Ten rozdział ma zęby. Bardzo za to przepraszam.
Rozdział siódmy: Lekcje odwagi
Harry przemykał się pośpiesznie kolejnym korytarzem w stronę gabinetu, który Dumbledore przydzielił Syriuszowi. Opuścił obiad przed czasem, co spowodowało protest Sylarany i kwaśną minę u Dracona, który utknął w rozmowie z Blaise'em, ale Connora i Rona nie było na obiedzie w ogóle. Teraz Harry miał dodatkowy powód do odwiedzenia Syriusza. Jeśli ci dwaj znowu się w coś wpakowali...
Z ulgą usłyszał głos Rona dochodzący zza uchylonych drzwi gabinetu. Czyli tam byli. Wyglądało na to, że nie on jeden potrzebował porozmawiać ze swoim ojcem chrzestnym.
– ...obślizgły Ślizgon! – zawył Ron wściekle jak tylko Harry dotarł do drzwi.
Harry zamarł. Następnie oparł się delikatnie o ścianę i przechylił głowę, żeby zajrzeć przez szczelinę w drzwiach. Serce mu waliło.
Gabinet Syriusza był w zwykłym dla siebie nieładzie odkąd tylko ten się do niego wprowadził, pełen zdjęć jego z Harrym, czy z Connorem, czy z całą rodziną Potterów, albo tylko z Remusem, przewinęły się nawet zdjęcia ze ślubu Potterów, czy kilka z jego niezliczonej ilości dziewczyn. Jego własna miotła i motor stały w kącie, razem z kilkoma innymi szkolnymi miotłami, które, jak Harry podejrzewał, Syriusz miał sprawdzić na klątwy. Proporce Gryffindoru, albo przynajmniej kawałki materiału transmutowane by tak wyglądały, wisiały niedbale z każdego możliwego haka. Biurko Syriusza stało po środku tego wszystkiego, zakopane pod coraz wyższą ilością papierów i przykryte wielkim rozkładem quidditcha, na którym każdy mecz Gryffindoru był zaznaczony czerwonym i złotym atramentem.
Stały tam również trzy krzesła, teraz ułożone w trójkąt. Syriusz siedział na jednym z nich, z nachmurzoną miną. Connor przysiadł na brzegu drugiego, niemal wibrując z emocji, które Harry rozpoznał jako mieszankę niepokoju i złości. Ron chodził w te i nazad przed nimi, z twarzą zwróconą od drzwi, więc Harry nie widział jego twarzy.
Może to nie jest najlepsza pora, pomyślał Harry.
Podsłuchujesz, wytknęła mu łagodnie Sylarana.
Wiem, burknął Harry w odpowiedzi. Cicho bądź.
Zachichotała w odpowiedzi, co było nieoczekiwaną reakcją. Harry wrócił do słuchania.
– Nie ujdzie mu to na sucho – powiedział Syriusz, a do jego głosu zakradł się warkot. – Ministerstwo nie ma żadnego powodu do zwolnienia twojego ojca, Ron, a już na pewno nie po czymś takim jak mała sprzeczka z Lucjuszem Malfoyem w księgarni.
Ron znowu się obrócił i Harry zobaczył, że jego twarz jest niemal cała czerwona, tak intensywnie, że niemal nie było widać jego piegów.
– Ale co, jeśli to zrobią? – szepnął. – Tata zawsze mi mówił, że Lucjusz Malfoy ma mnóstwo znajomych w ministerstwie i teraz...
– Nie aż tak wielu w porównaniu do czasów, kiedy był śmierciożercą – powiedział Syriusz i prychnął. – Och, tak, ma wpływy – każdy czystokrwisty z pieniędzmi może pomiatać tym kretynem Knotem jak tylko mu się podoba – ale to nie znaczy zbyt wiele teraz, kiedy każdy może spojrzeć na jego lewe przedramię i zobaczyć mroczny znak.
Zamilkł na dłuższą chwilę, po czym na jego twarzy pojawił się leniwy, złośliwy uśmiech.
– No i co teraz, Syriuszu? – w głosie Connora przebrzmiało echo takiego samego uśmiechu. Dobrze wiedział, co Syriuszowi chodzi po głowie, zupełnie jak Harry. Ron patrzył to na jednego, to na drugiego z kompletnym brakiem zrozumienia na twarzy.
Syriusz odkaszlnął.
– Cóż, Malfoy ma zamiar wyjść z siebie, żeby zrobić to wszystko zgodnie z literą prawa i legalnie, prawda? – zapytał.
Ron kiwnął głową.
– Adwokaci i w ogóle! Ale... – wzdrygnął się i zwiesił głowę. – No, moja rodzina nie może odpowiedzieć tym samym, bo... – jego głos ucichł w niemrawym mamrotaniu.
Uprzejmie, uznał Harry, Syriusz nie wspomniał o tym jak biedna jest rodzina Rona.
– Wiem – powiedział. – Po prostu potrzebujecie innego czystokrwistego, który miałby dość pieniędzy, by o was walczyć.
Ron zamrugał tylko, ale Connor skoczył i uwiesił się Syriuszowi na szyi.
– Syriuszu – szepnął. – Zrobiłbyś to? Naprawdę byś to zrobił?
