Rozdział 7

„Potwornie wcześnie" – takie oznaczenie powinno znajdować się na zegarach, gdyż żadna cyfra na tarczy nie jest w stanie w pełni oddać tego odczucia. Nie wystarcza powiedzenie, że jest piąta rano, czy też piąta trzydzieści – tak uważał Sherlock. Ziewnął tak szeroko, że omal nie rozerwał sobie szczęk. W jego oczach musiało zostać trochę piasku z Brighton, inaczej dlaczego miałyby tak bardzo piec i swędzieć? Miał ten piekielny piasek nawet we włosach i po raz już nie wiadomo który pomyślał o radykalnym rozwiązaniu problemu. Już dawno by się ogolił na zero, choćby na złość Mycroftowi, lecz to by oznaczało wystawienie się na jego nieumiejętne przytyki (w szkole za loki dokuczano mu o wiele gorzej).
Taksówka podwiozła ich pod sam dom. John zabrał bagaże, życząc na odchodnym powodzenia w pierwszym dniu pracy. Taxi skręciło na King Street, Sherlock podał inny adres i kierowca uśmiechnął się dwuznacznie w lusterko.

- Wagarujesz, przyjacielu?

- Nie jestem pańskim przyjacielem – burknął Sherlock sennie. – I na pańskim miejscu sprawdziłbym to znamię za uchem.

Wysłał wiadomość i chwilkę zdrzemnął się w aucie, czekając na odpowiedź. Mycroft go zignorował, co było do przewidzenia, Sherlock musiał więc zadzwonić.

- Co sssię ssstało? – krótkie zdanie wydawało się składać z samych spółgłosek syczących. Sherlock wyobraził sobie, jak Mycroft kryje się za kotarą, żeby odebrać telefon. Zachciało mu się histerycznie śmiać.
- Dzwonię, żeby po prostu pogadać – oznajmił leniwie, a w komórce przez kilka sekund było słychać jedynie ciężkie sapanie. W końcu jego brat wydusił:

- Co się stało?!
Sherlock znów się roześmiał.

- Odstaw szklankę na miejsce i wyjdź na ulicę.

- Zwariowałeś? Mam ważne...
- Wiem – przerwał mu Sherlock. – Pisali o tym w gazetach. Wyższe sfery obejdą się bez ciebie przez te kilka minut. Prawdę mówiąc, wszyscy na pewno marzą, żeby ten tłusty nudziarz gdzieś się ulotnił i można było rozpocząć zabawę. Wychodź. – Sherlock spojrzał w okno. – Za dwie minuty.

Deszcz nie padał, ale Mycroft rozłożył parasol – widocznie obawiał się, że zostanie zauważony przez paparazzi. Miał zdumiewający talent: nigdy nie trafił w obiektyw kroniki towarzyskiej (w razie czego wykupywał wszystkie zdjęcia od dziennikarzy, lecz to wychodziło drogo, więc musiał doskonalić techniki maskowania). W konserwatywnym, czarnym smokingu Mycroft przypominał pingwina lub aferzystę. Upajająco pachniał papierosami - widocznie w wyższych sferach ludzie palą, i Mycroft musiał się z tym godzić. Raczej nie krzywi się, kiedy premier się zaciąga. Sherlock to inna sprawa, jego zawsze przyjemnie ochrzanić.

- Okropnie wyglądasz - rzucił Sherlock, zatrzymując się w kałuży. Mycroft pytająco uniósł brwi, lecz nie było tego widać zza parasola. Oprócz gęstej czarnej tkaniny, Sherlock widział tylko cienkie usta i krągły podbródek. I rękę, nerwowo ściskającą wygiętą rączkę.

- Co tu robisz? - zapytał Mycroft z rozdrażnieniem. - Jeżeli znów zamierzasz zrobić coś skandalicznego…

- Kiedy to zrobiłem coś skandalicznego? - Sherlock nadał swojemu głosowi ton urazy.

- A to przyjęcie dobroczynne, które zorganizowała mama?

- Ileż można mi to wypominać?!

Mycroft parsknął, i na sekundę zapadła niezręczna cisza. W końcu zrobił kroczek naprzód, a nosek jego błyszczącego czarnego trzewika omal nie zamoczył się w kałuży.

