Rozdział VII

Za pomoc przy tym rozdziale dziękuję Wiedźmie. Bez Ciebie wyglądałby gorzej.

Czatowanie na szczycie schodów w czasie spotkań Zakonu Feniksa powoli stawało się tradycją. Kiedy dorośli zaszywali się w kuchni, młodzież rozsiadała się na galerii – chociaż już prawie nie wierzyli, że uda im się zdobyć jakiekolwiek informacje. Było to na pewno lepsze niż pogodzenie się z losem.

Uszy Dalekiego Zasięgu leżały zwinięte w kłębek w kieszeni Freda, który właśnie rozkładał karty. Grali w makao magiczną talią ze sklepu Zonka. Na każdej karcie namalowany był człowiek w fantazyjnym stroju. Postacie robiły to, na co akurat miały ochotę.

George drapał się po nosie czubkiem różdżki. Siedział po turecku na poduszce, z której przed chwilą zepchnął bliźniaka. Harry opierał się o szczeble, co jakiś czas patrząc przez ramię na hol. Naprzeciwko niego Ron rozsiadł się wygodnie, wyprostowanymi nogami tarasując całe przejście. Ginny znalazła sobie miejsce na szczycie schodów.

Właśnie dobrała trzy karty, spojrzała w nie i parsknęła zduszonym śmiechem. Ron lekko poczerwieniał.

– Może nie powinnaś w to grać, albo przynajmniej nie tym – zasugerował, szukając wzrokiem poparcia u braci lub Harry'ego.

– A Upiorgackiem chcesz? – zapytała, łypiąc na niego ze złością. Wciąż bolał ją fakt, że mama kazała jej wyjść z kuchni tamtego dnia, gdy przybył Potter.

– Nie tak ostro, siostrzyczko…

– …to zaklęcie dla dorosłych.

– Jeszcze się Roniaczek…

– …oburzy.

Fred uchylił się, kiedy spróbowała go trzasnąć w ucho. Ron zaczerwienił się jeszcze mocniej.

Harry tymczasem dorzucił kartę do stosu i powiedział obojętnie, wzrokiem błądząc po ciemnym holu.

– Ron ma chyba rację, Ginny.

Dziewczyna przestała droczyć się z bliźniakami i odsłoniła swoje karty, wzruszając ramionami. Na jednej facet w stroju kurczaka łowił ryby na pustyni, na drugiej zakuta w zbroję, monstrualna kobieta tańczyła breakdance. Trzecia była pusta, pomijając cyfrę trzy i znaczek karo.

– Tutaj nic nie ma, serio – powiedziała, krzywiąc się – ale jeśli uważacie mnie za dziecko to nie wiem, co ja tu robię.

– Nikt tak przecież nie mówi. – Spojrzał wreszcie na nią, zupełnie zaskoczony. Dziewczyna wydawała się urażona, co było przecież absolutnie absurdalnie.

– Jasne, że nie mówi. Nikt mi nigdy nic nie mówi. O Mapie Huncwotów dowiedziałam się, bo George marudził, że przydałaby mu się na randce.

– Jakim cudem ty…? – George zerknął na nią całkowicie zaskoczony.

Ginny wstała, więc Harry też to zrobił. Przez chwilę zastanawiał się co powiedzieć, ale nic mądrego nie przychodziło mu do głowy. Zauważył, że Ginny przygryzła dolną wargę, jak zawsze, kiedy się wściekała.

– To było niebezpieczne, nie chciałem, aby coś się ci stało – wypalił wreszcie. Prawie w tej samej chwili zrozumiał, że popełnił błąd.

– Och, więc jestem zbyt kiepska, żeby ci pomóc? Wielkie dzięki Harry, miło wiedzieć, co o mnie myślisz – warknęła, ale oczy zalśniły jej podejrzanie.

Zbiegając po schodach minęła Hermionę, która dźwigała tacę z herbatą i ciasteczkami.

– Dlaczego Ginny płacze? – spytała dziewczyna cicho, stawiając przedmiot na podłodze. Patrzyła przy tym znacząco na Rona, jakby podejrzewała, że to jego wina.

Harry wzruszył ramionami i oparł się o balustradę. Był trochę oszołomiony. Bliźniacy w milczeniu pozbierali karty, po czym deportowali się, mamrocząc coś o niedokończonym i strasznie ważnym projekcie.

Zapanowała niezręczna cisza, którą wreszcie przerwał Harry.

– Dowiedziałaś się czegoś na dole? – spytał, uznając, że sprawą Ginny zajmie się później. Kiedy wymyśli, co ma zrobić.

Hermiona wzięła do ręki kubek i stanęła obok niego. Jej postawa wyrażała dezaprobatę, ale na szczęście odpuściła sobie komentarze. Obok niej Ron kontemplował ciasteczka w zadumie. Ciągle był czerwony i nadzwyczajnie nierozmowny.

– Cóż, kiedy weszłam, przestali rozmawiać – odpowiedziała Hermiona. – Zresztą pani Weasley od razu dała mi wszystko i powiedziała, że nie powinnam im przerywać. – Przewróciła oczyma. – To jest śmieszne, te wszystkie podchody, Harry. Zupełnie jakbym szpiegowała wrogów.

– Nie mów tak o mojej mamie – wymamrotał Ron, uprzednio przełykając biszkopciki. – Ona po prostu się przejmuje.

– Jakbyś nie zauważył, trwa wojna, więc każdy si – mocno zaakcentowała ostatnie słowo. – Ale nie wszyscy tak się zachowują.

– To znaczy jak? – Wstał, otrzepując przód szaty z okruchów. Jego ruchy były gwałtowne i gniewne. – Gdybyś miała rodzinę w Zakonie, może zrozumiałabyś o co chodzi…

– Moi rodzice są mugolami, więc uwierz mi, rozumiem wszystko doskonale.

– Nie kłóćcie się – przerwał im Harry cicho. – Obudzicie tę hydrę. – Skinął głową w stronę obrazu pani Black.

