I witam was z kolejnym rozdziałem :)
Tak się zastanawiam, ile osób czyta te moje wypociny. Patrząc na statystyki, to trochę tych wyświetleń jest - co prawda Mariaż nie umywa się do Ćpuna, jeśli chodzi o ilość całkowitcych wyświetleń (Ćpun - 2,769 wyświetleń wszystkich rozdziałów na chwilę obecną, co mnie bardzo cieszy), ale jest w czwórce tych najczęściej wyświetlanych moich fików. Bardzo się z tego cieszę, szkoda tylko, że nie dajecie zdać, co o tym sądzicie. Ostatnio bardzo rzadko dostaję komentarze, co trochę mnie smuci. W końcu piszę nie tylko dla siebie, ale i dla was i bez waszych opinii wiele nie zrobię :) Rozumiem, że czas poprawiania ocen, były też matury (Wiem aż za dobrze) i te sprawy, ale skrobnięcie kilku słów zajmuje tylko chwilę, a jaką wielką radość mi sprawi :) Nie zanudzając, enjoy!
Za młodu wyglądał tak, jak zawsze Sakura go sobie wyobrażała. Szczupły, wysoki, ciemnowłosy. Tak jak Ashura dzierżył w dłoni szpadę, lekko rysując jej ostrzem w ziemi w kolistych ruchach. Był spokojny, rozluźniony, a nawet rozbawiony, mimo to ciemne oczy, które odziedziczył po nim jego syn, były czujne i uważnie obserwowały dłoń Ashury, jego postawę ciała i ustawienie stóp.
- Więc… Raz, dwa… Trzy! – Clow zaatakował pierwszy, przyskakując do króla – księcia? – Celes z gracją atakującej kobry. Nie uderzył jednak, zamiast tego odskakując. Mięśnie twarzy Ashury drgnęły, jakby był zły na siebie, że dał się zwieść pozornemu atakowi. Pchnął szpadą, raz, drugi, trzeci, zmuszając Clowa do cofnięcia się, potem cofnął, pozwalając na błyskawiczny atak, by z gracją się odsunąć i lekkim krokiem okrążyć Clowa, by ten oparł się plecami o szranki. Clow wyślizgnął się jednak z pułapki, zaatakował, a jego szpada musnęła tunikę Ashury na wysokości biodra. Gdyby walczyli naprawdę, książę Celes już byłby ciężko ranny.
Ashura odpowiedział zaklęciem i walka zmieniła się, ze zwykłego pojedynku na szpady stała się dynamiczną bitwą, w której uczestnicy wykorzystywali cały swój potencjał: siłę i umiejętności szermierki oraz magię. Sakura wstrzymała oddech, gdy dookoła nich buchnęły iskry, a powietrze zawibrowało, gdy dwa kolejne zaklęcia uderzyły w siebie, rozpryskując się na boki.
Nie potrafiła powiedzieć, który z nich był lepszy w walce. Mimowolnie porównała ich do zwierząt: ojca do pustynnej kobry, atakującej błyskawicznie i nieprzewidywalnej, Ashurę natomiast do śnieżnej pantery o ruchach pełnych gracji, zwinnej i śmiertelnie niebezpiecznej, przystępującej do głównego ataku po krótkiej zabawie z przeciwnikiem. Starcie dwóch drapieżników.
Obaj byli niezwykle potężnymi magami – zaklęcia uderzały z siebie z łoskotem, szybciej niż mrugnięcie okiem, bez wymawiania inkantacji. Tarcz stawiali niewiele, parując czary przeciwnika albo za pomocą broni, albo własnych ataków. Widownia wrzasnęła entuzjastycznie, zachwycona dynamiką, światłem zaklęć, ciężkim od magii powietrzem i wirującymi w nich czarnymi włosami, nadającymi obydwu walczącym status demona walki. Wiedziała już, skąd wzięły się ich przydomki.
