Rozdział 6 — Strzępy
"It's hard to deal with the pain of losing you everywhere I go. But I'm doin' It. It's hard to force that smile when I see our old friends and I'm alone. Still Harder. Getting up, getting dressed, livin' with this regret. But I know if I could do it over I would trade give away all the words that I saved in my heart. That I left unspoken." — Rascal Flatts (What Hurts The Most)
Delikatne pukanie do drzwi przerywa moje wewnętrzne rozpacze. Drgam lekko, zdając sobie sprawę, że to prawdopodobnie Lupin przyszedł, żeby przeprowadzić ze mną rozmowę, na temat tego, jak samolubne są moje czyny i jak wiele osób mogę nimi skrzywdzić. Może i zainteresowałaby mnie ta rozmowa, gdybym już tego wszystkiego nie wiedział. Milczę więc, mając płonną nadzieję, że ktokolwiek nie stoi przed drzwiami, zrezygnuje i da mi święty spokój. Chyba Snape ma rację, jestem naprawdę naiwny i żałosny.
- Harry! Harry, otwórz drzwi! – mówi spokojnie Lupin, ponawiając pukanie.
- Ku*wa – warczę pod nosem i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę co powiedziałem. Wierzcie mi lub nie, ale na ogół nie przeklinam, chyba, że jestem naprawdę zdenerwowany.
- Alohomora – rzecze w końcu, zrezygnowany moim milczeniem Lupin.
Drzwi otwierają się i nawet mimo ciemności, która panuje w pokoju, jestem w stanie dostrzec lekko zgarbioną postać Lupina, który rusza w moją stronę. Zamyka za sobą drzwi, szepcze jakieś zaklęcie i jestem pewien, że nikt nieproszony nie przeszkodzi nam w rozmowie. Mam ochotę zakląć kolejny raz, ale w ostatniej chwili gryzę się w język. W końcu Lupin jest – jakby na to nie patrzeć – moim nauczycielem i wulgarny język może mu się nie spodobać.
Światło zostaje zapalone i syczę cicho w proteście. Jasne światło podrażnia moje oczy, które zdążyły przyzwyczaić się do ciemności. Lupin nie przejmuje się tym i jakby nie dostrzegł mojego ostrzegawczego spojrzenia, siada obok mnie. Nim zdążę zareagować, chwyta mocno moją rękę i podwija rękaw bluzy. Jego uścisk jest mocny i stanowczy i choć nie sprawia mi bólu, to coś w wyrazie jego, Lupina twarzy, mówi mi, że lepiej, bym siedział cicho. Mężczyzna macha kilka razy różdżką, a ja z otwartą buzią obserwuję jak blizny – te stare i te nieco świeższe – goją się nieśpiesznie. W końcu na moim przedramieniu nie zostaje nawet ślad pod ranach, lecz mimo to, Lupin mnie nie puszcza.
- Od kiedy to trwa? – pyta zbyt spokojnym głosem.
Milczę.
- Zapytałem, od kiedy to trwa, Harry – ponagla mnie.
- Co to pana obchodzi? – pytam, wyrywając rękę. – Nie jest pan moim ojcem.
Szok przechodzi przez jego twarz, by po chwili zastąpiło go zrozumienie.
- Chodzi o Syriusza, tak? – Tym razem jego głos jest delikatniejszy i znikają zmarszczki z jego czoła.
- Może – burczę, odwracając wzrok.
- Harry, wiem, że jest ci ciężko, Syriusz na pewno był dla ciebie ważny, ale musisz zrozumieć, że na wojnie śmierć jest czymś normalnym...
- Więc mam po prostu zrozumieć, że Syriusza już nie ma i przestać zachowywać się jak rozkapryszone dziecko, tak?! A wszystko po to, żebym mógł zbawić ten cholerny świat, który i tak mam gdzieś!
- Harry, przestań! – mówi ostrzegawczo. – Nie chodzi o to, że masz zbawić świat, nie wiem dlaczego przyszło ci do głowy, że martwię się o ciebie z tego powodu i szczerze mówiąc chyba wcale nie chcę wiedzieć. Jeśli jeszcze raz zobaczę ślady na twoich przedramionach, będę musiał zawiadomić profesora Dumbledore'a oraz Uzdrowicieli z Munga. Robienie sobie krzywdy nie jest normalne, Harry.
- Więc teraz wmówcie mi, że jestem szalony! – Prycham pogardliwie.
- Nie mówię, że jesteś szalony, Harry. To, że nie radzisz sobie ze stratą wcale nie świadczy o tobie źle, ale nie mogę pozwolić, żeby zrobił sobie krzywdę.
- To nie jest pańska sprawa!
- Owszem, moja. Obiecałem Jamesowi, że gdyby coś mu się stało, zajmę się jego synem.
- Ha! Znów chodzi o mojego ojca! Nie o mnie, tylko o niego!
- Nie powiesz chyba, że jesteś zazdrosny o zmarłego ojca, Harry? – Lupin wygląda na szczerze zaskoczonego.