Jego przyjaciele rzeczywiście umilkli, choć wciąż patrzyli na siebie z urazą. Harry pomyślał, że jeśli dzisiaj usłyszy jeszcze jedną kłótnię, chyba oszaleje.

– Na dole był profesor Lupin, Mundungus i Syriusz oczywiście. Poza tym Moody, ale on chyba spał. Jak weszłam praktycznie podskoczył na krześle i wycelował we mnie różdżką – powiedziała po chwili Hermiona. – Koszmarnie wyglądał, jakby przez parę dni w ogóle nie odpoczywał.

– Miło wiedzieć, że jednak coś robią.

– Eee… Harry – zawahała się. – Tam siedzi też Snape.

Świetnie, pomyślał chłopak.

– Myślałem, że składa raporty tylko Dumbledore'owi – powiedział, bardzo starając się, żeby jego głos brzmiał normalnie.

Ron i Hermiona wymienili szybko spojrzenia, co zdenerwowało Harry'ego. Cackali się z nim, jakby był niezrównoważonym dzieckiem.

– Może dyrektor jeszcze przyjdzie – Hermiona powiedziała to bez przekonania. – Wiecie, zerknę co u Ginny.

Zostawiła ich, schodząc powoli po schodach, aby nie rozlać herbaty. Chłopcy odprowadzili ją wzrokiem.

– Ona czasem jest okropna – stwierdził Ron, kiedy zniknęła im z oczu. Minę miał wyjątkowo nieszczęśliwą. – Mam takie wrażenie, jakbyśmy znowu byli w pierwszej klasie. Zaraz spyta czy przeczytaliśmy wszystkie podręczniki. – Z każdym swoim słowem wyglądał na coraz bardziej przygnębionego.

Harry przymknął oczy.

– Daj temu spokój – poprosił.

Drzwi od kuchni otworzyły się i czarodzieje zaczęli powoli wychodzić. Ron i Harry natychmiast przykucnęli, a ten drugi pożałował, że nie ma Uszu bliźniaków.

Pierwszy wyszedł Moody, rzeczywiście wyglądał na przemęczonego. Bardziej niż zazwyczaj powłóczył nogą, a jego oko kręciło się niemrawo. Zaraz za nim Mundungus zawzięcie próbował przekonać do czegoś Lupina. Ten kręcił głową, nakładając równocześnie swoją połataną kurtkę. Syriusz stanął pod ścianą, żegnając ich oszczędnymi skinięciami głowy. Raz zerknął do góry i mrugnął do chłopaków. Ciągle jednak nie pojawiła się ani Molly, ani Snape.

Ron chciał coś powiedzieć, ale Harry uciszył go gestem. Próbował zorientować się, o czym mówi Fletcher.

Lupin zniknął, zaraz po nim wyszedł Moody. Mundungus zagadał do Syriusza, ale ten jedynie wzruszył ramionami. Wreszcie mężczyzna dał za wygraną i wyszedł z domu. W drzwiach kogoś pozdrowił i Harry przycisnął nos do szczebli, aby zobaczyć, kto przyszedł. Jeśli to Dumbledore…

Cóż, i tak pewnie by z nim nie porozmawiał.

Do holu wpadła jednak Tonks, chłopak ledwo ją rozpoznał. Tym razem miała krótkie, czarne i matowe włosy, które sterczały na wszystkie strony, prawie jak czupryna Harry'ego.

Podeszła do Syriusza i spytała groźnie:

– Jest tu Snape?

– Tak? – Black spojrzał na nią niepewnie. – Jeszcze nie wyszedł.

– Świetnie – warknęła, obracając się na pięcie.

– Proszę, ciszej, moja matka się obudzi – wymamrotał bez przekonania, szczególnie, że na scenę właśnie wkroczył profesor.

Severus przystanął koło stojaka na parasole i skrzyżował ręce na piersi.

Ron i Harry przycisnęli się do balustrady, starając się usłyszeć jak najwięcej. Nie było jednak takiej potrzeby – Tonks nie zamierzała szeptać.

– Gdzie on jest? – spytała, a w jej głosie brzmiała wściekłość. Chłopcy wymienili zaskoczone spojrzenia.

Tymczasem Snape skrzywił się lekko.

– W bezpiecznym miejscu – powiedział.

– Ja nie żartuję!

Zasłona sprzed obrazu odsunęła się z trzaskiem. Pani Black nawet nie traciła czasu, aby przyjrzeć się osobom w pomieszczeniu – od razu zaczęła wrzeszczeć:

– Plugastwo! Brudna krew! Szlamy, złodzieje!

Obok Harry'ego pojawili się bliźniacy – przez hałas dźwięk ich aportacji był prawie niesłyszalny. Natychmiast zresztą usiedli na podłodze, aby nie zwrócić na siebie uwagi dorosłych. Nie zadawali pytań, chociaż jeden znacząco spojrzał na Rona. Ten tylko wzruszył ramionami.

– Ja również nie, Nimfadoro. Dumbledore zgodził się ze mną, że to najlepsze wyjście. – Snape podniósł głos, aby przekrzyczeć kobietę. – Chcesz kwestionować jego decyzje?

– A w dupie mam wasze ustalenia. – Tonks była w stanie zakwestionować wszystko. Ręce jej drżały, a we włosach pojawiały się co i rusz różnokolorowe pasma. – Jestem jego opiekunką, cholera jasna!

– Bękarty! Szumowiny! Pomioty nędzne! Potwory, mutanty!

– Oczywiście doskonale sprawdzasz się w tej roli. – Snape uśmiechnął się wrednie.

– Gdybyś go nie przestraszył…

– Jak śmiecie kalać dom moich przodków!

Włosy Tonks wydłużyły się i posiwiały przy skroniach, skóra pożółkła, a rysy twarzy momentalnie zmieniły.

– ZAMKNIJ SIĘ! – krzyknęła. Przez chwilę wyglądała zupełnie jak pani Black.

Podziałało. Staruszka umilkła i w zaskoczeniu wytrzeszczyła oczy. Po brodzie spływała jej strużka śliny. Dopiero wtedy udało się Syriuszowi zaciągnąć aksamitne zasłony przed nią.