Z zapartym tchem patrzyła, jak dwa zaklęcia mijają się o włos, jak jednomyślnie Ashura i Clow parują czar własną bronią, wykorzystując ostrza szpady jak różdżki do narysowania symbolu w powietrzu. Metal zatrzymał czar w obu przypadkach, ale nie wytrzymał. Szpady w dłoniach obu książąt roztrzaskały się na drobne kawałki, tylko dzięki pośpiesznie rozstawionym magicznym tarczom nie raniąc właścicieli.
- Wspaniała walka – wydyszał Clow, gdy opuścili to, co zostało z ich broni – jedynie rękojeści. – Dawno się tak nie bawiłem – przyjął rękę Ashury i uśmiechnął się. – Muszę częściej bywać w Celes, bracie.
Scena zawirowała, a Sakura zachwiała się na nogach, gdy wszystko rozmazało się, skręciło i zniknęło w czerni. Nim zdążyła się zaniepokoić, pojawił się przed nią inny obraz.
Tym razem obaj książęta byli w Clow. Byli nieco starsi, mieli po około dwadzieścia lat. Siedzieli w jednej z salek pustynnego pałacu, naprzeciw siebie, na dwóch skórzanych sofach. Pomiędzy nimi, na stoliku, leżały misy z owocami i słodyczami. Młoda, smukła służąca o długich włosach i odsłoniętym brzuchu i ramionach podstawiła przed nimi dzban wina i dwa puchary, po czym ukłoniła się i odeszła. Obaj prześledzili jej kroki spojrzeniem, na które Sakurę przeszył dreszcz.
- Piękny kraj, piękny pałac i piękne kobiety – Ashura nalał czerwonego wina do kryształowych kielichów i podał jeden z nich przyjacielowi. – Żyć, nie umierać.
- Szlachciankom z Celes też niczego nie brakuje – zauważył Clow, usadawiając się wygodniej. Sakura poczuła się niezręcznie, słuchając rozmowy dwóch młodych mężczyzn o kobietach – sytuacji nie poprawiał fakt, że jeden z nich był jej ojcem.
- Uwierz, mało która pokaże trochę więcej ciała w krainie wiecznego mrozu – odpowiedział Ashura z krzywym uśmiechem. – Jak myślisz, dlaczego artyści z Północy mają tak rozwiniętą wyobraźnię?
Clow zaśmiał się, wypił zawartość kielicha jednym łykiem.
- Trening czyni mistrza, nieprawdaż? – nalał kolejną porcję wina. Ashura podsunął swój kielich, do połowy pusty. – Więc, za co pijemy?
- Za sojusze, za Północ, za Południe, za nas, za piękne kobiety. Wybierz coś adekwatnego do sytuacji. Myślę, że rano to będzie obojętne. Kac zawsze jest taki sam, niezależnie, jak szlachetne by się miało pobudki.
- Więc za mojego nowego nadwornego maga, dobrze zna się na eliksirach! – Clow z szerokim uśmiechem uniósł kielich w górę. – Rano będzie miał ręce pełne roboty.
Scena znów się zmieniła. Tym razem znalazła się w celeskiej komnacie, podobnej do królewskiego salonu. Ashura przedstawiał Clowowi młodą, piękną kobietę. Uśmiechała się skromnie, rzucając spojrzenia spod ciemnych rzęs. Czarne oczy i włosy odcinały się od pastelowej sukni z głębokim dekoltem. Kobieta była bardzo piękna.
- To Sashya – odezwał się Ashura. – Clow, Sashyo, poznajcie się.
Oczy Clowa, zazwyczaj ciemne, stały się niemal onyksowe. Pocałował arystokratkę w dłoń z niebywałą gracją.
- Niezwykle miło mi się poznać – powiedział, prostując się.
Kolejna migawka. Ten sam pokój, inna pora roku – za oknem znów widziała celeskie lato.
- Poprosiłem Sashyę o rękę – powiedział Ashura.