- Sherlock, mam mało czasu. Mów.

- Po prostu przejeżdżałem obok. Postanowiłem zajrzeć i to wszystko.

- Jakoś nie chce mi się wierzyć.
- To już twój problem. No dobrze, mnie też się śpieszy. Dziś pierwszy raz idę do pracy.

- Tak, i... – Efektowna pauza trwała, póki Mycroft wyciągał stary ojcowski zegarek na dewizce. – Spóźniłeś się już dwadzieścia minut.
- Dlatego muszę się pospieszyć. – Sherlock zaczął się odwracać, Mycroft zrobił ruch, jakby chciał ruszyć za nim.

- Sherlock!

Sherlock spojrzał przez ramię. Mycroft uniósł parasol, jego blada twarz miała wyraz zmieszania i prawie... Sherlock powiedziałby „zalęknienia", ale ugryzł się w język.
- I to wszystko? Naprawdę nie chcesz mi nic powiedzieć?

- Dużo bym chciał ci powiedzieć, ale mamusia zawsze powtarzała, że dżentelmeni tak się nie wyrażają.
Sherlock uśmiechnął się, machnął ręką i odszedł.

- Sherlock!

No co znowu? Mycroft zawsze wszystko komplikował, jakby i bez tego nie było trudno.
Sherlock znów się obejrzał i zobaczył, że teraz Mycroft stoi w kałuży. W kałuży i z parasolem. Niedorzeczny facet. Patrzył zbyt przenikliwie, widział za dużo...
- Pamiętam, że niepotrzebna ci moja pomoc – powiedział. – Ale jeśli będziesz jej jednak chciał, powiesz mi?

Sherlock zamrugał. I skłamał – tak samo łatwo, jak zawsze:

- Oczywiście.

***

Sherlock musiał załatwić jeszcze jedną sprawę, zanim wszystko się skończy.

Wszedł do szpitala przez główne wejście, jak tysiące razy wcześniej. Rozpinając płaszcz, przeszedł do windy. Pielęgniarka w recepcji kiwnęła mu głową, zbyt zajęta papierami, by zorientować się w sytuacji - lub doskonale wiedziała, że zatrzymywanie Holmesa nie ma sensu.

Ściągnął szalik i wepchnął go do kieszeni. W windzie odruchowo nieomal nacisnął na guzik czwartego piętra, lecz w porę się spostrzegł. Nie miał nic do roboty na oddziale chirurgicznym; chciał zobaczyć Lestrade'a - wypalić z nim ostatniego papierosa - lecz to byłoby zbyt podejrzane, gdyby zaczął żegnać się ze wszystkimi.

Sherlock przesunął palcem po guzikach i nacisnął najniższy.
Kiedy wszedł do kostnicy, Molly już tam była. Jej zmiana dopiero co się rozpoczęła i Molly jeszcze nie zdążyła włożyć kitla – miała na sobie staromodną, ciemną bluzkę i spodnie, które skracały jej optycznie nogi.

Wyglądała tak, jakby zmianę właśnie kończyła - blada, zmęczona, z sinymi podkowami pod oczyma. Lecz szeroki, radosny uśmiech uczynił jej twarz prawie sympatyczną.

- Sherlock! Jak miło, że przyszedłeś. To znaczy… Miło cię widzieć. To jest… - Z wysiłkiem przerwała potok paplaniny i popatrzyła na Sherlocka z oddaniem. – Coś ci potrzeba? Trafił do nas mężczyzna z wewnętrznym wylewem. - Zacięła się, kiedy Sherlock przestał świdrować ją spojrzeniem i podszedł, skracając odległość między nimi. Otwierając oczy jeszcze szerszej, odrzuciła głowę do tyłu. Sherlock podszedł bardzo blisko, lecz jej nie dotykał. Schował ręce w kieszeniach. A potem odezwał się, powoli i nisko:

- Ty jesteś mi potrzebna.