Mężczyzna odwrócił się i zmartwiał, wpatrując w Tonks w napięciu. Odruchowo zacisnął dłonie w pięści.

Dziewczyna zamknęła oczy i powróciła do swoich rysów twarzy. Jej włosy stały się fioletowe. Pomimo tego Syriusz wciąż patrzył na nią tak, jakby pierwszy raz w życiu zobaczył ducha.

– Merlinie, porozmawiajcie o tym w kuchni. – Molly zjawiła się w drzwiach. Oczy miała podpuchnięte, a dłonie nerwowo wycierała w szatę.

– Już wszystko zostało powiedziane. – Snape minął Tonks, która odruchowo cofnęła się o krok. – Rainbow pojawi się w Hogwarcie pierwszego września – dodał.

– Dlaczego? – spytała, ale bez złości. Wydawała się oszołomiona i równocześnie zawstydzona.

Snape skrzywił się.

– O to zapytaj Dumbledore'a – powiedział, po czym odszedł, deportując się tuż za progiem.

Na górze Ron i Harry wymienili spojrzenia.

– Ale jazda – wyszeptał Weasley.

Potter powoli skinął głową i spojrzał na swojego chrzestnego. Syriusz podszedł do Tonks i wymienił z nią szeptem parę słów. Był blady jak płótno.

– Wiesz co, braciszku?

– Wyjątkowo musimy się z tobą zgodzić.

Bliźniacy powiedzieli to poważnie, bez śladu wesołości w głosie.

xxx

Rainbow w ubraniu położył się do łóżka, nie zapalając po drodze światła. Naciągnął na siebie koc i skulił się lekko. Właśnie wrócił z kolejnej lekcji.

Czuł się poniżony i bezsilny.

Przez ostatnie dni głównie włóczył się po okolicy, próbując uciec przed własnymi myślami. Unikał ludzi, jadł to, co przynosiła mu Wredniczka, sypiał w ohydnie zielonym pokoju. Egzystował.

Miał wrażenie, że jest brudny.

Nawet nie potrafił sobie przypomnieć tego tygodnia – czas pomiędzy kolejnymi lekcjami spędzał jakby w malignie.

Lekcje… Czarny Pan tak nazwał te spotkania i był to pierwszy żart, jaki Rainbow usłyszał z jego ust.

Wywracanie umysłu na nice, wywlekanie i rozgrzebywanie wspomnień, psychiczne tortury – istniało wiele bardziej adekwatnych określeń.

James wiedział, że jest około trzeciej w nocy, ale nie mógł zasnąć. Pod powiekami tańczyły mu wydarzenia, które znów musiał przeżyć – dla znudzonego, okrutnego widza.

Jeśli Czarny Pan chciał go złamać, odkrył najlepszy sposób. James już nawet nie czuł się człowiekiem.

Zawsze wierzył, że jego umysł jest bezpieczną twierdzą – wystarczyło parę chwil, aby przekonał się, że było to jedno z wielu kłamstw dla dzieci.

Spod łóżka czasem wypełzają potwory, aurorów finansuje mafia, w Czarnej Wołdze jeżdżą czarnoksiężnicy, a w twojej głowie Naczelny Psychopata może urządzić sobie plac zabaw. Taka jest prawda, mały.

Usłyszał stukanie, głośny, nierytmiczny dźwięk i w pierwszej chwili pomyślał, że to halucynacja. W następnej jednak uniósł się i rozejrzał po pokoju, szukając jego źródła.

Jeśli to jakiś morderca, pomyślał obojętnie, to strasznie nieudolny.

Za oknem zobaczył jakiś kształt, jaśniejszą plamę na tle nieba, więc wstał. Kiedy podszedł bliżej, zrozumiał, że to śnieżna sowa.

Co gorsza – rozpoznał w niej Rasputina.

Ledwo otworzył okno, tak mocno drżały mu ręce. Serce biło jak oszalałe. Spodziewał się, że w każdej chwili ktoś usłyszy ptaka i wpadnie do sypialni.

– Cicho – wymamrotał – ty cholerny futrzaku.

Kiedy wreszcie poradził sobie z klamką, sowa wskoczyła na jego ramię.

Syknął z bólu, kiedy potężne szpony przebiły szatę i koszulę. Zachwiał się, a Rasputin rozłożył potężne skrzydła, balansując. Zahukał z oburzeniem. James uniósł dłoń, aby siłą zamknąć mu dziób, ale zrezygnował. Cenił swoje palce.

Na oślep dotarł do łazienki i zapalił gazową lampę odpowiednim słowem. Spojrzał w lustro, które na szczęście milczało.

Rasputin należał do tych ptaków, na które James musiałby odkładać pieniądze przez całe życie. Był śnieżnobiały – ani jedna brązowa plamka nie zagościła na jego piórach. Miał prawdopodobnie dłuższy rodowód niż wielu czarodziejów, pyszniących się swoją genealogią.

Sasza go nie cierpiał. Kiedyś powiedział Jamesowi, że koresponduje z jedną dziewczyną z Australii tylko po to, aby jak najczęściej wysyłać go na inny kontynent.

Rainbow doskonale go rozumiał. Ta sowa była prawdopodobnie jednym z najwredniejszych zwierząt domowych na świecie. W dodatku wyraźnie pogardzała swym panem, mugolakiem z krwi i kości. To było widać w tych małych, kaprawych ślepiach.

Cóż, syn nuworysza musiał mieć jednak wszystko, co najlepsze. Sasza opowiadał jak ciężko było przekonać ojca, aby nie kupował mu złotego kociołka do szkoły.

„To byłaby kompletna siara" powiedział. „Co ja jestem, kakadu?".

James przypomniał sobie kolegę – jego dżinsy za parę tysięcy podarte na kolanach, potarganego irokeza i uśmiech, koszmarnie beztroski.

– To się dzieje naprawdę? – spytał sowę. – Naprawdę tu jesteś?

