Rozdział siódmy: Wybuch
Punkt widzenia Harry'ego
Harry podniósł do ust szklankę ognistej whisky, udając, że pije, ale w rzeczywistości tylko raz za razem znikając po trochu jej zawartość. To było konieczne, dla jego dzisiejszych planów, by jego przyjaciele uznali, że jest pijany, tak by mógł zniknąć bez zamieszania. Nie, żeby to było tak trudne, jego przyjaciele byli zmęczeni brakiem snu i siedzieli niemal niezauważalni, w porównaniu z ich zwykłym zachowaniem, na szczęście.
Nie mógł powstrzymać się przed rzuceniem na nich rozczulonego spojrzenia.
Brax prawie spał przy stole, Zevi miał ciężkie czarne koła pod oczami, Alphard i Minerva teraz tańczyli, ale nie zostawili go samego niemal przez cały dzień, tak samo jak Hermiona, na tyle ile mogła, ale jej oczy wilgotniały niemal za każdym razem, gdy na niego spojrzała, i nawet Leonard rzucał mu zaniepokojone spojrzenia ze swojego miejsca.
Harry nienawidził tego, że miał zamiar zrobić to, czego się bali.
Jednak, w jego głowie nie było cienia wątpliwości, pomimo ich niewątpliwej troski. Ciężka ręka Toma kryła się za tym całym planem.
Tom.
Dziedzic Slytherina nie odezwał się do niego ani słowem przez cały dzień, nawet siedząc obok niego w klasie. Harry na wpół spodziewał się tego, od kiedy się obudził, ale też miał nadzieję, że już przeszli etap, kiedy Tom wycofywał się za każdym razem, gdy dotknął jakiegoś uczuciowego przełomu.
Harry zaśmiał się bez radości, nie dbając, nawet odrobinę, jak to wyglądało dla innych. Cały wczorajszy dzień był studium emocjonalnego rozpadu...
Jego uczucia były tak pokręconym i splątanym polem minowym, że był pewien, że kompletnie stracił rozum. W jednej chwili tak przepełniało go szczęście, że wydawało mu się, że mógłby dotknąć nieba. Tom kochał go, naprawdę, całym sobą! Harry nie wątpił w to, już nie. Nie kiedy zaryzykował bycie na zawsze zamkniętym w jego umyśle. Tamte chwile poza czasem, były dla niego bezcenne, na zawsze zachowane w jego sercu i duszy, jak skarb... do ostatniego tchu...
Ale zawsze następował moment, kiedy przypominał sobie, jak zwyczajnie i logicznie Tom odrzucił go tego samego dnia i wtedy się załamywał.
Ból był wciąż głęboki, tak jak szczęście, jeżeli nie głębszy. Nawet to, że Tom zrobił to, zanim, rzucił się mu na pomoc, nie łagodziło bólu, tylko go pogłębiało. Tak naprawdę, świadomość, że przyjaciel świadomie go odrzucił, kiedy czuł to wszystko, sprawiała, że żołądek mu się przewracał a krew wrzała... zwłaszcza biorąc pod uwagę jego ostatnie odrzucenie...
Gorzki uśmiech pojawił się na ustach Harry'ego, gdy patrzył jak Tom tańczy z Hermioną do 'Una Historia De Un Amour', wyglądali dobrze razem i miał nadzieję, że miał rację i jego przyjaciel czuł coś do Hermiony bowiem, już niedługo, ona będzie wszystkim co mu zostanie...
Harry był dziwnie zadowolony z ich dystansu.
Gdyby Tom odezwał się do niego teraz, nie był pewien, czy by go nie zabił, pewnie wręcz przeciwnie.
Ale nawet to teraz nie było już głównym problemem.
Cokolwiek czuł, szaleńcze szczęście czy oślepiającą wściekłość czy bezmierne odrzucenie, wszystkie uczucia teraz wydawały się bez znaczenia.
Kości już zostały rzucone...
... Był wdzięczny Tomowi, że nauczył go działać, pomijając uczucia...
Decyzja zapadła dawno temu; Harry nie potrzebował wczorajszego dnia by go ostrzec. Jedynym jego błędem było, że po pierwsze, pozwolił sobie zapomnieć, próbując funkcjonować. Gdyby tego nie zrobił nie byłoby tego całego zamieszania. Jedynym problem, którego nie przewidział w swoim pierwszym planie i znalazł się z powrotem w przeszłości, było, że Tom wziął jego horkruks w siebie i obdarzył go swoim własnym. Nie miał już prawa umrzeć...
To nie znaczyło, że był gotowy po prostu zaakceptować to, że tracił kontrolę i że był skazany na krzywdzenie innych. Tom nie wyświadczył im obu przysługi, kiedy wyrwał go z zamknięcia się w swoim umyśle, ale to nie znaczyło, że był to jedyny z pomysłów Harry'ego na taki rezultat, ale dostępny katalizator był trochę zbyt oczywisty. Mógłby użyć Savę z komnaty, by go spetryfikował, ale Tom dowiedziałby się o tym po pięciu minutach, a nawet jakby nie, to prosty rozkaz od jego Pana i wielki wąż przyznałby się do wszystkiego... Harry potrzebował innego bazyliszka...
Zajęło mu od początku szóstego roku, wyciąganie informacji od Slughorna, (byłoby nierozsądne pytanie o coś takiego Zeviego i jego rodzinę), ale znał lokalizację raczej młodego bazyliszka w Irlandii, krótkie spojrzenie przez szkło i jego problemy się skończą...
Nie będzie już mógł nigdy nikogo zranić, technicznie będzie żywy, więc Tom nie będzie mógł skrzywdzić jego przyjaciół, zamiast tego wciąż będzie zobowiązany ich chronić, a najważniejsze, to nie zniszczy jego przyjaciela i żadnego z horkruksów.
Wszyscy wygrają...
Ale modlił się, by miał rację przewidując, że o ile Tom dziko walczyłby z jego decyzją, to nie mając wyboru w tej kwestii i dowiedziawszy się po fakcie, jego przyjaciel zaakceptuje to i będzie żył dalej...
Poza tym, jedyne z czym miał problem, to, że nie będzie mógł pomóc Charlusowi Potter, nie tylko dlatego, że to jego krew, ale dlatego, że naprawdę uważał, że jest to winien Leonardowi. Jego dziadek nie tylko pozostał całą noc w pokoju życzeń, ale był cholernie uprzejmy rankiem, nie litował się nad nim, ani nic, ale po prostu uznał całe zdarzenie za nic takiego. To doskwierało Harry'emu...
...A potem ten cholerny palant poszedł dalej i zrobił to...
Zaprosił go do siebie na wakacje, z Tomem i innymi przyjaciółmi...
To otwarte zachowanie, po wszystkim, zawstydzało Harry'ego, naprawdę nie potrafił spojrzeć dziadkowi w oczy...
Nagle, poczuł, że ktoś wpatruje się uważnie w niego, uniósł wzrok spodziewając się Toma, ale jego przyjaciel wciąż był obojętny tańcząc z Hermioną, i spojrzał prosto w wyczekujące oczy Samuela Diggory.
Jego policzki były zaczerwienione od drinków, ale wyglądał wystarczająco pewnie, więc one tylko dodały mu odwagi, by zwrócić się do Harry'ego. Puchon uśmiechnął się słodko, lekko przeciągając spojrzenie, potem skinął głową na wyjście i po prostu wyszedł. Harry widział wystarczająco wiele zaproszeń (chociaż nigdy żadnego nie przyjął) by je rozpoznać...
Teraz Harry zastanowił się nad tym, poważnie...