Syriusz potarmosił Connorowi włosy, a zrobił to tak czule, że Harry uśmiechnął się lekko mimo tego, że wieści o tym, że Lucjusz Malfoy faktycznie zaczął wojnę z Arturem Weasleyem, poważnie nadszarpnęły mu nerwy.
– Oczywiście, mały – powiedział. – Wciąż mam swoje kontakty w ministerstwie, a fortuna Blacków leży tylko i lepi się od kurzu, bo nieczęsto z niej korzystam. Przecież nie jestem w stanie wydać wszystkiego na moich nieodpowiedzialnych synów chrzestnych, prawda?
Connor wyszczerzył się do niego radośnie. Ron wreszcie załapał.
– Och, proszę pana, nie śmiałbym prosić...
Syriusz wyciągnął rękę.
– Wiem. Sam tego chcę. Obiecuję ci, Ron, nie zbankrutuję od tego. – Przymrużył oczy i uśmiechnął się w sposób, przez który Harry zawsze oczekiwał, że zaraz wystawi język i zacznie merdać ogonem. – A zmiażdżenie tego drania, Malfoya, sprawi mi wiele radości. Nie ufam mu ani grama więcej niż Smarkerusowi. Kto kiedyś był Ślizgonem, zawsze będzie Ślizgonem. Kto kiedyś był śmierciożercą, zawsze będzie śmierciożercą.
Connor pobladł i przez chwilę nic nie mówił. Wreszcie odezwał się, a jego głos był cichy i zakłopotany.
– Syriuszu, myślisz, że Harry'ego też to dotyczy?
Harry przełknął ślinę.
Dziesięć ruchów i będę przy nich, powiedziała Sylarana z namysłem. Mogłabym ukąsić obu zanim jeszcze osłona by zareagowała i zamknęła mnie w klatce. Tylko powiedz słowo.
Harry rzucił jej gniewny sprzeciw i czekał na odpowiedź Syriusza. Im dłużej jego ojciec chrzestny z nią zwlekał, tym bardziej Harry był spięty. Syriusz patrzył się w przestrzeń przez długą chwilę, aż wreszcie westchnął i przejechał ręką po włosach.
– Connor, jeśli mam być szczery, to sam nie wiem – powiedział, kręcąc głową. – Jest moim synem chrzestnym i to jest naprawdę fajny dzieciak. Chociaż zawsze myślałem, że trochę za dużo siedzi nad książkami. Ale nigdy nie powiedziałbym, że jest zły.
– Ale? – zapytał Connor z naciskiem. Harry zauważył, że Ron też się uważnie przysłuchuje. Ron zawsze widział problem w jego relacjach z Connorem, odkąd sam się z nim zaprzyjaźnił. Póki co akceptował Harry'ego, ale jeśli Syriusz mu powie teraz coś niewłaściwego, to z chęcią się zwróci przeciw niemu.
– Ale jest wężousty – powiedział Syriusz. – I pogodził się ze Ślizgonami nawet po tym, jak otwarcie zadeklarował, że jest po twojej stronie, czego kompletnie nie rozumiem.
To był ich pomysł, nie mój! pomyślał Harry.
– Aha – wymamrotał Connor, wyglądając na wstrząśniętego.
– Zawsze będę po jego stronie, oczywiście – powiedział Syriusz, wyciągając ręce w stronę Connora. Potrząsł nim przez chwilę, a potem uścisnął. – Mam przecież zakład ze Snape'em do wygrania, co nie? Ale nie podoba mi się to, ile czekał z tym, żeby nam powiedzieć, że jest wężousty. Aż mi niezręcznie teraz, jak jest w pobliżu. – Odetchnął głęboko. – Wciąż walczę o Harry'ego, Connor, ale wygląda na to, że czeka mnie cięższa przeprawa niż myślałem.
Harry zamknął oczy. Zwalczył chęć odejścia od drzwi. Wiedział, że teraz Syriusz nie przyjmie zbyt dobrze wieści o tym, co się stało podczas zajęć obrony przed mroczną magią. Harry będzie musiał wyjaśnić kwestię pamiętnika i Toma, i co on w ogóle myślał nikomu o tym nie mówiąc. Dużo łatwiej byłoby się stamtąd po prostu zmyć.
No to tak zrób, powiedziała Sylarana. Sama mogę ci pomóc w walce z Tomem jeśli się znowu pojawi.
Harry powoli pokręcił głową. Miał być Gryfonem, chciał być Gryfonem, a jeśli naprawdę miał ku temu dążyć, to musiał zacząć stawiać czoła własnym lękom. Zrobił to raz, w Wielkiej Sali, ale teraz musiał to kontynuować.
Zapukał do drzwi.
Zapadła krótka, zaskoczona cisza.
– Proszę – zawołał Syriusz.
Harry zajrzał do gabinetu i został przywitany kilkoma emocjami na raz: zaskoczeniem, ulgą, obawą, wrogością. Przełknął ślinę.
– Czy mogę z tobą porozmawiać na osobności, Syriuszu? – zapytał, zerkając na moment na Connora.
Syriusz przymrużył oczy.
– Czemu, Harry?
Harry odetchnął lekko.
– Coś mi się dzisiaj przytrafiło. Coś mrocznego. Chyba ślizgońskiego.
Syriusz odchylił się na swoim krześle, przyglądając mu się uważnie. Wreszcie pokręcił głową.