To nie mogło być kolejne wspomnienie – nigdy jeszcze nie stał w tej zielonej łazience ze zirytowanym zwierzęciem na ramieniu. Chyba, że po prostu z jakiegoś powodu teraz tego nie pamiętał. Może właśnie Czarny Pan obserwuje, co zrobi i myśli jak ukarać go za niesubordynację…

Wariujesz. To nie jest wspomnienie. To jest teraz.

Odkręcił zimną wodę, nabrał jej w złączone dłonie i chlusnął sobie w twarz. Trochę go to otrzeźwiło.

Sowa zamachała skrzydłami i zeskoczyła na krawędź umywalki, próbując pić wypływającą z kranu wodę. James zatkał odpływ i spojrzał na swoje ramię. Ptak zadrapał go do krwi, a Salazar jeden wie jakie świństwo przyniósł na szponach.

– Niech cię szlag – wyszeptał chłopak, żałując, że nie ma różdżki.

Rasputin spojrzał na niego z pogardą. Do nogi przywiązaną miał wypchaną, mugolską kopertę. Chłopak wziął ją ostrożnie i otworzył.

Usiadł na krawędzi wanny i wyciągnął list, choć wiedział, że powinien lepiej wykorzystać czas.

Cześć Paskudo Przebrzydła!

Piszę do ciebie i to doceń, bo ja pisać nie potrafię…"

Przebiegł wzrokiem treść, raz i drugi, nie potrafiąc nawet nazwać tego, co czuł. To na pewno była wiadomość od Saszy – ten styl ciężko byłoby podrobić. Saszka mieszał rosyjski i angielski w sposób absolutnie chaotyczny, część wyrazów zapisywał w cyrylicy, a część normalnie. Dorzucał łacińskie sentencje w dowolnym kontekście, nawet nie sprawdzając czy je poprawnie zapisuje. Pomiędzy zdaniami rysował kulawe stworki i ludziki z paru kresek, za to w charakterystycznych pozach. Przyklejał do pergaminu zdjęcia i skrawki gazet, a raz nawet wysłał Jamesowi zasuszoną tarantulę.

Treść doskonale współgrała z formą – Sasza zapisywał to, co akurat pomyślał. Skakał z wątku na wątek, mylił imiona i fakty, praktycznie niczego nie poprawiał. W dodatku – jak zaobserwował James, kiedy u niego mieszkał – pisał zrywami. Jednego dnia dwa zdania, drugiego jedno, trzeciego pół strony, w zależności od humoru.

Czytanie jego listów było jednak przyjemne – chłopak osiągnął ten poziom abstrakcji, który już można uznać za sztukę. James, który ledwo potrafił w liście sklecić parę słów, czasami zazdrościł mu tej umiejętności.

Tym razem większość tematów oscylowała wokół siostry Szaszy, która urodziła się pół roku temu, beznadziejnego koncertu rocka w Edynburgu, twierdzenia, że Durmstrang jest najgorszą szkołą na świecie, odblaskowych klapek, Błyskawicy, Rasputina, złośliwych hormonów i sztuczki z syklami. Między innymi.

Woda przelała się przez krawędź umywalki, więc James wstał szybko i zakręcił kurek. Rasputin zaskrzeczał oburzony. List spadł na podłogę i natychmiast się zamoczył.

Nie było w nim ani jednego słowa, które sugerowałoby, że Sasza wie o tym, co się przydarzyło Rainbowowi. Zresztą nie mógł – bo i skąd? Przecież James nikogo nie ostrzegł, nawet nie próbował…

Co się ze mną stało? Pomyślał ze wstrętem. Szata na grzbiecie, morda w kubeł, Salazarze, naprawdę wystarczyło tylko parę dni?

Złapał kopertę, leżącą bezpiecznie na półeczce pod lustrem i oderwał jej tylną część. Potrzebował jeszcze jakiegoś pióra, długopisu, ołówka.

Wpadł do pokoju i przy świetle padającym z otwartych drzwi przeszukał szafkę, a później toaletkę – znalazł kredkę do oczu. Wystarczy.

Znów usiadł na wannie i oparł papier o zdobione płytki. Zawahał się. Wątpił, aby udało mu się utrzymać ten list w tajemnicy – nie teraz, gdy Czarny Pan regularnie grzebał mu w umyśle. Pal licho jego własne bezpieczeństwo – nie chciał narażać innych.

Wiedział, gdzie mieszka Chupacabra. Mężczyzna zaprosił go do siebie na samym początku, kiedy jeszcze Rainbow nie pracował w kasynie. Zastawienie pułapki na niego nie sprawiłoby Śmierciożercom żadnych problemów. Reszta jego znajomych była… cóż, dziećmi. Równie dobrze mógłby poprosić o pomoc samego siebie. Nie mógł też napisać do Dumbledore'a – za to Czarny Pan rzeczywiście mógłby go zamordować. Glinom nie ufał.

Zostawała jeszcze jedna opcja, której nigdy wcześniej nie brał pod uwagę. To było nie dość, że szalone, to jeszcze głupie. Więc wszystko wskazywało na to, że się uda.

Nabazgrał szybko parę słów, zgiął kartkę, napisał imię – po czym praktycznie wepchnął list do ptasiego dzioba.

– Zanieś to do Charlesa Rainbowa i nie wracaj tutaj – przez chwilę myślał, że Rasputin zignoruje jego polecenie. Ptak jednak rzucił mu ciężkie spojrzenie, rozprostował skrzydła i odleciał, po drodze zawadzając skrzydłem o ustawione na toaletce kosmetyki Emily.

Rainbow odniósł wrażenie, że zrobił to specjalnie.

Chwycił list i resztę koperty, rozejrzał się nieprzytomnie. Po chwili pstryknął palcami. Wredniczka pojawiła się z trzaskiem.

– Posprzątaj tu – polecił, po czym podał jej trzymane w ręce przedmioty. – A to spal. Dzięki – dodał całkiem odruchowo, a skrzatka spojrzała na niego zaskoczona. Machnął ręką w niesprecyzowanym geście i wrócił do pokoju gościnnego.

Mimo wszystko powinien się przespać, zachowywać naturalnie… Co on zrobił?