Sakura spojrzała na ojca i z zaskoczeniem zobaczyła, jak jego oczy tężeją, kamienieją, a na ustach pojawia się gorzki uśmiech. Tyle wystarczyło, by zrozumiała. Zasłoniła dłonią usta, wpatrując się w młodsze ja swojego ojca.
- Gratulacje – powiedział Clow chłodno. – Więc wybrała ciebie.
Oczy Ashury otworzyły się szerzej, zmarszczył brwi.
- Ty…
- Ja – Clow spojrzał na niego śmiało. – Po co ją mi przedstawiałeś, Ashuro? Przecież wiedziałeś, że pragnie jej każdy mężczyzna w tym mieście. Trzeba było zatrzymać ją dla siebie.
- Chciałem, byś ją poznał! – Ashura podniósł głos. – Jesteś moim przyjacielem! A może… byłeś.
- Może – zgodził się Clow, ale jego oczy ciskały pioruny. – To w końcu rodowita mieszkanka Celes. Swój do swego.
Sakura westchnęła, podchodząc do nich bliżej. Nerwy obu książąt puściły i już wiedziała, że usłyszy słowa, które ranią bardziej od miecza.
- Oczywiście – warknął Ashura, tracąc nad sobą panowanie. – To mieszkanka Celes. Nie zdradzi mnie, w przeciwieństwie do rozpustnych ludzi Południa.
Clow drgnął, warknął przez zęby.
- Nie udawaj świętoszka – wycedził, zbliżając się o krok. – Moje służące ci się podobały.
- Nie bardziej niż tobie – odparował Ashura. – Zamierzasz iść w ślady swoich przodków i zorganizować sobie harem w pałacu?
- Przynajmniej będę miał rozrywkę, zamiast gnić w tym lodowym pudle – Clow uśmiechnął się mściwie, przekraczając kolejną granicę. – A twoja Sashya też nie jest taka cnotliwa, jak ci się wydaje. Jak myślisz, kto kokietował mnie przez cały ostatni bal?
Na policzkach Ashury pojawiły się rumieńce gniewu i upokorzenia. Postąpił o krok.
A potem rozpętało się piekło.
Sakura z cichym krzykiem wtuliła się w kąt komnaty, chociaż zaklęcia nie mogły jej tknąć. To nie był sparing, to nie był pojedynek. To była walka, a te zaklęcia miały… zabić. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w bitwę, której polem stała się komnata, w twarze dwóch młodych mężczyzn wykrzywione nienawiścią, na pękające puchary, kielichy, trzaskające meble. Zaklęcia uderzały w siebie z ogromną mocą i nie były to czary, które znała. To były czarnomagiczne klątwy, od których powietrze zgęstniało i stało się duszne i ciężkie. Niszczyły wszystko na swojej drodze, a krzyki inkantacji – żaden z nich nie był na tyle opanowany, by wypowiadać je w myślach – mieszały się z obelgami.
Sakura skuliła się, czując ciężar wypełnionego mroczną magią powietrza na swoich barkach. Wszystko dookoła drżało i wibrowało, ale obaj mężczyźni nie przestawali walczyć, coraz bardziej zatracając się w czarnej magii. Najciemniejsze czary, ich aura i energia podsycały nienawiść, gniew i chęć mordu. Księżniczka wiedziała, że ta dwójka już nie myśli – opętała ich najbardziej prymitywna rządza, rozpalona dziedziną magii, która była zakazana. Właśnie dlatego o najmroczniejszych sztukach magicznych się milczało, a dzieła na ich temat palono. Czarna magia brała we władanie nawet najlepszych magów, czego przykład widziała teraz.
W komnacie nie pozostało już niemal nic, wszędzie fruwały drzazgi, pierze z rozbitych poduszek, kawałki metalu i szkła. Żaden z walczących nie stawiał tarcz, drobinki poraniły ich skórę do krwi, ale to tylko wywołało w ich jeszcze większą nienawiść.
Sakura nie mogła już oddychać. Powietrze niemal płonęło.
