Ósma rano. Bazar w Środkowym. Przekupy z koszami jajek, jeden koleś sprzedający kapustę, piekarze, włókiennicy, kowale. Wszystko tu było i wszystkiego było tu pełno. Ludzie zachowywali się tak, jakby tuż za grubymi murami zewnętrznymi nie czaiła się wroga armia. Martwili się o utarg, o ceny, o jakość.

Nic dziwnego. W końcu w Ba Sing Se nie ma wojny.

Wei nie mógł na to wszystko patrzeć, szczególnie na ciężkim kacu. Pod Laogai leżał gość bez nogi, Dai Li w ciągu ostatniego miesiąca zlikwidowali więcej szpiegów Narodu Ognia niż mógł zliczyć na palcach u rąk. A ludziom wciskało się kit, że wszystko jest w porządku, kiedy mogłoby się im dać do rąk łuki, topory i co tam jeszcze. A do tego jakiś czubek malował krwią zaułki w Niższym, jakby i bez tego nie mieli dość kłopotów.

Podszedł do pierwszego straganu z biżuterią, na jaki natrafił. Młoda handlarka o jasnych, roześmianych oczach wyszczerzyła się do niego uprzejmie. Była pewnie w wieku rekruta, może nawet trochę młodsza.

– Szuka pan czegoś konkretnego? – spytała usłużnie. – Może będę mogła jakoś doradzić?

Przy każdym innym straganie oznaczałoby to „Kupujesz pan, czy nie?", ale ta mała wydawała się autentycznie miła. Dlatego Wei postanowił, że też będzie sympatyczny. Co mu szkodziło?

– W zasadzie to szukam dokładnie takiego wisiorka – wyciągnął z kieszeni dowód rzeczowy, który jego koledzy z nocnej zerwali z szyi nowego trupa. – Dostanę taki u ciebie?

Dziewczyna ostrożnie wzięła od niego zawieszkę. Zaczęła ją obracać w dłoni, przyglądając mu się dokładnie z każdej strony.

– Mogę panu sprzedać tuzin takich wisiorów – odpowiedziała. – Każdy tutaj może. Ostatnio są bardzo popularne. I dość tanie.

– Och. No cóż. Dziękuję za pomoc.

– Mogę panu nawet dać upust. To żaden problem!

Nie słuchał już jej szczebiotu. Dowiedział się tego, czego chciał. Teraz pozostawało wyratować Sang Ji z Biblioteki, przebrać się w jakieś inne ciuchy i jeszcze raz przepytać Brodacza.

Po drodze zwinął jeszcze sakiewkę jakiemuś grubawemu mieszczaninowi. Nie było powodu, żeby miał rezygnować ze starych nawyków.


Kolejny dzień spędzony w mundurze służb porządkowych nie zrobił nic, żeby Sang Ji oswoił się z niewygodnym strojem. Miskowate nakrycie głowy nadal ciążyło nieprzyjemnie, a spodnie i tunika ze sztywnego płótna krępowały każdy jego ruch. Najgorsze ze wszystkiego były jednak buty, boleśnie odcinające go od ziemi. Jako agent Dai Li przywykł do uczucia połączenia z żywiołem, które dawały mu kamienne buty i rękawice. Wei miał rację. Przemierzanie zaułków Niższego Pierścienia incognito faktycznie przypominało wyjście z domu bez spodni. Było może mniej żenujące, ale zdecydowanie równie niekomfortowe.

Agenci z nocnego patrolu znaleźli poprzedniej nocy kolejne ciało, tym razem chłopca. Płeć nie zrobiła jednak mordercy najmniejszej różnicy; zwłoki nadal były przebrane w damski strój właściwy arystokracji. Sang Ji był już gotów zorganizować przesłuchania wszystkich mieszkańców Górnego Pierścienia, żeby tylko znaleźć tego potwora, ale oczywiście ani dowódca polowy, ani Wielki Sekretarz by mu na to nie pozwolili. Im mniej ludzie wiedzą, tym lepiej dotyczyło zwłaszcza mieszkańców ścisłego centrum miasta. Dla wszystkich było korzystniej pozwolić otoczeniu Jego Wysokości żyć w błogiej niewiedzy. Musieli się z Weiem ograniczyć do żmudnej, frustrującej pracy pod przykrywką.

– Co wiemy o ofierze? – spytał szeptem.

– Jest martwy – odpowiedział mu cierpko Wei, przygryzając nerwowo końcówkę długiego wąsa. – Co jeszcze chciałbyś wiedzieć?

