Umrzesz za trzy dni
Część piąta
Red King in Pink glasses
aka Welcome to the kingdom of Love and Passion
Przeszłość
21 lat temu, apartamentowiec rodziny Donquixote
Historia Crocodile'a
Winda sunęła gładko do góry bez najmniejszego szmeru. Crocodile obserwował świecące się po kolei guziki. Doflamingo z kolei przypatrywał mu się z uśmiechem. W końcu zdołał jakoś oswoić nieprzystępnego ponuraka. Nachodził go co dzień, zwalając się na głowę z przerażającą regularnością i ostatecznie udało mu się nakłonić przyjaciela do rewizyty. Choć nie bez wysiłku.
Crocodile nie podzielał jego entuzjazmu. Dziwnie czuł się w tym wielkim budynku. Elegancja biła z każdego kąta w sposób wprawdzie dość dyskretny, ale mimo to czuł, jakby tu nie pasował. Nie dał po sobie nic poznać, kiedy winda stanęła.
- To tu?
- Chcę, żebyś kogoś poznał.
Crocodile nie miał czasu się zdziwić, bo drzwi się rozsunęły.
- Witaj w domu, paniczu!
Po obu stronach korytarza stał szpaler ludzi.
- Wróciłem. Cześć, rodzinko – wyszczerzył zęby Doflamingo. – Pozwólcie, że przedstawię wam mojego przyjaciela. To Crocodile, bądźcie dla niego mili, dobrze?. A to Vergo, lokaj…
Wysoki młodzieniec z resztkami batonika na policzku poprawił okulary na nosie, drugą rękę trzymając na głowie małego chłopca.
Jak mafia z jakiegoś filmu, kuźwa. Zaraz, czy mafia lubi słodycze?
- …Law…
Chłopczyk z białym pluszowym misiem podbiegł na swoich tłustych nóżkach i przytulił się do nogi Doflamingo.
Lubisz dzieci, Doflamingo?
- …Monet…
Mała zielonowłosa dziewczynka wyjrzała zza szerokiego płaszcza mężczyzny stojącego obok.
Nie mówiłeś, że masz siostrę.
- …CC, lekarz...
Młody mężczyzna o fioletowo-czarnych włosach wyszarpnął płaszcz Monet i zarechotał, patrząc z oddaniem na panicza.
Crocodile zapewne wybuchnąłby śmiechem, gdyby nie był Crocodilem.
- ..Baby 5, sprzątaczka…
Która właśnie mierzyła w twarz Vergo odkurzaczem. Dziewczyna wyglądała na pokojówkę, ale… u jej boku wisiała czterdziestka piątka.
Co do…?
- …Violet, kucharka…
Piękność w długiej rozkloszowanej sukni tupnęła obcasami służbiście, jak w jakimś tańcu.
Kucharka, naprawdę?
- No już, sio – powiedział pogodnie dziedzic rodziny Donquixote. – Chodź, Croco.
.
.
W salonie Crocodile niemal zapadł się w kanapę i spojrzał z wyrzutem na Doflamingo.
- Zrobiłeś to specjalnie?
- Ej, nie moja wina, że to miękkie – zaprotestował gospodarz, po czym zauważył pełen nagany wzrok chłopaka. - Zwariowałeś? Ja im tylko powiedziałem, że będę miał gościa.
Doflamingo siedział naprzeciwko niego z szeroko rozłożonymi nogami. Monet przyniosła im napoje, ledwo mogąc unieść tacę, eskortowana z troską przez CC.
- Smacznego – pisnęła dziewczynka i uciekła, a mężczyzna wycofał się z ukłonami.
- Z nimi wszystko w porządku? – Crocodile'owi bynajmniej nie umknęło „oddanie", jakim CC obdarzał panicza.
- Chyba tak. Czemu pytasz?
- Nieważne.
Czarnowłosy ujął kubek z kawą. Doflamingo przyglądał mu się z rozbawieniem.
- Spodziewałeś się chińskiej porcelany?
- Bardzo śmieszne.
- Przeglądałem ostatnio oferty pracy – blondyn zmienił temat.
- To dość niezwykłe jak na ciebie – Crocodile zmierzył go wzrokiem.