A potem otworzyły się drzwi.
Szeroko otwartymi oczami spojrzała na postać Sashyi krzyczącej, by przestali. Nawet jeśli dotarł do nich jej krzyk, zagłuszony świstem, trzaskiem i hukiem, było za późno.
Zgromadzona w komnacie magia, ściśnięta, dotąd pozbawiona ujścia, coraz mocniej się kondensująca w powietrzu, uderzająca w ściany i sufit, płonąca gorącem i czystą nienawiścią, nagle znalazła drogę ucieczki. Podmuch brudnej, plugawej magii rzucił się samoistnie w kierunku drzwi, wypadł przez nie na korytarz z prędkością konia w pełnym galopie.
Księżniczka wrzasnęła, rzuciła się naprzód, chociaż wiedziała, że to przeszłość, że nie może zrobić nic. Smukłe ciało Sashyi magia rzuciła bezlitośnie w tył, aż arystokratka zsunęła się po przeciwległej ścianie korytarza. Nagle zapadła cisza. Reszki czarnomagicznych oparów rozwiały się, uciekły na korytarz, a ślad za nimi wybiegło dwóch mężczyzn. Nienawiść na ich twarzach została zastąpiona czystym przerażeniem. Sakura na moment została sama w zniszczonej doszczętnie komnacie. Tłumiąc łzy, ostrożnie zerknęła na korytarz.
Ciało się nie poruszało. Clow klęczał obok, a jego oczy, szeroko otwarte i nierozumiejące, wskazywały, że jest w ogromnym szoku. Ashura wczepił się palcami w suknię Sashyi i łkał.
Po policzkach księżniczki pociekły łzy. Mrugając, postrzegła jeszcze, jak Ashura unosi głowę i spogląda na Clowa z czystą rozpaczą, a potem wszystko rozpadło się w czerń.
- Prze-przaszam… - załkała, widząc przed sobą postać króla. – Ni-e ch-ciałam…
- Wiem – odezwał się cicho król, po czym przygarnął ją do siebie. Posadził ją obok na kanapie i trzymał w ramionach, aż się uspokoiła. – Nie płacz, Sakuro.
- Ta książka… - Sakura po chwili przełknęła ślinę, czując suchość w gardle. Król lekko pogłaskał ją po włosach.
- To artefakt zapisujący wspomnienia osoby, które jej dotknie – powiedział. – Nie jesteś jedyną, którą skusił. To bardzo silna magia umysłu.
- Nie jesteś zły?
- Nie – odpowiedział szczerze Ashura. – Powinnaś o tym wiedzieć. Żałuję tylko, że dowiedziałaś się tego w ten sposób.
- Mój tata… kochał Sashyę?
- Tak – westchnął król. – Nie wiedziałem. A może byłem zbyt zaślepiony, by to zauważyć. Byliśmy młodzi, silni, pewni siebie. Zbyt pewni. Myśleliśmy, że cały świat do nas należy. I cała magia. Zignorowaliśmy ostrzeżenia, użyliśmy czarnej magii. Potem to wszystko nas opętało… A wynikiem tego była śmierć Sashyi.
- Przykro mi – szepnęła. Król skinął głową.
- Minęło wiele lat, nim się spotkaliśmy ponownie. To zniszczyło naszą przyjaźń. Gdy wyciągnęliśmy do siebie ręce, on już był ojcem twojego brata.
- A moja mama? – uniosła załzawione oczy. – Skoro tata…
- Wiesz, że małżeństwo Clowa i Nadeshiko było zaplanowane? – zapytał, a ona potwierdziła. Kontynuował. – Spotkali się po raz pierwszy w dniu ślubu. Mogę ci jednak przyrzec, że kochał ją nad życie.
- Ta wiolonczela w salonie… To własność Sashyi? – spytała jeszcze Sakura. Król przytaknął.
- To pamiątka – zawahał się, co nie umknęło jej uwadze. – Przypomina o dwóch życiach, które wówczas… - urwał.