– Myślę, że czas najwyższy na twoją pierwszą lekcję w tym, jak powinien się zachowywać porządny Gryfon. Pamiętasz, Harry? Obiecałem ci je – powiedział łagodnie, ale w jego tonie brzęczało stalowe postanowienie. – Jestem pewien, że możesz o tym powiedzieć przy Connorze i Ronie. Chyba możemy im zaufać, że nikomu więcej tego nie powiedzą, prawda? – Jego oczy spoczęły na Ronie, który, jak Harry sobie przypomniał, w zeszłym roku miał nieprzyjemną reputację przypadkowego wygadywania się z tajemnic innych ludzi.
Ron przytaknął, lekko czerwony na twarzy. Connor już i tak kiwał głową, a jego orzechowe oczy były wbite ze strachem w Harry'ego.
– Powiedz nam o wszystkim – powiedział łagodnie Syriusz.
Harry opowiedział im o pamiętniku, o koszmarach związanych z dwoma postaciami, o snach z Tomem Riddle'em i skończył na tym, co się stało podczas zajęć z obrony. Wyrzucił z głosu wszelkie emocje i uważał, żeby ton jego głosu pozostawał beznamiętny. Wzrok wbił w punkt ponad głową Syriusza, żeby nie musieć patrzeć na to, jak się zmienia jej wyraz.
– Och, Harry – szepnął Syriusz jak Harry wreszcie skończył.
Harry powoli zwrócił się ku niemu. Nie wiedział, jakie emocje dominują w oczach jego ojca chrzestnego – było ich zbyt wiele – i nie ważył się spojrzeć na Rona i Connora. Kiwnął głową.
– Myślę, że zostałem opętany – szepnął. – Ale nie wiem, w jaki sposób. Nie zaglądałem do pamiętnika od tygodni.
– Ale go zatrzymałeś? – zapytał Syriusz z naciskiem.
– Nie wiedziałem, co innego można z nim zrobić – powiedział Harry, kręcąc głową. – Nie wydawał się niebezpieczny...
– Obawiam się, że jest. – Syriusz wstał i podszedł do niego, po czym uklęknął przed nim. Harry odprężył się nieco, jak zobaczył jego wzrok. Lily miała taki sam, kiedy musiała mu wyjaśnić coś trudnego z życia dorosłych, z czym się zetknął po raz pierwszy. – Cokolwiek, co może wywołać takie sny i opętać cię w ten sposób, jest niebezpieczne. Leć po ten pamiętnik, Harry, przynieś mi go tutaj. Muszę go zobaczyć. Jest kilka zaklęć, które znam, a o których ty pewnie nawet nie pomyślałeś, które chciałbym przeprowadzić na tym pamiętniku. Sprawdzę jak wiele jest w nim mrocznej magii.
Harry kiwnął głową i pobiegł w stronę lochów. Słyszał jak rozmowa rozbrzmiewa zaraz po jego wyjściu, ale tym razem nie zatrzymał się, żeby podsłuchiwać. Nie miał prawa słyszeć nawet pierwszej.
Wydłużył krok, trąc swoją bliznę, która znowu zaczęła go lekko piec. Potem usłyszał zaskoczony syk Sylarany.
Harry powoli i ostrożnie otworzył oczy. Miał wrażenie, jakby były sklejone przez długi okres snu. Głowa go bolała. Rozejrzał się dookoła i nie rozumiał tego, co zobaczył. Leżał w łóżku, w skrzydle szpitalnym, a Madam Pomfrey stała niedaleko i rozmawiała z Syriuszem napiętym głosem.
– Syriuszu? – zapytał. Miał zachrypnięty głos. Harry wzdrygnął się. Brzmiał, jakby całymi godzinami wrzeszczał.
Syriusz wyleciał zza matrony, ignorując jej zaskoczony krzyk, i przyklęknął przy łóżku Harry'ego. Złapał jego prawą rękę i wolną dłonią sięgnął, by odgarnąć mu grzywkę z twarzy. Wciągnął ze świstem powietrze.
Harry się skrzywił. Wyglądało na to, że jego blizna wyglądała inaczej, kiedy go tak intensywnie bolała jak teraz.
– Zmieniła kolor – szepnął Syriusz.
– Co takiego? – Madam Pomfrey pojawiła się za nim z rękami na biodrach. – Jeśli sugerujesz, że pan Potter cierpi teraz bo sobie nabił guza, to obawiam się, że muszę...
– Nie, jego blizna – szepnął Syriusz. – Jest czerwona. Czemu?
– No, ja na pewno nie wiem – powiedziała Madam Pomfrey. – A teraz gdybyś mógł mi się odsunąć z drogi, Syriuszu, to przeprowadzę kilka testów...
Syriusz odsunął się, chociaż zdawał się niezdolny do puszczenia ręki Harry'ego. Jego zaniepokojony wzrok rozgrzało w Harrym coś, z czego nawet nie zdawał sobie sprawy, że było zamrożone. Zamknął oczy i ostrożne poruszył lewą ręką, żeby poczuć ciężar Sylarany. Był zaskoczony, że jeszcze nie skomentowała niczego.
Nie było jej tam.
Otworzył oczy i już miał zapytać, kiedy Madam Pomfrey zaczęła inkantację zaklęć, więc uznał, że powinien leżeć w bezruchu i zaczekać. Nie rozpoznał żadnego z tych zaklęć, ale skupił się na zapamiętaniu poszczególnych sylab. Magia medyczna mogła się kiedyś przydać, jeśli będzie musiał wyleczyć Connora.