– A poza tym? – drążył dalej. – Przecież wiesz, że wszystko może okazać się ważne.

Wei westchnął cicho. Jego prawy wąs był teraz odrobinę krótszy od lewego.

– Dzieciak miał na imię Ngai. Znaleźli go w drogiej kiecce i z tanim wisiorem z bazaru. Siedemnaście lat. Pracował w Królowej Pustyni.

– To ten burdel?

– Nie. To ta mordownia w budynku obok.

Oficjalnie w Ba Sing Se nie było domów schadzek; obowiązywał też bezwzględny zakaz sprzedaży mocnego alkoholu. Niższy Pierścień oczywiście drwił sobie jawnie z obu przepisów. Dawniej za każdym razem, kiedy Dai Li likwidowali jeden zamtuz, natychmiast pojawiały się dwa lub trzy kolejne, jeszcze gorsze od poprzednika. Wszelkie próby zamknięcia lokali sprzedających napoje mocniejsze niż lekkie zbożowe piwo kończyły się podobnymi niepowodzeniami. Ludzie robili wtedy wino we własnych domach i sprzedawali pokątnie sąsiadom. Walka z pijaństwem wśród biedaków przypominała pojedynek z własnym cieniem. Nie mieli pieniędzy ani nadziei, więc przynajmniej znieczulający codzienne troski alkohol chcieli za wszelką cenę zatrzymać dla siebie. Dlatego ostatecznie pan Guotin pozwolił utrzymać przy życiu dokładnie jeden dom schadzek i sąsiadujący z nim wyszynk, słusznie uważając, że ich szemrani właściciele sami pomogą wytępić wszelką konkurencję. Nie było to może idealne rozwiązanie, ale jak dotąd nikt nie zdołał wymyślić niczego lepszego.

Królowa Pustyni była najbardziej obskurnym lokalem w najgorszej części Niższego Pierścienia Ba Sing Se. Już swoimi drzwiami wejściowymi, czarnymi od brudu i zbutwiałymi, jasno dawała do zrozumienia, z jakim miejscem człowiek ma do czynienia. Na wpół przegniłe okiennice trzymały się futryn chyba tylko dzięki sile woli właściciela, a ze stojącej pod jedynym oknem beczki na deszczówkę unosił się tak ostry zapach zgnilizny i wymiocin, że Sang Ji zebrało się na mdłości. Wzdrygnął się mimowolnie. Wei spojrzał na niego z politowaniem i zdecydowanym ruchem pchnął zdezelowane drzwi, po czym obaj agenci przestąpili próg jedynej tolerowanej przez władze mordowni w całym Ba Sing Se.

Kiedy drzwi zamknęły się za nimi, przez moment obaj widzieli tylko niewyraźne kłębowisko ciemnych kształtów. Drobne smugi dziennego światła, które wpadały do wnętrza przez szpary w okiennicy, natychmiast ginęły w zacienionej sali. Gęste kłęby tytoniowego dymu skutecznie pochłaniały wątłe światło porozstawianych tu i ówdzie ogarków. Mimo dość wczesnej pory – dopiero co minęło południe – prawie wszystkie miejsca przy stołach były zajęte. Ogorzałe, rumiane od ciągłego pijaństwa twarze obróciły się na chwilę ku nowo przybyłym; najwyraźniej nikt nie był jeszcze dość napruty, by nie zwrócić na nich uwagi. Wszyscy zebrani milczeli; w lokalu brakowało zwyczajnego dla legalnych przybytków szmeru rozmów. Nikt nie śpiewał, nie krzyczał, nie grał na piszczałce. Było cicho jak w grobie. Sang Ji omiótł nerwowym spojrzeniem klientelę Królowej. Gdyby nagle któremuś z pijaków zachciało się bójki, nie mieli z Weiem najmniejszych szans na utrzymanie swojej przykrywki. Musieliby zacząć tkać wszystko, co tylko znajdowało się w ich zasięgu. Czyli niestety bardzo niewiele.

Po przeciwległej stronie pomieszczenia zza baru przyglądał im się krytycznie wysoki mężczyzna, najpewniej właściciel. Poza nim Sang Ji nie zauważył nikogo, kto wyglądałby na pracownika. Agenci natychmiast podeszli do niego, klucząc między gęsto rozstawionymi stołami i omijając co gorsze plamy na podłodze. W miarę jak oddalali się od wyjścia, zapach alkoholu, octu i kwaśnego potu stawał się coraz bardziej nieznośny. Kiedy w końcu dotarli do samego baru, Sang Ji zaczął oddychać ustami.

