Tego dnia Allyson nie poszła na lekcje. Nie czuła się na siłach, żeby użerać się z tymi, którzy wierzyli w to, co napisane było w „Proroku Codziennym". Bo nie miała wątpliwości, że takie osoby się znajdą. Bo niby czemu miałoby służyć wypisywanie bzdur w gazecie, która ma informować czarodziejów o tym, co się wokół nich dzieje? Było to pytanie na które Allyson pragnęła znać odpowiedź. Nie miała pojęcia, dlaczego Rufford Vaxbury chciałby ukazać ją w tak negatywnym świetle. Jak mogła mu się czymś narazić, skoro zaledwie dzień wcześniej zobaczył ją na oczy pierwszy raz w życiu. Annabelle natomiast była pewna, że postanowił wykorzystać sytuację Allyson do zrobienia sensacji. A ta nadawała się do tego idealnie.
Gryfonka siedziała z nią w pustej klasie, chcąc dać jej tak wielkie oparcie, jak to było tylko możliwe. Wiedziała, że jej młodszej siostrze nie jest łatwo, jej samej nie było po tym, co o niej napisano, ale dla Ally musiało być to jeszcze gorsze. Allyson nie miała w sobie tej siły charakteru, którą posiadała Annabelle; Puchonka była znacznie delikatniejszą osobą i dużo łatwiej było ją zranić, a trudniej jej było poradzić sobie z problemami. Dlatego absurdalne wydawało jej się, żeby osoby ją znające uwierzyły w te wszystkie napisane bzdury.
Uczniowie Hogwartu byli podzieleni. Cały Hufflepuff stanął za Allyson murem. Dziewczyna była znana wśród uczniów swojego domu i każdy wiedział, że jest Puchonką do szpiku kości i nie byłaby w stanie udawać kogoś, kim nie była. Poza tym, dla Puchonów stanowiła szansę przyłożenia się do sukcesu Hogwartu w całym turnieju, dlatego tym bardziej denerwowało ich pokazywanie jej w złym świetle. Uczniowie od piątej do siódmej klasy z Gryffindoru również byli za nimi; piątoklasiści znali Allyson z zajęć, wszyscy natomiast doskonale znali Annabelle i nie mogli uczynić inaczej. Młodsi Gryfoni podchodzili do tego bardzo różnie, tak samo jak Krukoni. Część była po stronie „Proroka", reszta po stronie Allyson. Jedynym w pełni popierającym gazetę domem był Slytherin.
W końcu siostry wyszły z klasy i udały się na obiad. Trudno było im uwierzyć, że przesiedziały w tamtym pomieszczeniu aż tyle czasu, ale tak było. Co rusz napotykały się na niemiłe spojrzenia innych uczniów; chcąc przypomnieć Ally, żeby się nimi nie przejmowała, Annabelle objęła ją ramieniem.
- Ally!- zawołała Shyanne, gdy dziewczyny weszły do sali i szły przejściem między stołami Hufflepuffu i Gryffindoru, po czym podbiegła do nich- Gdzie ty byłaś?! Czy ty wiesz, jak się martwiliśmy?!
Annabelle oddaliła się od nich, zajmując miejsce przy swoim stole widząc, że jej siostra jest w dobrych rękach. Taką właśnie miała nadzieję, że jej przyjaciele będą już w środku i będzie mogła spokojnie ją z nimi zostawić. Shyanne tymczasem pociągnęła Allyson do stołu Puchonów. Co chwilę podchodził do niej jakiś uczeń i mówił, żeby się nie przejmowała tymi bzdurami. Jednemu pierwszoklasiście udało się ją nawet rozśmieszyć, gdy podbiegł do niej i stwierdził, że będą jej bronić do upadłego.
- Zrobiliśmy ci notatki z lekcji, żebyś miała swój komplet. Nawet ten Krukon, Anthony, specjalnie przepisał dla ciebie swoje z Mugoloznawstwa.- odezwał się Andrew, przekazując jej plik pergaminów.
Dopóki emocje związane z artykułem nie opadły, a uczniom nie znudziło się przytaczanie jego fragmentów, przyjaciele nie odstępowali Allyson na krok. Chcieli jej w ten sposób okazać wsparcie, bo znając ją dostatecznie dobrze wiedzieli, że będzie jej potrzebne. Shyanne chodziła z nią nawet na treningi, choć bez Andrew, który w tym samym czasie odbywał szlaban u Profesor Smith, nie za wiele rozumiała z tego wszystkiego, co robili.