Matrona wreszcie westchnęła i odsunęła się od łóżka, opuszczając różdżkę.
– Fizycznie nic mu nie jest – powiedziała. – Nie ma obitej głowy, wstrząśnienia mózgu, żadnych połamanych kości.
– Nie rozumiem – powiedział Harry i skrzywił się na dźwięk swojego głosu. – Co się stało?
– A co pan pamięta jako ostatnie, panie Potter? – zapytała Madam Pomfrey, a jej głos złagodniał jak spojrzała na jego twarz.
Harry pokręcił głową.
– Niewiele. Byłem w drodze do lochów, żeby zabrać stamtąd książkę, na którą Syriusz chciał rzucić okiem, ale wtedy... wtedy Sylarana syknęła... – Znowu spojrzał tępo na swoje lewe przedramię. – Gdzie ona jest?
– Tutaj, mój chłopcze.
Harry obrócił głowę i odetchnął z ulgą. Dumbledore był z nimi w pokoju, trzymał w rękach szklany pojemnik. Sylarana wiła się w środku, sycząc wściekle. Dumbledore położył klatkę ostrożnie na łóżku i otworzył ją.
– Dyrektorze, to nierozsądne... – zaczęła Madam Pomfrey roztrzęsionym głosem.
Sylarana wystrzeliła z klatki jakby ta ją parzyła i zwinęła się na obojczyku Harry'ego, po czym szybko owinęła wokół jego szyi. Nie przestawała przy tym mówić, tonem pełnym żądania.
– Gdzie ty byłeś? Nie mogłam cię znaleźć. Nie mogłam cię wyczuć. Gdzie się podziałeś?
– Nie wiem – powiedział Harry i z tego, że wszyscy obecni dorośli się wzdrygnęli zrozumiał, że mówił w wężomowie. Westchnął i zwrócił się ku nim, uważając, żeby trzymać Sylaranę poza swoim polem widzenia. – Nie wiem, co się stało – powiedział. – Ale oboje chcielibyśmy się dowiedzieć. Czy ktoś może nam powiedzieć?
– Mówi o tym wężu jakby ten był człowiekiem – wymamrotał Syriusz. – Dziwaczne.
Dumbledore go zignorował i powoli kiwnął głową, a w jego oczach było zdecydowanie mniej blasku niż kiedy Harry widział go ostatnim razem.
– Alarm w moim gabinecie się włączył, kiedy twoja Locusta znalazła się w niepokojącej odległości od ciebie, mój drogi chłopcze – czy może raczej powinienem powiedzieć, kiedy się od niej oddaliłeś na niepokojącą odległość. Kiedy po nią poszedłem, zacząłem cię szukać i swoimi sposobami namierzyłem cię na drugim piętrze, przed schowkiem na miotły. Leżałeś na ziemi, nieprzytomny. – Zamilkł, patrząc intensywnie na Harry'ego. – Naprawdę nie pamiętasz, co się stało?
Harry pokręcił głową, oszołomiony.
– Ale Sylarana powinna być w stanie nam powiedzieć...
– Nie mogę – powiedziała z uporem. – Odłożyłeś mnie na ziemi i kazałeś zostawić się w spokoju. Tych wspomnień nie ma w twojej głowie. Zniknęły.
– A co tam jest zamiast nich? – zapytał Harry, nie przejmując się tym, że syczy.
– Nic. Dziura. – Sylarana zacisnęła nieco swój uchwyt na jego szyi. – To było dziwne.
– A są jakieś ślady po Tomie Riddle'u?
– Nie ma – powiedziała Sylarana. – Nie wyczuwam go już. – Zamilkła na dłuższą chwilę, po czym dodała niepewnie. – Być może się przestraszył sugestii tego kundla, żeby przyjrzeć się bliżej jego pierwszemu domowi, i uciekł.
Harry odetchnął głęboko. Czyli jedno z niebezpieczeństw zostało oddalone – to główne, Tom Riddle, który był w stanie go opętać i rzucić z pomocą jego ciała niebezpieczne zaklęcia na innych uczniów, czy nawet na Connora. Pozwolił supłowi, w jaki był zwinięty jego żołądek, się rozwiązać i spojrzał w górę, gdzie zobaczył pytające spojrzenie Dumbledore'a.
– W mojej głowie był ktoś, proszę pana – powiedział spokojnie. – Ktoś mnie opętał. Młody człowiek z czarnymi włosami, który twierdził, że pochodzi z pewnej książki, którą dostałem od... – Zawahał się. Czy naprawdę powinien wydawać ojca Dracona w ten sposób?
– Od? – Dumbledore popędził go delikatnie, patrząc na niego uważnie.
Harry pokręcił głową.
– Znalazłem w Esach i Floresach – powiedział. – Z początku nie wiedziałem, że jest z nią coś nie tak, ale wtedy Tom zaczął ze mną rozmawiać...
– Tom. – Oczy Dumbledore'a otworzyły się nieco szerzej. – Tom Riddle?
Harry zamrugał.
– Tak, proszę pana. Skąd pan wie? Syriusz o tym już panu powiedział? – Zerknął na swojego ojca chrzestnego, ale Syriusz, choć wciąż trzymał rękę Harry'ego w żelaznym uścisku, patrzył na Dumbledore'a z równie wielkim zdumieniem co Harry.
