7.
Śnieg wirował w tańcu do bezdźwięcznej muzyki, którą mogło usłyszeć jedynie ograniczone grono. Gdy oboje szli białymi, pustymi ulicami, gdzie ciemność z trudem była rozpraszana przez nieliczne latarnie, wydawało im się, że mogą ją wyczuć, gdy melancholijnie drżała na granicy słyszalności, jakby drwiąc z wszelkich prób pochwycenia jej melodii.
Biały puch skrzypiał pod dwoma parami butów. Nie spieszyli się, idąc spokojnym, równym krokiem. Z rzadka mijały ich jadące wolno samochody, omiatając wtedy długimi światłami dwójkę przechodniów, którzy nie rozglądali się na boki. Podziwiali niekończące się kaskady maleńkich, białych drobinek, które wyłaniały się z nieprzeniknionego mroku nad ich głowami.
Emanon czuła ciepło bijące od dłoni demona. Pomimo zimna i mrozu, który nieoczekiwanie skuł uśpione miasto, nie miał założonych rękawiczek. Czuła pod palcami jego skórę, zaskakująco delikatną i gładką.
Nie wypuszczał jej dłoni, unikając jednocześnie jej wzroku, jakby bał się, że może spróbować od niego uciec. Emanon także milczała, idąc u jego boku i w zamyśleniu spoglądając w niebo.
Czy Sebastian rzeczywiście bał się tego? Nie. To nie było do końca tak. Jakaś część jego skarlałej, sczerniałej duszy wręcz pragnęła takiego rozwoju wypadków, który niechybnie odwlókłby wydarzenia, które miały niedługo nadejść. Nie rozumiał siebie. Nie rozumiał, dlaczego właściwie opanowały go tak nienaturalne uczucia.
Mógłby pozwolić jej odejść. Pozwoliłby jej zwlekać i odsuwać przeznaczenie, od którego nie było odwrotu. Nie trzymał mocno jej dłoni, chociaż ledwo się od tego powstrzymywał. Gdyby chciała, dziewczyna mogłaby z łatwością uwolnić się od jego dotyku. Nie miałby jej tego za złe.
A jednak tego nie zrobiła.
Sebastian skarcił się gorzko za myśli, które natrętnie nie pozwalały mu wyrzucić się z umysłu. Nie powinien w ogóle zastanawiać się nas takimi rzeczami.
A jednak…
Coś boleśnie ścisnęło mu się w sercu, gdy w końcu stanęli na miejscu. To był koniec ich drogi, stanowczo zbyt krótkiej. Duży, piętrowy budynek otoczony był wysokim, murowanym ogrodzeniem. Dwa samochody stały na wjeździe, ciche i puste, powoli pokrywając się gęstniejącą pokrywą śniegu. W jednym z okien na piętrze paliło się światło, jakby prowokując do działania. W pobliżu nie było widać żadnych śladów żywych ludzi.
- Czeka na nas – powiedziała cicho Emanon, bez ruchu wpatrując się w światło.
- Nie musimy tam iść… dzisiaj – Sebastian wykrztusił po chwili, siłując się z własnym głosem, który nie chciał wydostać się z jego dziwnie zaciśniętego gardła. – Możemy się tym zająć kiedykolwiek indziej. Nawet jeśli Noczkin wyjedzie, to odnajdziemy go…
- Sebastianie – przerwała mu, z nieoczekiwanym uśmiechem podnosząc na niego wzrok pierwszy raz, odkąd wyszli z parku. - Przecież wiem, że skończył mi się czas.
Nieukształtowane, nigdy nie wypowiedziane słowa cisnęły mu się na usta, chaotycznie i w bezładzie. Uleciały jednak wraz z oddechem, który zamienił się w obłok pary i rozwiał po chwili. Cisza troskliwie zatarła jego ślady.
- Tak. Rzeczywiście.
Śnieg trzeszczał im pod butami, gdy biegli przez wąski trawnik w stronę budynku. Ktoś krzyknął –zauważono ich. Sebastian szybkim szarpnięciem skręcił kark mężczyźnie, który wybiegł nagle zza rogu. Było ich więcej; na parterze pozapalały się światła; nie było sensu dłużej ukrywać swojej obecności. Trzaskały odciągane bezpieczniki.
Sebastian uśmiechnął się z pobłażaniem, bez trudu forsując wejście i błyskawicznie pozbawiając życia kolejnych dwóch najemników, zanim ci zdążyli choćby nacisnąć spust. Emanon była tuż za nim, trzymając broń w pewnym uścisku.
