Ratując własne życie, uciekałem przez czas zbyt długi, bym chciał go sobie przypominać. Okazało się, że ucieczka w celu ratowania życia to męczące przedsięwzięcie. Ale sam się na nią skazałem, więc moim głównym zadaniem stało się przetrwanie.

Pojechałem do Szwajcarii. Czasem zaglądałem do Francji i pracowałem jako chemik. Przypuszczam, że stare miasteczka miały swój urok, ale zauważenie tej urody przychodziło mi z trudnością – ostatecznie w każdej chwili ktoś mógł przyłożyć pistolet do mojej głowy albo zacisnąć mi sznur na szyi. Kupiłem hennę i usiłowałem zafarbować włosy. Mają one jednak czarny kolor i nic nie mogło go zmienić. Może oprócz wybielacza, ale wtedy wyglądałbym zgoła dziwnie. Zapuściłem więc czarną brodę, mówiłem wyłącznie po francusku i po kolei wysyłałem moich prześladowców do więzienia. Co miesiąc kupowałem gazetę i czytałem ją z sercem w gardle, czekając, aż mój mąż jasno napisze, że nienawidzi mnie całym sobą i jeśli o niego chodzi, równie dobrze mogę zamieszkać w Afryce.

Wszystko zmieniło się pod koniec 1891 roku.

W grudniu, tuż przed Bożym Narodzeniem, nabyłem najnowszy numer „Stranda". Mieszkałem wtedy w Lucerne, grywałem na skrzypcach w miłych, oświetlonych gazowymi lampami kawiarniach i codziennie próbowałem nie dać się zabić. Zabrałem cenny periodyk do swojego małego mieszkania na poddaszu, by usiąść po turecku na łóżku w świetle lamp, z papierosem w dłoni, i przeczytać go w samotności. Dzięki Bogu za tą samotność, gdyż gdybym siedział na publicznej ławce albo na wygodnej kanapie w restauracji, ośmieszyłbym się przed nieznajomymi stokrotnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Przeczytałem opowiadanie zatytułowane „Krzywousty"1. W historii tej John Watson miał małżonkę.
Była piękna i dobra. Była kochająca. Była doskonale wychowana, układna, uczciwa, prostolinijna, gospodarna, ciepła i inteligentna. Kochała go prostą i szczerą miłością, do której zdolnych jest niewielu ludzi. Jej imię było najświętszym ze świętych – błogosławione miano, które doskonale pasowało do imienia John. Nie było to Lilit ani Dalila, ani nawet Ewa, które sugerowałoby kobietę naruszającą zasady z powodu kaprysu. Miała na imię – ni mniej, ni więcej – Mary. Z wyglądu była słoneczną blondynką, a do tego bił od niej wewnętrzny, łagodny blask.

„Strapieni ludzie ciągnęli do mojej żony niczym ptaki do latarni morskiej".2

To właśnie postanowił napisać. Opowiedzieć o nas, siedzących przy kominku, i o jego żonie jako o aniele stróżu, do którego garnęli się nieznajomi. Takimi słowami opisał człowieka, który złamał mu serce.

Przypuszczam, że jedynie garstka ludzi może twierdzić, że „Strand" wzruszył ich do łez. Ostatecznie to zaledwie nieszkodliwa rodzinna gazetka. A poezja, którą się tam publikuje, jest okropna i nie przynosi chluby redaktorom. Ale nie obchodzi mnie, do jak nielicznego towarzystwa dołączyłem. Nie mam już tamtego konkretnego numeru z grudnia 1891 roku. Po godzinie zachowanie jej nie miało żadnego sensu, moje gardło było zdarte do bólu, nie widziałem na oczy i nigdy w życiu nie czułem się lepiej.

Nie pamiętam, bym kiedykolwiek wcześniej czy później płakał tak, jak wtedy. Nigdy nie przyciskałem tak kolan do piersi, nigdy nie zalewały mnie strumienie łez, nigdy do tego stopnia nie brakło mi tchu. Tamtego dnia nauczyłem się, że mój płacz jest równie niemy jak mój śmiech, że wstrząsa mną równie gwałtownie, że dobroć i wszelkie możliwe łaski będą z Johnem Watsonem do końca jego dni; co więcej – kocham go za fakt, że takim właśnie jest człowiekiem. Człowiekiem tak pełnym dobroci, że porównuje istotę podobną mnie do latarni morskiej. Nigdy nie płakałem po matce, gdyż rozpacz była zbyt potężna. Nie płakałem też po siostrze, po ojcu, nie płakałem, gdy cierpiałem ból i samotność tak wielkie, że chciałem po prostu przestać oddychać. Niewiele brakowało, bym zapłakał, gdy posiadłem Watsona pierwszy raz, po czym zażyłem morfinę i okazało się, że on nie może znieść przeklętej substancji, więc spodziewałem się, że odeśle mnie po zaledwie kilku godzinach. Jeszcze mniej brakowało tej nocy, gdy morfina niemal mnie zabiła i tylko wykorzystując Watsona uświadomiłem sobie, że być może nie odpowiadałby mu taki obrót zdarzeń. Tak czy inaczej, nie załamałem się wtedy. Tak jak nie załamałem się, gdy nareszcie kazał mi odmaszerować.