Dumbledore westchnął.
– Obawiam się, że mam dobry, choć nieszczęśliwy powód, by myśleć o tym nazwisku za każdym razem, kiedy słyszę o jakimś Tomie – powiedział. – I nie, twój ojciec chrzestny o tym nie wspominał. – Odczekał dłuższą chwilę i wreszcie dokończył. – Tom Riddle to było imię Voldemorta kiedy ten chodził do Hogwartu, Harry.
Harry zacisnął ręce tak mocno, że jego paznokcie przebiły jego skórę. Skóra mu pełzała jakby był cały umazany błotem.
Voldemort. Miał w swojej głowie Voldemorta. Voldemort mógł w każdej chwili go opętać i skrzywdzić Connora.
Mógł użyć Harry'ego do skrzywdzenia Connora.
Harry zadygotał. Przechylił się na bok, a Madam Pomfrey krzyknęła coś krótko i machnęła różdżką, przesuwając w jego stronę wielką miskę, która dotarła akurat w czas, kiedy zaczął wymiotować.
Tymczasem Sylarana syczała niczym smok, któremu ktoś naruszył legowisko.
– Ten degenerat, który zmuszał węże, by były mu posłuszne? Ten, z którym walczyłeś w zeszłym roku? On byłby w stanie przejąć nade mną kontrolę. Próbował to zrobić. Cieszę się, że już go nie ma. – Następnie zacisnęła się wokół szyi Harry'ego na tyle mocno, że musiał jej poświęcić choć odrobinę uwagi, choćby dlatego, że zaczynała mu odcinać dopływ powietrza. – Nie splugawił cię.
Harry potarł dłonią usta i kiwnął słabo głową w stronę Madam Pomfrey w podzięce. Żałował, że nie może się zgodzić z Sylaraną. Czuł się splugawiony i do tego przerażony w sposób, który nie miał nic wspólnego z opętaniem jako takim. To był Voldemort. Główne zagrożenie dla życia Connora, właśnie to, przed którym miał go chronić.
Przez niego Harry mógł się stać zdrajcą.
Poczucie winy i obrzydzenie do samego siebie rozwijały się od strony jego klatki piersiowej i pochłonęłyby go kompletnie, gdyby tylko mogły. Harry wziął głęboki oddech i włożył je, bardzo ostrożnie, do tajemniczego pudełka jego prywatnych myśli, tego, do którego wciskał wszystkie swoje żale na czasowe niesprawiedliwości czy zazdrość, którą odczuwał czasami w pobliżu Connora. To pudełko służyło mu dobrze odkąd skończył pięć lat. Było bez dna. Harry uznał, że może wytrzymać jeszcze trochę.
– Czy nikomu nic się nie stało? – szepnął. – Co z Margaret, tą dziewczyną, w którą wcześniej rzuciłem klątwą?
– Już się obudziła – powiedziała Madam Pomfrey – i jest już z powrotem w wieży Ravenclawu. Prawdę mówiąc, panie Potter, to była tylko prosta odmiana starego zaklęcia. Nasz obecny profesor obrony przed mroczną magią nie był w stanie sobie z nią poradzić, rzecz jasna – w jej głosie zabrzmiał najprawdziwszy jad, kiedy to powiedziała – ale to nic trudnego dla kogoś wytrenowanego w magii medycznej.
Harry kiwnął głową i wzmocnił swoje postanowienie, by jak najszybciej nauczyć się magii medycznej.
– Daj profesorowi Lockhartowi szansę, Poppy. – Dumbledore droczył się z matroną łagodnie. Madam Pomfrey tylko prychnęła. Dumbledore odwrócił się i spojrzał Harry'emu w oczy. Wydawał się być zamyślony.
– Panie Potter – powiedział. – Zdaję sobie sprawę, że moja prośba będzie cokolwiek nietypowa, ale obawiam się, że nie mam innego wyboru.
Harry kiwnął głową, a jego serce zabiło szybciej. Sylarana wydała z siebie syk, który albo był wyrazem gniewu, albo jakimś potwornym przekleństwem, na które Harry nie znał tłumaczenia.
– Obawiam się, że muszę poprosić, by nie mówił pan nikomu, nawet własnemu bratu, o tym że został pan opętany przez Toma Riddle'a – powiedział cicho Dumbledore. – Albo przynajmniej o tym, że Tom Riddle jest Lordem Voldemortem – dodał, chyba dostrzegając cień w oczach Harry'ego. – Rozumiem, że młody Connor już wie o opętaniu?
Harry kiwnął głową.
– Ron Weasley również. Ale obiecali, że nikomu o tym nie powiedzą, dyrektorze – powiedział. – Obiecali.
– I nie wątpię, że dotrzymają tego słowa, Harry – powiedział łagodnie Dumbledore. – Ale to bardzo ważne, żeby nikt inny się o tym nie dowiedział. Obawiam się, że to musiałoby oznaczać twoje wydalenie ze szkoły. Wśród rodziców są ludzie, którzy wciąż boją się choćby wspomnieć jego imię. Jeśli dowiedzą się, że jeden z uczniów wszedł w kontakt z artefaktem, który miał w sobie choćby jego wspomnienie... obawiam się, że zażądają twojego wyrzucenia ze szkoły i mam wrażenie, że większa część kadry nauczycielskiej ich poprze.