- Dwóch? – spytała nieśmiało.
- Sashya była ze mną w ciąży – szepnął król, a jego oczach, smutnych i spokojnych, zobaczyła ten sam ból, co we wspomnieniu. – Wtedy jeszcze nie wiedziałem.
- Przepraszam – powtórzyła, czując się naprawdę źle.
- Nie mam ci tego za złe.
Dwóch młodych mężczyzn zabrało lejce od służących i lekko wskoczyło na konie. Nasunęli na oczy kaptury i mocniej otulili się płaszczami, po czym ruszyło stępem w kierunku bram miasta. Czekała ich długa podróż, nie mogli więc męczyć koni. Ich misja była tajemnicą, zatem nie powinni liczyć na wymianę wierzchowców.
- Pomyślnej drogi, Smoczy Książęta. Niech smocza krew prowadzi was i strzeże – wymamrotał nisko pochylony służący, ale bracia już go nie słyszeli. Mijając bramę, spojrzeli na siebie krótko, po czym Kamui uniósł się w siodle i władczo uniósł rękę. Tłum na drodze strachliwie rozsunął się na boki, przepuszczając książęce konie. Zewsząd padały przytłumione pozdrowienia, jednak na jeden rozkaz starszego Smoka na drodze zapanowała cisza, zakłócona odtąd jedynie stukotem kopyt. Smoki wkrótce zniknęły w ciemnościach zbliżającego się świtu, kierując się ku Północy.
- Chcesz, bym odszedł z zamku? – zapytał nagle Yukito spokojnym tonem, porządkując zapisane kartki w pracowni. Touya, dotąd opierający się o ścianę w milczeniu, drgnął. – Tou… Wasza Książęca Mość?
- Nie – odpowiedział chłodno książę, nie patrząc na przyjaciela. – Dworowi przyda się kompetentny mag. – Yukito skinął głową z akceptacją, a Touya udał, że nie widzi przygnębienia, które osiadło na barkach jasnowłosego. – A teraz, jak sytuacja? Bez przemilczeń… magu. – książę z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, jak ciężko przeszło mu to określenie przez gardło. Zastanowił się przez moment, czy tak samo czuje się Yukito, ale szybko odrzucił od siebie tą myśl. Było, minęło. Skoro nie mogli być przyjaciółmi, musieli stworzyć zupełnie oficjalną więź książę-nadworny mag. Tak, jak powinno być.
- Stan Jego Wysokości powoli się pogarsza – Yukito przyjął profesjonalny ton, chociaż i jemu król był bliski. – Przestał reagować na magię, jego własna jest już w prawie całkowitym zaniku. Podałem mu eliksiry, które tamują dalsze rozprzestrzenianie się skutków trucizny, ale jad arkadii ma to do siebie, ze atakuje natychmiast… Szansa, że powróci do zdrowia jest minimalna, a szansa na to, że jego magia się odbuduje… Znikoma.
- Czyli nawet jeśli przeżyje, zostanie kaleką – dopowiedział Touya, gdy milczenie się przedłużyło. Zacisnął dłonie w pięści. – Yu.. Magu, czy on cierpi?
- Nie jest niczego świadomy – Yukito spojrzał w kierunku drzwi sąsiedniej komnaty, gdzie spoczywał król. – Mimo to jego serce i mózg pracują. Słabo, ale nieprzerwanie.
- Jak wiele było przypadków powrotu do zdrowia po ukąszeniu arkadii?
- Udokumentowanych pięć, z ostatnich czterech stuleci. Rocznie arkadie zabijają około dwudziestu ludzi w samym Clow. To daje szansę jeden do tysiąca sześciuset.
Książę zagryzł wargi, odruchowo kładąc dłoń na rękojeści miecza.
- Yukito… - szepnął, a w ciemnych oczach zabłysnął ból.