Ale to, że nazwał mnie latarnią morską, rozbiło mnie na kawałki. Kiedy przeczytałem to zdanie po raz tysięczny, nie dało się go już odcyfrować. Zostało zniszczone jak wszystko inne, czego dotknę.

Więc rano kupiłem nowy egzemplarz od innego sprzedawcy. Tamten już nie wyglądała, jakby zalał ją rzęsisty deszcz.

xxx

Wyjątek z gazety „Pall Mall", wrzesień 1891 roku:

W zeszłym miesiącu wyższe strefy wprawiono w osłupienie informacją, że lord Harry Rogers, szanowany par i od czterech lat administrator potężnego banku rządowego, został usunięty ze stanowiska. Obecnie wychodzi na jaw, że otrzymał wypowiedzenie „ze względu na kwestie osobiste, których nie będziemy omawiać publicznie" - jak powiedział wczoraj urzędnik, który był łaskaw porozmawiać z naszym redaktorem. Czytelnikom przypominamy, że – zgodnie z przysłowiem, iż nieszczęścia chodzą parami – posiadłość nieszczęsnego dżentelmena okazała się obłożona hipoteką ze względu na zbieg wielu okoliczności, między innymi koszty wystawnego trybu życia, nietrafione inwestycje i niesłychanie kosztowna terapia przypisana przez znanego lekarza, specjalizującego się w leczeniu francuskiej choroby. Nie da się uciec od rozważań, czy ten ostatni problem nie był być może przyczyną nagłej utraty pozycji – z całą pewnością można mówić o skandalu. Teraz, jak głosi plotka, jest to człowiek złamany i godny współczucia; sprzedaje, co tylko może, by pokryć koszta prawne i mieszka skromnie i samotnie w pobliżu Hyde Parku.

Wyjątek ze szwajcarskiej gazety, tłumaczenie z francuskiego, październik 1893 roku:

Na jaw wychodzi coraz więcej niepokojących szczegółów dotyczącego tajemniczych zwłok odnalezionych na wsi w zakolu Renu. Przypominamy, że niezidentyfikowany wciąż mężczyzna był ciężko uzbrojony; w dłoni trzymał pistolet (z którego nie wystrzelono), zaś drugi pistolet miał ukryty w kieszeni. Został postrzelony w sposób, który kazał policji pomyśleć o pojedynku; kula weszła w jego ciało przez brzuch i wyleciała między żebrami. Po postrzale jednakże został ugodzony nożem w pierś, co mogło być równie dobrze aktem łaski, jak i deprawacji i przemocy – niemożliwe jest zrozumienie umysłu mordercy. Nieznany dżentelmen był ubrany skromnie, lecz elegancko, miał około pięćdziesięciu lat, łysiejącą głowę i wysokie, wypukłe czoło. Nie natrafiono na żaden ślad jego zabójcy.

Policja jednakowoż ostatnio wyjawiła, że denat miał w notatniku zdjęcie pana Sherlocka Holmesa, wysoce szanowanego detektywa konsultanta, który zniknął z Londynu w 1891 roku. To cenne znalezisko, gdyż pan Sherlock Holmes jest rzadko fotografowany. Zdjęcie musiało być często oglądane – było mocno zszargane. Niejasnym pozostaje, czy ta informacja przyczyni się do rozwiązania zagadki.

Szwajcarska policja zwróciła się do Scotland Yardu, by dowiedzieć się więcej, i podzieliła się wiedzą z kolegą po fachu pana Holmesa, inspektorem Geoffrey'em Lestrade'em. Inspektor Lestrade powiedział o nieboszczyku: „Człowiek ten jest mi nieznajomy. Yard nie szuka obecnie nikogo o podobnym rysopisie. Co się tyczy pana Sherlocka Holmesa, miejsce jego pobytu pozostaje tajemnicą. Możliwe, że zamordowany dżentelmen należał do kryminalistów, którzy nienawidzą pana Holmesa i, szukając go, napytał sobie biedy. Tacy ludzie zazwyczaj wiodą trudne, niebezpieczne życie". Nie ma wątpliwości, że jest to rozsądne rozumowanie. Wiadomo nam, że siły policyjne obu krajów robią co w ich mocy, by wyjaśnić tę ohydną zbrodnię.