– Czego tu chcecie? – warknął oberżysta.

Mężczyzna nie mógł być wiele starszy od nich, raczej nie przekroczył jeszcze trzydziestki. Jego małe, rozbiegane oczka łypały na nich spod czarnych krzaczastych brwi. Wzrostem przewyższał nie tylko Sang Ji, ale i Weia, który tunele pod jeziorem Laogai zawsze musiał pokonywać lekko przygarbiony. Oparte na kontuarze kościste dłonie sprawiały wrażenie silnych. Niebezpiecznych.

Wei zdawał się nie zauważać, jak bardzo mężczyzna przypomina wściekłego, wygłodniałego szakalo-wilka. Za swoją strategię obrał... no cóż, po prostu bycie sobą.

– Dwa razy wino ryżowe. Tylko żeby mocne było.

Oberżysta splunął na kontuar. Plwociny zapieniły się w mdłym świetle centralnie przed Weiem. Kilka kropel śliny zawisło na gęstej, zmierzwionej brodzie ich rozmówcy. Sang Ji nie musiał rozglądać się po izbie drugi raz, żeby wiedzieć, że od drzwi i, co ważniejsze, ziemi odgradza go co najmniej czterdziestka potencjalnie agresywnych napastników. Gdyby mężczyzna się wściekł, nie mieli z Weiem najmniejszych szans na przeżycie. O przykrywce lepiej było nie myśleć.

Oberżysta z hukiem postawił przed nimi dwa drewniane kufle. Nie wytarł śliny z kontuaru.

– Czego chcecie? – powtórzył nieco ciszej, ale nie mniej wściekle.

Wei upił łyk wina. Po chwili zaczął je z entuzjazmem żłopać.

– Pracuje tutaj Ngai – mówił powoli, wyraźnie akcentując każde słowo. – To znaczy: pracował.

Oberżysta lekko przekrzywił głowę. Jak sowo-kot albo jakiś inny drapieżny ptak.

– Nie znam człowieka – odpowiedział.

– No to niedobrze, stary – stwierdził Wei, z hukiem odstawiając pusty kufel. – W takim razie nie możemy ci powiedzieć, na kiedy jego szanowna mamusia planuje pogrzeb. Mówiła, żebyśmy informowali tylko znajomych dzieciaka.

Mężczyzna, purpurowy na twarzy, uderzył pięścią w kontuar, wprawiając oba kufle w drżenie.

– Pieprzysz! – syknął przez zęby, rozpylając przy okazji kolejne kropelki śliny. – Jeszcze wczoraj rano dzieciak miał się świetnie!

– Czyli jednak go znasz! – Wei uśmiechnął się szeroko i dopił swoje wino. – Szukamy gościa, który poderżnął mu gardło dzisiaj w nocy.

Z brodacza jakby uszło powietrze. Odrobinę zapadł się w sobie.

– Jeżeli zdarzyło się ostatnio coś dziwnego – podjął Sang Ji – proszę nam o tym opowiedzieć. Każdy drobiazg może się okazać ważny.

Wei spojrzał na niego z niedowierzaniem, ale się nie odezwał. Krótka pauza na zgryźliwy komentarz wybrzmiała i minęła.

– No… – mężczyzna przeczesał brodę kościstymi palcami. – Jakiś wariat przysłał mu niedawno, chyba przedwczoraj, wisiorek przez gońca. Taki babski, ale ja tam się za bardzo nie znam. Śmialiśmy się z tego wszyscy.

– A poza tym? – spytał niecierpliwie Wei i dorwał się do drugiego kufla.

Mężczyzna pokręcił głową.

– A to nie jest wystarczająco dziwne? Jaki czubek przysyła dorosłemu chłopakowi babskie błyskotki?

– No tak, pewnie jakiś wariat – zgodził się Wei. – Jak tylko dowiemy się czegoś więcej, damy znać.

Z drwiącym uśmiechem dopił zawartość drugiego kufla jednym haustem. Wygrzebał z kieszeni kilka monet i rzucił je dokładnie na wciąż niestarte z kontuaru plwociny.

– Dobre wino!

Sang Ji pokręcił głową z politowaniem i razem z przyjacielem skierował się ku wyjściu.

– Czekajcie!

Wei nie obejrzał się za siebie i nie zwolnił kroku.

– Tak?

– Kiedy ten pogrzeb?