Kuszące było pójście za nim...
Nie, żeby planował skorzystać z oferty, nie,... martwy na randce... to brzmiało bardziej niż trochę dziwacznie...
Ale przebiegło mu przez myśl, że Sam mógłby mu naprawdę pomóc w problemie z Leonardem. Był synem Podsekretarza, jeżeli ktoś mógłby zdobyć dla niego świstoklik do Numengardu, to on. Gdyby nie chciał pomóc, to Harry zażądałby realizacji długu życia, nie najlepsza rzecz, ale, aby ocalić życie, lub życia, był naprawdę gotowy to zrobić.
Jeszcze chwilę rozważał sytuację. Jeżeli naprawdę by to zrobił, miał wejść do Numengardu sam, zniszczyć osłony na ile mógł i uwolnić tylu więźniów ile zdoła. Jeżeli Grindelwald tam będzie, także zmierzyć się z nim i narobić tyle szkód ile zdoła, zanim polegnie.
To była misja samobójcza, ale Harry był pewien, że uwolni, przynajmniej część z więźniów, ale co go przerażało to nie śmierć, z tym mógł spokojnie żyć, co go przerażało, to perspektywa zostania nieumarłym duchem. Mając odpowiednio wiele lat skończyłby bardziej szalony niż Voldemort, ale ufał, że Tom nie pozwoli mu zostać martwym,.
Hary nie odważył się rozważać, co Tom użyłby dla jego ciała, skoro było niemożliwe, aby odnalazł oryginał. Ale to tylko wyszłoby mu na dobre, nie byłoby możliwe, żeby mógł zostać w Hogwarts, więc względnie łatwo byłoby odejść i wrócić do pierwotnego planu.
Zatem postanowione, mini uśmiech pojawił się na jego ustach, zrobi to...
Wstał, by wyjść i prawie niemożliwym dla niego było powstrzymać śmiech, jego przyjaciele, na pewno odnieśli odpowiednie wrażenie, ale nie miał zamiaru wyprowadzać ich z błędu, nikt z nich nie odważy się powiedzieć o tym Tomowi, nie mówiąc o reszcie ich domu...
Spojrzał na nich, ostatni raz, i jeszcze raz na Toma i Hermionę, był gotowy...
Harry wyszedł za Samem z sali...
Ciemnowłosy borsuk czekał na niego za drzwiami, ale bez wielkiej nadziei, oszołomiony wyraz jego twarzy wystarczająco o tym świadczył. Ale potem uśmiechnął się cudownym, szczerym uśmiechem, który zaparł Harry'emu dech i sprawił, że chciał, przez chwilę, by naprawdę wyszedł przyjąć zaproszenie Sama.
- Przyszedłeś! - Krzyknął Diggory kompletnie bez tchu. Tyle uczucia było w jego głosie, że Harry nie mógł powstrzymać rumieńca.
Najwidoczniej, chodziło o coś więcej niż tylko chęć zaciągnięcia go do łóżka i nie mógł powstrzymać się przed zastanowieniem, jak mogłoby to być, mieć kogoś, kto chciałby go, bez żadnych komplikacji...
Tak rozproszyła go ta myśl, że zamiast żartować jak zwykle i zamotać sprawy, spytał po prostu: - Czy możemy stąd iść?
Uśmiech Sama stał się bardziej uwodzicielski.
- Miałem nadzieję, że to powiesz.
Harry zauważył intensywne spojrzenie, ale próbował je zignorować, zastanawiając się, gdzie zabrać Sama, nie chciał znowu znaleźć się w pokoju życzeń, po wczorajszym, ale ta niechęć utrzyma jego myśli na interesach lepiej niż pusta klasa, czy, Salazarze pomóż, Wieża Astronomiczna.
- Chodź ze mną.
Dyskretnie weszli na trzecie piętro, ale kiedy Harry przeszedł przed portretem, pokój musiał wyczuć jego życzenie by być gdziekolwiek, byle nie tam i drzwi się nie pojawiły. To podsyciło, niemal stałe, odrzucenie i gniew, które Harry czuł wobec siebie od kiedy przyznał, tego ranka, jak nisko upadł.
...Nie mógł nawet powstrzymać się przed psuciem swoich własnych planów...
Powstrzymał irytację; nie straci znowu kontroli i nie zrani Sama, nie, jeżeli może coś z tym zrobić...
- Cholera! - Mruknął przez zęby.
Sam położył delikatnie dłoń na jego ramieniu.
- W porządku, rozluźnij się, nikt nam tu nie będzie przeszkadzał, wszyscy są na tańcach. - Powiedział miękko.
Jego oddech był coraz bliżej jego twarzy... Harry ledwo zdołał odskoczyć, gdy zrozumiał co się dzieje.
- Co jest z tobą? - spytał, grając na czas, kiedy karcił się za nietrzymanie czujności.
Naprawdę, powinien bardziej uważać... Nikt nie mógł być takim zagrożeniem jak Tom, ale też raczej nie każdy był ofiarą...
Sam wcale nie przyjął tego miło...
- Co jest ze mną? - spytał patrząc wściekle. - To ty zachowujesz się nielogicznie. Przyjąłeś moje zaproszenie... zabrałeś nas do najbardziej prywatnej części zamku... a teraz zachowujesz się tak nieśmiało... jak dziewica? - oskarżył Harry'ego, ale otworzył szeroko oczy.
- Ach, powinienem wiedzieć, nie byłeś wcześniej z chłopakiem!
Harry poczuł, jak jego policzki płoną z zawstydzenia; naprawdę wolałby tego uniknąć...
- Mówiąc szczerze, - powiedział szybko, by zakończyć ten zawstydzający moment. - Miałem inny powód, by przyjąć twoje zaproszenie.
Diggory, który rozluźnił się ze swoim ostatnim odkryciem, zamyślił się.
- Tak, jasne, uganiałem się za tobą od miesięcy a kiedy wreszcie mnie zauważyłeś, to dlatego, że czegoś chcesz. Przynajmniej nie uwiodłeś mnie i wtedy nie zapytałeś... - dodał z gorzkim humorem.
Harry opuścił głowę na te częściowo słuszne oskarżenie. Odmawiał rozważania tego, poza ostatnim, bardzo celnym komentarzem, cokolwiek innego jeszcze zagmatwałoby sprawy.
- Nigdy nie posunąłbym się tak daleko, - powiedział, w końcu patrząc w oczy Sama, - i przepraszam za zrobienie tego bałaganu, ale sprawa była raczej pilna.
Sam przyjrzał mu się uważnie i jego twarz złagodniała.
- Wierzę ci, - uśmiechnął się, wciąż trochę gorzko, ale głównie uspokajająco. - Dobrze, powiedz czego potrzebujesz, jestem do tego naprawdę przyzwyczajony, od awansu mojego ojca. Nie obiecuję, ale zobaczę, co mogę zrobić.
Harry naprawdę nie liczył na taką życzliwość i poczuł jak ciężar spada mu z ramion. To już prawie wszystko...
- Potrzebuję świstoklika do Numengardu. - Powiedział po prostu.
To nie było tak proste dla Sama. Z szoku zachwiał się prawie upadając i spojrzał na Harry'ego dzikim wzrokiem.
- Numengard, zwariowałeś? On cię zabije. - Zapytał z obłędnym przerażeniem.
Harry był wzruszony, nie spodziewał się takiej reakcji, po tym jak go odrzucił.
- Nie mam wyboru, Sam, Czarny Pan ma członka mojej rodziny.
Znowu to spojrzenie pełne życzliwości i szoku, ale Diggory szybko wziął się w garść.