Wyjątek z gazety „Strand", listopad 1893 roku

Wystarczy kilka słów, aby opowiedzieć o tym, co jeszcze zostało do opowiedzenia. Badanie przeprowadzone przez specjalistów pozostawia niewiele wątpliwości, że walka wręcz pomiędzy dwoma mężczyznami zakończyła się tak, jak było to w tych okolicznościach raczej nieuniknione – mianowicie tym, że spadli ze ścieżki w przepaść, spleceni w śmiertelnym uścisku. Jakiekolwiek próby odnalezienia ich ciał były z góry skazane na niepowodzenie. To właśnie tam, w tym przerażającym kotle wirującej wody i buchającej piany będzie spoczywał po wsze czasy najniebezpieczniejszy przestępca i najwybitniejszy obrońca prawa naszego pokolenia. Młodego Szwajcara nigdy nie odnaleziono, i nie ma wątpliwości, że był jednym z licznych agentów zatrudnianych przez Moriarty'ego. Jeśli zaś chodzi o jego przestępczą organizację, ludzie będą pamiętać, że dowody zgromadzone przez Holmesa całkowicie ją zdemaskowały. Jego ręka zawisła nad nimi nawet po śmierci. Podczas dochodzenia wyszło na jaw wiele szczegółów o ich straszliwym przywódcy, co zmusiło mnie do przejrzystego opisania jego przestępczej kariery. Czynię to tylko ze względu na działania nierozważnych obrońców, którzy próbują oczyścić jego pamięć, oczerniając przy tym kogoś, kogo zawsze będę uważał za najlepszego i najmądrzejszego człowieka, jakiego kiedykolwiek znałem.3

xxx

22 lipca 1919 roku

Wyprostowałem się. Plecy bolały mnie okrutnie. Miałem wrażenie, że lewą ręką musiałem wyrwać potężny buk, a nie zaledwie trzydzieści albo czterdzieści mleczy.

- Cholera – powiedziałem cicho, poruszając ramieniem.

Powiedziałem to po części ze względu na mojego brata, chociaż nie było go w pobliżu. Jest jedynym człowiekiem, który zgłasza sprzeciw, gdy używam co bardziej kwiecistych wyrażeń. A przynajmniej jedynym, który wyraża ten sprzeciw głośno. A więc myślę o tych inwektywach – nawet pod jego nieobecność, kiedy on jest na Pall Mall, a ja na kolanach w ogródku warzywnym w Sussex, usiłując kontrolować granice naruszane przez Naturę – jak o małych hołdach. A przynajmniej ułamkach hołdów. Nie robię tego w pełni świadomie, ale przecież mogłem powiedzieć: „Niech to!" i zaoszczędzić na sylabie.

Usłyszałem wesołe uderzenie otwieranych drzwi chatki i Johna Watsona schodzącego po schodach. Wrócił na tyle niedawno, że wciąż czułem dreszcze ulgi spływające po kręgosłupie, gdy słyszałem, jak porusza się po domu. Nie odwróciłem się jednak, by na niego spojrzeć, jedynie dedukowałem. Jego krok był radosny, rozmyślny, zdecydowany. Robił więc coś praktycznego, co sprawiało mu przyjemność. Pisał? Nie, zawsze pisywał na ławce przed domem; przyszedłby więc do mnie, nie przechodząc przed dom. Grzebał w naszym automobilu? Nie, słyszałbym go albo poczuł zapach benzyny. Och, oczywiście. Już wiedziałem. Wiedziałem więc też, po co przyszedł. Wyciągnąłem rękę, zerwałem z krzaka sporo rozmarynu i podałem mu go, gdy dostrzegłem jego cień.

- Wielkie nieba, Holmes! Wiadomo mi, że umiesz czytać w myślach, ale jakim cudem czytasz w moich myślach, kiedy jestem za twoimi plecami?

Mój przyjaciel przykucnął, a potem usiadł na trawie obok mnie, podciągając kolano. Przekręciłem głowę, by uśmiechnąć się do niego szeroko. Jego posiwiałe włosy przyprószone były mąką. A więc miałem rację.

Odkąd przeprowadziliśmy się do Sussex, nie mamy już dostępu do francuskiej piekarni, której wiernymi klientami byliśmy od kilkudziesięciu lat. Pewnego dnia Watson ogłosił, że nie może już patrzeć na wiejskie, brązowe bochenki, nawet jeśli pierwsze pięćdziesiąt razy smakowały doskonale z miodem, że ma parę sprawnych dłoni chirurga i że lepiej będzie, jak je wykorzysta i sam zacznie piec. Ostatecznie, jak trudne może się to okazać? Dla Johna Watsona wcale nie było to trudne, chociaż jednemu czy dwóm eksperymentom odrobinę brakowało do perfekcji. Teraz jest prawdziwym mistrzem i twierdzi, że pieczenie robi mu dobrze na zranioną rękę. Ale tak naprawdę lubi to zajęcie, gdyż w ogóle uwielbia prace manualne – pisanie, bilard, opatrywanie ludzi – a ja z czystego podziwu jestem skłonny zjeść dwa razy więcej jego chleba niż jakiegokolwiek innego. Zwłaszcza gdy moje pszczoły dokładają to i owo. Udane partnerstwo.

- Nie muszę cię widzieć, by czytać ci w myślach – odparłem spokojnie.