Agent wzruszył ramionami. Na jego wąsatą twarz wypełzł bezczelny uśmieszek.

– A skąd mam wiedzieć?

Drzwi zajęczały przeciągle, kiedy Sang Ji szarpnął za gałkę. Nie było sensu wychodzić z godnością; obaj agenci wybiegli z Królowej Pustyni najszybciej, jak potrafili. Zanim skręcili za róg najbliższego budynku, usłyszeli jeszcze wiązankę przekleństw i charakterystyczny odgłos tłuczonej glinianej butelki.

Wei nie przejął się ani odrobiny.

– Przynajmniej nie rzucił nożem – stwierdził sucho.

Nie zwolnili kroku dopóki nie dotarli do Środkowego Pierścienia. Dopiero wtedy Sang Ji zdał sobie sprawę, jak bardzo jest wściekły.

– Musiałeś go wkurzać?! – wycharczał. – Przecież jak jeszcze tam kiedyś zobaczą twoją gębę, to wyjdziesz bez zębów!

Wei przygryzł końcówkę dłuższego, jeszcze nie nadgryzionego wąsa.

– W sumie to trochę musiałem – odpowiedział. – Facet od lat mnie wk... denerwuje. A poza tym moim zębom nic nie grozi. Poradzę sobie z nim.

Sang Ji nie miał siły się z nim kłócić.

– Dobra, jak sobie chcesz. A co myślisz o tym wisiorku?

– To pewnie ten sam, który dzieciak miał na szyi. Tym razem powinien być u szefa, razem z raportem.

– Czyli jednak one dostają wcześniej prezenty. Miałem rację.

– Ta, miałeś – Wei machnął niecierpliwie ręką. – A my mamy wariata, który wybiera dziewczyny z pospólstwa...

– I chłopców.

– Ta, wiem. I przebiera je w ładne rzeczy po śmierci. To nie ma sensu. Kwiaciarka nawet nie miała prawa znać tego pomocnika z Królowej. Za porządna dla niego była. I po jaką cholerę ktoś by się w to bawił?

– One wszystkie są ładne – rzucił Sang Ji. – A on je przebiera. Trochę jak dziecko bawiące się lalkami.

– Nieprzyjemne porównanie, stary – Wei skrzywił się odruchowo i przy okazji trochę za bardzo skrócił sobie wąs. – Cholera! Nasz świr układa je w dziwnych pozach. Może myśli, że jest jakimś artystą czy coś... A w ogóle co to niby był za tekst? Każdy drobiazg może okazać się ważny?

Sang Ji odchrząknął próbując ukryć zażenowanie. Czubki butów wydały mu się nagle bardzo intrygujące.

– Tak mi się jakoś powiedziało.

– Przez moment brzmiałeś jak prawdziwe służby porządkowe, stary! Nawet miałeś to uspokajające brzmienie. Może już za długo siedzisz w tych ciuchach.

W miarę jak zbliżali się do stacji kolejki, wokół pojawiało się coraz więcej przechodniów. Zbliżała się godzina, w której większość rzemieślników i kupców przerywała pracę, by wrócić do domu na obiad. Ludzie wylewali się z pomniejszych uliczek całymi grupami, co uczyniło dalszą rozmowę praktycznie niemożliwą. Im mniej ludzie wiedzą i tak dalej.

Agenci dotarli na stację razem z całym kłębowiskiem ludzi. Pasażerowie nawoływali się nawzajem, szukali swoich peronów i w skupieniu wczytywali się w niezmienne od lat rozkłady jazdy. Bardziej przypominali mieszkańców wielkiego mrowiska niż nowoczesnego miasta; miotali się tylko z jednego punktu w drugi, zaaferowani pracą i podekscytowani na myśl o zbliżającym się posiłku. Sang Ji czasem im tego zazdrościł; tej prostoty, którą mają w sobie tylko dobrzy ludzie. Sam nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się tak, jak oni musieli się czuć.

Pociąg do Strefy Rolniczej na szczęście był jednym z luźniejszych. Większość ludzi po prostu chciała przedostać się z jednej części Środkowego Pierścienia do innej. Dzięki temu Wei i Sang Ji mieli cały wagon prawie wyłącznie dla siebie.

– Myślisz, że szef jest na dole? – szepnął Wei tak głośno, że jakaś kobieta na chwilę odwróciła się w ich stronę.

Najwyraźniej całe to wypite wino zaczynało dawać o sobie znać.