Jednego dnia, gdy dziewczyny wróciły razem do dormitorium, zdziwiły się bardzo zastając w nim Andrew. Chłopak siedział załamany przy stoliku; gdy podeszły zdawał się w ogóle ich nie zauważać. Westchnął tylko, gdy Shyanne delikatnie nim potrząsnęła.
- Co się stało?- spytała Allyson, a on wzruszył ramionami.- Nie powinieneś być u Smith?
- Wygoniła mnie.- powiedział w końcu, bardzo cichym głosem- Nigdy nie widziałem jej tak wściekłym… Stłukłem jakąś jej wazę, miała być podobno bardzo cenna…
- A co to za problem? Przecież może sobie z łatwością naprawić ją zaklęciem…- stwierdziła Shyanne, a Andrew ponownie westchnął.
- Kazała mi to zrobić… No i efekt był kompletnie odwrotny… Zamiast poskładać się w całą wazę, kawałki po prostu rozkruszyły się na pył… Teraz już chyba są rozsiane po całych błoniach i zamku…
- Właściwie, to nie powinieneś się tym przejmować. Przecież, każąc to zrobić tobie, wiedziała co ryzykuje. Zdaje sobie sprawę, że nie jesteś prymusem na Zaklęciach…- odparła Allyson, zastanawiając się jak może pocieszyć przyjaciela, jednak to zdawało się kompletnie nie działać.
- Być może… Ale i tak zaczęła się koszmarnie drzeć… I miała rację… Co ze mnie za Prefekt? Prefekt powinien być dobrym uczniem, tak jak Shyanne… Ja jestem beznadziejny…
- Andrew, przestań. Gdybyś się nie nadawał do tej funkcji, nigdy byś nie został Prefektem. Najwidoczniej dyrektor uznał, że żaden inny chłopak z naszego roku nie będzie lepszym prefektem od ciebie, a opinia Flitwicka jest przecież ważniejsza, niż Smith…
- Poza tym, oceny to nie wszystko! Liczą się starania, zaangażowanie! Zachowujesz się wzorowo, nigdy nie złamałeś żadnego punktu regulaminu! Więc dlaczego miałbyś nie być Prefektem?- spytała Shyanne, a Allyson zaczęła się zastanawiać nad jej słowami.
Musiała przyznać, że gdy w wakacje Andrew napisał jej w liście, że został Prefektem była zdziwiona. Nie spodziewała się tego, z tego samego powodu, dla którego Andrew uważał, że się nie nadaje. Chłopak nie był świetnym uczniem, poza Astronomią, Zielarstwem i ONMS, jego oceny nie były wspaniałe. A jednak spośród wszystkich Puchonów na ich roku wybrano do tej funkcji właśnie jego. Allyson była pewna, że Profesor Flitwick musiał mieć jakiś powód, żeby tak zadecydować.
Humor chłopaka poprawił się już następnego dnia na zajęciach OPCM. Klasa nadal ćwiczyła zaklęcie patronusa, bo Profesor Morgan postanowiła nie robić niczego innego, dopóki przynajmniej część z nich go nie opanuje. Mogła sobie na to pozwolić, ze względu na to, że byli bardzo do przodu z materiałem i jeśli by chciała, w marcu mogłaby zacząć przerabiać z nimi materiał dla klasy szóstej. Wszyscy wyczarowywali już słabsze i mocniejsze mgiełki, nikomu jednak nie udało się do tej pory wyczarować cielistego patronusa, co trochę dziwiło nauczycielkę i denerwowało tych uczniów, którzy zawsze byli na zajęciach najlepsi.
W końcu jednak, pod koniec lekcji po klasie przebiegł się srebrzysty słoń, który wyskoczył z różdżki Andrew. Wszyscy spoglądali na niego z niedowierzaniem, ale najbardziej zdziwiony zdawał się być sam Andrew, który patrzył na zwierzę z otwartymi ustami. Profesor Morgan, stojąca blisko, podeszła do niego, ale przez chwilę nic się nie odzywała.
- Bardzo dobrze panie Hamilton! Trzydzieści punktów dla Hufflepuffu!- zawołała, wywołując niezadowolone pomruki z większej części klasy.
- Aż trzydzieści?!- zawołał jeden ze Ślizgonów, Mark Kelly- Gdyby to nie była ta fajtłapa, nie byłoby nawet piętnastu!