- Doprawdy, jak możesz tak mówić? Co niby teraz myślę?

- Myślisz, że w sałacie ukryte jest lusterko.

- Na miłość boską, mój drogi!

- Ale nie ma żadnego lusterka. To byłoby idiotyczne.

- Holmes, spójrz na mnie, zanim zupełnie zmienię moje poglądy na twoją osobę i uznam, że jesteś gorszy niż sam diabeł.

Spojrzałem. Uśmiechał się szeroko, a jego włosy były odmienione i fascynujące – wyglądały jak utkane ze lśniącej pajęczej nici. Potem zobaczyłem, co ma na sobie. Zwykła biała koszula z cienkim niebieskim paseczkiem. Kiedyś była bardzo elegancka, ale już się zestarzała. Miał rozpiętych kilka górnych guzików i podwinięte, nieco umączone rękawy. Nie wsunął też dołu koszuli w luźne, bawełniane letnie spodnie.

- Gdzieś ty znalazł tę koszulę? - zapragnąłem się dowiedzieć.

- W bardzo starej torbie podróżnej. Dlaczego pytasz? Już mi nie pasuje? Uznałem, że mogę ją nosić do pieczenia, pracy w ogrodzie albo uciekając przed pszczołami. Chyba jednak nie powinienem jej zakładać między ludzi. Jest stara jak świat, ale uznałem, że jeszcze dobrze leży.

Oczywiście, że dobrze leżała. I była idealna do pracy w ogrodzie. Albo do pieczenia. Nie protestowałem też przeciwko faktowi, że cztery górne guziki pozostały niezapięte. Po prostu przypominałem sobie, kiedy ostatnio widziałem go ubranego w tę konkretną koszulę.

Szedłem zatłoczoną londyńską ulicą, otoczony platanami, chory od zmartwień i czując się jak cień samego siebie. Zmierzałem Oxford Street, brzegiem parku Lane, do Kensington. Od wielu dni nie zjadłem sutego posiłku, żadne jabłko nie chciało spaść z jednego z okolicznych straganów i nie pamiętałem już, kiedy ostatnio się wyspałem. Ogoliłem się jedynie bardzo starannie. I wtedy dostrzegłem kilka metrów od siebie Johna Watsona. Wbijał we mnie wzrok, którym zazwyczaj patrzy się na drastyczny wypadek dorożki.

- Miałeś ją na sobie, kiedy przytrafił ci się niefortunny wypadek na londyńskiej ulicy – powiedziałem.

Watson zmrużył oczy z ciekawością.

- Naprawdę? Cóż za wypadek?

- Brał w nim udział tomik łacińskiej poezji erotycznej – podpowiedziałem.

Albowiem w 1894 roku Watson patrzył na mnie w bezruchu tylko chwilę, po czym zderzył się gwałtownie ze starym sprzedawcą książek. Nieszczęśnik był wiekowy i schorowany, a Watson zrzucił na ziemię kilka tomiszczy, które tenże człowiek dźwigał. Kiedy dotarłem do nich, staruszek wrzeszczał wysokim, ochrypłym głosem, używając przy tym słów tak ohydnych, że byłem jedyną osobą w parku Lane, która mogła je znieść. Watson klęczał, usiłując pozbierać książki i stosunkowo szczerze przeprosić, chociaż jednocześnie próbował wywiercić mi wzrokiem dziurę w szyi. Przyklęknąłem przy nich i uspokoiłem jego dłonie, kładąc na nich swoje.

- Proszę o wybaczenie. Zapłacę za wszystko, co zostało zniszczone – powiedziałem, w gruncie rzeczy nie wiedząc, do którego z mężczyzn się zwracam.

Stary księgarz zagdakał jedynie z niezadowoleniem, nazwał nas parą niezgrabnych fagasów (co było tylko w połowie prawdą, gdyż nigdy nie bywamy niezgrabni) i cisnął Watsonowi w twarz umazanym w błocie tomikiem Katullusa. Ja w oszołomieniu wręczyłem mu suwerena, a następnie stałem przed Johnem Watsonem z ramionami pełnymi Katullusa, „Ptaków Anglii" oraz „Dziejów ludzkiej duszy". Wszystkie te książki wyglądały, jakby przejechał je omnibus.

Staliśmy tak pośród parku Lane, wbijając w siebie ogłupiały wzrok, a ja ściskałem w objęciach brudne książki. Kilka miesięcy wcześniej opisał, jak umieram w wodospadzie – wiedział, że miałem okazję, by pozbyć się pułkownika Morana raz na zawsze – i wróciłem do niego najszybciej, jak mogłem. Miał bardzo dziwną minę, jakbym nagle pojawił się przed nim znikąd. Co, jeśli się zastanowić, zrobiłem.

Tymczasem Watson w czerwcowym ogrodzie w Sussex skłonił głowę, nagle rozumiejąc, o czym mówię. Uniósł ramiona i spojrzał na rękawy.