Sang Ji ledwo dostrzegalnie skinął głową. Guotina prawie zawsze można było znaleźć pod Laogai. A jeżeli tam go nie było, to najpewniej składał raport Wielkiemu Sekretarzowi. Wszyscy agenci wiedzieli, który dom w Wyższym Pierścieniu należy do dowódcy. Wszyscy wiedzieli też, że odkąd przed trzema laty zmarła jego żona, mężczyzna nie nocował tam ani razu.

– Idziemy od razu czy czekamy do końca zmiany? – spytał Wei i natychmiast dostał ostrego ataku czkawki.

Sang Ji westchnął ciężko. Ostatnim razem, kiedy jego partner dorwał się do wina, zaczął śpiewać. Niby nie było w tym nic strasznego, bo Wei miał naprawdę ładny, przyjemnie niski głos. Ale repertuar, który zwykł dobierać w takich sytuacjach, pozostawiał wiele do życzenia.

– Sam pójdę. Ty się prześpij.

– Nie chce mi się spać, Sang Ji! – Wei zaczął wymawiać wszystkie sylaby z przesadną dokładnością. Jak człowiek, który stara się udowodnić, że jest najzupełniej trzeźwy. Nie zadziałało.

– To nie śpij – Sang Ji starał się mówić możliwie jak najciszej, żeby nie zwrócić niczyjej uwagi. – Ale jak usłyszę chociaż jedną zwrotkę jakiejś sprośnej przyśpiewki, to cię zaknebluję!

Urażony Wei prychnął pogardliwie i natychmiast dostał kolejnego ataku czkawki. Sang Ji ukrył twarz w dłoniach. Czasem jego przyjaciel naprawdę był skończonym idiotą.


– I wtedy rzucił w nas butelką, szefie. Taką glinianą, od wina.

Sang Ji jęknął i przewrócił oczami. Wei oczywiście nie dał się przekonać do drzemki. Zamiast tego postanowił osobiście złożyć raport dowódcy polowemu. Umyślił sobie, że Sang Ji na pewno pominie najważniejsze fakty i generalnie wszystko pomiesza.

Pan Guotin cierpliwie słuchał ze swojego miejsca za prostym kamiennym biurkiem. W ogóle wszystko, co tylko mogło, było w jego gabinecie utkane z ziemi i skał. Nawet przegródki na dokumenty i kałamarz. Całe pomieszczenie swoją surowością zachęcało do tego, żeby możliwie szybko przedstawić dowódcy raport i natychmiast uciec na zewnątrz. Tylko jeden agent policji kulturalnej potrafił się oprzeć temu efektowi gabinetu szefa: Wei po wypiciu alkoholu.

Sang Ji słuchał z zażenowaniem, jak jego przyjaciel znowu robi z siebie durnia przed dowódcą. Miał cichą nadzieję, że Wei nigdy nie dowie się, jak genialnej rozrywki mu dostarcza. Jego raport skupiał się, jak zwykle w takich sytuacjach, na wszystkich mało istotnych drobiazgach. Rozpływał się na temat smaku wina z Królowej i generalnej obskurności lokalu, opowiadał z pietyzmem o każdym niuansie rozmowy z oberżystą i o tym, jak gliniana butelka o mały włos nie roztrzaskała mu czaszki. Jedyna konkretna i użyteczna informacja, którą mogli zaoferować, umykała mu bezlitośnie za każdym razem, kiedy otwierał usta. A w ciągu całego tego przedstawienia szef robił się coraz bardziej siny z wściekłości.

– Fakty! – zachrypiał w końcu i z impetem uderzył dłonią o blat.

– Fakty, sir, są takie, że... – Wei zdawał się nie zauważać, jak bliski wybuchu jest dowódca.

Sang Ji uznał, że najwyższa pora skończyć ten cyrk.

– Ofiary dostają od mordercy prezenty przed śmiercią – przerwał przyjacielowi. Nie miał zamiaru płacić za jego głupotę. – Ustaliliśmy, że Trzecia dostała drogą bransoletkę, a Czwarty damski wisiorek. Ostatni prezent dostarczony został przez gońca. Podejrzewamy, że to ta sama biżuteria, którą na nich znaleźliśmy. Nikt nie zgłosił kradzieży ozdób, więc prawdopodobnie zostały nabyte legalnie.

Guotin przyjrzał mu się uważnie znad siwych brwi. Uśmiechnął się lekko i skinął głową.

– Bransoletka przepadła, ale wisiorek został sprawdzony z samego rana. Pochodzi ze Środkowego Pierścienia. To tania bazarowa ozdoba. Czy życzy pan sobie, żebyśmy obeszli teraz krawców i sprawdzili tę suknię?