Poderwał się i zaczął nerwowo krążyć po pokoju. Na samą myśl o tym, co może mu zrobić Voldemort zasychało mu w gardle.

Salazarze, Salazarze, Salazarze.

Wredniczka zniknęła, więc wrócił do łazienki. Ściągnął pożyczoną szatę i koszulę, przemył zadrapania czystą wodą. Zaczęły blednąć i jakby zanikać – choć wciąż czuł je, gdy przesunął po skórze palcem. Zaklęcie maskujące, jakie nałożył na siebie (kiedy? Nie pamiętał) było kiepskie, bo kryło wszystkie rany – również te całkiem świeże. W dodatku niedokładnie.

Pociągnął nosem i stwierdził, że koniecznie musi się wykąpać. Najlepiej teraz. Cuchnął jak zwierzę.

Odkręcił kurki i zawahał się, zanim zamknął drzwi. Ta łazienka była na tyle duża, aby mógł się w niej czuć… dobrze. Mniej więcej. Przynajmniej nie odnosił wrażenia, że zaraz zabraknie mu powietrza. Czekał, aż wannę napełni ciepła woda, bębniąc palcami po jej krawędzi.

Zabiją go, to pewne. Im dłużej myślał o tym, co zrobił, tym bardziej był przestraszony.

– Kretyn, normalnie idiota – powiedział i uśmiechnął się do lustra ze smutkiem, które odpowiedziało znudzonym tonem:

– Prawda.

James umył się szybko i znów wciągnął, z braku lepszej możliwości, brudne ciuchy. Nie położył się jednak do łóżka. Miał wrażenie, że właśnie obudził się z bardzo długiego snu – i musi coś zrobić, aby ponownie w niego nie zapaść.

Znów przywołał Wredniczkę i poprosił ją, aby zaprowadziła go do biblioteki.

Za oknem szarzało.

xxx

– Właściwie nie chcę już za nim latać – powiedziała Ginny, znęcając się nad paterą.

Razem z Hermioną czyściła zastawę Szlachetnego Rodu Państwa Black. Wymagało to zręczności, samozaparcia i pewnej dozy okrucieństwa. Wiekowy brud nie poddawał się łatwo.

Siedziały w kuchni nad różnorakimi naczyniami, uzbrojone w cuchnące płyny, pasty, szczotki i szmatki. Nogawki spodni miały całkowicie mokre, a skóra na rękach przetrwała tylko dzięki gumowym rękawiczkom – po które Hermiona specjalnie poszła do supermarketu.

Dziewczyna wyciągnęła z misy łyżeczki zdobione wizerunkami królewskiej kobry i zaczęła je szorować z nieobecną miną.

– Za kim? – zapytała po chwili.

– Za Harrym. – Ginny westchnęła. – To chyba oczywiste.

– Chodzi o tę ostatnią kłótnię? – Hermiona w końcu spojrzała na przyjaciółkę. Ginny wzruszyła ramionami.

– W sumie to nie. Raczej o to, że ta cała sytuacja… zmęczyła mnie – zakończyła niepewnie. – Chyba wolałabym spróbować… jakoś tak normalnie.

– Przecież go kochasz. To znaczy, wydawało mi się, że go kochasz. – Hermiona poprawiła się natychmiast.

Ginny spojrzała na nią z krzywym uśmiechem:

– Mam tylko czternaście lat. Tak, to na pewno miłość – przewróciła oczami, ale zaraz spoważniała. – Wiesz, dla mnie on był legendą. Mama opowiadała mi o nim na dobranoc. Serio, raz jej się zdarzyło. Wyobrażałam sobie Merlin jeden wie co, że jest jakimś księciem na miotle. A później poszłam do Hogwartu i uratował mi życie.

– Upraszczasz – zasugerowała Hermiona skrępowana. W zasadzie nigdy nie miała okazji mówić o tak „dziewczęcych" sprawach. Była jedynaczką, w mugolskiej szkole nie miała przyjaciół, a w Hogwarcie ciągle trzymała się z chłopakami. Nawet nie przeprowadziła „tej" rozmowy z matką – zamiast tego przeczytała podręcznik do biologii. Teraz nie miała pojęcia, co robić.

Ginny odgarnęła rude włosy, które wyślizgnęły się jej z gumki.

– Może trochę, ale czy to nie brzmi tak strasznie książkowo? Biedna dziewczyna ratowana przez tajemniczego księcia przed potworem czarnoksiężnika. Brakuje tylko dopisku: i żyli długo i szczęśliwie.

– Nie jesteś biedna…

– Po prostu nie mam kompleksów na tym punkcie – mrugnęła do niej, ale zaraz westchnęła. – A później przez dwa lata praktycznie ze mną nie rozmawiał. Wiesz w jakim byłam szoku, kiedy dowiedziałam się, że Syriusz jest po naszej stronie?

– To była tajemnica. Nie mógł nikomu powiedzieć – zauważyła bez przekonania.

Ginny wzruszyła ramionami.

– Wiem. Po prostu tworzycie trio, a nie kwartet. Pogodziłam się z tym.

– Naprawdę? – Hermiona przyglądała się jej uważnie, ale dziewczyna zdawała się nie kłamać.

– Naprawdę. W końcu jesteście moimi przyjaciółmi – powiedziała po prostu. – A poza tym podoba mi się Corner. Spotkaliśmy się parę razy i było całkiem miło.

– To chyba dobrze? – Hermiona uśmiechnęła się słabo, lekko oszołomiona. – Chciałam powiedzieć, że to fajny chłopak.

– I nie będziesz mieć mi tego za złe?

– Co ty? Zwariowałaś?

– Po prostu uznałam, że nie chcę być tylko dziewczyną bohatera. – Ginny przyglądała się przyjaciółce w skupieniu.

– Rozumiem, naprawdę. I cieszę się. To znaczy, źle to zabrzmiało. – Hermiona popatrzyła bezradnie na trzymaną w ręku łyżeczkę. Kobra okazała się niezbyt pomocna, a w dodatku kojarzyła się jej z Harrym.