- Rozumiem... powinienem spodziewać się czegoś takiego... Tylko myślałem, że jesteś sierotą, ale to nieważne... - Głęboki wdech,
- Znając cię, trochę, planujesz wałczyć, nie poddać się. - To nie było pytanie.
Harry i tak odpowiedział.
- Poddanie się nie wchodzi w grę.
A wtedy Sam zaskoczył go, mówiąc z ulgą.
- Dobrze!
- Co, nie będziesz mnie pytać, czy jestem samobójcą?
Pytanie wyrwało mu się samo.
Sam uśmiechnął się.
- Nie, widziałem wystarczająco wiele twoich akcji, by już znać odpowiedź.
Harry roześmiał się, nie spodziewał się takiej odpowiedzi po puchonie. Ale potem zmusił się do powrotu do tematu.
- Więc, możesz znaleźć mi świstoklik?
Sam też spoważniał.
- Zapewne tak, ale Harry, jeżeli poczekasz trochę, zadanie może nie będzie wymagało twojego zaangażowana, a przynajmniej, skończy się mniej samobójczo. - Powiedział z przejęciem.
- Jak to? - zapytał Harry zaciekawiony.
Krótka chwila ociągania i znowu prosta pewność...
- Nie powinienem o tym wiedzieć, nie mówiąc o mówieniu tobie, ale już jest opracowany plan w Ministerstwie by niedługo uderzyć na Numengard.
Harry był zaskoczony, nigdy nie słyszał o takiej operacji, jednak historia już się zmieniła i to nie tylko dotycząca Toma.
- Jak niedługo? - To pewnie bez znaczenia, ale nie mógł powstrzymać pytania.
Sam szybko odparł.
- Miesiąc, może trochę dłużej.
Harry mówił sobie, by nie czuć rozczarowania.
- Rozumiem...
Diggory nie był zniechęcony jego gasnącym zainteresowaniem.
- Dobrze, wiem, że ci się śpieszy i pewnie chcesz zająć się tym sam, ale jestem pewien, że mój ojciec będzie szczęśliwy, jeżeli weźmiesz w tym udział i przyśpieszy sprawy ze względu na ciebie. Jesteś pełnoletni, więc nie będzie problemu, a był naprawdę pod wrażeniem ciebie i Riddle'a...
- Nie mieszaj w to Toma. - Polecenie było instynktowne i bez zastanowienia.
Zdecydowanie zaskoczył Sama, ale zamiast wycofania się, wzmocniło to jego przekonanie.
- W porządku, nie będę, - położył obie dłonie na ramionach Harry'ego i tylko patrzył na niego, nie kryjąc zatroskania. - Ale proszę, rozważ to... sam na pewno zginiesz, z Aurorami będziesz miał szansę.
Hary poczuł, jakby burza rozpętała się wewnątrz niego.
Nie przez ofertę, nie miał czasu, by czekać na ministerstwo bez wpadnięcia przez Toma na jego trop, jednak, obiektywnie, to była największa szansa, jaką mógłby mieć na przetrwanie... jeżeli wciąż o to by mu chodziło...
Nie, co na niego zadziałało, to sam Diggory. Nie spodziewał się po nim takiej troski, albo że mu odpowie, i to razem z jego bliskością, zapachem, sprawiało, że miał dzikie pomysły.
Zdał sobie sprawę, gdzieś w głębi umysłu, że w innym, prostszym, życiu zakochałby się w Samie. (Albo kimś takim jak on, ale tego nie analizował)
Więc dlaczego nie poddać się temu, choć raz? Chciał zapomnieć o wszystkim na chwilę i po prostu żyć, (teraz, kiedy jeszcze miał na to szansę) poczuć, że ktoś go pragnie i troszczy się.
Za jedną rzeczą tęsknił ze swojego związku z Amelią, chwilami, kiedy po prostu siedzieli razem obejmując się, godzinami.
Chciał tego jeszcze raz... tego i więcej...
Wiedział, że mógłby to mieć z Samem, uczucie w jego oczach nie było tylko troską o jego przetrwanie, ale był też względnie pewien, że borsuk nie był w mim zakochany. Nie znal go wystarczająco dobrze i co więcej, gdyby był, jego reakcja byłaby bardziej poważna, niż ta niechętna akceptacja. Sam będzie smutny, ale nie załamany jego śmiercią.
Te myśli przemknęły mu przez głowę w jednej chwili, podjął już decyzję, powtórzył gest chłopaka i położył swoje dłonie na ramionach Sama.
- Harry, co robisz? - Sam był lekko zbity z tropu.
Uśmiechnął się.
- Sza.
Stanął na palcach, naprawdę, co jest z nim i wyższymi facetami? (Nie... nie będzie o tym myślał...) Ale tuż przed tym jak jego usta znalazły Sama poczuł ogromną, unoszącą włosy, falę magii, która natychmiast spowodowała drżenie całego korytarza.
Harry ledwo utrzymał się na nogach, głównie dzięki swoim odruchom i Samowi. Odwrócił się by zmierzyć z tą wybuchającą, groźną magią i naprawdę nie był zdziwiony widząc Toma na drugim końcu korytarza. Jednak, nie mógł powstrzymać chwilowego zastygnięcia na jego widok. Jego przyjaciel wyglądał strasznie, magia i włosy wijące się, blady jak śmierć ze wściekłości, oczy płonące czerwienią.
- Sam, uciekaj stąd. - Polecił.
Sam ociągał się przez chwilę, patrząc lojalnie na niego i przygryzając wargę, ale kolejne spojrzenie na młodego Czarnego Pana spowodowało, że zerwał się do ucieczki.
Nie żeby Harry mógł zwrócić na niego choć cień uwagi, całą miał skoncentrowaną na Tomie. Ich oczy spotkały się na sekundę i musiał uchylić się przed bezróżdżkową klątwą. (Niewiele delikatniejszą wersją Crutiatusa). Jego własna, długo powstrzymywana furia w końcu uwolniła się do wybuchowych rozmiarów, pogrążając wszystko w czerwonej mgle. Jedyne co miało dla niego teraz znaczenie to odpłacenie Tomowi, czy przeżyje, czy zginie, nie miało znaczenia...
Nie dał mu czasu na kolejną klątwę, nawet nie zawracał sobie głowy magią, dwoma krokami Harry dopadł Toma, uderzając go z całą siłą. Dźwięk złamanego nosa i zapach krwi były głęboko satysfakcjonujące... Ale nie wystarczające... W następnej chwili Tom odpowiedział kopiąc go twardo w kolana i łapiąc za gardło. Wylądowali na podłodze i już nie było więcej czasu na myśli.
Cały świat Harry'ego skurczył się do wymiany ciosów, kopnięć i drapnięć, nie miało znaczenia, jak wiele uderzeń lądowało na Tomie, ani w jak wrażliwe miejsca trafiały; całkowita wygrana była poza zasięgiem, dla każdego z nich. Pomimo jego niezmierzonej furii i faktu, że zwykle był lepszy w mugolskiej walce, jego przyjaciel był równie wściekły i odpowiadał mu ciosem za cios.
Po chwili przestało mnie znaczenie, że nie było możliwe zwycięstwo w walce dla żadnego z nich, czy walczyli na nogach, czy przewracając się po podłodze, próbując rozwalić drugiemu czaszkę. Siniaki i otarcia przestały mu przeszkadzać, był pochłonięty wrzącą krwią i silną satysfakcją jaką dawał mu każdy niechciany jęk bólu wymuszony z chłopaka, każdy nowy siniak i każda kropla z małych strużek krwi spływających po twarzy Toma.