Harry przełknął ślinę.
– A czemu pan nie próbuje mnie wyrzucić? I czemu właściwie pan tego nie zrobił jak już powiedziałem, że umiem rozmawiać z wężami?
Dumbledore wyciągnął dłoń i delikatnie pogłaskał Harry'ego po głowie. Harry zadrżał. Dłoń starego czarodzieja była ciężka, niosła ze sobą uczucie niezwykłej siły i mocy, i smutku, i był to jedyny człowiek poza ich matką, któremu udawało się nie rozczochrać włosów Harry'ego jeszcze bardziej.
– Ponieważ w Hogwarcie nie ma żadnego prawa, które mówiło by, że wężoustym nie wolno się u nas uczyć – powiedział Dumbledore. – Zionęłoby to hipokryzją z naszej strony, jeśli wziąć pod uwagę, że jeden z Założycieli miał ten dar. I znam wiele ofiar Voldemorta. – Przez chwilę zerknął w bok, na drzwi, po czym znowu spojrzał na łóżko. – I wiem, że jesteś jedną z nich, a nie jego współpracownikiem.
Harry kiwnął głową i zamknął oczy.
– Dyrektorze – powiedział zimny głos od strony wejścia.
Harry ponownie otworzył oczy i obrócił się, by zobaczyć Snape'a stojącego w progu. Profesor eliksirów miał wbite w niego oczy, oczywiście.
Sylarana zaczęła się odwijać z jego szyi.
– Nie – powiedział jej Harry. – Nie gryź go.
– Nie będziesz mi rozkazywał – warknęła na niego Sylarana.
– W takim razie zmuszę cię, żebyś sobie ode mnie poszła – powiedział Harry. – Jeśli nic, co mogę zrobić, nie zdoła cię powstrzymać przed zabijaniem ludzi wokół mnie, to nie chcę cię w pobliżu.
Sylarana zawahała się, jakby zastanawiała się, czy może jednak warto, ale ostatecznie poddała się i owinęła się ponownie wokół jego szyi, tworząc sobą osobliwy naszyjnik i narzekając, co Harry postanowił zignorować.
– Domyślam się, że szukałeś wszędzie, Severusie? – zapytał Dumbledore lekko.
– Owszem. – Snape podszedł do łóżka, a jego szaty zawirowały wokół niego. Nie spuszczał Harry'ego z oczu. – Nie ma śladu po książce w sypialni chłopca.
Harry zamknął oczy. Zauważył tępo, że był już w tej chwili tak przerażony, że nowy pokład strachu dokładający się na wierzch nie robił mu już specjalnej różnicy.
– Tego się obawiałem – westchnął Dumbledore. – Podejrzewam, że Harry został opętany ten jeden ostatni raz, żeby schować pamiętnik, po czym jego wspomnienia z tego okresu zostały usunięte, żeby nikt nie wiedział, gdzie on się teraz znajduje. – Spojrzał na Harry'ego i uśmiechnął się do niego pokrzepiająco. – Przynajmniej, mój drogi chłopcze, nie jesteś już opętany. Tam, gdzie zniknęła ta książka, musiała się też udać ta obecność. Nie będzie ci już dłużej mieszać w głowie.
Harry kiwnął głową, choć nie bardzo go to pocieszało. Wystarczało to, co już zrobił. Nie miał pojęcia jak z tym żyć, ani jak to wynagrodzić Connorowi.
– Kto pana opętał, Potter? – Snape prychnął.
Harry spiął się cały. Czy Dumbledore każe mu powiedzieć też Snape'owi, skoro ten człowiek też był jedną z ofiar Voldemorta?
Ale Dumbledore powiedział tylko:
– Harry zgodził się powiedzieć to tylko ograniczonej liczbie osób, Severusie. A w zamian za to my zobowiązaliśmy się nie mówić o tym nikomu więcej. – Spojrzał na Madam Pomfrey i Syriusza. Syriusz, oczywiście, od razu pokiwał głową, a Madam Pomfrey pobladła, widząc minę dyrektora, po czym opuściła głowę.
– Ten chłopiec jest w moim domu – powiedział Snape. – Pod moją opieką. Mam prawo wiedzieć.
Harry nie musiał podnosić wzroku, żeby wiedzieć, że Snape znowu go obserwuje.
– Serio? – zapytał Syriusz, śmiejąc się szczekliwie. – Pod twoją opieką? Niby jak, skoro nawet nie wiedziałeś, że jest wężousty, albo że został opętany?
–A ty o tym wszystkim wiedziałeś zanim pojawiliście się w szkole, Black? – głos Snape'a zrobił się miękki i szybki. – Wiedziałeś, że twój chrześniak ma talent Salazara? Albo że...
– Severusie. Syriuszu.
Głos dyrektora zdawał się zamrozić obu mężczyzn z miejsca. Harry widział jak Syriusz opuszcza głowę, a na jego policzkach powoli pojawia się rumieniec, oraz jak Snape sztywnieje. Dumbledore spojrzał na jednego, potem na drugiego i westchnął.
– Kiedy dorośli ludzie nie są w stanie odłożyć na bok starych kłótni, jak mamy przekonywać młodych, żeby tak zrobili? – wymamrotał.