- Niech pan stąd idzie, nie chcę z panem rozmawiać.
- Jak sobie życzysz, Harry, ale pamiętaj, że będę miał cię na oku.
W końcu mężczyzna wyszedł, zamykając za sobą drzwi, a ja poczułem się jeszcze gorzej. No ale czego właściwie się spodziewałem? Że Lupin przeprowadzi ze mną szczerą rozmowę? Przytuli? Powie, że będzie dobrze? Jestem naiwny. Tak cholernie naiwny. Nagle pokój mój i Rona wydaje mi się zbyt mały, zbyt ciemny. Wstaję z łóżka i na chwiejnych nogach ruszam do drzwi. Chce mi się wymiotować i okropnie kręci mi się w głowie. Szarpię gwałtownie za klamkę i z rozmachem otwieram drzwi. W końcu korytarza dostrzegam sylwetkę Lupina, który słysząc skrzypienie drzwi, odwraca się w moją stronę. Mój wzrok się rozmazuje. Chcę coś powiedzieć, nachodzi mnie chęć wyjaśnienia mężczyźnie wszystkiego, poproszenia go o pomoc. Chcę przeprosić go za to, co powiedziałem, wytłumaczyć, że sam sobie nie poradzę. Ruszam więc do przodu, lecz wtedy mój wzrok zawodzi, rozmazuje się, a zawroty głowy przybierają na sile. Muszę przytrzymać się ściany, by nie upaść w bardzo widowiskowy sposób.
- Harry? – Zaniepokojony głos Lupina dociera do mnie jak przez mgłę. Zataczam się lekko. Czuję się, jakbym wpadł pod wodę i nie potrafił wypłynąć, jakbym tonął. Ostatnim co zarejestrował mój umysł, był hałas ciała uderzającego o podłogę. Mojego ciała.
Znów otacza mnie ciemność, lecz tym razem coś się zmieniło – czuję to. Ruszam do przodu i idę tak długo, aż całkowicie tracę poczucie czasu. Powoli tracę nadzieję, że w ten sposób dojdę gdziekolwiek. Ciemność nie ulega żadnej zmianie, nie widać tu ani promienia światła i nagle ogarnia mnie ochota, by zrezygnować, by zatrzymać się i nie iść już ani kroku dalej. To wtedy się to dzieje. Ciemność rozprasza się lekko i dostrzegam jego sylwetkę na tle czegoś, co powiewa i faluje delikatnie. Zapiera mi dech w piersi. Czy to możliwe? Czy to naprawdę on?
- Długo kazałeś na siebie czekać, dzieciaku – mówi ze zmęczonym uśmiechem. Uśmiechem, za którym tak tęskniłem.
- To niemożliwe – szepczę, cofając się delikatnie.
- Dlaczego miałoby być niemożliwe? – Uśmiecha się uprzejmie.
- Ja... – Nagle brakuje mi słów.
- Przed tobą jeszcze daleka droga, Harry – rzecze, po czym odwraca się i odchodzi.
- Czekaj! – krzyczę, lecz jest już za późno. Zasłona Śmierci faluje mocno, jakby nagle zerwał się silny wiatr. Po jakimś czasie nieruchomieje, jednak ja jestem zbyt zajęty własną rozpaczą, by to dostrzec. Straciłem go. Znów.
Czuję coś zimnego na swoim czole i czyjąś dłoń, która głaska delikatnie moją rękę. Ból głowy przyprawia mnie o mdłości. Jęczę cicho i głosy, które są dziwnie przytłumione, przybierają na sile. Potrafię wyłapać jedynie strzępy rozmów.
- ...ma potwornie wysoką gorączkę...
- ... po panią Pomfrey...
- ... nie przeżyje nocy...
- ... coś zrobić...
Otwieram oczy i nagle nie mogę się nadziwić, jak bardzo wszystko jest rozmazane. Czyżby moja wada wzroku tak bardzo się pogłębiła? Mrużę oczy, bo nawet najdelikatniejsze światło drażni moje zmysły. Jęczę po raz kolejny i ktoś znów łapie delikatnie moją rękę.
- Spokojnie, Harry – mówi głos. Dwoje się i troję, ale nie potrafię powiedzieć do kogo on należy, choć z pewnością to ktoś znajomy.
Rezygnuję z wysiłku i zamykam oczy – tak jest dużo prościej. Całe moje ciało promieniuje jakimś niewyobrażalnym bólem, który przywodzi mi na myśl moment opętania przez Voldemorta – ból, który teraz czuje, jest tego samego rodzaju, mimo że dużo słabszy. Przynajmniej tym razem nie błagam o śmierć, choć mam ochotę błagać o eliksir przeciwbólowy, lub chociaż nasenny. Nie mam jednak na to siły, więc leżę po prostu i co jakiś czas pojękuję słabo. Nie mam pojęcia co się stało i dlaczego tak bardzo boli. Chciałbym zadać jakieś pytanie, lecz ból skutecznie izoluje mnie od świata zewnętrznego. Umieram? Na to wygląda.