Był to jakiś rodzaj wyzwolenia i ukojenia od gniewu i wszechogarniającego poczucia zdrady...
Czas nie miał znaczenia, ani ból, to było po prostu oderwane jak tylko doświadczenie od rzeczywistości... Ale gdy więcej minut, czy mała wieczność, upłynęło, coś zaczęło się zmieniać...
Siniaki i krew jego przyjaciela stopniowo przestały go cieszyć i zaczęły przeszkadzać. Jego gniew i ból nie zniknęły, ani trochę, ale jego berserkerski szał zaczął wygasać. Nawet jego sumienie zaczęło go kłuć... Ta chwila nieuwagi trwała mniej niż sekundę, ale to wystarczyło Tomowi, Harry został przyciśnięty do ściany.
Oczy jego przyjaciela wciąż były czerwone, nie było w nich cienia rozsądku, ani chęci pogodzenia się na horyzoncie. Jednak, choć miał dosyć walki, nie miał zamiaru poddać się, czy prosić o łaskę. Więc ograniczył się do patrzenia gniewnie i czekał na prawdopodobne śmiertelne uderzenie.
Ale, zamiast go zabić, Tom nakrył jego usta swoimi.
Pewne, głodne usta ocierały się o jego, sprawiając mu ból i rozkosz. Pocałunek był gwałtowny, całkowicie nieopanowany i zaborczy, biorący wszystko... Zbyt miękkie i delikatne pocałunki Amelii w porównaniu z tym wypadały bardziej niż blado.
Harry drżał z pasji i swoich desperackich emocji.
W końcu po prostu przywarł do Toma, by utrzymać się na nogach, całując go równie mocno, z całych sił...
Harry nie wiedział, czy to co nastąpiło, to tysiące pocałunków czy jeden niekończący się, zatracił się w gorącu, płonącej lawie tej chwili, pulsującej więzi, ustach Toma, jego zapachu, cieple, sile i dzikim rytmie ich serc... Czymś co przekraczało rozkosz...
Przyjaciel trzymał go, jakby tylko śmierć mogłaby zmusić go do wypuszczenia go. Głodna zapewnienia psychika Harry'ego odpowiadała na to, on też raczej umarłby niż kiedykolwiek puścił Toma...
Ale ta krótka myśl przypomniała Harry'emu o jego stanie.
Nie mógł zrobić tego Tomowi.
Jeżeli takie zachowanie byłoby skalkulowanym okrucieństwem wobec Diggory'ego, dla Toma byłoby wiele gorsze... Nie pomimo jego chłodnej, asertywnej, zamkniętej osobowości, ale właśnie przez nią. To nie był czas na oszukiwanie siebie ani skromność, był wszystkim co on miał.
Jeżeli oddałby mu się cały a potem opuścił, zwłaszcza przez śmierć, zniszczyłby go całkowicie, zostałoby tylko szaleństwo...
Harry powstrzymał własny atak i zrobił gwałtowny ruch, by się uwolnić, Tom nie pozwolił mu się wyplątać i zacieśnił swój uścisk jeszcze bardziej, prawie do bólu. Nieważne, co to z nim robiło, Harry dalej opierał się jak szalony, ale wtedy długie palce wślizgnęły się w jego włosy i chwyciły je odciągając głowę, zmuszając ich oczy do zmierzenia się, piekielny żar przeciw piekielnemu żarowi, i Tom jeszcze raz chwycił jego usta...
Wola Harry'ego do walki gasła, szybko, desperacko musiał zapanować nad tym... tym wzajemnym podnieceniem... i zakończyć tę chwilę... Przy następnym wycofaniu języka Toma zatopił swoje zęby w dolnej wardze przyjaciela, gryząc brutalnie zanim krew nie wypełniła jego ust...
... Niestety to zdawało się podniecić Toma jeszcze bardziej, odwzajemnił mu się, gorączkowo gryząc wargi półgryfona równie mocno...
Co dziwne, ból sprawił, że jego ciało odpowiadało większym głodem niż wcześniej i nie mógł powstrzymać niechcianego jęku, smak ich zmieszanej krwi dziwnie potęgował wrażenia i sprawiał, że głowa wirowała mu jakby był pijany...
... Nie, żeby Tom zostawił cokolwiek szczęściu, przy kolejnej próbie oporu zlikwidował ledwie istniejące resztki dystansu między nimi, nie pozostawiając wątpliwości do swojego pobudzenia i wsuwając swoje udo między nogi Harry'ego, pocierając mocno. Harry odrzucił głowę w rozkoszy. Ślizgon wykorzystał to, atakując jego szyję kąsającymi pocałunkami, pokonując ostatecznie.
(Skąd do cholery mógł wiedzieć, że jego szyja jest tak wrażliwa...?)
Ale nawet na krawędzi ekstazy ognista iskra jego woli wydobyła się na powierzchnię...
- Nie. - Powiedział Harry tak pewnym głosem, jak zdołał.
(Nic podobnego do jego zwykłego głosu, kiedy był ochrypły od jęków i dyszał ciężko.)
Tom uniósł głowę znad jego szyi i ocenił go spokojnie, unosząc brew.
- Nie? - spytał uwodzicielsko. Tak spokojnie jak można wyglądać z twarzą zarumieniona z podniecenia, fiolkowo-czerwonymi zamglonymi oczami i spuchniętymi ustami. Nie zostało nic z jego zwykłego wyglądu...
Serce Harry'ego waliło w piersi, wszystko w nim błagało by się poddał, ale nie mógł, to miłość jaką czuł dala mu siłę spróbować i powstrzymać się. Nie mógł nic poradzić na to, że wyglądał tak jak Tom, miał oczy równie zamglone, ale skupił się i wypełnił je całą siłą swojej duszy.
- Jedyny sposób, w jaki możesz mnie mieć to użycie przysięgi, jaką złożyłem za naukę obrony, wszystko inne będzie wbrew mojej woli. - Wzdrygnął się wewnątrz wypowiadając te słowa. Nie było w nich prawdy, jeden dotyk i poddałby się.
Ale Tom nie wykonał ruchu by kontynuować, ani by zażądać wypełnienia umowy. Zastygł w czystym przerażeniu, jego ręce opadły z Harry'ego jakby palił go żywym lodem.
- Bardzo dobrze. - Powiedział lodowato. - Możesz odejść. - Cofnął się o krok. by dać mu przejście.
Harry patrzył na przyjaciela zszokowany i całkiem odrętwiały; nie chodziło o jego słowa, czy zachowanie. Oczy Toma wydawały się bardziej martwe i chłodne z każdą sekundą, nie jakby tylko gniew, ale wszystkie jego uczucia umierały, na zawsze...
Myślał, że nie będzie żył tak długo by zobaczyć coś tak nie do wytrzymania, ale był tutaj, był tego przyczyną. Najwyraźniej jego cios był tak brutalny i śmiertelny jak ten, który Tom wymierzył mu wczoraj...
Nie mógł tego znieść...
Harry nie myślał o tym co robi, gdy jego ramiona otoczyły szyję Toma, dłonie muskały jego włosy, delikatnie przyciskając te ukochane usta swoimi...
Modlił się tylko, by nie było już za późno...
Jego przyjaciel pozostał chłodny i nieruchomy przez chwilę i serce Harry'ego pękało, wierząc, że to koniec, ale wtedy ramiona Toma otoczyły go, przyciskając do swojej piersi, mocno, jak nigdy wcześniej. Jeżeli wcześniej jakoś się powstrzymywali, to teraz wcale, gdyby mogli spijać nawzajem swoje dusze, zrobiliby to...