Żaden z mężczyzn się nie odezwał. Dumbledore westchnął ponownie i spojrzał znowu na Harry'ego. Miał smutne oczy.
– Naprawdę mi przykro, że to ci się przytrafiło, mój chłopcze – powiedział. – Nic nie powinno być w stanie cię skrzywdzić na terenie Hogwartu. Od teraz będziesz pod moją osobistą opieką. Możesz przyjść do mnie w każdej chwili i z każdą troską, jaka ci przyjdzie do głowy.
Harry kiwnął głową. I tak miał zamiar porozmawiać z dyrektorem na wypadek gdyby coś złego się miało znowu przytrafić Connorowi. Będzie musiał częściej go obserwować i poświęcić mu więcej uwagi niż do tej pory. Co, jeśli Tom Riddle zaplanował coś jeszcze, albo czaił się w ciemnościach? Co, jeśli ktoś inny znajdzie pamiętnik?
Harry nie chciał myśleć o tym, co się wtedy może stać.
– Dyrektorze – powiedział nagle Snape. Jego głos wciąż był zimny, ale już nie tak zadziorny jak wcześniej. – Czy mogę zaproponować wykorzenienie wszelkich śladów po opętaniu w umyśle chłopca?
– Oczywiście, Severusie – powiedział Dumbledore, brzmiąc na mile zaskoczonego.
– Chciałbym rozszerzyć moją propozycję o nauczenie naszego zapatrzonego w antyczne zwyczaje pana Pottera oklumencji – powiedział Snape. – Oraz legilimencji. Nawet w najgorszym wypadku po prostu oczyścimy jego umysł ze wszelkich resztek obecności, jakie mogły tam pozostać po opętaniu. W najlepszym, być może uda mi się nauczyć chłopca jak może chronić swój umysł przed kolejnymi takimi napadami.
Harry wbił się w poduszki tak głęboko, jak mógł bez puszczania ręki Syriusza, czy irytowania Sylarany. Legilimenta! Snape był legilimentą!
A Harry ufał mu bez namysłu, nawet jak patrzył mu prosto w oczy, co robił więcej razy niż umiałby zliczyć, a jego wspomnienia płonęły i błyskały pod samą powierzchnią jego umysłu. Merlin jeden wiedział ile informacji przypadkiem przekazał Snape'owi, informacji, które mogły przekląć Connora.
Nie było mowy, żeby pozwolił głowie domu Slytherina wejść sobie znowu do głowy, nie teraz, kiedy wiedział.
– Nie – powiedział stanowczo.
Snape odwrócił się i wbił wzrok w oczy Harry'ego. Harry z miejsca spojrzał w bok, a Sylarana zasyczała mu nad uchem, wspierając go.
– Czemu nie? – Snape zapytał ciszej. – Obawia się pan tego, co mogę tam znaleźć, panie Potter?
– Tak – odparł Harry prosto z mostu. – Obawiam się. Nienawidzi pan naszego ojca. Już pan tego dowiódł. – Zerknął na niego akurat w porę, żeby zobaczyć osobliwy blask w oczach Snape'a i uśmiechnął się gorzko. – Myślę, że chce pan to zrobić tylko po to, żeby znaleźć wspomnienia czasów, kiedy James Potter zrobił coś wstydliwego, po czym dręczyć mnie za ich pomocą.
– Można pomyśleć, że mi pan nie ufa, panie Potter – powiedział Snape. Harry nie wiedział, jakie emocje były w tym głosie, były zbyt stłumione.
– Bo nie ufam – powiedział Harry. – I pan dobrze wie, czemu.
Spojrzał Snape'owi prosto w oczy i pozwolił wspomnieniu o veritaserum zamigotać na powierzchni swojego umysłu.
Snape drgnął i zrobił krok w tył, jakby coś go ugryzło, a jego oczy otworzyły się na chwilę szerzej. Szybko jednak przymrużył je z powrotem.
– Mimo wszystko – powiedział.
– Profesor Snape byłby idealnym wyborem, Harry – powiedział Dumbledore, z nutką żalu w swoim głosie. – Zna... pewne sposoby obrony przed postacią, która cię opętała. Do tego jest głową twojego domu. Jest również ekspertem w oklumencji i jestem pewien, że przysięgnie nam, że nie wyjawi nikomu i niczemu tego, co znajdzie w twoim umyśle, chyba, że pod legalnym przymusem. – Odwrócił się i spojrzał Snape'owi w oczy.
– Oczywiście – powiedział Snape bez wahania.
– Nie zgadzam się na to!
Harry podskoczył, kiedy Syriusz zerwał się na równe nogi, ciągnąc go przy okazji za rękę. Uwolnił się i potrząsnął zgniecioną dłonią. Sylarana zasyczała, ale po raz kolejny, było to tylko syknięcie. Harry nie wiedział, co o tym myśleć.
– Harry to mój syn chrzestny – warknął Syriusz, pochylając się do przodu. – Do tego to dwunastolatek, który dopiero co był opętany. Potrzebuje spokoju, odpoczynku i towarzystwa swoich przyjaciół. Nie będziesz mu grzebać w głowie, ty obślizgły, brudnowłosy, żółtozębny, zasmarkany śmierciożerco!
Snape się nie uśmiechnął. Obserwował tylko Syriusza z chłodnym dystansem, po czym zwrócił się do Dumbledore'a.