Kawa, dwie kostki cukru. Molly poszła po nią, kiedy Sherlock oglądał zwłoki. Wewnętrzne krwotoki wywołane uderzeniem, wypadek samochodowy, nic ciekawego. Plamy opadowe zgromadziły się na plecach i karku. Sherlock ściągnął rękawiczki i wrzucił je do kosza. Wziął od Molly kawę, wypił, nie skrzywiwszy się nawet odrobinę. I nie odwracając wzroku od nieboszczyka.

Czysto umyty, zniszczony, nagi. Cały wystawiony na pokaz – wszystkie jego drobne szramy, popękane naczynka i pieprzyki. Z wiotkimi mięśniami i sztywną, jakby zaimpregnowaną skórą.

Czy on też taki będzie?

Dopiwszy kawę, Sherlock spojrzał na Molly. Cały ten czas obserwowała go z dystansu, jak zawsze. Sherlock już do tego przywykł i nawet nie zauważał. Przywiązanie nieśmiałej dziewuszki - patologa było pożyteczne, więc go nie drażniło.

- Dziękuję - powiedział Sherlock, machnąwszy pustym kubeczkiem. Zgniótł go i rzucił do śmietnika. Pokręcił głową. Po co wciąż je zgniata? Czemu to robi...?

- U ciebie wszystko w porządku? - zapytała Molly cienko. Bardzo go żałowała, kiedy chodził z laską. Podobał jej się jako męczennik, oczekujący pociechy. Kiedyś powiedziała, że jest smutny, kiedy myśli, że nikt go nie widzi.

Co za brednie...?

- Chciałem o czymś z tobą porozmawiać.

- Oczywiście! Jeśli mogę w czymś pomóc...
- Mogłabyś zostawić Johna w spokoju.
Molly westchnęła, garbiąc ramiona.

- Przepraszam. Tak mi przykro, naprawdę.

- To znaczy „nie"?

- To znaczy „nie".

- Przecież to ty o wszystkim decydujesz. Jesteś szefową, prawda?

Molly pokręciła głową, spoglądając na niego ze smutkiem i skruchą.

- Nie szefową, jedynie wyższa rangą. Oni wszyscy kiedyś byli ludźmi, a ja zawsze byłam taka.

- Kiedy mówisz „zawsze", masz na myśli…

- Od samego początku – potwierdziła.

Sherlock patrzył na nią i próbował sobie to uświadomić. Molly Hooper, to wiecznie jąkające się, pąsowiejące nieporozumienie w marnych ciuszkach jest Śmiercią. Czy to możliwe? Czy jest aż tak dobrą aktorką? Czy może to on ostatecznie zbzikował?

Wariantu z szaleństwem Sherlock wolał nie rozpatrywać.

Ręka Molly po raz setny uniosła się do włosów, poprawić głupawy ogonek, i Sherlock uznał, że nie powinien przeceniać Molly. Ona rzeczywiście była chodzącym nieporozumieniem i próbowała go poderwać. Śmierć z nim flirtowała. Sherlockowi przyszło do głowy, że przez wieczność mogłaby lepiej opanować technikę zalecanek, ale ostatecznie nie był kimś, kto miałby prawo to oceniać.

- Chcę omówić wszystkie warunki – oznajmił Sherlock, starając się trzymać prosto. Jego głos brzmiał spokojnie, niezależnie od uczuć, kłębiących się w duszy. Molly przycisnęła palce do ust.

- Och, Sherlock...!

- Chcę mieć pewność, że to zadziała. Jeśli nie ma innych opcji. Opowiedz mi o regule.

Zwykle było na odwrót, ale tym razem to cienki głosik Molly rozbrzmiewał w kostnicy, a Sherlock uważnie słuchał.

***

Stój w miejscu. Nie ruszaj się. Nie odwracaj wzroku.

Tak. Właśnie tak.
Sherlock zamknął oczy.

Wszystko było prawidłowo. Nareszcie. Wszystko było jak trzeba – to elementarne. Sherlock oddychał, a biała para zrywała się z jego warg razem z szeptem.

- Tak. Tak. Wszystko dobrze.
Nie mógł zrobić kroku. Głupio. Beznadziejnie głupio – zajść tak daleko i w ostatniej chwili...
To się nazywa „stupor pierwszego cięcia". Sherlock słyszał, że coś takiego często przytrafia się stażystom. Jemu oczywiście to się nie przydarzyło.