- Panie Kelly, na pana miejscu zamiast komentować, wzięłabym się do ćwiczeń.- powiedziała stanowczym tonem Profesor Morgan, odwracając się do niewielkiej grupki Ślizgonów- Następna osoba dostanie dwadzieścia pięć punktów, kolejne dostaną o pięć mniej od poprzedniej. Dlatego sądzę, że się opłaca ćwiczyć, nawet jeśli miałoby to przynieść domowi tylko pięć punktów!
Nikt już więcej nic się nie odezwał, chociaż po lekcji nie było niczym nadzwyczajnym usłyszeć, że nauczycielka zachowała się kompletnie nie w porządku w stosunku do uczniów. Głównie mówili to Ślizgoni; jedynymi, którzy się wyłamali byli Albus Potter i Scorpius Malfoy, niezbyt przyjaźniący się z resztą osób ze swojego domu. Reszta punktów została rozdana dość szybko; nikt nie dziwił się, że odpowiednio dwadzieścia pięć i dwadzieścia punktów zdobyli Rose Weasley i Albus Potter, bo każdy oczekiwał, że to właśnie oni jako pierwsi poprawnie wyczarują patronusy. Oprócz nich, punkty dla Slytherinu zarobił także Scorpius Malfoy, dla Ravenclawu Jacqueline Collins, a pięć punktów dała Hufflepuffowi Shyanne.
Allyson trudno było uwierzyć, że następne tygodnie minęły tak szybko, ale nim się obejrzała nadszedł dzień, w którym mieli wyjeżdżać do Niemiec. Nikt z uczniów, nawet członkowie drużyny, niezbyt wiedzieli w jaki sposób się tam dostaną; wielu obstawiało, że użyją świstoklika albo sieci fiuu, bo to były najszybsze, poza teleportacją, sposoby podróżowania. Jak się jednak okazało, żadne z nich nie miało racji.
Drużyna miała opuścić Hogwart już w środę wieczorem, chociaż mecz miał się odbyć dopiero w sobotę. Tego dnia wszyscy byli zwolnieni z lekcji; Allyson, nie budzona przez Shyanne, wstała o jedenastej i była bardzo wdzięczna przyjaciółce, że ta pomyślała o przyniesieniu jej z Wielkiej Sali śniadania. Czas, który pozostał jej do zakończenia lekcji przez jej klasę poświęciła na spakowanie się do torby, którą dostała poprzedniego dnia na treningu. Była wykonana z czarnego, mocnego materiału, po obu stronach miała wyszyty herb Hogwartu, a przy rączce imię i nazwisko osoby, do której należała. Choć z zewnątrz na taką nie wyglądała, okazała się być bardzo pojemna. Mimo tego, że Allyson włożyła do środka szatę do gry, złotą szatę, w której trenowała, cały komplet ochraniaczy, podręczniki do Zaklęć, Eliksirów i Transmutacji, szatę szkolną, którą Profesor Reynolds kazał im wziąć do chodzenia po niemieckiej szkole i kilka mugolskich ubrań, nadal zdawało się być w niej mnóstwo miejsca. Dziewczynie udało się tam nawet zmieścić miotłę, choć rozmiary torby zaprzeczały, że mogłaby ona tam wejść, ale zdecydowała się ją wyciągnąć, nie chcąc ryzykować, by przypadkowo coś się z nią stało.
Puchonka spędziła ostatnie godziny z przyjaciółmi, nie potrafiąc znaleźć sobie zajęcia. Wiedziała, że zaczynanie jakiejkolwiek dłuższej czynności nie miało sensu, bo było bardziej niż prawdopodobne, że nie zdąży jej skończyć. W końcu nadeszła pora kolacji, po której mieli wyruszyć. Allyson udała się do Wielkiej Sali z torbą, przewieszoną przez ramię i miotłą w ręce, nie chcąc już wracać się do dormitorium. Nie zdziwiła się, gdy ujrzała, że reszta wpadła na ten sam pomysł.