- Naprawdę pamiętasz, że miałem na sobie dokładnie tę koszulę?

- Przysięgam na swój honor. Pamiętam też każde słowo, które do siebie wypowiedzieliśmy. Myślałem, że mnie wypatroszysz.

Mój przyjaciel opuścił ramiona i oparł się na dłoniach, patrząc w przestrzeń.

- Powiedziałeś: „Skoro już mamy zupełnie nienadający się do czytania tomik Katullusa, to powiedz mi, jaki jest twój ulubiony wiersz jego autorstwa? Nigdy cię o to nie zapytałem". Nie mogłem uwierzyć, że na ciebie patrzę. Jakby minęło zaledwie pięć minut. Byłeś taki sam, jak człowiek, którego wspominałem codziennie rano. To, że się nie zmieniłeś, było niemal okrutne. Przez chwilę myślałem, że to nie możesz być ty, że to tylko majak mojego umysłu, bo nie byłbym w stanie zapamiętać się tak dokładnie.

- To dlatego nic nie powiedziałeś? - zapytałem z zaciekawieniem.

- Nie wiem – odparł. Uśmiechnął się, ale po chwili na jego twarz powróciła powaga. - Co też powiedziałeś, kiedy milczałem? Ach tak, że zawsze czułeś związek z wierszem czterdziestym trzecim, bo nie masz ani niemałego nosa, ani czarnych oczu, ani suchych ust, ani miłego sposobu mówienia. A ja odpowiedziałem...

- „Ale masz smukłe palce" - podsunąłem.

- A potem przez moment wyglądałeś absolutnie dziko i poprosiłeś, żebym odpowiedział na pytanie. Pamiętam, że pomyślałem sobie, jakie to do ciebie podobne: domagać się, bym zacytował Katullusa, zamiast po prostu zapytać, jak się czuję. No, ale ostatecznie byliśmy w tłumie. Więc odparłem...

- Ni te plus oculus meis amarem, iucundissime... i tak dalej. Parafrazowałeś.

- Gdybym nie kochał cię bardziej niż własne oczy, znienawidziłbym cię. Tak. To nie było zbyt miłe z mojej strony. - Watson uśmiechnął się do mnie. - Tęskniłem za tobą okrutnie.

- Czy kiedyś mi wybaczyłeś? - zapytałem bez namysłu. - Że cię zostawiłem?

- Nie – odparł cicho. - Nie mógłbym.

Ziemia pod moimi stopami stała się na moment miękka i niepewna, jakby powstał w niej uskok. Obaj zamarliśmy. Przypuszczam, że kiedy Watson otwierał usta, wcale nie miał zamiaru powiedzieć mi prawdy, ale jego usta mają swoje nawyki, więc wyznał to machinalnie. Sednem sprawy jest fakt, że obaj mamy wyryte na skórze kratery po dawnych kolizjach, więc jesteśmy równie niebezpieczni. Stabilizacji nie ułatwia to, że nie udało nam się przestać kochać siebie nawzajem, nawet gdy miłość nie miała krztyny sensu. Teraz nadciągała nowa potencjalna katastrofa, więc nie mogłem przez chwilę mu odpowiedzieć, chociaż natychmiast wiedziałem, co mam na końcu języka. Czekałem jednak zbyt długo, gdyż to on, przejęty grozą, przerwał milczenie.

- Nigdy nie mogłem. I nadal nie mogę. Nie chciałem ci tego mówić. - Jego słowa były niewyraźne i chrapliwe od niechęci do samego siebie. - To był...

- Sekret – dokończyłem, nie bez śladu rozbawienia w głosie. - Ale już nim nie jest. Nie utrzymasz nic w sekrecie, mając mnie obok.

Przez chwilę milczeliśmy. Wyrwałem jeszcze jeden mlecz i dorzuciłem go do stosiku, krzywiąc się beznamiętnie. Watson przesunął gwałtownie dłonią po moim ramieniu i odwrócił mnie w swoją stronę, by widzieć mnie lepiej. Palce jego lewej dłoni nie są już tak zwinne jak kiedyś i często się przykurczają – dzieje się tak od czasu, gdy po raz drugi odniósł rany za granicą. Dostrzegam to głównie rano, w naszym szerokim, wiejskim łóżku, kiedy od wojennych obrażeń i reumatyzmu bolą mnie wszystkie kości, i nie jestem w stanie zasnąć. Moje ramię czasem obejmuje jego płaski brzuch, a czasem palce dłoni leżącej na mojej piersi zwijają się do środka na podobieństwo muszli. Działają bez zarzutu, ale natychmiast widzę różnicę. Ostatecznie nie da się niczego przede mną utrzymać w sekrecie.

- Czy to najgorszy sekret, jaki odkryłem przez przykre zrządzenie losu? - zastanowiłem się.

- Prawdopodobnie. Tak, tak myślę. Och, Holmes.