Przedtem.

Ten płaski dach był jego salą operacyjną, chłodną i sterylną. Niebo było niskie, jak baldachim z białej gazy. Sherlock stanął na samej krawędzi. Z dachu sąsiedniego budynku zerwały się gołębie i Sherlock odprowadził je spojrzeniem.
John stał na dole.

- Stój na miejscu. Nie ruszaj się.

John patrzył na niego.

- Nie odwracaj wzroku.
Proszę.

Jakie to głupie. Samochód, doniczka, kula, nawet ten idiotyczny wybuch w szpitalu – to wszystko było nieprawidłowe, nie to co teraz. A jednak Sherlock się bał. Nogi mu zesztywniały, palce całkiem zgrabiały. Maleńka figurka Johna na dole rozpływała się w białej mgle oddechu Sherlocka. (Wdech-wydech-wdech-wydechwdechwydech, hiperwentylacja i ryzyko utraty przytomności – nienajgorsze wyjście, ale nie dla niego, nie, on jest zdolny zrobić to z godnością). Sherlock poruszył się i John poderwał rękę w powietrze, jakby go witając.

Albo próbując powstrzymać.

- Nie, John.

Sherlock rozciągnął usta w uśmiechu - to było niełatwe. John patrzył, Sherlock nie mógł dojrzeć jego twarzy, lecz wiedział to na pewno. Nie odrywał spojrzenia. Stał w miejscu. Czekał.

I Sherlock zrobił krok w jego stronę.

Stracił równowagę.

A potem ją odzyskał.

Leciał, w dole migały miejskie światła; dachy domów łowiły słoneczne odblaski, wiatr targał poły płaszcza, zaciągał szal na gardle. Szeptał do ucha. Skrzydła rozwinęły się za plecami bezgłośnie i bezboleśnie. John wyciągał do niego ramiona. John go chwytał.

Tak blisko, tak dobrze, John.

Gwałtowne uderzenie wyłączyło światło.

***

Sherlock otworzył oczy, kiedy wieźli go na noszach. I drugi raz - już w sali operacyjnej. Jakiś człowiek w bieli pochylił się nad nim i Sherlockowi przyszło do głowy, że to ktoś znajomy - czy nie sam Lestrade zatęsknił za dawnymi czasami? Lecz myśleć było ciężko, myśli go nie słuchały, rozpadały się w proch, nie wystarczyło skupić się na którejś z nich.

Gdzieś w oddali coś łomotało - pewnie eksplozje. Dostał odłamkiem? Seria z automatu? Wojna jednak zwyciężyła.

- Odzyskuje przytomność. Anestetyk – padła komenda. Sherlock próbował coś powiedzieć, lecz wargi miał jak sklejone. Patrzył ponad ramieniem chirurga, tam, gdzie stał John – smutny i dobry, wypełniony światłem. John nie poruszał się i patrzył tylko na niego, bez przerwy. John uśmiechnął się do niego, słabo, lecz krzepiąco:

„Jestem tutaj. Wszystko w porządku, Sherlock. Trzymaj się."
Sherlock popatrzył na stojącego obok Johna mężczyznę – miał na sobie drogi garnitur i ciemne okulary na pół twarzy. Położył Johnowi rękę na ramieniu w geście ni to pocieszającym, ni to żeby go przytrzymać. Żuł gumę.
Sherlock znów próbował otworzyć usta, wszystko się rozpływało. Ktoś przyłożył mu maskę do twarzy. Walczył do końca, domyślając się, że widzi Johna po raz ostatni. Nie odrywał od niego oczu, póki powieki nie stały się zbyt ciężkie.
Sherlock miał pękniętą śledzionę i mnogie zamknięte złamania, nie mówiąc już o wstrząsie.

Przeżył upadek z czwartej kondygnacji.