– Dyrektorze?
– Musimy zrobić dla Harry'ego to, co będzie dla niego najlepsze – powiedział Dumbledore. – I naprawdę uważam, że Severus będzie w stanie mu pomóc, Syriuszu. Poproszę go o złożenie przysięgi, jeśli to ci...
Syriusz wyszedł ze skrzydła szpitalnego, tupiąc głośno. Harry słuchał każdego kroku, który go stamtąd wyniósł i zamknął oczy, wiedząc, co się teraz stanie.
Dumbledore wyjaśnił całą sytuację Snape'owi po cichu i przyjął jego przysięgę. Harry przez cały czas leżał z zamkniętymi oczami. Już się zapadał głęboko w samego siebie, sięgając po odwagę, którą Syriusz chciał mu dzisiaj pokazać i której będzie potrzebował, by chronić swojego brata.
Wszystko, co do tej pory robił, żeby się stać Gryfonem, zdawało się go tylko coraz bardziej pogrążać w ślizgoństwie. Będzie musiał spróbować czegoś innego.
Szkoda tylko, że nie był pewien, czego jeszcze mógłby spróbować.
– Snu – zaproponowała Sylarana z mocą.
Harry westchnął. Miała rację. Nikt nie mógł go winić za pójście spać, a dzięki temu będzie w stanie się odprężyć i może rano obudzi się z nowymi pomysłami.
Obrócił się na bok, ułożył wygodnie i pozwolił swojemu umysłowi odpłynąć w ciemność.
Snape czekał, aż się znajdzie w ciszy swojego gabinetu i dopiero wtedy pozwolił stoizmowi spełznąć ze swojej twarzy. Następnie wyciągnął różdżkę, stworzył kilka tarczy i celów do pojedynków i zaczął je przeklinać, jedne po drugich, spopielając je i topiąc im członki, raniąc je i krojąc, aż wreszcie rozszarpując je na strzępy i eksplodując resztki. To był odruch, jakiegoś się nauczył dawno temu, bo rzucanie przedmiotami w pokoju pełnym eliksirów było kiepskim pomysłem.
Wreszcie, kiedy pierwsza chwila irytacji opadła, Zniknął wszystkie cele i tarcze, po czym opadł na krzesło, zamykając oczy.
Dwa wspomnienia były wyryte w jego umyśle i płonęły jasno, jak w dzień: noc, kiedy podstępem wmusił w Harry'ego veritaserum, oraz słowa, które powiedział Dumbledore, kiedy ostrzegał Snape'a co do tego, co prawdopodobnie zobaczy w umyśle Harry'ego.
– Tom Riddle tu jest, Severusie. A teraz zaginął nam jego pamiętnik.
Snape wiedział, co to znaczy. Ale ledwie ta myśl pojawiała się w jego umyśle, natychmiast ją zamykał.
Teraz już nie był w stanie.
Druga Wojna już się zaczęła.
A Harry Potter był w samym jej centrum, jak Snape podejrzewał, że będzie. Gdyby się o tym dowiedział ledwie tydzień temu, dzień wcześniej, to pewnie by się uśmiechnął. To był tylko kolejny dowód na to, że to Harry Potter, a nie jego brat, jest Chłopcem, Który Przeżył.
Ale nie teraz. Nie, kiedy Voldemort uzyskał bezpośrednie połączenie z umysłem Harry'ego, a Harry pokazał wszystkim, że nie ufa, że jego głowa domu może go ochronić przed takim zagrożeniem, że nie ufał mu od miesięcy.
Byłem ślepy.
Snape wiedział, że popełniał już błędy w przeszłości, czasem wielkie, czasem przerażające – czasem zdawało mu się, że jego życie jest pasmem ciągle popełnianych błędów – ale w tamtej chwili jedynym błędem, jaki mógłby porównać co do wielkości z tą chwilą, z którą stracił zaufanie Harry'ego i przyjął zakład Blacka, była noc, w której postanowił się przyłączyć do śmierciożerców. I to będzie do niego wracało, echa tego błędu będą wracać w przeróżnych formach, zwłaszcza jeśli Mroczny Pan powróci. Nic, co zrobił w ciągu ostatnich dwunastu lat, nie było w stanie temu zadośćuczynić.
Nie mogę na to pozwolić. Przeciw temu nie ma znaczenia, czy Harry jest synem Jamesa Pottera, czy chrześniakiem Syriusza Blacka. Ważne jest to, że jest w samym środku tego wszystkiego.
I jeśli teraz nie pomogę Harry'emu, to inne domy równie dobrze mogą winić Slytherin za powrót Mrocznego Pana.
Snape wstał i odetchnął szybko, opanowując się. Niebawem będzie musiał wytrzymać całą lekcję z tępymi trzeciorocznymi Puchonami i Krukonami, i musiał się do niej przygotować. Nie mógł pozwolić, żeby uczniowie zobaczyli swojego opanowanego profesora eliksirów z furią i agonią w oczach.
Druga Wojna już się zaczęła, pomyślał, kierując te słowa do chłopca w skrzydle szpitalnym, który nie był w stanie ich usłyszeć. Obaj jesteśmy w niej żołnierzami. Nie będziesz walczył sam.
Głównym kłopotem, oczywiście, będzie sprawienie, żebyś to zauważył.