– Nie, za dużo pytań. Nowe rozkazy.

Szef najwyraźniej wyczerpał już swój dzienny limit słów, bo zaczął pisać na niedużym skrawku pergaminu. Rozkasłał się przy tym okropnie. Odkąd stracili medyka, z szefem było coraz gorzej. Sang Ji zaczynał się już martwić o dowódcę, ale oczywiście o nic go nie pytał. I tak nie potrafiłby pomóc, a stary Guotin tylko by się na niego wściekł. Najlepszym rozwiązaniem było zdaniem agenta przysparzanie jak najmniejszej ilości kłopotów i wykonywanie swojej roboty.

Rozkazy były bardzo proste, napisane bez ozdobników. Guotin pisał tak, jak mówił – tak mało, jak to tylko możliwe.

Sang Ji: Natychmiast sprowadzić znachorkę, którą znaleźliście w Niższym. Nie ważne, co Huang Fu planował. Ma tu być na wczoraj rano! Dostała suknię, możliwy cel. Bierzesz rekruta, który ją obserwuje. Jest na miejscu.

Wei: Spać i trzeźwieć! Nie chcę cię więcej widzieć na służbie w takim stanie.

– Czy to znaczy, że wreszcie będziemy mieli medyka, sir? – Wei brzmiał, jak podekscytowany dzieciak.

Guotin skinął głową.

– Czyli dziewczyna jest absolutnie i koniecznie niezbędna. Cholera.

Szef usadowił się wygodniej na krześle i uniósł lewą brew. Kontynuuj, mówiła cała jego postawa. To na pewno będzie dobre. Na pijanego Weia ta poza działała zawsze, bez wyjątku.

– No bo skoro ten... ten... Artysta! Skoro ten Artysta poluje na naszą dziewczynę, to może mu ją dajmy?

Szef uniósł drugą brew i odrobinę się uśmiechnął. Sang Ji doskonale wiedział, co Wei planuje i naprawdę nie rozumiał, czemu Guotin go zachęca. Ten plan mógł się nie udać na milion różnych sposobów, więc oczywiście powinni wymyślić coś innego. W końcu o dobrego medyka było naprawdę ciężko, a niewielu z nich chciałoby pracować dla Dai Li.

– Może niech się mała trochę pokręci po centrum, w końcu stamtąd pochodzą wszystkie te ładne kiecki. A potem puśćmy ją gdzieś samą po nocy, ale z ogonem, żeby przejąć tego tam... – Wei zgubił na chwilę wątek, ewidentnie pogrążony w meandrach swojego planu. – No i koniec!

Guotin spojrzał uważnie na Weia, a potem przeniósł spojrzenie na Sang Ji, który czuł, że odrobinę trzęsą mu się dłonie. Szef czekał na jego opinię, na komentarz, który pomoże mu podjąć decyzję. Gdyby Sang Ji wskazał jakikolwiek rażący błąd w rozumowaniu partnera, jakąś usterkę w planie, musieliby wymyślić coś lepszego. Ale największym problemem w pomyśle Weia był brak rażących błędów. W planie tak prostym ciężko jest coś zepsuć. Poza tym byli zdesperowani. Ciężko jest prowadzić śledztwo tak, żeby ludzie się o nim nie dowiedzieli.

– Dziewczyna musi nam najpierw zaufać – stwierdził w końcu. – Przynajmniej na tyle, by czuć się swobodnie w towarzystwie choćby jednego z agentów. Nie może chodzić sama po centrum, to zbyt ryzykowne. No i musi po tym wszystkim chcieć z nami zostać. Potrzebujemy medyka, jak by nie patrzeć.

Zrobił to. Pomógł przekonać szefa, że najlepiej będzie ryzykować nowego medyka. Ale prawda była taka, że nie mieli nic, a żaden Dai Li nie chciał czekać bezczynnie na kolejne trupy. Mieli dość roboty i bez nich. Oblężenie samo się nie ukrywało. Ludzie zaczynali już marudzić.

– Zatwierdzam – wycharczał szef. – Dwa tygodnie.

Guotin wydał im rozkaz. Wyznaczył im nawet ostateczny termin. Nie było już odwrotu. Istniała tylko jedna odpowiedź, jaką Wei i Sang Ji mogli teraz dać szefowi.

– Tak jest, sir! – zawołali chórem i ukłoniwszy się nisko, zniknęli za drzwiami.