Tom obrócił ich, znikając ich ubrania i położył. Jeżeli Harry miałby głowę by o tym myśleć, poczucie materaca pod nimi usunęło wszelkie pytania, znaleźli się w pokoju życzeń. Ale szczerze, nie dbał o to gdzie byli, miał całą ciepłą, silną ale delikatną i gładką skórę Toma do odkrywania...
Zatracił się w tym...
Ich ręce poruszały się gorączkowo, badając, zapamiętując, ucząc się nawzajem ich ciał tak jak znali już swoje umysły i dusze, okręcając się, zaplątani na ich przypadkowym łóżku, oboje próbujący zdobyć kontrolę w próbie zaspokojenia pragnienia. Ale ich głód sięgał tak głęboko, że nie dał się zaspokoić okruchami i gra trwała...
... Ich krew wrzała coraz bardziej z każdą mijającą chwilą i to przekraczało grę o władzę, nieważne jak bardzo zaspakajała ich naturę. Przy kolejnym ruchu ich erekcje otarły się mocno o siebie, powodując zachłyśnięcie się niemożliwą do zniesienia rozkoszą.
Harry był tak pochłonięty uczuciem, że naprawdę nie dbał, że znalazł się pod Tomem i instynktownie odnaleźli rytm tak stary jak sam czas i magia.
Nawet teraz, ledwo pozwalali sobie na chwilę rozdzielić swoje usta, tylko by wziąć oddech, i znajdowali się znowu... ale ich spełnienie zbliżało się coraz bardziej i stawało się to niemożliwe i zamiast tego odnaleźli swoje oczy, patrząc intensywnie... A wtedy stało się coś dziwnego... Bariery miedzy nimi, już osłabione, całkiem runęły. Harry był Tomem, czuł wszystko co on, a Tom stał się nim... Nareszcie byli jednym... Zatracili się w niewiarygodnej rozkoszy i tysiącu barw...
Harry miał dziwną myśl, wierzył, że była jego: że po tym mógł umrzeć, nie jako ofiara, ale dlatego że nie mógł wyobrazić sobie bycia szczęśliwszym...
Tom opadł w jego ramionach, bardziej bezbronny i ludzki niż kiedykolwiek, Harry tulił go jeszcze mocniej... nie chciał zostawiać Toma, nigdy, przenigdy nie chciał tego zrobić... przestał całkiem myśleć i po prostu trzymał go z całej siły... Po chwili zaczęli grę znowu od początku.
Punkt widzenia Sama
Samuel Diggory biegł tak szybko jak zdołał...
Riddle wyglądał naprawdę szaleńczo, gdy zaatakował Harry'ego. Czerwone oczy!? Lodowate dreszcze przebiegły mu w dół kręgosłupa na samo wspomnienie. Merlinie!
Sposób w jaki na niego patrzył, jakby zaplanował dla niego najbardziej okrutną śmierć. Sam nie wstydził się przyznać, że prawie zemdlał z przerażenia... a Harry nie był o wiele lepszy, sposób w jaki zaatakował Toma, bez zahamowań... po prostu nie mógł oderwać wzroku, z zupełnie innego powodu...
Sam potrząsnął głową, by pozbyć się tych myśli. Po prostu tego nie rozumiał.
Abraxas Malfoy, ten podstępny lis, powiedział mu, że Harry i Riddle nie spotykali się; inaczej, nie odważyłby się otwarcie go podrywać. Dodatkowo, Harry nie okłamywał go, tyle wiedział; miał sporo chłopaków i potrafił rozpoznać niewinnego. Nawet ten jego ruch, ledwie sekundy przed pojawieniem się Riddle'a, nie był wystudiowany, nieważne jak sprytni są ślizgoni, zaskoczenie w jego oczach było zbyt prawdziwe...
Ale to napięcie między nimi... Na Helgę i wszystkich założycieli! To napięcie... Nawet jeśli nie byli kochankami do tej pory, było prawie pewne, że tego wieczoru to naprawią...
... I w tym tkwił jego problem...
Jeżeli próbują się nawzajem zabić... a wolałby być dzisiaj tysiące mil z dala od Riddle'a... to jego obowiązek był jasny, poinformować nauczycieli, by ich rozdzielili. Niezależnie od swojego przerażenia nie pozwoli by Harry zginął, lub stał się mordercą... co innego w walce...
Ale... co jeśli nie walczą i zajmują się czym innym...?
Wtedy zawołanie nauczycieli będzie najgorszym wyjściem... plotki i żarty to jedno, nawet milcząca powszechna wiedza, ale przyłapanie w kompromitującej sytuacji to co innego. Nawet jeżeli nie zostaną wyrzuceni, ze względu na wyśmienite wyniki i to, że są pełnoletni, zdobycie później porządnej pracy, nie mówiąc o prawdziwej karierze, nie będzie możliwe... Riddle naprawdę by go zabił i miałby rację...
Sam naprawdę był gotowy zabić Abraxasa Malfoy...
Jedyne rozwiązanie jakie widział dla swego dylematu to zapytanie kogoś o radę, najlepiej jednego z przyjaciół Harry'ego, ale był zbyt zażenowany by o tym mówić, skoro równie dobrze, mogło się nic nie stać. Na szczęście jego przyjaciel Roger był też przyjacielem Harry'ego, razem ze swoją bystrą dziewczyną Imogen, a oni dobrze go znali... będą wiedzieli, co robić...
Musi tylko być ostrożny, kiedy wejdzie by to wyjaśnić, żeby nie zaalarmować nauczycieli... nie było potrzeby wywołania skandalu...
Ale, kiedy w końcu dotarł do ostatniego zakrętu przed wielką salą i zatrzymał się, by wziąć się w garść, nie było, w końcu, dobrym pomysłem, wejść do sali cały roztrzęsiony, zdał sobie sprawę, że może już na to za późno...
Słyszał zduszone, gwałtowne odgłosy rozmowy tuż obok sali. Sam ostrożnie wyjrzał i zobaczył małą grupkę stojącą tuż przy wejściu. Chociaż światło było słabe, ledwie pochodnia, rozpoznał rozbłysk srebrnoblond włosów. Wyglądało na to, że przyjaciele Harry'ego i Riddle'a już byli zaniepokojeni...
Fala ulgi zalała Sama.
Przyjaciele Harry'ego zajmą się wszystkim. Był trochę zaniepokojony, przestraszony spotkaniem z nimi tutaj, zamiast w wielkiej sali, ale był dorosłym czarodziejem, nie małym dzieckiem...
Ale kiedy zrobił pierwszy krok usłyszał coś, co sprawiło, że się zawahał.
- Czy macie jakiekolwiek pojęcie, gdzie mogą być? Musimy ich szybko znaleźć. - To był głos Hermiony Granger. Sam zaklął w duchu. Narzeczona Riddle'a: Jak bardzo jeszcze sprawy mogą się skomplikować?
- Jesteś pewna, Hermiono? Może nie będą wdzięczni za interwencję. - To brzmiało jak Zevi, przynajmniej on miał trochę rozumu.
Hermiona ani trochę się nie wahała.
- Może nie będą, Zev. Ale skoro jest w to zamieszana trzecia osoba, za bardzo się niepokoję. - Głęboki, głęboki wdech. - Imogen, proszę?
- Nie jestem pewna, czy o to chodzi, Hermiono, - delikatny, niepewny głos w końcu jej odpowiedział.
- Ale zwykle Sam zabiera swoich chłopaków na wieżę astronomiczną.
Cholera, wciągnęli w to Imogen...
