7.

Merlin uśmiechał się głupio, wchodząc do komnat Artura. Jednak przygasł trochę, gdy zobaczył go jak zawsze zapracowanego i ponurego na tle ciemnego okna. Postawił przed nim na biurku tacę z obiadem, odsuwając na bok dokumenty podatkowe i inne nonsensy.
— Wiesz, mógłbyś się rozchmurzyć. Nikt nas dzisiaj nie zaatakuje... — przerwał nagle i wyprostował się. — Prawda?
Pendragon parsknął, w końcu weselszy.
— Niestety nie pamiętam.
Merlin, jak to się ostatnimi czasy zdarzało, usiadł naprzeciwko króla i zaczął jeść swój posiłek. Artur szybko stracił radość z odzyskanej młodości choć, jak twierdził, nie nękały go już zesztywniałe mięśnie czy wiek. Czarodziej zazwyczaj przewracał oczami słysząc utyskiwania — w zeszłym tygodniu Artur był sprawniejszy niż kiedykolwiek. I już nie zdarzało mu się zaspać, co było wkurzające.
— Jutro rano mamy spotkanie, resztę dnia spędzimy na polowaniu. — Merlin przytaknął. To była kolejna nowa rzecz w Arturze — używał słowa "my" za każdym razem, gdy z nim rozmawiał. — A po polowaniu mam dla ciebie niespodziankę. — Chłopak podniósł głowę znad dziczyzny — znał ten wyraz twarzy. Jęknął.

Spotkanie było niebywale ożywione, a Artur bardzo w nie zaangażowany — bardziej niż kiedykolwiek. Przerywał ojcu jego wypowiedzi, czasem nawet reagował na nie ze wzgardą — jednak rozstrzygał spory sprawnie, równie szybko co upokarzająco zmuszając lordów, by przyznawali się do swoich win.. Tuż po tym wyjątkowym zgromadzeniu Artur wpadł do swoich komnat niczym burza, rozgniewany.
— Merlinie, chcę wracać! — Chłopak przewrócił oczami i zaczął szykować zbroję, podczas gdy jego towarzysz kontynuował: — Nie mogę tak dłużej. Jestem królem, mam królestwo za które jestem odpowiedzialny i nie mogę udawać, że nic się nie dzieje. Muszę wrócić. — Zmęczony i sfrustrowany, przeczesał palcami włosy. Następnie, jak gdyby godząc się ze swoim losem, zwiesił ramiona i powiedział zmęczonym głosem: — Załóż mi ją. — Merlina zaniepokoiło trochę jego zachowanie – to, że potrafił wybuchnąć w ciągu sekundy, by następnie ukryć wszystkie emocje głęboko w sobie. Jednak kiwnął tylko głową i zaczął pomagać mu zakładać zbroję.

Spędzili dzień całkiem miło, mimo że Artur czasem wzdychał i kilka razy przyłapał go na zamyślonym spojrzeniu. Spali w namiocie w lesie, a Artur upolował kilka królików, i chociaż mógł złapać jelenia, pozwolił mu uciec.
— Nie chcę się dziś przemęczać, zapolujemy na niego jutro rano — krótko skomentował.
Chociaż mówił teraz o tym co myśli bez ogródek, Merlin zauważył, że był bardziej drażliwy niż kiedyś. Kolejną nowością był nawyk Artura, by przeczesywać palcami jego włosy, jednak Artur albo był nieświadomy, że to czyni, albo się z nim drażnił. Znajdował również czas, aby naprawdę go słuchać i patrzeć na niego. Dzisiejszy wieczór spędzili na rozmowie i choć nie mówili o niczym ważnym, to Artur nie spuszczał z niego wzroku. Merlin przypuszczał, że działo się tak, bo nie mieli dla siebie czasu, odkąd Artur został królem, ale również nie chciał koncentrować się na dziwnym wyrazie twarzy przyjaciela, który czasami myślał, że chyba sobie wyobraża. Nie mógł lub nie chciał tego rozszyfrowywać.