Skręcili korytarzem w prawo. Sebastian podskórnie wyczuwał obecność ludzi i ich dokładne miejsce pobytu nie stanowiło dla niego żadnej zagadki. Skoczył naprzód, umykając przed gradem pocisków i szybciej, niż ludzkie oko mogłoby zarejestrować, przemknął wprost do głównego salonu, skąd ostrzeliwała się pozostała przy życiu ochrona dilera. To byli tylko ludzie i ich umiejętności nie stanowiły żadnego wyzwania – jeden po drugim ginęli od ciosów miażdżących kości i płynnych, kocich ruchów skręcających karki.
To była tylko przystawka, niegodna uwagi, jednak konieczna do zajęcia się nią choć przez chwilę. Deser czekał na górze, samotnie, słuchając krzyków ludzi zarzynanych jak świnie.
-Sebastianie, widzę schody! Idę na górę – Emanon rzuciła w biegu, przemykając przy ścianie i próbując nie poślizgnąć się na kałużach posoki zalewającej drogie panele.
- Zaraz do ciebie dołączę – odparł pogodnie, wykręcając rękę mężczyzny, który myślał, że z mniejszej odległości jego broń okaże się skuteczniejsza. Sebastian ledwie poczuł nieprzyjemne mrowienie w boku, gdzie zatopiły swoje kły wystrzelone przed chwilą pociski, nie wyrządzając mu jednak praktycznie żadnej realnej szkody.
Emanon zawahała się, mijając jedno z ciał. Podniosła nóż, który przy nim leżał, lepki od stygnącej krwi, a potem wbiegła na schody prowadzące na górę, nie oglądając się za siebie. Serce biło jej jak szalone, a dłonie kurczowo zaciśnięte na pistolecie były zimne jak lód.
Sebastian wygrzebał z rany na ramieniu kolejny pocisk, rzucając go niedbale na podłogę. Rozejrzał się dla pewności dookoła, chociaż nie wyczuwał już na parterze obecności żadnego człowieka. Był zadowolony z tego, jak szybko mu poszło. Miał złe przeczucie odnośnie tego, co miało wydarzyć się na górze i chciał jak najszybciej…
Uchylił się w ostatniej chwili; nóż ze świstem przeleciał tuż obok jego twarzy, wbijając się z hukiem w drewnianą boazerię.
Sebastian odwrócił się błyskawicznie, jednocześnie czując jak zamiera mu serce. Nie… To nie było możliwe…
Przed nim stał demon.
Kobieta o włosach tak jasnych, że wydawały się niemal białe, zamarła w bezruchu po drugiej stronie pomieszczenia. Oczy błyszczące od szkarłatu wpatrywały się nieruchomo w drugiego demona. Na chwilę wszystko wokół nich zamarło, nawet czas.
- Nie pozwolę ci odejść. Otrzymałam rozkaz zabicia wszystkich wrogów – matowy, bezbarwny głos wydobył się z ust kobiety. Nawet nie mrugnęła.
- Więc zapowiada się ciekawie – Sebastian strzyknął stawami, pozwalając, by mrok rozpostarł się wokół niego, głodny i drżący z wyczekiwania. – Bo ja dostałem rozkaz załatwienia tego jak najszybciej.
- Więc lepiej się pospiesz…
Drwiący uśmiech zamarł na jego ustach.
Mężczyzna podniósł wzrok swoich mętnych, rybich oczu powoli i jakby z ociąganiem. Nie wydawał się być zaskoczony widokiem dziewczyny w drzwiach swojego gabinetu. Ani tym, że mierzy do niego z pistoletu.
Zabrzęczały kostki lodu w szklance z ręcznie rżniętego szkła. Noczkin niespiesznie upił łyk whisky. Siedział wygodnie rozparty w fotelu, bokiem zarówno do okna, jak i Emanon.
Wciągnęła ze świstem powietrze, dostrzegając znak kontraktu na oku mężczyzny.
Niepewnie postąpiła krok do przodu, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co robi.
- Dlaczego…
- Czyli jednak jesteś taka głupia.
Nie zdążyła się uchylić, nie spodziewając się tak szybkiej reakcji. Noczkin strzelił do niej, podnosząc się jednym, płynnym ruchem.
Odstawił szklankę na blat ciężkiego, mahoniowego biurka, podchodząc do dziewczyny, która z trudem łapiąc hausty powietrza, zginała się powoli wpół, przygnieciona bólem. Nie mogła podnieść broni. Była zbyt ciężka, wyślizgiwała się ze sztywniejących nagle palców…
Mężczyzna wyrwał ją z jej uścisku, rzucając w kąt pomieszczenia. Emanon poczuła, jak silne, gorące palce Noczkina zaciskają się na jej gardle, odcinając jej dopływ tlenu.
Szarpnięciem przygwoździł ją do ściany obok fotela, z łatwością, jakby trzymał szmacianą lalkę. Słabą, rozprutą lalkę.