Głupek z niego, pomyślała z irytacją, wszyscy chłopcy są głupi.

– To dobrze. – Ginny odłożyła paterę, skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na nią znacząco. – Bo to tylko wstęp. Tak naprawdę chciałam pogadać o tobie i Ronie.

xxx

Pewny krok, spokojne spojrzenie, równy oddech. Uklęknąć, nie patrzeć prosto w oczy. Jak na razie wszystko szło dobrze.

James usiadł na fotelu i czekał.

Czarny Pan czytał list. Zaciskał smukłe palce na pergaminie tak mocno, że ten się pogniótł. James pomyślał, że jest wkurzony. Niedobrze. Właściwie całkiem źle. Choć może dzięki temu będzie niedokładny?

Stos innych pergaminów leżał na stole, obok cienkiej książeczki w błękitnej oprawie.

– Byłeś dzisiaj w bibliotece – zauważył Voldemort. To nie było pytanie.

– Szukałem książek o oklumencji – wytłumaczył, starając się, aby nie słychać było w jego głosie zdenerwowania. W końcu wtedy nie robił już niczego złego. – Niestety żadnej nie znalazłem, panie.

– Malfoyowie nie trzymają czarnomagicznych ksiąg na widoku. Zazwyczaj. – Usta Czarnego Pana wygięły się w grymasie, swoistej parodii uśmiechu. – Ta może ci się przydać – dodał.

Gestem wskazał na niepozorną książeczkę, leżącą na blacie. James podniósł ją i otworzył na tytułowej stronie. Oprócz wyblakłego napisu „Obrona – podstawy" była tam również ręcznie wypisana dedykacja.

Dla Belli

1971, Londyn"

Podpisu zabrakło.

Czarny Pan spalił pergamin ruchem różdżki, popiół opadł na jasny dywan. James odłożył książkę, zakładając, że to początek lekcji.

Było tak źle jak zawsze.

Nagle jednak – akurat wtedy, gdy James stwierdził, że nie ma szans, zaraz zwariuje albo pokaże mu we wspomnieniach Rasputina – Lord się zatrzymał.

Jedno wspomnienie przykuło jego uwagę, chociaż w pierwszej chwili Rainbow nie mógł zrozumieć dlaczego.

To była jakaś rudera, rozpadająca się chata bez jednej ściany. Przez dziury w podłodze przebijały się sadzonki drzew, a z dachu zwisały usychające liany. Połamany, bujany fotel stał w kącie – przykryty butwiejącą szmatą. Prócz niego w pomieszczeniu nie było żadnych mebli. Po podłodze walały się stare gazety i łuski po pociskach.

On sam – w wieku jakichś ośmiu lat – leżał na rozścielonym na deskach kocu. Był brudny i skatowany, ale chyba nie umierał. Emily właśnie odsunęła różdżkę od jego głowy. Też wyglądała źle – włosy miała spalone do połowy, z podkoszulka zostały brudne strzępy. Ramiona znaczyły zaropiałe pręgi – ślady po zaklęciach. Nie zwracała jednak na nie uwagi.

James odwrócił głowę i zobaczył arę wzbijającą się w niebo. Paroma ruchami kolorowych skrzydeł wzleciała nad dżunglę i zniknęła wśród nabrzmiałych wodą chmur. Do nogi przywiązany miała list.

Tymczasem on sam… nie on – Snoopy… otworzył oczy.

O to tu chodzi, pomyślał Rainbow oszołomiony. Czarny Pan ogląda moje wspomnienia tak, jakby były włożone do myślodsiewni.

– Zawaliłam – powiedziała Emily, jak zawsze po angielsku. – Przepraszam.

Chciała odsunąć mu włosy z czoła, ale szarpnął głową, uciekając przed jej dotykiem.

– Przeprosiłam – wymamrotała, drapiąc się po poranionych rękach. – Naprawdę.

Przez dłuższą chwilę tylko siedziała, bębniąc palcami o brudną podłogę.

– Źle to robię, prawda? – powiedziała w końcu poważnie, choć rozgorączkowany chłopiec nie mógł jej zrozumieć. Przygryzła wargę.

Wreszcie ostrożnie złapała go za lewą rękę. Snoopy spróbował się wyrwać, ale zabrakło mu siły. Przytknęła czubek różdżki do jego skóry nad nadgarstkiem i wypowiedziała zaklęcie. Wolno, wyraźnie, jakby wiedziała, że ktoś kiedyś będzie uważnie się jej przysłuchiwać.

Na przybrudzonej skórze pojawił się tatuaż – czarny pies.

Voldemort wycofał się i James znowu znalazł się w salonie. Zamrugał gwałtownie, powstrzymując mdłości. Równocześnie czuł ulgę i radość, której nie mógł stłamsić nawet grymas na wężowej twarzy Lorda.

– Możesz odejść, to była nasza ostatnia lekcja – powiedział Czarny Pan, sięgając po kolejny list. – Zabierz książkę – dodał, kiedy chłopak gwałtownie poderwał się na nogi.

James schwycił ją, ukłonił się zapominając o klęknięciu, po czym wypadł na korytarz.

Merlinie, ostatnia lekcja. Jeśli to prawda...

Zresztą, mniejsza z tym.

Zaklęcie! Pamiętał formułę!

Skoro ją zaś znał – mógł wymyślić jak usunąć tatuaż. Gdyby pozbył się tego piętna z ręki – w zasadzie byłby wolny. Miał ochotę się śmiać.

Od lat sądził, że stracił to wspomnienie – tak jak resztę z tamtych dni w Brazylii.

Stracił…

Przystanął nagle w holu, czując jak po grzbiecie przechodzą mu dreszcze.

xxx

– Kopę lat, frajerze.

– Cześć, Joseph – przywitał się James wesoło, poprawiając pasek czarnego plecaka.

– Wiesz, że wszyscy myśleli, żeś zdechł? Szejka się nawet po kostnicach przeszła... Mówiła, że chce to zobaczyć.

– Nie tak głośno. Klienta masz – zauważył.