- Wiem, że dużo rzeczy może ci się wydawać, ale ja naprawdę nie śpię na łabędzim puchu, Croco. Poza tym, chciałbym spróbować, jak to jest. Mamy przecież wakacje… - Crocodile rzucił mu posępne spojrzenie - …no dobra, ty masz niemal wieczne wakacje…
- Ciekawe, jak to zrobisz – mruknął gładkowłosy.
- Jestem Donquixote Doflamingo.
- Właśnie o tym mówię.
- Więc chodź ze mną.
.
.
.
Apartamentowiec rodziny Donquixote, parter
Apartamentowiec rodziny Donquixote mieścił się w samym sercu jednej z bogatych dzielnic-wysepek, Dressrosy. Na szczycie kilkudziesięciopiętrowego budynku stał penthouse Doflamingo. Na wyższych piętrach mieszkała reszta rodziny i mieściły się biura korporacji Smile, zaś na niższych piętrach były mieszkania na wynajem do użytku prywatnego. Na parterze mieściły się ogromne powierzchnie handlowo-komercyjne.
Doflamingo wyszedł z windy na dole i poszedł wzdłuż wyłożonego marmurem korytarza, zatrzymując się przy jednym ze sklepów. Crocodile podszedł i zobaczył witrynę jak z trailera kiczowatego horroru, straszącego jedynie tandetą. Nad chybotliwą konstrukcją z plastikowych czaszek wisiał napis Kage Kage no Tatoo & Styling.
- Wygląda… osobliwie.
- Też mam ciarki, jak tu przychodzę – zapewnił go Doflamingo. – Poczekaj, aż zobaczysz właściciela.
Otworzył drzwi. Koło ucha Crocodile'a przeleciał talerz i rozbił się z brzękiem o najbliższą kolumnę.
- Cindry, przestań! To moje drugie śniadanie!
- Nie, Hogback…! Nie wyjdę za ciebie!
Mężczyzna w okrągłych okularach klęczał przed dziewczyną z pudełeczkiem w ręce, która właśnie rozglądała się za kolejnym pociskiem.
- Hej? – powiedział pytająco Doflamingo.
Zza drzwi wypadł drugi mężczyzna, wyglądający jak got w okolicach trzydziestki, w bladym makijażu i purpurowych włosach, wymachując pistoletem do tatuażu.
- Nie mogę się przez was skupić! Wynocha! Weź ją na jakąś kolację, Hogback!
I wtedy zauważył Doflamingo, który mu pomachał ze złośliwym uśmiechem. Momentalnie chwycił za kark wstającego okularnika.
- Nigdzie nie idziesz! Obsłuż… go – zgrzytnął zębami, pchając mężczyznę do przodu, po czym zniknął za drzwiami.
Crocodile spojrzał oszołomiony na nich.
- Moria ma chyba zły dzień – zauważył beztrosko jego przyjaciel.
- Jak zawsze, gdy pana widzi, panie Donquixote – powiedział usłużnie Hogback.
- Ze wzajemnością.
- Co panicza do nas sprowadza? – zapytała Cindry, chwilowo tracąc zainteresowanie pacyfikowaniem swojego adoratora.
- Muszę przestać być Donquixote Doflamingo.
Gdy po kilku godzinach podziwiał w lustrze swój nowy image, Crocodile pochylił się do jego ucha.
- Doflamingo?
- Co?
- O co chodzi z tą dwójką?
- To proste. On kupił standardowy pierścionek zaręczynowy z diamentem. A ona kocha rubiny i nienawidzi tradycji.
.
.
.
Dwa tygodnie później, East Blue
Crocodile maszerował ulicą w towarzystwie Doflamingo, wbity w za mały pożyczony garnitur. Wyglądał, jakby szedł na pogrzeb, a czuł się niewiele lepiej. Bon Clay dzięki występom w teatrze miał dostęp do różnorakiej garderoby. Doflamingo był ubrany w luźną koszulę i dopasowaną marynarkę w odcieniu głębokiego fioletu. Właśnie luzował kołnierzyk, już po raz drugi tego dnia. Crocodile był świadkiem, jak najpierw Vergo pieczołowicie molestował krawat Doflamingo, a potem, gdy pojechali do niego – Bon Clay, obydwaj jednako zdegustowani brakiem dbałości „panicza" o swój wygląd.