Naprawdę chciał jej nagadać, za wtrącanie się w jego sprawy, ale tak samo był wdzięczny, że nie chciała zostawić go na łasce Riddle'a. Sam szybko do nich podszedł, jeżeli jego przyjaciele są w to zamieszani, lepiej się z tym teraz zmierzyć.
- Riddle i Harry walczą przed pokojem treningowym na siódmym piętrze, lepiej ich rozdzielcie. - Powiedział bez zawahania.
Wyglądali na zaskoczonych, nie spodziewali się, że podejdzie do nich niezauważony, albo że wciąż będzie cały, ale on też był zaskoczony: nie tylko byli z nimi jego przyjaciele, Roger i Imogen, ale byli też gryfoni Leonard Potter i asystentka nauczyciela Minerva McGonagall.
- Czy Harry jest w porządku? - To był Zevi, spokojny, ale z wyraźnym napięciem w głosie.
... I prawie równocześnie. - Czy Tom znalazł was, razem? - To Granger, wcale nie spokojna, wykręcając palce.
- Gdzie dokładnie mówiłeś, że są, w środku, czy przed pokojem życzeń? - Minerva była trochę bardziej praktyczna.
Sam poczuł jak wraca panika; nie wiedział jak wielką będą pomocą, ale wcale mu to się nie podobało...
...Jeżeli Granger zapytała, o to, co myślał, że zapytała.
- Proszę, jedno na raz. - Poprosił, by zyskać trochę czasu.
- Co się stało, chłopie? - Roger zapytał z troską i położył mu dłoń na ramieniu.
Sam trochę się rozluźnił, nie był sam.
- Byliśmy przed pokojem treningowym na siódmym piętrze, Riddle nas znalazł i było okropnie. Kiedy uciekłem, Harry był cały, ale walczyli i nie jestem pewien, jak długo tak zostaną, którykolwiek z nich.
- Masz na myśli pojedynek? - Abraxas mówił swoim zwykłym aksamitnym tonem, nawet teraz, i Sam nie mógł powstrzymać jadowitego spojrzenia.
- Nie, mam na myśli cholerną mugolską walkę, wyglądali na piekielnie zawziętych by pozabijać się nawzajem. - Wybuchnął.
Wszyscy się wzdrygnęli.
- Dlaczego, czy Riddle złapał was na obściskiwaniu się, czy coś? - Leonard spytał wprost. Sam zarumienił się na taką bezpośredniość, zastanawiając się co to wszystko ma wspólnego z gryfonem i dlaczego do cholery był tak nietaktowny...
- Nieee, - Alphard uśmiechnął się raczej nieprzyjemnie, - w końcu jest żywy i cały, prawda?
- Chłopaki... - McGonagall powiedziała władczo i obaj, gryfon i ślizgon zamknęli usta, wyglądając na zawstydzonych.
Reakcje dwóch pozostałych dziewczyn były wyraźnie rozbieżne. Imogen była cała czerwona, czuła się widocznie nieswojo w tej sytuacji, ale Granger, mimo, że wyraźnie niepokoiła się o Harry'ego, była prawie całkiem spokojna.
Sam wołałby być gdziekolwiek byle nie tu, albo przynajmniej, żeby Granger tu nie było. Był dżentelmenem, nie do niego należało dawanie jej wskazówek, tym bardziej informacji, o prawdopodobnej niedyskrecji jej narzeczonego. Poza tym, już miał przerąbane u Riddle'a, jeżeli prefekt pomyśli, przez chwilę, że go wydal, nic go nie ocali z jego rąk...
Jednak, już w tym tkwił, był winien Harry'emu jeszcze jedną próbę, zanim to zostawi.
- Panowie. - Powiedział. - Czy nie macie zamiaru pójść i rozdzielić swoich przyjaciół, zanim się nawzajem pozabijają?
Black i Prince, chociaż zaniepokojeni, nie wyglądali na chętnych do wtrącania się w walkę, reakcja Malfoya była nieczytelna.
- Uspokój się, Diggory, Tom i Harry cały czas walczą, nic im nie będzie. - Black. Jednak nie brzmiał zbyt pewnie.
Między brwiami Prince'a była głęboka zmarszczka.
- Może powinniśmy pójść i jednak sprawdzić. - Powiedział do przyjaciół, wyraźnie w rozterce.
- Pamiętacie co się stało pierwszy raz, kiedy się fizycznie pobili, jak to się skończyło?
Roger i Imogen pobladli na to, ale Black wzruszył elegancko ramionami.
- Spokojnie, Princess, wiesz jacy są, zaufaj im trochę.
- Uważam, że powinniśmy teraz pójść i sprawdzić. - Hermiona powiedziała twardo.
- Zgadzam się, - przytaknęła Minerva. - Jeżeli walczą na siódmym piętrze usłyszymy ich na schodach i zaczekamy, by zaoferować pomoc, jeżeli są w pokoju, zobaczymy.
Hermiona ochoczo pokiwała głową a Roger, Imogen i Black niechętnie potwierdzili, tylko Prince wyglądał, jakby się ociągał, miał przeczucie, że lepiej nie wciągać w to dziewczyn, ale nic nie powiedział.
Abraxas, który do tej pory nie udzielał się w dyskusji i tylko opierał się nonszalancko o ścianę, nagle się odezwał.
- Dajcie spokój, chłopaki, - wycedził z wystudiowanym znudzeniem. - Czy naprawdę chcecie im przerwać?
Chwilę?
Coś niebezpiecznie błysnęło w umyśle Sama, kiedy fakty w jego głowie nareszcie się połączyły.
Nie chodziło o to, co Malfoy powiedział, ale jak to powiedział, wiedząco i z satysfakcją.
Sam zapomniał o dziewczynach i o swoich manierach, jedyne co się teraz liczyło to jego zgorzknienie i złość; i na to, że został wykorzystany, i na utratę Harry'ego. Kiedy wyglądało, że wreszcie ma szansę, i usprawiedliwiony gniew..
- Ty draniu, - zgrzytał zębami - wrobiłeś mnie, nigdy nie miałem szans u Harry'ego. To wszystko miało tylko wzbudzić zazdrość Riddle'a.
Wszyscy zastygli na to oświadczenie, i nastąpił chaos... jedyną odpowiedź jaką Sam zdołał zrozumieć to entuzjastyczne Blacka:
- Ty psie! Nie myślałem, że jesteś zdolny do czegoś takiego!
... I Prince'a, znacznie mniej entuzjastyczna odpowiedź:
- Tom cię zabije.
Abraxas zbladł jeszcze bardziej i próbował się bronić, bez większego powodzenia, w tym hałasie.
Sam bawił się jak nigdy w życiu, nie był mściwą osobą, ani trochę, ale było miło, widzieć jak ten, kto go w to wrobił,
(był bezgranicznie przerażony zemstą Riddle, nawet, a zwłaszcza, jeżeli Harry stanie za nim, jak miał w zwyczaju) jest w dokładnie tej samej sytuacji.
Trwało to, dopóki Granger nie otworzyła ust.
- To niemożliwe. - Powiedziała z pewnością w głosie i mściwa satysfakcja Sama zniknęła za oknem, zapomniał o niej.
Dziewczyna, a tym bardziej, narzeczona, nie miała z tym nic wspólnego i powinna pozostać całkiem nieświadoma. Jednak, on się zjawił i rozdmuchał wszystko, jego wina, nie było żadnej możliwości, żeby uniknął śmierci z rąk Riddle'a... był zrozpaczony.
A wtedy ona kontynuowała...