Watson naprawdę nie powinien tak wyglądać. Jego twarz pod złotymi kosmykami, które zaczęły przybierać srebrny odcień w 1899 roku, nie powinna być tak napięta i nieruchoma. Do diabła, nie byliśmy już młodzi i krusi, był czerwiec, mieszkaliśmy na wsi i w gruncie rzeczy obaj nie powinniśmy już żyć. Mój przyjaciel patrzył na mnie, jakbym był figurą ze szkła, którą można roztrzaskać, więc najwyraźniej zrozumiał wszystko na opak. Tak, to prawda, nie wiedziałem, że w 1894 roku nadal mi nie wybaczył. Ale w 1894 roku nie wiedziałem, że nadal mi nie wybaczył. Jak niby miałem z tego powodu cierpieć? Ta wiadomość jedynie udowadniała, że mój kochanek – pozostający kochankiem od trzydziestu lat – nie zwariował.

- Jesteś pewien? - Podjąłem próbę nadania rozmowie lżejszych tonów. - Nie chcesz powiedzieć mi jeszcze czegoś, zanim znów bezmyślnie wyrwę prawdę z twoich ust? No już. Na przykład – ilu mężczyzn próbowało spać z tobą na froncie?

- Chyba pięciu albo sześciu – odparł Watson.

- A ilu z nich mogło się to powieść?

- Jednemu – odparł, pozwalając, by na jego usta wpełzł suchy uśmieszek.

- Zabiję go! - przysiągłem, udając rycerskie zapędy. Lepiej. To był postęp. Po takich wodach mogłem żeglować. Na pewno zdobyłem wystarczająco dużo praktyki. - Był przystojny?

- Tak. Mówisz o nim w czasie przeszłym.

- W języku angielskim dość często mówimy o zmarłych w czasie przeszłym. Czy był dobrze wychowanym i wygadanym dżentelmenem o sercu prawdziwego brytyjskiego żołnierza?

- Tak. - Watson wyrwał źdźbło trawy z ziemi, kaszląc czarująco.

- Naprawdę go zabiję – doszedłem do wniosku. - Natychmiast podaj mi jego imię, bym po jego śmierci już zawsze mógł nienawidzić tego miana.

- Franklin – odparł. Miał niewidzące spojrzenie. - Nigdy bym się nim nie zainteresował. Nie był nawet odrobinę arystokratyczny ani arogancki.

- Nie? Domyślam się, że był strzelcem?

- Lekarzem.

- Lekarzem?! - wykrzyknąłem, pozwalając, by mój głos stał się wyższy. Żeglowaliśmy w stronę starych, dobrych, jasnych i bezpiecznych wód. - Wyrwę mu wszystkie kończyny, jedna po drugiej, a potem go zabiję! Kochał cię?

- Nie. Boże. Nie, nie sądzę.

- Uwodził cię?

- Bardzo często. Sam rozumiesz, brakowało nam pospolitych rozrywek.

- Dotykał cię?

- Oczywiście, że nie. Nie bądź niedorzeczny. Jesteś jedynym mężczyzną, który dotknął mnie w ten sposób od tysiąc osiemset osiemdziesiątego drugiego. Dobry Boże, szmat czasu! - dodał z nutą pełnego podziwu zaskoczenia w głowie.

Muszę przyznać, że to faktycznie szmat czasu. Ale tylko jeśli mówimy o mijających latach. Śmiać mi się chce, gdy pomyślę, że mógłbym się nim znudzić. Przecież przez trzy dekady nie udało mi się pojąć go w pełni, a miałem to szczęście, że wiedziałem o nim wszystko. Przypomniałem sobie poranek tamtego dnia – jak bosy, zaspany stanął przy kuchennym oknie i nalał sobie do szklanki wody z dzbanka, a kiedy do niego podszedłem, włożył dłoń do kieszeni mego szlafroka – i poczułem falę wspaniałego, wszechogarniającego niedowierzania. Trzy dekady, a on nadal woli trzymać rękę w mojej kieszeni zamiast we własnej. Czułem ból o zróżnicowanym natężeniu ze względu na pewne niefortunne spotkanie z zeppelinem... i nigdy w życiu nie byłem szczęśliwszy.

- Sprawiłem, że było warto, prawda? - przymiliłem się.

- Jeszcze dzisiejszego ranka po śniadaniu sprawiłeś, że było warto. O ile mogę polegać na mojej starczej pamięci – odparł sucho.

- Twoja starcza pamięć służy ci doskonale. I dziękuję za komplement. Próbował cię dotknąć?

- Nie, ty głuptasie. - Watson roześmiał się, wbijając wzrok w trawę między palcami. Dzięki Bogu. Bawił się ziemią i potrząsał głową, i prychał na mnie czule, i dzięki Bogu. Przeszliśmy wystarczająco wiele, by ze wszystkich miejsc właśnie w Sussex uwolnić się od żalu i bólów serca. - Powiedział tylko, że lubi moje towarzystwo, ale... No cóż, wiedziałem, co ma na myśli.