- Doflamingo, wiesz, że nie zamierzam ci niczego zawdzięczać.
- Nie zawdzięczasz. No, może poza tym, że uratowałem ci życie…
- …uprzednio rozjechawszy jak pierwszego lepszego robaka - wtrącił Crocodile.
Poza tym, mój dług spłacił Mihawk. Dopóki nosisz jego opaskę, w New World nikt cię nie tknie.
- Pamiętam naszą umowę. Ja nie wtrącam się do twojego życia i wzajemnie – powiedział Doflamingo takim głosem, jakby recytował wyuczoną lekcje. – Choć nie da się zaprzeczyć, że mógłbym twoje znacznie ułatwić. Co powiesz na garnitur na urodziny, na początek?
Crocodile wyobraził sobie stos rzeczy, które by na niego spadły z góry, gdyby się zgodził. Sama myśl o tym była przytłaczająca. A poza tym, nienawidził długów.
- Daruj sobie. Niczego od ciebie nie wezmę.
- Tak tylko pytam.
Gdy doszli pod agencję, Doflamingo już miał położyć rękę na klamce, gdy Crocodile powstrzymał go. Obrócił go twarzą do siebie i zawiązał nieszczęsny krawat. Blondyn uśmiechnął się jak dziecko przyłapane na psocie.
- Wyglądaj jakoś.
- Mówisz zupełnie jak Vergo.
- Zapomniałeś o jednym.
- O czym?
- O okularach. Nigdy cię bez nich nie widziałem, jakby się zastanowić.
- Nie przejmuj się. Te nie są tak ekstrawaganckie jak te, które noszę na co dzień.
.
.
Kilka minut później, East Blue, agencja turystyczna „Podróż Marzeń"
- Dzień dobry, dokąd chcieliby się państwo udać na wycieczkę?
Gdy weszli do środka, chłopak w czarnych loczkach siedzący za biurkiem wyrecytował te słowa jak cyborg z tego modnego filmu, który widzieli ostatnio.
- My do pracy – powiedział Crocodile.
- Panowie…?
- Crocodile.
- Mów mi Joker – powiedział Doflamingo.
Crocodile spojrzał na niego.
To miałeś na myśli, gdy mówiłeś, że musisz przestać być Donquixote Doflamingo?
- Witamy w „Podróży Marzeń". Nazywam się Kuma, miło mi. Powinienem was oprowadzić - chłopak wyprysnął zza biurka i podszedł do drzwi, by przekręcić tabliczkę na nich na „zamknięte".
Crocodile spojrzał na Jokera, który uniósł kciuk do góry. Początek zapowiadał się nieźle.
.
.
.
Dwa miesiące później, penthouse na szczycie apartamentowca rodziny Donquixote
To były cudowne wakacje. Nawet Crocodile by się z tym zgodził, choć nigdy by tego nie przyznał. Po raz kolejny w przeciągu tych dni siedział na zdradziecko miękkiej kanapie, patrząc, jak Vergo na zewnątrz pilnował Lawa pluskającego się w basenie i jak Monet atakowała CC lalką siedząc mu na kolanach. Blondyn uśmiechnął się do niego. Baby 5 przyniosła chłodne napoje.
- Paniczu, Crocodile-sama.
Nawet nie spostrzegł się, kiedy zaczął tu bywać na równi z własnym domem. Rodzina Donquixote przyzwyczaiła się do niego bez cienia protestu. Jedynie Iva wciąż narzekał, że widuje go tylko wieczorami.
Lokaj wyciągnął wierzgającego chłopca z wody i przyszedł do salonu. CC niósł na rękach dziewczynkę. Dzieci ustawiły się w kolejce po buziaka do każdego dorosłego – jedynie Crocodile miał obiekcje, gdy Monet objęła go ramionkami, a Law wyciągnął do niego rączki. Vergo spojrzał na niego nagląco, więc szybko cmoknął małe czółka – po czym dzieci zostały odniesione do łóżek. Crocodile sięgnął do kieszeni.
- Ciebie Iva i Bon całują na dobranoc? – zapytał Doflamingo, gdy zostali sami.
- Nie.
Szybko ich z tego wyleczyłem.
- Aha. Fajnie było w tamtej pracy, co nie?
Nawet nie zauważyłem, kiedy nauczyłeś się czytać mi w myślach.