- Harry nigdy by się nie zgodził na coś takiego. - I poczuł, jak świat się zachwiał mu przed oczami.
Gdzie był ten gniew, odrzucenie, zniesmaczenie... że jej chłopak interesował się innym chłopakiem, do tego jej najlepszym przyjacielem? Jej jedyny problem, który sprawiał, że była zagniewana, to sugerowanie, że jej najlepszy przyjaciel był tak zdradziecki, by użyć innego chłopaka by zdobyć wyżej wymienionego chłopaka... Sam chciał mieć taką narzeczoną!
- Nigdy nie mówiłem, że Harry miał z tym coś wspólnego, - bronił się, - był tak niewinny tego, jak ja, nie wyszedł za mną z intencją flirtu. Jak mówiłem to wina Malfoya.
Ale Abraxas miał już dość i zamiast próbować znowu wywinąć się od podejrzeń, odpowiedział z godnością.
- Nigdy ci nie skłamałem. Niezależnie, jak miałem nadzieję, że to się skończy dla moich przyjaciół. Tom i Harry nie spotykali się wtedy i mylisz się myśląc, że nie miałeś szansy. Jesteś jedynym, poza Tomem, na kogo tak reagował. Harry jest uczuciowy; gdyby sprawy poszły źle, byłeś jedyną szansą, że nie odejdzie, nie wiadomo dokąd.
Gorąco ogarnęło twarz Sama.
- Na-naprawdę?! - wyjąkał.
Abraxas uśmiechnął się, drocząc z nim. - Tak, i nawet teraz nie jest tak, że nic nie zyskałeś.
- Czyli co? - Sam spojrzał podejrzliwie; to był ten uśmiech, który wpakował go w te kłopoty.
Abraxas rozjaśnił się.
- Jesteś najbardziej popularnym chłopakiem w szkole, po nich. Jeżeli mam rację i wreszcie są razem, wszystkie propozycje, które otrzymywali, teraz skierują się do ciebie i do mnie. Ludzie wiedzą, kiedy ktoś jest naprawdę niedostępny, ty możesz wybierać wśród chłopaków a ja dziewczyn. Moi przyjaciele też mogliby mieć udział w zyskach, ale już wpadli i się zakochali, - skierował uśmiech w stronę przyjaciół.
- Co na to powiesz, Diggory?
Sam wciąż się rumienił i odmówił by choć myśleć o możliwości, że plan Abraxasa nie wypalił. Sposób, w jaki się wobec siebie zachowywali, zwłaszcza w jaki walczyli, Tom i Harry byli na pewno zakochani, nie miał powodu by w to ingerować. Uśmiechnął się.
- Zakładając, że Riddle mnie nie zabije, przyjmuję.
Abraxas potarł dłonie.
- Zakładając to samo. Dobra!
- Mówiąc o tym, Brax, - wtrąciła Hermiona, - Zatrzymamy to dla siebie.
Black śmiał się.
- Jak by powiedział dziedzic Zabini: Omertà.
Ale Abraxas nie wyglądał na kompletnie uspokojonego, jego oczy patrzyły na Prince'a.
- Ani słowa, - powiedział w końcu Zevi, - Przysięgam. Jak powiedział Alphard... Omertà...
Abraxas rozluźnił się, a wszyscy pozostali powtórzyli obce słowo.
Sam nie miał pojęcia, co to oznaczało, ale nie wyczuł żadnego sprzeciwu swojej magii więc też to dodał.
Hermiona uśmiechnęła się szeroko do nich wszystkich, ale to nie trwało długo.
- To było w porządku, ale nie wiemy na pewno, co stało się z chłopakami. - Zauważyła.
- Słusznie. - To znowu Minerva McGonagall, równie pewnie.
- Nie chcę, żebyś się do nich zbliżała, kiedy są tacy. - Zevi powiedział miękko Granger, a Black żywiołowo pokiwał głową.
Sam uniósł brwi.
- Ja też nie chcę, Zev, - Hermiona odpowiedziała tym samym tonem, - ale nie mogę czekać do rana by się dowiedzieć, nie kiedy mogą być umierający...
Uuu! To nie był dokładnie ton, jakim odzywasz się do rodziny, ale w końcu nie wyglądali podobnie, prawdopodobnie mylna informacja, wyglądało na to, że dowiedział się, dlaczego Granger była taka wyrozumiała. Sam wciąż nie miałby nic przeciwko takiej sytuacji, lepsza niż mała dziewczynka, która uważała go za rycerza w lśniącej zbroi...
Zaczęła chodzić nerwowo.
-... Musi być jakiś sposób, by to sprawdzić, wiem, że taki jest, tylko nie mogę sobie przypomnieć co... - Znowu zaczęła wykręcać palce.
- Może jeśli sprawdzę w moim pokoju, znajdę to.
Prince otoczył ją ramionami.
- Nie ma potrzeby, znam zaklęcie, jest ciemne, ale potrzebujemy coś jego, najlepiej coś, co sam zrobił, żeby zadziałało.
Zagryzła wargę. - Czy (bezgłośnie poruszyła wargami) „znak" nie zadziała?
Sam dziękował za dobry słuch i że była zbyt dobrze wychowana, by użyć zaklęcia. Znak, jaki znak? Ale wiedział, że lepiej nie pytać.
Pozostali zainteresowali się dyskusją i otoczyli ją by lepiej słyszeć.
- Nie, upewnił się, że nie, inaczej już byśmy spróbowali. - Prince był smutny.
Hermiona była naprawdę zdecydowana.
- Więc to zadziała, powiedz mi co zrobić?
"To" było bardzo małym szmaragdowym wisiorkiem, w kształcie węża, bardzo kunsztownym.
- Tak, to będzie idealne. - Abraxas odparł po krótkiej inspekcji.
- Nie jestem pewien. - Zevi sprzeciwił się. - Jesteś pewna, że tego też nie zablokował? Konsekwencje będą naprawdę poważne.
Hermiona skinęła głową.
- Jestem pewna, stworzył go przy mnie. - Zapewniła.
- Bez wężomowy? - nalegał Zevi.
Malfoy i Black przewrócili oczami a Hermiona odparła łagodnym, ale wyraźnie zmęczonym głosem.
- Nie, Zev, żadnej wężomowy, zwykłe zmienne zaklęcie.
Imogen i Roger spojrzeli na siebie, zaskoczeni tym oświadczeniem, ale Sam był wystarczająco blisko nich w czasie walki, by wiedzieć, że obaj, Tom i Harry byli wężouści, więc to nic nowego, chociaż, coś czego następstwa trzeba rozważyć.
Prince odetchnął głęboko.
- W porządku, skoro ci to dał, ty musisz rzucić zaklęcie, ale będziesz potem raczej dość wyczerpana.
- Och, na Boga, Zev, - Hermiona prawie warknęła. - Podaj mi inkantację. - Wręcz rozkazała.
Wyszeptał to jej do ucha i Granger zaczęła mruczeć ją, by być pewną, ale kiedy ujęła wisiorek, przegotowując się do rzucenia zaklęcia, Minerva powstrzymała ją.
- Czekaj, jeżeli to ma być męczące, dlaczego nie użyczyć ci mocy, dzięki temu, poznamy też jego efekty.
- Nie wiem, Min, - Alphard był trochę opiekuńczy, - to zwykle działa przy jasnych zaklęciach.
Zevi pomyślał o tym chwilę.
- Myślę, że to zadziała. - Powiedział z przekonaniem.
Minerva tylko spojrzała na Alpharda.
- Dobrze, wchodzę w to. - Powiedział, niemal się śmiejąc.