- Ja też wiem. Tym samym przypieczętował swój los. Miał na myśli dokładnie to samo co ja – że chciałby przycisnąć cię do ściany i zbezcześcić.

- Nie wiedziałem, że to masz na myśli, kiedy wyrażasz radość z mojego towarzystwa – stwierdził, nieświadomie trzepocząc rzęsami. Gdyby zrobił to jakikolwiek inny mężczyzna, wyglądałoby to zniewieściale, w jego przypadku jest równie męskie jak żołnierskie mrugnięcie.

- Owszem, mam. Czy ostatnio zbezcześciłem cię, przyciskając do ściany?

- Od kiedy wróciłem? Nie. Przyciskając do biurka tak, w zeszłym tygodniu, ale zwykle na materacu.

- Musimy zgłębić ten temat. Ustalimy datę. Co mu powiedziałeś, kiedy zaproponował, żebyś złamał mi serce?

- Że moja inwersja nie jest ograniczona do czasu spędzonego na polu bitwy i że już kogoś mam, a on powiedział, że jesteś szczęśliwym człowiekiem. Tamtej nocy okrutnie za tobą tęskniłem. Napisałem do ciebie list, opisałem, w jak strasznym stanie jestem, a potem go spaliłem, bo wyobraziłem sobie twoją twarz, kiedy go czytasz. Mam szczerą nadzieję, że Franklin Bliss nie zorientował się, jak nieszczęśliwym mnie uczynił.

- Dlaczego? - Nie posiadałem się z radości. - Jestem zachwycony, że uczynił cię nieszczęśliwym. Oto jesteś bezpieczny i mogę ci wszystko wynagrodzić, gdy tylko umyję ręce.

- Dlaczego? - przedrzeźniał mnie. - Lubię, kiedy od czasu do czasu masz brudne ręce. Dopóki ubrudziłeś je ziemią.

- Zapamiętam. Zanim go wyśledzę i zabiję, powiedz mi jeszcze, dlaczego w ogóle obchodziły cię jego uczucia.

- Bo miał najlepsze intencje. Szkoda, że go zabijesz, opatrzył mi dłoń.

- Och. - Ująłem rzeczoną dłoń, musnąłem palcem dziwny, drobny, biały ślad i ucałowałem go krótko. To była doskonała robota, nie dało się dojrzeć żadnego szwu – zaledwie wgłębienie. Pomyślałem, że był to zabieg przeprowadzony z miłością. Ależ oczywiście. Watson nadal nie do końca rozumie rzeczywistość. Wszyscy go kochają. - Frederick...

- Franklin. - Watson wybuchnął śmiechem.

- Twój brat w medycynie bez zarzutu naprawił to, co należy do mnie. Wybaczam mu.

„Cholera, cholera, cholera" - pomyślałem moment później, gdy jego idealna twarz zasnuła się cieniem. Co za niefortunny dobór słów.

- Holmes – mruknął Watson, chwytając moją dłoń, kiedy chciałem puścić jego. - Kiedyś czułem ogromne wyrzuty sumienia, że nie jestem w stanie ci wybaczyć. Proszę, uwierz mi – nienawidziłem się za to. Bo nie kochałem cię przez to ani odrobinę mniej. Nawet przez moment. Ale – chociaż to głupota – czuję się z tym lepiej teraz, kiedy wróciłem z Wojny. Teraz, kiedy i ty nie jesteś w stanie mi wybaczyć. Ostatecznie winien jestem tej samej zbrodni, chociaż przyświecały mi inne – równie szalone – pobudki.

Kilka metrów od nas zaszumiały krzaki i instynktownie zwróciłem głowę w tamtym kierunku. Drozd. Nie, nie, stworzonko znów się pojawiło i grzebało w ziemi drobniutkimi pazurkami. Wiewiórka. W międzyczasie wciąż nie umiałem mu odpowiedzieć.

- Holmes, spójrz na mnie. Sherlocku Holmesie, proszę.

Spojrzałem na niego... i nie mógł nie dostrzec, że w moim coraz chudszym ciele nie istniała nawet jedna komórka, która by mu nie wybaczyła. Jasna twarz Watsona zapadła się w sobie jak zamek z piasku.

- Wybaczyłeś mi tę samą zbrodnię? - wykrzyknął z niedowierzaniem. Wydawało się, że wzbiera w nim panika.

- Tak – wyznałem. - Właściwie w tym samym momencie, w którym mnie o to poprosiłeś. Jeśli nie wcześniej.

- Nie mów tak! - jęknął i skrzywił się. - Proszę, nie mogę...

- Nie, daj mi wyjaśnić! - zaprotestowałem. - Tak jest dobrze.

- Jak może być dobrze?

- No cóż – powiedziałem wolno. - Chcesz, żebym ci wybaczył. Więc ci wybaczam. A jeśli chodzi o mnie, to wystarczy mi, że mam ciebie, nie muszę mieć twego wybaczenia. Szczęście każdego człowieka ma swoje granice. Wielokrotnie udowodniłeś, że jesteś cudem i oto siedzisz obok mnie. Żywy. Być może Bóg już nie będzie dla mnie okrutny, ale nie oczekuję, że ześle mi kolejny cud. Ale gdybym ci nie wybaczył... sądziłem, że to by cię unieszczęśliwiło.