Mag nie zdażył odpowiedzieć, bo stojące w rogu pracowni zwierciadło nagle zapulsowało złotawym blaskiem. Raz, drugi, trzeci.
- Ktoś próbuje skontaktować się ze mną magicznie – Yukito spojrzał na lustro, marszcząc brwi. – Nie znam tej aury… Bardzo silna, złota z przebłyskiem błękitu i chłodna, jak lód albo śnieg. – podszedł do zwierciadła i dotknął tafli. Posłał lekki impuls, prosząc o identyfikację drugiego maga, a potem cofnął się o krok. – To król Ashura – powiedział zaskoczony.
- Król? – Touya przyskoczył do lustra, podenerwowany. – Pozwól na połączenie, szybko!
Yukito wykonał szybki gest i wysłał magię w kierunku zwierciadła. Powierzchnia zmąciła się, po czym zafalowała. Sekundę później z odbicia patrzyła na nich dziewczęca twarz.
- Sakura!
- Braciszku – dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, a na tej widok jej bratu spadł kamień z serca. Ale coś mu nie pasowało – księżniczka miała lekko zaczerwienioną twarz. Dorastając z młodszą siostrą, Touya potrafił rozpoznać ślady po łzach, nawet jeśli były ukrywane.
- Co się dzieje, młoda? – warknął Touya, szukając w lustrze za nią jakiegoś winowajcy, któregoś z tych przeklętych ludzi z Północy. – Ryczałaś, widzę… - nim zdążył unieść się gniewem, zaprzeczyła.
- To nic takiego, naprawdę. To przez książkę. Rozumiesz…
- Jakiś romans? – zbity z tropu książę uniósł brwi, a księżniczka skwapliwie pokiwała głową z lekkim rumieńcem. Cóż, wyglądało na to, że dziewczynie nie dzieje się źle. Nigdy by się nie przyznał, jak bardzo się o nią martwił.
- Mniej więcej – przytaknęła. – Chciałam z tobą porozmawiać o tym mariażu.
- Wiesz, że nie mogę nic…
- Wiem – odparła niespodziewanie hardo, bez jakiegokolwiek żalu w głosie. Touya poczuł niepokój. – Nie wiesz jeszcze o wszystkim, braciszku. Okazało się, że Fay też jest temu przeciwny – oczy jej zabłysły. – Nic nie jest stracone.
Touya się uśmiechnął, czując ulgę. No i, nareszcie coś się zmieniło. A skoro i tamtejszy książę krzywo patrzył na mariaż, już niedługo jego mała siostrzyczka wróci do pałacu.
- Gadaj, młoda.
Komnata, której zazwyczaj spotykali się członkowie Rady, była ciemna i prawie pusta. Jedynie dwóch mężczyzn chowało się w mroku, patrząc na siebie podejrzliwie.
- Nadworny mag nie potrafi pomóc królowi – odezwał się jeden z nich, starzec. – A Touya jest coraz bardziej niespokojny, wyczuwa, że śmierć Clowa jest już blisko.
- Nie może zasiąść na tronie – zaszemrał mężczyzna z wąsem. – Nie ma predyspozycji, by władać krajem. Ma w sobie zbyt wiele gorącej krwi. Pokierujemy nim, a może nawet przekonamy, żeby oddał…
- To syn Pustynnego Wiatru, myślisz, że dobrowolnie zrzeknie się korony? – starzec mówił cicho, lecz pełnią mocy swojego głosu. – Chęć posiadania, rządza władzy… Te dwie cechy są w każdym męskim potomku tego rodu. Gorąca krew Clowa zniweczyła nasze sojusze z Celes na wiele lat, jego ojciec pojął matkę Clowa, Shaolinkę ze Smoczego Rodu, niemal siłą. I Touyę zgubi namiętność. Może jeszcze nie za rok, nie za dwa, ale prędzej czy później ta krew upomni się o swoje. Co zrobimy, jeśli zechce pojąć za żonę niedostępną dla siebie królową czy księżniczkę? Touya najpierw działa, potem myśli, jest zbyt pewny siebie. Gotów wywołać niepotrzebne wojny, narobić sobie wrogów i zgubić kraj. Już teraz patrzy wściekle ku Północy. Nie, on nie może nosić korony. Rada do tego nie dopuści.