- Co to miało być, świrze? Demonstracyjne samobójstwo? - zapytała Sally po upływie tygodnia, sprawdzając jego wyniki i zmieniając kroplówkę. Sherlock nie odpowiedział. Patrzył na białą ściankę naprzeciwko łóżka, lecz i tak jego widzenie peryferyjne odnotowało świeży makijaż pielęgniarki (zapewne żona Andersona wyjechała do matki na tydzień) i przelotny gest kiedy poprawiała koc, na chwilę pocieszająco ściskając jego stopę przez tkaninę. W dziedzinie pocieszania Donovan była gorsza od mężczyzn – wszystkie te sentymenty śmiertelnie ją przerażały.

Na szczęście nie tylko ją. Mycroft w ogóle z nim nie rozmawiał. Przychodził regularnie - widocznie sekretarka wpisała „odwiedziny u brata" do jego codziennego grafiku jako punkt obowiązkowy. Przychodził i milczał. Czasem pił szpitalną kawę z tekturowego kubka, cierpiętniczy krzywiąc się po każdym łyku. Potem gniótł kubeczek w garści i długo patrzył na tę samą ścianę co Sherlock, próbując zrozumieć.

Zdaje się, że obaj z Lestrade'em zawiązali spisek. A przynajmniej kontaktowali się ewidentnie częściej, niż wypadało doktorowi i odwiedzającemu. Lestrade zawsze czekał na Mycrofta na korytarzu po odwiedzinach. Sherlock widział, jak Mycroft wyciąga się w pozycji „baczność" przed jego doktorem prowadzącym - przez wąską szczelinę między opuszczonymi żaluzjami Sherlock potrafił dojrzeć więcej, niż biedaczysko Lestrade nauczy się dostrzegać przez dziesięć lat. Jeżeli, oczywiście, ktoś mu nie podpowie.

Sherlock uśmiechał się przelotnie, a potem znów kierował spojrzenie na ścianę.

Lestrade przychodził rzadko. Miał dużo pracy. Chyba też nie wiedział, jak się teraz zachowywać w stosunku do Sherlocka. Raz jeden, cichym, załamującym się głosem urządził mu awanturę, a potem rąbnął pięścią w ścianę – głupi, dziecinny gest, całkowicie niestosowny dla poważanego ordynatora. Potem głupio się wykręcał przed zwabioną hałasem pielęgniarką, chował potłuczone kostki za plecami i zasłonił ciemny ślad na ścianie, przesuwając pusty wazon stojący na szafce. (Kwiatów nikt Sherlockowi nie przynosił, i całe szczęście.) Sherlock myślał, że już nie wróci – jasne było, kogo chciał tak naprawdę uderzyć.
Jednak wrócił, i nawet próbował żartować: „Posiwiałem przez ciebie, Sherlock!" Opowiadał o interesujących przypadkach, machał dłonią przed oczami, próbując przyciągnąć uwagę chorego. Pewnego razu wziął go za rękę i Sherlock chciał go nagrodzić jadowitym spojrzeniem, ale czuł się na to zbyt zmęczony. Zbyt rozbity.
Lestrade uścisnął jego palce i puścił. Znów gadał głupoty, tym razem w sensie, że „jeśli było ci tak źle, czemu mi nie powiedziałeś? Poszlibyśmy na kielicha, pogadali, wymyślili coś razem. Jestem tutaj, Sherlock, cały czas tu byłem, znasz mój numer komórki! Ostatecznie, od czego są przyjaciele...?"

Sherlock rozkleił wargi.

- Ja nie mam przyjaciół – powiedział, wciąż patrząc w ścianę. Greg milczał, przetrawiając te słowa, a potem niespodzianie pogładził go po głowie, jak dzieciaka.

- Znów nie widzisz rzeczy oczywistych.
Wszystkie te odwiedziny męczyły Sherlocka. Czasem pragnął schować się, zdjąć z siebie wszystkie rurki i tę diabelną szpitalną piżamę, w której czuł się bezradny i wystawiony na widok publiczny. Chciał zostać sam.

I jednocześnie bał się tego.

Sherlock już nigdy więcej nie chciał być sam. Właśnie z tego powodu to wszystko się wydarzyło, prawda? Po prostu nie chciał być sam.