- Doflamingo, ja zostaję – powiedział, wyjmując cygaro.
- Naprawdę? Spodobało ci się? Czy może polubiłeś Kumę? – roześmiał się Doflamingo, przesiadając się na oparcie kanapy.
- Po prostu nie mam nic innego do roboty.
- Facet się ucieszy, jak cię jutro zobaczy. To dobry chłop. Czasem aż żałuję, że muszę wracać do szkoły. Przy okazji nabawiłeś się tego paskudnego nałogu, Croco.
- A ty wyszedłeś z papierosów. Gratulacje. Sam będę decydować, czym się truć.
Doflamingo wybuchł głośnym śmiechem.
- Uważaj, bo okulary ci spadną – powiedział śmiertelnie poważnie Crocodile, gryząc cygaro.
- Nie chcesz zobaczyć?
- Czego?
- Jak wyglądam bez.
- Gdybym chciał, już dawno bym ci je zdjął.
Skąd wiedziałeś, że o tym marzę?
Doflamingo uśmiechnął się prowokująco. Crocodile wstał, obszedł stolik i pochylił się nad nim, wyciągając rękę w stronę twarzy blondyna.
Jego oczy były zaskakująco niebieskie.
To niebo powinienem był zobaczyć wtedy, gdy się obudziłem.
Doflamingo wyjął mu cygaro z ust i zaciągnął się, wydmuchując dym prosto w twarz przyjaciela. Podniósł rękę i dotknął policzka Crocodile'a, przez który biegła brzydka podłużna blizna. Na jego ustach igrał lekki uśmiech.
Crocodile nagle zapragnął zetrzeć mu z twarzy ten kretyński uśmiech.
I zrobił to. Własnymi wargami.
.
.
Tamtego dnia zatraciliśmy się. Ucząc się dawać i brać. Równi tak, jak nigdy dotąd.
Bez pośpiechu.
Bezpowrotnie.
I choć wiedzieliśmy, że to niemożliwe, nie baliśmy się pragnąć, że będzie tak wiecznie.
.
.
.
Czasy współczesne
6 dni temu
Historia Kida cd.
Crocodile bębnił w kierownicę palcami. Kid siedział obok, obserwując sznur aut przed nimi.
- Dokąd cię odwieźć, dzieciaku?
- Gdziekolwiek.
Widząc pytający wzrok, wyjaśnił:
- Po prostu dziś nie mam, hm… gdzie spać. Kiedy nie mam klientów, zwykle waletuję u kumpla, Killera, ale chyba się wnerwił ostatnio.
- Adres? – zapytał chłodno Crocodile.
- New World 35.
Mężczyzna wcisnął gaz. Patrząc na jego ostry profil, Kid doszedł do wniosku, że ciasnota w spodniach nie ma nic wspólnego z ich źle dobranym rozmiarem. Ten cholerny facet o wyglądzie rasowego alfonsa zwyczajnie mu się podobał. Kurwa.
Samochód się zatrzymał. Chłopak odpiął pas.
- Dzięki, Cro… yy… panie Crocodile.
To nie wygląda jak pieprzone slumsy. Co to, Alabasta? Nie mam nic do roboty w okolicach Grand Line.
- Wejdziesz na górę?
Kid spojrzał na niego. Chciał go pocałować, ale…
Crocodile odwrócił twarz w bok, mrożąc go wzrokiem.
Chłopak nachylił się w jego stronę zdecydowanie i odszukał zimne usta.
- Czemu pan to robi? – wymamrotał.
- Jestem ciekaw, co masz pod spódniczką, kiedy jej nie nosisz…
Kid przypomniał sobie o kabaretkach i zaklął w myślach.
- …I mów mi po imieniu.
.
.
.
Czasy współczesne
Wieczorem, Red King
Drzwi łazienki skrzypnęły. Kid oderwał się od ściany.
- Crocodile…
Czarnowłosy mężczyzna, wychodząc, spojrzał na niego. Uniósł jedną brew.
- Kid. Wybacz, nie powinienem był ci tego robić.
- Nie… to ja przepraszam.
Czerwonowłosy chłopak się zamachnął. Nóż gładko przeciął koszulę, na której wykwitły szkarłatne krople.
Przepraszam, stary.