Artur usiadł przy nim i odprężył się.
— Możesz powiedzieć mi coś o przyszłości? Obiecuję, że nie powiem Gajusowi — poprosił chłopak.
Artur roześmiał się.
— Cóż, jest tam czarodziej; niezwykle potężny, mądry i odważny, a przede wszystkim lojalny ponad wszystko. Nigdy nie spotkałem nikogo równie lojalnego.
Merlin uśmiechnął się.
— Och tak, więc w końcu skopałem ci tyłek?
Kolejna salwa głębokiego śmiechu.
— Proszę cię, Merlinie. Mówiłem o Gawainie — powiedział i popchnął przyjaciela na ziemię.
— Nawet jako król nadal jesteś durniem.
— Hej! — Artur potarł swoje ramię, w miejscu gdzie Merlin poraził go czarem. Tłumiąc chichot, usadowił się wygodnie. — Tęskniłem za tym.
— Za czym?
— Za tym. Za tobą, pokojem, młodością. To były dobre czasy.
Merlin spojrzał w ogień.
— Gdyby coś było nie tak... mam na myśli... coś złego, powiedziałbyś mi, prawda? — zapytał i dostrzegł, że Artur się spiął. Oczy czarodzieja zwęziły się, a przyszły król powoli przytaknął.
— Oczywiście. Powiedziałbym ci.
Jednak zanim jego przyjaciel zaprotestował usłyszeli wrzask.
— Co to było?
— Sowa.
Merlin przytaknął nie do końca przekonany.
— Sowa wydaje takie dźwięki? — Znów usłyszeli dziwne trzaski, za którymi podążył skrzek głębszy i niższy – dźwięk zdawał się być bliżej.
— Chyba kilka sów. — Nim mogli rozpoznać źródło hałasu, obaj zerwali się na równe nogi; Artur trzymając swój miecz, Merlin wymachując prowizoryczną pochodnią. — Patrz, gdzie celujesz tym czymś, Merlinie. — warknął Artur. Kiedy czarodziej właśnie miał przeprosić, jakieś stworzenie wyskoczyło z krzaków. Rzucili się na ziemię, gdy ruszyło na nich. Hałas ranił uszy, jednak mimo to Artur zerwał się z ziemi i ciął mieczem.
W blasku ognia rozpoznali kształt kota, jednak z dziobem i pazurami. Ciało stworzenia było w połowie pokryte futrem, w drugiej piórami i łuskami. Ze śliskiego ogona wystawał czarny kolec, z którego sączył się jad. Widok był wstrętny i przerażający jednocześnie.
— Merlinie, nie używaj przeciwko niemu wiatru i nie pozwól, by dotknął cię ogonem. — Artur próbował dosięgnąć ciała potwora w czasie gdy Merlin machał pochodnią, by odwrócić jego uwagę.
— Wiesz, co to jest? — zawołał, kiedy stwór obrócił się błyskawicznie i warknął w jego kierunku. Krzyknął i upadł na ziemię.
Arthur znów dźgnął stwora, uchylając się przed pazurami i dziobem, ale jego miecz był praktycznie bezużyteczny i przeklinał w duchu fakt, że nie ma przy sobie Excalibura. Bestia zaatakowała i rzuciła nim o ziemię; jego koszula rozdarła się, ale na skórze pojawiły się tylko lekkie zadrapania — cicho podziękował losowi za swoje młode ciało.
— Merlinie, jaki jest pożytek z posiadania czarodzieja, jeśli ten nie robi nic, by pomóc?
Mag wyciągnął rękę i krzyknął:
Sig Bycroh Losvynorthra. — Wraz ze złotym błyskiem w oczach przyszła szybka i potężna magia.
Artur westchnął, gdy bestia zamieniła się w kamień, potem w popiół. Jak tylko czarodziej rozluźnił się, doskoczył do niego, chwycił za ramię i pociągnął do biegu.
— Wspomniałem, że one zawsze chodzą parami?
— Co? — zapytał Merlin z niedowierzaniem, zanim rozległ się kolejny pisk.

Świt zastał króla Camelotu i jego służącego nad rzeką brudnych, zmęczonych i obolałych. Czarodziej wszedł do wody i zanurzył się w niej po głowę, zbyt zmęczony, by się rozbierać. Artur uśmiechnął się.
— Daj spokój, Merlinie, nie było aż tak źle. Ćwiczysz czasem, prawda? — chłopak wrócił na brzeg, wysuszył za pomocą magii zniszczone ubranie i podsunął Arturowi pod nos swoje ręce. Jakoś, choć nie był pewien jak to się stało, były nie tylko posiniaczone, ale również pocięte, podrapane — mag zdołał się również poparzyć. Artur zaśmiał się i wstał. — Przestań być takim dzieckiem. — Jak za dawnych czasów odruchowo pochylił się i pocałował przyjaciela łagodnie i delikatnie; znajome, miękkie usta spotkały się z jego, po czym wycofał się niechętnie. — To tylko lekkie obrażenia.
Dopiero po chwili zdali sobie sprawę z tego, co się stało i obaj zamarli. Merlin po chwili oszołomienia zdołał wydusić z siebie ciche:
— Artur? — I zanim mógł powiedzieć coś jeszcze, król oddalił się, mówiąc przez ramię:
— Przepraszam, zapomnij o tym. Wezmę szybką kąpiel i potem wrócimy do domu.
Zanurzając się w ciszy w wodę, przeklinał Merlina i Morganę.