- Niestety, terminarz meczów został tak rozplanowany, że nasza szkoła pierwszy z nich rozegrać ma na wyjeździe.- Profesor Flitwick, po skończonej kolacji wstał i rozpoczął swoje przemówienie- Dzisiaj po raz pierwszy rozstaniemy się z jedenastką, w której pokładamy ogromne nadzieje. Chcemy, żeby zwyciężyli; nie tylko ten mecz, ale cały turniej i przynieśli sławę Hogwartowi jako szkole, w której dba się nie tylko o nauczanie, ale również o rozwój sportu. Nie ulega jednak wątpliwości, że zmierzą się z najlepszymi; inne szkoły tak jak my wybrali tych, którzy wyróżniają się spośród reszty swoim talentem i zaangażowaniem do gry.
Myślę jednak, że możemy na nich liczyć. Ambicja Ślizgonów, pracowitość i rzetelność Puchonów, motywacja Krukonów i waleczność Gryfonów powinny zaprowadzić ich na sam szczyt. A czego jestem pewien, to że każdy z nas będzie trzymać za nich kciuki.
W Sali, jak zwykle rozległy się oklaski, po czym wszyscy uczniowie opuścili Wielką Salę i zgromadzili się przed zamkiem. Allyson pożegnała się z Shyanne, Andrew i z Annabelle, i dołączyła do stojącej pośrodku całej grupy drużyny. Żaden uczeń nie poszedł do dormitorium, chcąc zobaczyć jak będą podróżować. Czekali dłuższą chwilę, gdy nagle przed nimi jakby znikąd pojawił się piętrowy autobus. Wszyscy wymienili zaskoczone spojrzenia, gdy wysiadł z niego ekscentrycznie wyglądający czarodziej i powiedział, że wszystko jest gotowe.
- Zapewne niektórzy z was mieli okazję podróżować Błędnym Rycerzem… Nie jest to ten autobus, ale podróżowanie w nim odbywa się na takiej samej zasadzie. Jeździ znacznie szybciej, jest w stanie wcisnąć się w każdą szparę i żaden mugol nie jest w stanie go zobaczyć. Zresztą, przekonacie się sami, wsiadajcie!
Cała jedenastka wymieniła zaskoczone spojrzenia i żadne z nich nie ruszyło się z miejsca. Nie potrafili uwierzyć, że mieli jechać do Niemiec autobusem. Allyson, choć nie znosiła świstoklików, zaczęła zastanawiać się czy nie byłby on znacznie lepszym wyjściem. Bez większego entuzjazmu, jako pierwsza weszła do autobusu i rozejrzała się. Ujrzała pełne gier pomieszczenie, które najwyraźniej za swój główny cel miało zapewnienie rozrywki tym, którzy podróżowali autobusem. Na półce stało też mnóstwo butelek piwa kremowego, dzban z sokiem dyniowym, a na talerzykach leżało mnóstwo słodyczy. Dookoła porozstawiane były wyglądające na bardzo wygodne fotele.
- Tohbę i miotłę najlepiej zanieść na góhę. - powiedział, wskazując na schody, prowadzące na piętro. Uwadze Allyson nie uszło, że nie wymawiał litery „R", lecz choć spotkała już w życiu nie jednego takiego człowieka, u tego czarodzieja zdawało się to znacznie bardziej wyraźne niż u innych.
Dziewczyna kiwnęła głową i ruszyła na górę po spiralnych schodach. Nie znosiła wchodzić na górę w ten sposób, chociaż jeszcze bardziej nie schodziła schodzić po nich w dół. Trzymając się poręczy, powoli weszła na górę i ujrzała, że na piętrze znajdowały się tylko duże łóżka, a po lewej stronie każdego wieszak i półka. Puchonka podeszła do jednego, znajdującego się na samym końcu i postawiła swój bagaż na półce.
Po chwili ruszyli, żegnani okrzykami życzącymi im powodzenia i machaniem większości uczniów. W momencie, gdy kierowca nacisnął pedał gazu, Allyson poleciała gwałtownie na ścianę, nie zdążywszy w porę się czegoś chwycić. Poczuła jak uderza czołem o okno i w duchu zaczęła modlić się, żeby w tym miejscu nie zrobił jej się guz. Z miejsca, w którym znajdowały się schody dobiegł ją trzask i jak się później dowiedziała, idąca po nich Samantha spadła z nich, ale na szczęście tylko lekko się poobijała.
Nim się obejrzali, Hogwartu nie było już widać nawet na horyzoncie. Allyson starała się nie wyglądać przez okno; kiedy widziała prędkość, z jaką umykało wszystko, znajdujące się za nim robiło jej się niedobrze. Trochę ją to zdziwiło, przecież na miotle często osiągała bardzo dużo prędkości, a jednak jej nie przeszkadzały – być może autobus poruszał się jeszcze szybciej.