Patrzył na biały, beznamiętny fragment ściany i wyobrażał sobie twarz Johna. Wyobrażał sobie, jak John wchodzi do jego pokoju i cichutko staje przy oknie. Albo siada w nogach łóżka, garbiąc się i wzdychając. Wyobrażał sobie to tak żywo, że czasami mylił fantazje z rzeczywistością. Po przebudzeniu spodziewał się zobaczyć Johna w pobliżu. Lecz natrafiał spojrzeniem tylko na tę nieszczęsną ściankę, którą uszkodził jego… jego przyjaciel.

Sherlock wyobrażał sobie, co powiedziałby John.

- Czemu to zrobiłeś?

Wiecznie trzeba było mu wyjaśniać podstawowe rzeczy.

- Sherlock, tak nie wolno. Powinieneś być taki jak przedtem. Powinieneś być lepszy niż przedtem!

- Nie dam rady – szeptał Sherlock, patrząc w ciemność.

- Nie gadaj głupot. Oczywiście, że dasz radę. Przecież ty jesteś Sherlock Holmes. Coś wymyślisz.

-Wymyślę?
- Jak się z tego wykaraskać. Jak zacząć żyć. Wiem, że dasz radę. Jesteś przecież mądry.

- Nikt nie może być aż tak mądry.
- Ty możesz – mówił John prostodusznie. I on dokładnie to miał na myśli. Wierzył w to.

Tak, że Sherlock też musiał w to uwierzyć.

Powiedział Mycroftowi, że chciałby otworzyć prywatną praktykę. Jeżeli w szpitalu nie będą sobie radzić, jeżeli trafi się jakikolwiek skomplikowany przypadek, Lestrade będzie mógł się do niego zwrócić. Nie żeby w szpitalu pracowali wyłącznie tępacy (owszem, w większości, lecz tępota nie była cechą absolutnie całego personelu), Sherlock jednak podejrzewał, że jego konsultacje będą często potrzebne. Nie chciał być skrępowany przepisami i konwenansami kliniki, nie chciał już mieć nad sobą zwierzchników, piękne dzięki. I już na pewno nie zamierzał się poniżać, żebrząc o miejsce w szpitalu, lub przekradać się do pracy potajemnie, ukrywając się przed Dimmockiem. Sherlock mógłby współpracować z Lestrade'em, i tylko z nim. Po starej znajomości.

W sensie dużej przysługi.

Lestrade długo się śmiał, a kiedy do niego dotarło, że Sherlock mówi poważnie, wyszedł na papierosa. Mycroft pośpieszył za nim, wojowniczo wymachując parasolem. Sherlock wiedział, że Lestrade ustąpi, bo któż by nie ustąpił pod takim naciskiem? Mycroft wziął sprawę w swoje ręce. Był jeszcze bardziej natrętny i władczy, niż zazwyczaj - świadczyło to, że gwałtownie ograniczył spożycie alkoholu.

Minęły miesiące, nim Sherlock doszedł do formy. Przez to, że wyrywał się z łóżka, dwukrotnie rozchodziły mu się szwy. Donovan zagroziła, że wykorzysta pasy do unieruchomienia niesfornego pacjenta - i spełniła swoją groźbę po upływie paru dni. Z nudów Sherlock zaczął dokuczać personelowi i wzywać innych pacjentów do swojej sali, by ich diagnozować. Jak również komentować wszystko, zaczynając od wyglądu zewnętrznego i kończąc na życiu osobistym. Tak więc wypisano go trochę wcześniej niż należało.

Wyzdrowiał dopiero po upływie roku, ale nawet wówczas stare rany od czasu do czasu dokuczały mu w złą pogodę, jakby był staruszkiem. W takie dni robił dwie filiżanki herbaty zamiast jednej i oglądał te zabawne filmy na Discovery, gdzie zwierzęta zjadają się nawzajem.
Sherlock zachowywał się idealnie. Nigdy nie był niegrzeczny wobec pani Hudson (najwyżej wtedy, kiedy wyrzuciła gałki oczne z wazy na zupę), prawie nigdy nie dokuczał bratu; owszem, był grubiański wobec pacjentów, ale to wyrównywał ratowaniem im nikczemnego życia. Raz w miesiącu odwiedzał psychoterapeutkę - prędzej po to, by obserwować rozwój jej ukrytej choroby, niż dla własnej terapii. Przygarnął nawet psa – całkiem już bez sensu, ale przecież musiał mieć dla kogo grać na skrzypcach.
Nawet przeprosił Mike'a Stamforda, a ten powiedział, że nie żywi urazy. Idiota.
W Barts Sherlock pojawiał się regularnie - przychodził do kostnicy, godzinami przesiadywał w laboratorium, wdzierał się do gabinetu Lestrade'a bez pukania. Dręczył neurochirurgów, to wypytując ich o przeprowadzone operacje, to znów wskazując błędy w ich pracy. Był na ogół zadowolony z życia.