- Chcesz i jego unieszkodliwić? – wąsaty, zatrwożony, cofnął się o krok. – Nie wystarczy ci, że księżniczka, w której także płynie ta krew, zostanie na zawsze na Północy? Możemy go kontrolować, inwigilować i czuwać nad jego poczynaniami, by robił to, co chce Rada. Taki był plan. Nie możemy usunąć go z tronu, nie prawowitego dziedzica. Wybuchnie bunt!
- Wystarczy doprowadzić chłopca do stanu, w którym przestanie łaknąć władzy – starzec zmroził drugiego mężczyznę spojrzeniem. – Złamać go, sprawić, by zaczął nienawidzić swojej krwi, swojej rodziny i dynastii, nienawidzić tego pałacu i nie chcieć mieć z koroną nic wspólnego. To będzie ciężkie, czasochłonne… Ale nie niewykonalne.
- Nie możesz zrobić czegoś takiego temu chłopcu – wąsaty zadrżał, widząc bezlitosny wzrok towarzysza. – Rada zawsze miała działać dla kraju…
- Najlepsze dla kraju będzie zniknięcie Touyi ze sceny – uciął przewodniczący Rady. – Potraktuj to jako działanie dla większego dobra, a złamanie Touyi… jako poświęcenie pionka by móc oczyścić sobie drogę do szachu.
- Chciałabym porozmawiać z Syaoranem – powiedziała w końcu Sakura, gdy łzy na jej policzkach wyschły. Touya chciał wyciągnąć ją z tego lustra i przytulić swoją małą siostrę. Była silna, ale ta rozmowa, chyba pierwszy raz w ich życiu tak uczuciowa i szczera, sprawiła, że pękły tamy. Gdy osunęła się na kolana przed zwierciadłem i łkała, Touya klął w myślach, że nie odziedziczył mocy, by w jakiś sposób przenieść się do niej. Nie chciał prosić Yukito – nie pozwalała mu na to duma, nie miał zamiaru zwracać się do niego z tak osobistą kwestią zaraz po tym, jak przeprowadzili poważną rozmowę.
- Każę go przywołać – zdobył się na wymuszony uśmiech i zostawił siostrę na moment samą, wychodząc na pałacowy korytarz i zaczepiając najbliższą służącą.
- Idź do miasta – rozkazał dziewczynie, która skromnie pochyliła głowę, widząc księcia. – W Dzielnicy Kopuł znajdziesz chłopaka, szesnaście lat. Nazywa się Syaoran. Powiedz mu, by przyszedł do pałacowej pracowni nadwornego maga. Gdyby ktoś cię zapytał, powiedz, że chłopak jest ochotnikiem do testów nowych zaklęć. – miał nadzieję, że chociaż wśród służby ma na tyle poważania, by służka nie śmiała kwestionować jego rozkazu i nikomu nie puściła pary z ust. Rada nie powinna się dowiedzieć o odwiedzinach tego kurdupla w pałacu, mogłaby to powiązać w jakiś sposób z Sakurą.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, Wasza Książęca Mość – dziewczyna dygnęła, po czym się wyprostowała i książę spojrzał w jej ładną twarz. Musiała być nową służącą, nigdy wcześniej jej nie widział. Patrzył na nią przez chwilę, gdy się oddalała, chłonąc wzrokiem jej chód. W jakiś sposób przypominała mu tancerki z Dzielnicy Kopuł. Kto wie, może i stamtąd pochodziła.
Wrócił do pracowni, gdzie czekało na niego odbicie siostry. Sakura na jego widok uśmiechnęła się – zdążyła już się uspokoić i pozbyć się łez.
- Twój kurdupel zaraz tu będzie.