- Dziewczyny, chodźcie na dół.- Ally, a także będące razem z nią na piętrze Jessica i Samantha usłyszały głos Arthura.
Jak się okazało, Profesor Reynolds postanowił, że przed przybyciem do Ubersveistu poinformuje ich, jak będzie wyglądał ich pobyt tam. W ciągu tych kilku dni, które mieli tam spędzić poznając miejsce i przygotowując się do meczu w sobotnie popołudnie, razem z uczniami tamtej szkoły mieli chodzić na lekcje. Nauczyciel przekazał im koperty, po jednej dla nauczyciela każdego przedmiotu, gdzie znajdowały się informacje, co przerabia ich klasa w trakcie pobytu drużyny w Niemczech. Dzięki temu mieli nie stracić zbyt wiele materiału, a przynajmniej mieć pojęcie, czego się będzie od nich oczekiwać po powrocie. Mężczyzna nie był jednak w stanie powiedzieć im, jak będzie wyglądało zakwaterowanie ani jak dokładnie wygląda szkoła; wiedział tylko, że wszystkie szkoły magii, tak jak Hogwart, znajdują się w starych zamkach.
Podróż do Niemiec nie zajęła im długo. Prędkość, z jaką poruszał się autobus pozwalała na szybkie dotarcie do celu, ale ogromnym utrudnieniem i stratą czasu z ich perspektywy była przeprawa promem, na który musieli się wcisnąć niezauważeni pomiędzy inne samochody. Rozglądając się, Allyson zastanawiała się, jak to możliwe, że znajdują się pomiędzy ustawionymi bardzo blisko siebie samochodami, a w środku nie zaszła żadna zmiana. Była jednak przyzwyczajona do rzeczy niezrozumiałych, jak zresztą każdy, kto wychowywał się w towarzystwie wszechobecnej magii.
Gdy dotarli na miejsce, było już całkowicie ciemno. Wychodząc z autobusu mogli ujrzeć oświetlony bladym, lekko czerwonym światłem stary zamek, który sprawiał bardzo mroczne wrażenie, szczególnie że na niebie obok jego najwyższej wieży znajdował się księżyc w pełni. Wokoło nich panowała kompletna ciemność, widzieli tylko drzwi, również zaznaczone nikłym światłem. Wycie wilków, które dotarło do nich ze znajdującego się blisko lasu wywołało u Allyson gęsią skórkę.
- Może, weszlibyśmy już do środka?- spytała, niezbyt głośno, ale w panującej między nimi ciszy wszyscy bez problemu mogli to zobaczyć.
- Nie ma to jak puchońska odwaga.- powiedział Nicholas, z wyraźną ironią w głosie, a reszta natychmiast kazała mu być cicho, a w szczególności powstrzymać się od takich komentarzy.
Nagle drzwi otwarły się na oścież z ogromnym hukiem, uderzając o znajdujące się po bokach kamienne ściany. Na ten dźwięk prawie wszyscy podskoczyli. Wymienili spojrzenia, chociaż nie widzieli się zbyt dobrze. Profesor Reynolds przełknął głośno ślinę i jako pierwszy powoli ruszył do środka, po drodze potykając się o schody.
- Skoro drzwi znajdują się tak wysoko, to chyba oczywiste, że gdzieś muszą znajdować się stopnie…- odezwał się ponownie Nicholas, wywołując westchnięcie u Ruby i Cassandry.
Uczniowie ruszyli za nauczycielem, uważając żeby nie potknąć się tak, jak on. Mimo to Allyson nie udało się tego uniknąć i upadła, uderzając się znowu w to samo miejsce na głowie. Jęknęła z bólu, który teraz powrócił do niej znacznie mocniej i dotknęła czoła. Pod palcami poczuła, że rana była wilgotna i ciepła, i była pewna, że gdy tylko znajdą się w lepiej oświetlonym miejscu, jej palce będą czerwone od krwi.
- Wszystko w porządku?- usłyszała głos tuż przed sobą i gdy podniosła głowę, spojrzała prosto na twarz kucającego przy niej Anthony'ego. Chłopak pomógł jej wstać i wszedł na górę razem z nią, uważając żeby nie potknęła się znowu i nic więcej sobie nie zrobiła.