I czekał. Nie tak, by to było wyraźne. Ukrywał nawet sam przed sobą, że czeka.

Czyż to nie głupie?

Wszyscy ludzie umierają - ale nie on. Wszystkie serca pękają.

Jego serce pozostało całe.

Molly odwiedziła go jednej z pierwszych nocy po upadku, kiedy jego myśli wciąż jeszcze się plątały, a całe ciało skręcał ciągły ból. Sherlock słabo zapamiętał jej wizytę, ale pamiętał, co powiedziała. Szczegółowo.

Molly żałowała go okropnie, wierciła się na krześle i szeptała, a jej głos niekiedy przemieniał się w pisk.

Mówiła o tym, że obaj wzajemnie oddali sobie swoje życia. O tym, że ustaliła się równowaga – marna, nieprawidłowa, ale jednak równowaga. Że próba Sherlocka, chociaż nie umarł, liczy się i zresztą na co komu te regulaminy? John będzie żył, z całą pewnością – w swoich czasach albo w kolejnym stuleciu, może właśnie rodzi się w tej chwili, a może urodził się trzydzieści lat temu... Czas nie jest prostą linią, nigdy nic nie wiadomo.
Ale on będzie żył, słyszysz, Sherlock?

Nie będzie cię znał, nie będzie pamiętał, nie rozpozna – ale będzie żył.
Molly siąkała nosem przy jego łóżku, a Sherlock zbierał siły, by jej podziękować.
Doskonale wiedział, kto naruszył dla niego przepisy; ostatecznie nie raz już to robiła. Pewnego razu podarowała mu czaszkę, wspaniały egzemplarz, i to nie licząc tych wszystkich kończyn, organów i ciał, jakie dostawał do dyspozycji.
- Dziękuję – powiedział Sherlock i zaczął czekać.

***

Myśl, myśl, myśl.

Sherlock popatrzył w mikroskop, powiększając obraz komórek. Był tak bliski, tak strasznie bliski rozwiązania, lecz rozproszone kawałki informacji uporczywie nie chciały złożyć się w spójny obraz. Sherlock odetchnął głośno, konwulsyjnie; potwornie chciało mu się palić, te przeklęte plastry były bezużyteczne, całe osiem sztuk. Trochę mu odpuściło, kiedy tłukł trupa w kostnicy, lecz napięcie szybko wróciło - a ślady na ciele nie potwierdziły jego domysłów.

To, co wszyscy brali za zespół Rotha1, zabijało ludzi. Trzy podobne przypadki na przestrzeni pół roku, a czwarta ofiara zagadkowej choroby znajdowała się w stanie krytycznym. Sherlock już dwa razy był w jej sali, nie zważając na irytującą obecność męża i kochanka.
Odrętwienie, parestezja2, myśl, zmiany troficzne na skórze3. Obrzydliwa, różowa garsonka, różowy lakier, różowy telefon i różowa walizka w kącie pokoju. Myśl, myśl.
Skąd ona przyjechała?
Sherlock znieruchomiał. Oczywiście. Wszystkie elementy ułożyły się na swoich miejscach.

Kobiety. Wszystkie chore to kobiety. Co z kochankiem tej tutaj? Och, ma się rozumieć, jechał razem z nią. Wszystko się składa. Podróż nie z powodu umówionej randki, o nie.

