chwytając za jeden z rękawów. - Czekaj, czekaj... Co tutaj jest napisane?
- Jesteście okropni - wysyczała Lily, wyrywając im ją i energicznym gestem wpychając do kufra.
- Oj, daj spokój, przecież ci pomagamy - wymamrotał Syriusz.
- Obejdzie się.
- To co? Przebierasz się tutaj? Z nami? - zapytał figlarnie James.
- Chyba śnisz. - Zielone oczy dziewczyny niebezpiecznie się zwęziły.
Gwałtownym ruchem pociągnęła kufer i opuściła przedział. Sekundę później jej głowa znowu pojawiła się w drzwiach:
- Mam nadzieję, że nie będę w jednym domu z żadnym z was - oświadczyła i już jej nie było.
Chłopcy przez chwilę stali oniemiali, po czym znów wybuchnęli śmiechem.
- No dobra, moje panie - powiedział w końcu Syriusz. - Bądźcie tak miłe i zwiedźcie sobie korytarz. Mężczyźni muszą się przebrać.
- Jakby było na co popatrzeć - odparła Raquela chichocząc, ale wstała i wyszła, a za nią jej koleżanki.
Przebierali się w milczeniu, co było dość miłą odmianą po całym dniu pisków, śmiechów i przekrzykiwania się jeden przez drugiego. Choć, trzeba to przyznać, tak miłego dnia Syriusz dawno nie przeżył, a spodziewał się, że będzie takowych więcej.
- Za pięć minut będziemy w Hogwarcie. Proszę zostawić bagaże w pociągu, zostaną zabrane do szkoły osobno - usłyszeli kobiecy głos. Chłopcu wydał się on bardzo znajomy.
- Gotowi? - W drzwiach pojawiła się Raquela.
- Przynajmniej byś zapukała - syknął Syriusz, naprędce zapinając rozporek.
Wyjrzał przez okno. Było już zupełnie ciemno. Nałożył szybko czarną pelerynę i wyszedł na korytarz, by dołączyć do tłoczących się tam uczniów.