Gdy tylko przekroczyli próg zamku ujrzeli ogromny hol; na bocznych ścianach znajdowały się ogromne, dwuskrzydłowe, drewniane drzwi, a przed nimi ogromny proporzec z herbem szkoły – wyhaftowanymi czarną nicią kociołkiem, miotłą – ułożoną przy nim i różdżką, nachyloną pod kątem, z której końca wydobywała się smuga złocistych iskier, tworzących ozdobny napis Ubersveist. Wszystko to znajdowało się na szkarłatnym tle. Po obu stronach proporca znajdowały się kamienne schody. Na szczycie jednych z nich dostrzegli postać zgarbionego, nieprzyjemnie wyglądającego starca, wyglądem odrobinę przypominającego goblina, ale wyższego od tych stworzeń. Zastukał w posadzkę trzymają w dłoni laską i gestem dłoni kazał im podążać za nim.
Cała grupa niepewnie wspięła się na szczyt schodów, rozglądając się po surowych ścianach. Na korytarzach panował półmrok, bo światło wszystkich lamp było przytłumione. Mężczyzna poprowadził ich labiryntem korytarzy do ogromnej Sali, gdzie w wielu rzędach ustawione były krzesła i w której znajdowali się wszyscy uczniowie i nauczyciele.
- Herzlich Wilkommen in Ubersveist! Wir sind glücklich, dass Wir können Gastgeber euch und Wir haben hoffen, dass euch warden zufriden.- zawołał na ich widok starszy mężczyzna, ubrany w szkarłatną szatę i wszyscy uczniowie, ubrani w czerwono-złote szaty, natychmiast zaczęli klaskać, szepcząc między sobą.
Grupa z Hogwartu natomiast przyglądała się mu zdziwiona, nie mając pojęcia, co powiedział. Wymieniali zdezorientowane spojrzenia, nie wiedząc jak powinni zareagować. Profesor Reynolds, któremu mężczyzna bardzo uważnie się przyglądał, natychmiast zrobił się czerwony. Niska, czarnowłosa kobieta w okularach, stojąca niedaleko machnęła różdżką w ich stronę, szeptają pod nosem zaklęcie, którego nie znali.
- Zapomnieliśmy o zaklęciu, które pozwoli nam zrozumieć się nawzajem.- powiedziała, a po sali poniósł się cichy chichot.
- Oczywiście! Tak więc, jak już mówiłem, witajcie w Ubersveiscie! Mam nadzieję, że będziecie się tu dobrze czuli. Od razu pragnę też przeprosić za brak przywitania i właściwego oświetlenia, jednakże spodziewaliśmy się was trochę później. Myślę jednak, że jest już na tyle późna pora, by nie przedłużać i pokazać wam miejsce, gdzie możecie odpocząć. Dziewczęta niech podążają za Frau Hoffer, natomiast chłopcy za Herr Schulz.- nauczyciele, w momencie gdy dyrektor wymówił ich nazwisko podnieśli rękę.
Niemieccy uczniowie natychmiast się rozeszli, nauczyciele również. Została tylko ta dwójka, która miała zaprowadzić ich do pokoi. Kobieta, nazwana Frau Hoffer, sprawiła na Allyson bardzo sympatyczne wrażenie. Przez całą drogę wypytywała je o Hogwart, o ich ulubione przedmioty, o pozycje, na jakich grają w drużynie i zdawała się słuchać z naprawdę wielką ciekawością. Puchonka, skupiając się bardziej na tym, co mówiła nauczycielka, niż na drodze, którą pokonywali doszła do wniosku, że gdyby zostawiono ją na korytarzu, nie byłaby w stanie dotrzeć do sali, w której znajdowali się poprzednio.
Pokój, w którym miały się zatrzymać okazał się pustą, nieużywaną salą lekcyjną. Wstawiono do niej pięć łóżek, a przy nich ustawiono szafki nocne. Zwisający z sufitu, rozłożysty żyrandol, dawał nikłe, choć wystarczające światło. Wszystkie powoli weszły do środka, zastanawiając się czy w zamku gdziekolwiek jest coś na ścianach, bo puste nie wyglądały najprzyjemniej.