Drętwienie, parestezja, ataki ostrego bólu, a ostatnio zatrzymanie akcji serca – uzasadnione szokiem chorobowym, ale kto mógł przypuszczać, że to otrucie? Nie wszystkie trucizny da się wykryć podczas badania krwi. Sherlock wiedział wiele o truciznach, praktycznie wszystko, ale nie dość, żeby domyślić się od razu.
Aborcja farmakologiczna.

Tak. Tak. Prawidłowo.

Musi...
Musi pilnie zaordynować pacjentce przetaczanie krwi. Jeśli nie jest za późno i, ma się rozumieć, powiedzieć tej głupiej kobiecie wszystko, co myśli o ukrywaniu informacji przed leczącymi ją lekarzami. A potem znaleźć człowieka, który truł te kobiety, które zwróciły się do niego o pomoc. Ten lekarz-morderca zapewne mieszkał poza obrębem Londynu; walizka zabryzgana błotem, trzeba sprawdzić prognozę pogody w okolicy. Na miłość boską, chyba nie zwracali się do znachora?

Euforia. Serce biło mu szybko, częstotliwość oddechu wzrosła, a poziom dopaminy wzbił się pod niebiosa. Sherlock sięgnął po komórkę, zamierzając zakomunikować Lestrade'owi, że rozwiązał zagadkę, i zaraz skrzywił się ze złości, przypomniawszy sobie, że bateria się rozładowała.

I akurat wtedy wszedł Stamford. Sherlock wyciągnął rękę, nie patrząc:

- Pożyczysz mi telefon?

Stamford naturalnie odmówił, ale wtedy rozległ się inny głos:

- Może pan wziąć mój.

Sherlock zamarł. Niemożliwe. Nie może być. To niemożliwe.
W tej samej chwili nagle uświadomił sobie: jego oczekiwanie było oszustwem, czy może oszukiwaniem samego siebie, jak wygodniej. Nawet przez sekundę nie wierzył, że to się wydarzy. Że powtórnie zdarzy się cud.

Pomylił się.

Sherlock wciąż patrzył w mikroskop, nie mając siły wyprostować się i obrócić głowy do mówiącego. Próbował zachować spokój, lecz wewnątrz niego podniosła się gorąca fala, zapłonęła, przewaliła się po całym ciele od stóp do czubka głowy - i cofnęła, pozostawiając go drżącego i bezradnego na brzegu.

Obrócił się powoli, wciąż nie uwierzywszy do końca, przygotowując się na straszne rozczarowanie.

Jednak to był John. Stał tam, żywy, prawdziwy, i spokojnie patrzył. Czekał, kiedy Sherlock do niego podejdzie.

Sherlock zerwał się z taboretu, nogi się pod nim ugięły – zbyt wiele czasu spędził w bezruchu, oczywiście, głupiec! Czy może to z głodu...?

Czy z powodu Johna?

Sherlock stracił równowagę i runął na podłogę, uderzając tyłem głowy o posadzkę. Stamford ruszył na pomoc, ale John był szybszy.

- Wszystko w porządku?
Pochylił się nad nim, patrzył z góry. Jego twarz, taka znajoma i zarazem nieznajoma, znalazła się tak blisko. Jak we śnie...
Szalik, zamotany na szyi Johna rozluźnił się i musnął Sherlocka po twarzy, budząc z oczarowania. Miękki, przelotny dotyk.

Sherlock zamknął oczy, uśmiechając się.

Tak. Tak, John. Teraz wszystko jest w porządku.

Teraz i na zawsze.

KONIEC

1 Choroba/zespół Bernhardta(-Rotha) – zaburzenie czucia w obrębie bocznej powierzchni uda, powstałe na skutek ucisku nerwu skórnego bocznego uda. Zaburzeniom czucia towarzyszą pieczenie i ból. Zatrucie metalami ciężkimi wywołuje identyczne objawy i jest śmiertelne.

2 Parestezja (paraesthesiae), inaczej czucie opaczne – przykre wrażenie, najczęściej mrowienie, drętwienie lub zmian temperatury skóry (uczucie silnego gorąca lub zimna) bądź też "przebiegnięcia prądu".

3 zmiany troficzne - przebarwienia, ścieńczenia skóry, zmiany rozpadowe z tworzeniem trudno gojących się owrzodzeń.