- Przez chwilę naprawdę miałem nadzieję, że będziesz rozsądniejsza – wyszeptał, zbliżając do niej twarz. Cuchnął potem i ostrą, duszącą wodą kolońską. Nie pozostało już w nim nic z fasady „dobrego wujka", którego zawsze grał.
Emanon szarpała paznokciami jego rękę, próbując poluzować jego uchwyt – szybko, zanim będzie za późno. Twarz mężczyzny, tuż przed jej oczami, zaczynała się już rozmazywać i tracić wyrazistość. Krew huczała, pulsując boleśnie w żyłach. Ciepło powoli wylewało się z niej na zewnątrz, przesiąkając powoli materiał i ściekając po nogach…
- I co teraz zrobisz…?
Nie miała już siły walczyć.
Noczkin obserwował powoli dogasające życie. Zawsze fascynowała go powolna agonia. Nie mógł wymarzyć sobie lepszego zakończenia wieczoru. Interesy dawno nie szły mu tak dobrze, a przystawka – ona wynagrodziła mu wszelkie niedogodności.
Sebastian z wysiłkiem zagłębił dłoń w gorące, miękkie wnętrzności rozciągniętej na podłodze demonicy. Czuł trzepotanie jej serca pod palcami i opór pękających żeber. Jęknęła, charcząc krwią zalewającą jej usta rozwarte do niemego krzyku. Kałuża wokół niej rosła, wciąż powiększając się od strony brutalnie oderwanego ramienia.
W każdym innym wypadku mógłby być spokojniejszy. Mógłby nawet uznać za interesujące potyczkę z innym demonem, zwłaszcza jeśli nie obowiązywały ich żadne reguły ani ograniczenia.
Ale nie tym razem. Czuł ból swojego kontrahenta, jakby ten należał do niego. Nić łącząca ich oboje drżała spazmatycznie, boleśnie cienka.
- Zdechnij w końcu… - niski, gardłowy warkot zdawał się należeć bardziej do zwierzęcia niż do niego. Ostre kły pulsowały boleśnie w dziąsłach, złaknione smaku mięsa.
Z chrzęstem pękających kości i tkanek, jednym, gwałtownym ruchem wyrwał serce z piersi demonicy. Zaświszczało powietrze, nie znajdujące drogi do płuc. Wygięła się w łuk; zacharczała, dławiąc się własną posoką.
Sebastian oderwał się od niej, błyskawicznie podnosząc z klęczek. Nie miało znaczenia, na jak długo ją unieruchomił – byle by tylko zdążył dotrzeć do…
Długie, lodowato zimne palce zacisnęły się na jego nodze niczym imadło. Twarde, czarne szpony przebiły skórę i mięśnie, gdy uścisk wciąż nie słabł.
Demon zachłysnął się obcym mrokiem, który otulił się wokół niego wrogo.
Dla kilkunastu milionów rubli dodatkowego zysku każdego miesiąca zostały poświęcone osoby, które same także miały już niejedno na sumieniu. Czy to, że tym razem to one padły ofiarą większej, silniejszej persony, czyniło z nich ofiary warte opłakiwania i przebaczenia im wszystkich win?
Nie.
Czy ktoś, kto odpowiedział agresją na agresję, gryząc i kąsając wściekle w rewanżu za zdradę i krzywdy, był lepszy od tego, kto to wszystko zaczął?
Nie.
Powinnam umrzeć, pomyślała Emanon, niemal bezwładnie zwisając w rękach Noczkina. Nie jestem… ani trochę lepsza od niego.
Powinna się poddać temu, co już po nią szło…
NIE.
Coś w niej drgnęło.
Jeżeli teraz umrze, to znów zostanie z niczym. Pusta. Bezużyteczna.
Wbiła paznokcie w twardą, pożółkłą skórę twarzy Noczkina. Krzyknął coś, odskakując do tyłu i uderzając w fotel. Emanon wyszarpnęła zza pasa zabrany wcześniej nóż.
Jak na zwolnionym filmie widziała, jak Noczkin strzela, wciąż jeszcze oślepiony. Trzasnęło rozbite szkło, obsypując jej plecy odłamkami. Huknęły wystrzały, jeden po drugim.
Emanon wbiła ostrze w ciało wuja. Czuła, jak się szarpie i próbuje ją odepchnąć. Stracili równowagę, zamknięci w ciasnym uścisku.
Emanon nie czuła już bólu. Usłyszała jedynie trzask odłamków szkła, wrażonych w ciało, które kurczowo oplatała. Poczuła na twarzy podmuch zimnego wiatru, który opłynął jej twarz, gdy bezwładnie zsunęła się przez rozbite okno razem z trupem.
Zobaczyła miękki, biały puch, który zakrywał chodnik. Był blisko, coraz bliżej.
Nie poczuła uderzenia o ziemię. Ześlizgnęła się myślami gdzieś indziej; w mrok, gdzie nie było już niczego.