- Jutro na śniadaniu dostaniecie plan zajęć i dowiecie się, który z uczniów będzie waszym opiekunem. Każda z was dostanie opiekuna z klasy, z którą będzie chodziła na lekcje przez te dwa dni. Oni zapoznają was ze wszystkim, czego oczekuje się od uczniów w tej szkole. Śniadanie jest o godzinie ósmej i żadne spóźnienia albo nieobecności nie są tolerowane, chyba że dostaniecie usprawiedliwienie od pielęgniarki. Przed ósmą ktoś przyjdzie, żeby zaprowadzić was do Sali jadalnej. O tej porze bądźcie już gotowe do wyjścia. Teraz już was zostawię, żebyście mogły odpocząć. Panna z raną na czole pójdzie ze mną.
Allyson poczuła, jak cała jej twarz robi się ciepła i nie miała wątpliwości, że jest cała czerwona. Położyła torbę i miotłę obok jednego z łóżek, a następnie wyszła bez słowa za kobietą. Ta poprowadziła ją przez korytarze, sprawiając, że dziewczyna zgubiła się jeszcze bardziej, aż w końcu zapukała w niewielkie, ciemnobrązowe drzwi z tabliczką „Krankenhaus". Po chwili otworzyła im zaspana kobieta w średnim wieku, ubrana w granatowy szlafrok. Spojrzała na Frau Hoffer, potem na Allyson i kiwnęła głową, odsuwając się i jednocześnie robiąc im miejsce, żeby weszły do środka.
- Usiądź na krześle.- powiedziała, wskazując nastolatce miejsce ręką, a ta posłusznie wykonała polecenie. Po chwili kobieta nachyliła się nad nią i zaczęła smarować jej czoło gęstą mazią o silnym, ziołowym zapachu i kolorze czarno-zielonym.- Będzie szczypać.- powiedziała, a Allyson, trzymająca dłonie zaciśnięte na krawędziach krzesła zacisnęła je mocniej. Poczuła, że mimowolnie łzy napływają jej do oczu i musiała się mocno kontrolować, żeby mnie wrzasnąć albo mocno nie odepchnąć kobiety od siebie.
- Nie musisz się czymś zająć, Heidi? Nie znoszę, gdy ktoś tak intensywnie wpatruje się w to, co robię.- pielęgniarka zwróciła się do stojącej przy drzwiach nauczycielki.- Nie miałaś opiekować się tymi dziewczynami z Hogwartu?
- Kinge, wiem, że nie rozpoznajesz większości uczniów, ale wydawało mi się, że wygląd tej jest na tyle oryginalny, że bez problemu stwierdzisz, że nie jest od nas.- pielęgniarka odsunęła się od Allyson i przyjrzała jej dokładnie. Jej wzrok przez dłuższy czas znajdował się na bliźnie nastolatki, po czym pokiwała głową.
- Racja. Nie widziałam u nas nikogo z czymś takim. Paskudna blizna. Jak powstała?
- Wpadłam na drzewo, gdy bawiłam się na miotle jako małe dziecko.- odparła dziewczyna, a kobieta ponownie pokiwała głową.
- Musiałaś mieć naprawdę dużego pecha, że aż tak mocno się skaleczyłaś…
- Rośliny od zawsze mnie nie lubią… A że to było jakieś drzewo, które w nazwie ma drapieżne, to chyba i tak miałam szczęście, że skończyło się tylko na bliźnie na policzku.
Nikt już nic więcej nie powiedział. Po piętnastu minutach, na czole Allyson nie było ani śladu, że coś sobie zrobiła. Razem z Frau Hoffer wyszła z pomieszczenia i w ciszy szła za nią do pokoju, gdzie były jej koleżanki. Gdy tylko weszła do środka dostrzegła, że wszystkie znajdowały się już w łóżkach i zdawały spać. Starając się być jak najciszej, przebrała się do piżamy i sama wślizgnęła pod kołdrę, pozwalając zmęczeniu całkowicie ją ogarnąć i zasnęła.
Cropka - Niestety nie mam możliwości odpisania w prywatnej wiadomości, więc robię to tutaj. Dziękuję za komentarz i wytknięcie błędu z numerkiem. Jest to moje niedopatrzenie :) Mam nadzieję, że po jego poprawieniu już wszystko gra :)
Ostatni rozdział, który miałam napisany wcześniej. Obawiam się, że regularność mojego publikowania może się zepsuć, szczególnie, że od września muszę wziąć się do pracy, żeby dobrze zdać maturę ;) Jednakże, jak długo by nie trwała przerwa, nie porzucę tej historii, bo jestem do niej za bardzo przywiązana :)