Stali w sklepie z miotłami na Pokątnej, w którym sprzedawał Chudy Joe. Oprócz nich w pomieszczeniu była tylko jedna kobieta, rudowłosa i nieco zagubiona. Oglądała miotły bez przekonania. W pierwszej chwili Rainbow był zaskoczony tak małym ruchem, ale stwierdził, że pewnie wszyscy teraz na gwałt szukali podręczników.

Też pomysł – przysyłać listę ostatniego dnia.

Zresztą James również dzisiaj je kupował i prawie pożałował, że odrzucił propozycję Narcyzy. Pani Malfoy sama chciała kupić rzeczy dla niego i syna, ale James uznał, że nie zrezygnuje z jedynej okazji, by odwiedzić Londyn przed szkołą. Nawet zdobył zgodę Voldemorta, choć było to przerażające przeżycie.

– To prawda, że jesteś synem Snape'a? – Joe nie wytrzymał. Oparł się o blat i splótł palce. Na każdym miał inny sygnet, a wszystkie były podróbkami kupionymi za parę funtów na bazarze.

– A kto tak gada? – spytał, zerkając na kupującą kobietę. Nie zwracała na nich uwagi.

– Och, no wiesz. Dziewczyna znajomej mojej siostry sypia na boku z takim jednym aurorem – wyszeptał teatralnie.

– Sisi? To pewnie cały Nokturn już wie?

– Jakbyś zgadł. Zmiataczka? Doskonały wybór! – Ostatnie dwa zdania powiedział już normalnym tonem, zwracając się do kobiety. Sprawnie nabił cenę na staroświecką kasę i owinął miotłę w papier. James na ten czas usunął się w cień.

Klientka podziękowała i wyszła bez ociągania.

– Okej, teraz mów, co się dzieje. – Joseph usiadł na ladzie. Szata była trochę za krótka i odsłaniała jego trampki. – I co to był za wyścig? Specjalnie sprawdziłem, żadne świry nie organizowały gonitwy po Londynie. Przynajmniej wtedy.

– Ktoś mnie po prostu ścigał. – James westchnął. – Pewnie nie wierzysz, co? Żaden zakład, żadna forsa, po prostu na mnie naskoczyli. Nawet ich nie prowokowałem, słowo.

Joseph zadumał się głęboko, bawiąc się przy tym jasnym warkoczem. Nagle uśmiechnął się szeroko.

– Właśnie, nie chciałbyś wystartować? We wrześniu na przedmieściach będzie coś fajnego – zmienił temat. – Mogę ci nawet pożyczyć Błyskawicę ze sklepu, o ile oddasz ją całą, oczywiście.

– Nie ma szans. Będę wtedy w Hogwarcie.

Joseph popatrzył na niego, jakby co najmniej oświadczył, że wyjeżdża na Syberię szukać mamutów.

– Ty nie żartujesz? Po co? Ty tam nie przeżyjesz – stwierdził z pełnym przekonaniem. Sam skończył Hogwart dwa lata temu.

– Jakoś przetrwam, co to dla mnie...

– Ale dlaczego? Ojciec cię prosił? Snape?

– Prosił? Jasne. – James uśmiechnął się gorzko.

– W ogóle Sisi mówiła, że profesora dwie godziny w ministerstwie trzepali.

– I dobrze – chłopakowi od razu polepszył się humor.

Joseph załapał w lot, zawsze się dobrze rozumieli.

– Nie lubisz go, co nie?

– Nienawidzę. Kawał skurwiela. – Kiedy to powiedział, poczuł się lepiej. Joe patrzył na niego ze współczuciem.

– Mocno ci przylał?

– Nawet nie o to chodzi. – Rainbow wzruszył ramionami. – Obrywałem już gorzej. Po prostu próbuje mnie kontrolować.

– Straszne. – Joe przewrócił oczami. Gdyby James rozmawiał z kimkolwiek innym, już by się zdenerwował. Josephowi jednak wybaczał, poniekąd dlatego, że starszy chłopak też swoje w życiu przeszedł. – Więc planujesz go zabić?

– Brzydziłbym się pobrudzić ręce takim ścierwem – odpowiedział poważnie.

– Ale tak posłać na dwadzieścia lat do Azkabanu…

– Uprzednio dostarczywszy paru wrażeń, żeby miał co wspominać…

Zaśmiali się cicho, lecz bez wesołości.

– U mnie po staremu – powiedział po chwili Joe z nieszczęśliwą miną. – Matka nadal wierzy, że starego uzdrowi swą wielką miłością. Rzygać mi się chce, jak to słyszę.

– Zabierz ją stamtąd. – James spoważniał. Podrapał się po ramieniu, unikając wzroku sprzedawcy. – Wyjedźcie.

– Jakbym miał forsę, to czemu nie. Mógłbym wyemigrować nawet do Kanady.

James przez chwilę milczał. W końcu sięgnął do plecaka i wyciągnął parciany, ciężki woreczek. Tego dnia zdążył pozbyć się już dwóch identycznych. Położył go na ladzie, patrząc na podłogę.

– To osiemdziesiąt galeonów. Więcej nie mogę, sorry.

Joseph zbladł.

– Żartujesz? Czemu ty tak…?

James zmusił się, żeby spojrzeć mu w oczy.

– Bo szykuje się gówno, wojna, apokalipsa, nazywaj to jak chcesz. Po prostu spieprzaj z tego kraju.

– Czekaj… – Joe spojrzał na drzwi nerwowo i ściszył głos. – On naprawdę wrócił?

Rainbow wzruszył ramionami.

– Mógłbyś powiedzieć Chupacabrze, że chcę się z nim spotkać jutro na King's Cross? – zapytał, ignorując przestraszone spojrzenie Joego. Uciekł wzrokiem w bok i za wystawową szybą dostrzegł kogoś... kto cofnął się szybko.

Wyciągnął różdżkę, którą Narcyza oddała mu kilka dni temu, i w paru kroków dopadł do drzwi. Na ulicy jednak było tłoczno, a nikt nie zachowywał się szczególnie podejrzanie.

Cholera jasna.

Joseph stanął koło niego, mrugając nerwowo.