Abraxas nie czekał, aż mu powiedzą, dołączył do kręgu a za nim Leonard Potter.
Imogen zagryzła wargę.
- Czy to mi nie zaszkodzi, bo jestem jasną czarownica i mugolakiem?
Hermiona uśmiechnęła się.
- Myślę, że nie.
Imogen też się uśmiechnęła.
- W porządku. - Chwyciła Rogera i dołączyła do nich.
- Imo? - Roger lekko zaprotestował.
- Sza, dla mnie i Harry'ego. - Powiedziała mu i całkiem się poddał.
Teraz Sam pozostał jedynym poza kręgiem. Tak naprawdę nie chciał się włączyć, nie dlatego że był fanatykiem jasnej strony, który bał się skażenia ciemnym zaklęciem, ale wolałby raczej unikać uczuć Riddle'a, szczególnie, jeżeli był w intymnej sytuacji z Harrym. Zaakceptował to, ale wciąż bolało.
Jednak, właściwie zaczął tę całą sprawę, miał obowiązek zobaczyć jak się skończy. Odważnie dołączył do pozostałych.
Kiedy już każdy z nich dotykał pozostałych, Hermiona trzymając wisior, a Zevi jej ręce, rzuciła zaklęcie. Przez chwilę nic się nie działo, a potem to poczuł. Echo niesamowitej zaborczości, triumfu, pasji i miłości, to trwało tylko sekundę, ale zawirowało mu w głowie.
Kiedy podniósł głowę, wszyscy unikali wzroku innych i byli zaczerwienieni. Hermiona i Zev najbardziej, bo poczuli to najmocniej, wciąż trzymali też się za ręce, ale wątpił by miało to coś wspólnego z sytuacją.
Abraxas i on jednak mieli mieć sporo propozycji...
Abraxas pierwszy odzyskał głos.
- Cóż, wygląda na to, że misja się udała! - Wycedził.
- Zabije nas. Obaj nas zabiją. - Hermiona wypuściła powietrze.
- Bez wątpienia. - Zevi mówił pewnym głosem, ale był blady jak ściana. Wszyscy byli, kiedy w końcu dotarło do nich jakim naruszeniem prywatności to było, i to czyjej.
Napięcie utrzymało się ponad minutę, i Abraxas odezwał się.
- Cóż, znamy już słowo. O-M-E-R-T-Ά. - Przeliterował.
Napięcie w ich ciałach nagle zelżało, z głośnym oczyszczającym śmiechem.
- Wiecie co? - Leonard krzyknął wyglądając, niemal jak w euforii. - Właśnie wygrałem szkolne zakłady! Tom i Harry zeszli się przed Nowym Rokiem.
Alphard znowu się roześmiał.
- Gratulacje! Chciałbym mieć odwagę założyć się o to samo w Slytherinie. - Ale melancholia nie trwała długo.
- Co z waszą dwójką? - spojrzał na Abraxasa i Sama. - Pójdziecie sprawdzić jak bardzo jesteście popularni zanim wieści się rozejdą, czy poczekacie?
Sam nie zdążył odpowiedzieć. Minerva powiedziała z mrocznym pomrukiem.
- Chciałbyś być wolny, żebyś mógł do nich dołączyć? - Długie paznokcie wpół pieszczotliwie wbiła w rękę Alpharda.
Alphard przełknął.
- Nie kochanie, wiesz, zabawne, że Brax jest już zaręczony.
- Tak jak Sam. - Wydał go Roger.
- Nie wiedziałem. - Wskazał Leonard.
Roger, zdrajca, nie wiedział kiedy się zamknąć. - To tajemnica puchonów, zanim dziewczyna ukończy szesnaście lat, to Deborah Smith z czwartego roku.
Hermiona skrzyżowała ramiona.
- Wstydźcie się.
Abraxas elegancko wzruszył ramionami.
- Ja i Annelise mamy umowę, ona jest wolna i ja też.
Hermiona zatrzymała wzrok na nim i Sam potarł oczy, poważnie, "Ona" mu to mówi? - To jeszcze dziecko, - zaprotestował niechętnie.
Nie przestała, cholera, tak na niego patrzeć.
- Harry tego nie pochwali.
To już było zbyt wiele. Sam roześmiał się, trochę histerycznie, ale kogo to obchodzi.
- Ty. - Zdołał powiedzieć.
Hermiona miała tyle przyzwoitości, by się zaczerwienić.
- Dobra, skoro wszystko inne już się wydało, naprawdę nie byliśmy zaręczeni. To był plan Toma, żeby Harry był zazdrosny.
Sam nie mógł przestać się śmiać, nie wiedział, czy z tego, jakie to niedorzeczne, czy dlatego, że nawet sam wielki Tom Riddle potrzebował takich sztuczek...
...I też, że nie zadziałały... ale to było naprawdę oczyszczające.
Inni nie widzieli tego w ten sposób, wyglądali na zażenowanych, ale nie dbał o to.
Wszyscy chcieli wyjść jak najszybciej...
Najpierw Abraxas z chłodnym - Dobranoc,
potem Leonard mrucząc coś o "znalezieniu Mel"... Alphard i Minerva zniknęli gdzieś, by być sami...Ostatni byli Zev i przepraszająca Granger, jego najdroższa Imogen i, w tej chwili nie tak drogi, Roger.
- W porządku, - powiedział, by powstrzymać Hermionę, - ale to było naprawdę śmieszne. Półprawda, ale kogo to obchodzi.
Miała czelność przyjrzeć się jego twarzy zanim wyszła, ale delikatne:
- Chciałem zatańczyć z tobą przez cały wieczór. - Sprawiło, że zarumieniła się i natychmiast zniknęła.
Zostali tylko jego przyjaciele.
- Idźcie na salę, proszę. - Wskazał. - Ja pójdę do dormitorium, wszystko w porządku, ale muszę pomyśleć.
- Dobrze. - Zawstydzony Roger wreszcie zgodził się i poszli.
Pozostawiony sam w korytarzu Sam zdał sobie sprawę, że to w dużej mierze prawda. Nie co do Harry'ego, nie całkiem. Dziś wieczór widział i brał udział w czymś niezwykłym. Jaśni i Czarni czarodzieje pracujący razem... Nawet pomimo, że okoliczności były niebezpieczne, był w tym jeden wspólny składnik: Harry i Riddle.
Wiedział od bitwy, że muszą być Panami, aby potykać się z Grindelwaldem jak równi, co było dla niego najwspanialszym doświadczeniem... i prawdopodobnie byli jedynymi zdolnymi go pokonać. Ale to było więcej niż to, był wystarczająco obeznany w polityce, dzięki ojcu, żeby rozumieć, że jeśli wygrają, czarodziejski świat będzie należał do nich, na ich warunkach...
Świat bez podziałów na Jasną i Czarną Magię!
Perspektywa jednocześnie przerażała i zachwycała go. Musiał zdecydować, co dokładnie, żeby mógł stosownie reagować.
Nawet gdyby zdecydował się popierać ich poglądy, nie był pewien czy mógłby im aktywnie pomagać, nie całkiem ufał Riddle'owi, przez całą tę gadkę o zabijaniu i miał powód by za nim nie przepadać, ale poszedłby w ogień za Harrym i nie tylko z powodu hormonów. Musiał zobaczyć, co ma zrobić.
Jedno było pewne: jutro, w pociągu, weźmie Prince'a, Malfoya na bok, a nawet samego Riddle'a, jeżeli się odważy, i ostrzeże ich przed planem Harry'ego. Cokolwiek zdecyduje, Harry nie ma prawa umrzeć.