– Coś się stało?

– Nie, nic – skłamał chłopak odruchowo. – Trzymaj się. To powiesz? Tak? Dobra.

Wtopił się w tłum, starając się jednak iść spokojnym krokiem. Ręce miał śliskie od potu. Nie był pewien, co ma teraz zrobić – z jednej strony chciał natychmiast aportować się do Malfoy Manor, z drugiej jednak – na samą myśl o powrocie do tego przeklętego domu skręcały mu się wnętrzności.

Kupił już książki, pergaminy, pióra, szkolną szatę – co prawda niedopasowaną, bo nie zgodził się na jakiekolwiek poprawki. Nie zamierzał pozwalać, aby dotykała go obca baba z tak błahego powodu. Najwyżej sam ją poprawi w domu. Kociołek sobie odpuścił. Nie zamierzał uczęszczać na lekcje eliksirów. Kufer miał w kieszeni – zmniejszony do wielkości pudełka od zapałek.

Właściwie została mu tylko różdżka. Chciał już pójść do lombardu na Nokturnie – tam kupował ostatnio – ale w ostatniej chwili zawrócił.

Skoro zamierzał udawać praworządnego obywatela, mógł raz w życiu nabyć różdżkę normalnym sposobem. Podobno tymi, które wcześniej nie miały właściciela, łatwiej się czaruje.

Niepewnie wszedł do sklepu Ollivandera.

Pomieszczenie było ciemne i tak zakurzone, że o mało się nie rozkaszlał. W dodatku zatłoczone. James oparł się o ścianę, czekając, aż mężczyzna obsłuży dwie dziewczynki. Koło niego stało małżeństwo, rozmawiające szeptem o ostatnim meczu Quidditcha. Nieco dalej kobieta czytała wczorajszy numer Proroka Codziennego, ginąc prawie całkowicie za gazetą. Miała na sobie krótką szatę i James pomyślał, że ma bardzo ładne nogi.

Pierwsza dziewczynka miała na ciemnych włosach zawiązaną olbrzymią kokardę i piszczała, kiedy linijka mierzyła jej nos. Znalazła dla siebie różdżkę dosyć szybko, co sprzedawcy widocznie się nie spodobało. Mamrotał pod nosem, podchodząc do drugiej.

Kolejna była niższa, ale za to strasznie niespokojna. Tupała jednym butem, nawijała na palec kręcone włosy, krzywiła się lub marudziła. Kiedy Ollivander poszedł po jej różdżkę – pobiegła za nim.

– Alicja, wracaj! – krzyknęła czarownica stojąca koło okna. Opuściła gazetę, żeby ocenić sytuację.

James drgnął. Rozpoznał ten głos i przyjrzał się jej uważnie. Kobieta miała śliczną twarz i brązowe, kręcone włosy, tak jak Alicja. Rainbow uznałby, że się pomylił, gdyby nie zbladła gwałtownie na jego widok.

I po co było tak upierać się z kamuflażem?

Uśmiechnął się uspokajająco. Spojrzał na dziewczynkę i zmienił nieco wyraz twarzy. Tylko odrobinę, odruchowo, jakby się nad czymś zastanawiał. Mała właśnie próbowała trzecią różdżkę – zielone iskry zatańczyły w powietrzu.

– Patrz, ciotka, jak się to robi – powiedziała wesoło.

Ciotka jednak nie odrywała wzroku od Jamesa. Jak w transie zapłaciła i wyciągnęła dziewczynkę na zewnątrz, bez słowa. Dziewczynka protestowała głośno przeciw takiemu traktowaniu.

– Syn Emily? – James drgnął. Przez to spotkanie prawie zapomniał po co tu przyszedł. Ollivander patrzył na niego chwilę. – Pamiętam, pamiętam. Dwanaście cali, serce smoka, buk. Dobra do uroków. Później jedenaście cali, pióro feniksa, znów buk. Doskonała do klątw. Następnej, o ile dobrze kojarzę, nie odważyła się już kupować u mnie.

– Eee... tak? – wymamrotał, bo nie wiedział, co powiedzieć. Podszedł bliżej i zaatakowały go miarki.

– Nie szanowała ich – powiedział mężczyzna takim tonem, jakby zabiła mu ulubionego chomika. James pokiwał głową bez przekonania.

Dziwnie się czuł, tak dokładnie mierzony. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się jakie wymiary ma jego nos.

Sprzedawca zniknął pomiędzy pudełkami i James odważył się odetchnąć. Ten człowiek trochę go niepokoił.

Zmusił się do uśmiechu, kiedy zobaczył, że Ollivander wraca – zawsze dobrze jest sprawiać dobre wrażenie.

Wziął do ręki pierwszą różdżkę (dziesięć cali, serce smoka, jabłoń) i spytał:

– Mam czarować? To chyba nielegalne?

– Skądże. Czujesz coś? Spróbuj nią machnąć. – Mężczyzna patrzył na jego ręce tak intensywnie, że James się speszył.

– Nie, różdżka jak różdżka.

To stwierdzenie wyraźnie ubodło Ollivandera, bo mężczyzna prychnął z pogardą:

– Taki sam jak matka.

Chłopak spróbował z drugą, trzecią, kolejną, nawet nie starając się zapamiętywać ich budowy. Na delikatne sugestie, że być może jest już na to za stary, sprzedawca reagował pełnym wyższości milczeniem.

W końcu Rainbow się poddał. Przed nim piętrzył się stos pudeł, a od machania bolała go ręka.

– Nie możesz mi po prostu sprzedać którejkolwiek? – zapytał z irytacją.

Miał wrażenie, że sprzedawca robi sobie z niego jaja. Co on niby miał zrobić, żeby pozwolono mu cokolwiek kupić – pokajać się za zbrodnie matki? Przepraszać za to, że Emily nie szanowała magicznych patyków?

– Zhańbiłbym tym swą rodzinę i zawód – odpowiedział Ollivander z czystą zgrozą w głosie.

James machnął na niego ręką i po prostu wyszedł. Jedną różdżkę ukrył w rękawie.