A ostatecznie szczęście Johna Watsona to wszystko, czego kiedykolwiek pragnąłem.

Spokojnie zebrałem mlecze na kupkę, nie ukrywając smutnego uśmiechu. Spędził w moim towarzystwie ponad trzydzieści lat, a nadal nie rozumie, jak działa ten świat. Nie oczekuje się, że latarnia morska wybaczy ptakowi, który okrąża ją uparcie, by w końcu nabrać śmiałości i uderzyć w okno. Bo ptak – o ile nie zatłucze się na śmierć – podniesie się i będzie dalej krążyć, a latarnia morska pozostanie bez szwanku.

Ale nie pobłogosławiono mnie zaszczytem zostania pierzastym satelitą. Jestem niosącym zniszczenie sztormem i kocham go. Więc wybaczam mu, gdy tego ode mnie chce, gdy to go uszczęśliwia, a on nie musi mi wybaczać, podobnie jak nigdy nie przyszłoby mu do głowy, by wybaczać pogodzie.

- Wiesz, twój rzekomy raison d'être jest wyjątkowo niezmienny – powiedział Watson z chrapliwą nutą pożądania pobrzmiewającą pod miłością, zachwytem i tym czymś między nami, co nadal było niebezpieczne i zapierające dech w piersiach.

- A jak się obecnie miewa mój raison d'être? - zapytałem żartobliwym tonem. - Czy mogę coś zrobić, by...

Przysunął się do mnie na kolanach, zgarniając chwasty z moich kolan, gdzie niezbyt kurczowo je przytrzymywałem. John Watson mnie pocałował i poczułem, jak cała twarda, ciemna materia odrywa się od moich kości i wsiąka w ziemię. Zaparło mi dech w piersiach pod wpływem czegoś całkiem eterycznego. Następnie, znów bez powodu, zatrzymało się moje serce. Schyliłem głowę. „Więcej" - pomyślałem, gdy rozchylił usta i potem jeszcze raz: „więcej", ale zawsze jest więcej. Jak ktokolwiek może wystarczać komuś takiemu jak ja? Nie wiem, ale on wystarcza. Uniósł dłonie i leciutko dotknął nimi moich powiek, moich policzków, mojego podbródka, zaledwie muskając skórę, a potem, kiedy moje własne ręce uniosły się na spotkanie jego rąk, chwycił mnie z całych sił za przedramiona. Węgiel w moich kościach zmienił się w popiół, a potem w zwykły muł i wsiąkł w ziemię. Byłem jak wróbel z pustym szkielecikiem. Jego wargi były aksamitne i czułe, jego usta były ciepłe, a ja byłem jedynie drżącą, kruchą istotą, klęczącą na trawie w Sussex przed człowiekiem, którego uszczęśliwiało, że go zniszczyłem.

Mój przyjaciel przerwał pocałunek i odsunął się.

- Wybaczam ci – szepnął.

Jego oczy były mokre i łagodne, i niebieskie. Mówił szczerze. Tyle lat. A jednak to prawda. Miałem czyste sumienie po raz pierwszy od 1891 roku.

I roześmiałem się, zwracając twarz ku niebu, odchylając się w tył i opierając cały ciężar ciała na piętach. Przypuszczam, że dźwięk mojego śmiechu sprawił, że liście nad nami zwinęły swoje brzegi. Śmiałem się ze wszystkich sił, a to wiele mówi. Nie byłem przyzwyczajony do dźwięków własnej radości, więc próbowałem się uciszyć – echo nadal wytrącało mnie z równowagi – ale odniosłem sromotną porażkę.

- Dlaczego się śmiejesz? Nie! Nie, proszę, nie przestawaj się śmiać, uwielbiam słyszeć twój śmiech, ale dlaczego? - dopytywał się niecierpliwie, uśmiechając się do mnie w odpowiedzi. - Mówiłem śmiertelnie poważnie.

- Wiem – wykrztusiłem, trzęsąc się z radości. - Wyglądałeś śmiertelnie poważnie, kochanie. I najwyraźniej zapomniałeś, że za dziesięć minut znów będę potrzebował twego wybaczenia.

Uśmiechnął się szerzej.

- Ach. To cóż poczniemy w tym czasie?

„Patrz na niego" - pomyślałem. - „Patrz na niego w Sussex, pod czerwcowym niebem w 1919 roku, w źle zapiętej koszuli. Patrz na niego, patrz jak cię kocha i nie ma ci nic do wybaczenia. Nie zmarnuj tego. Masz tylko dziesięć minut."

- Wybaczyłeś mi. Naprawdę mi wybaczyłeś. Naprawdę, naprawdę, tylko spójrz na siebie! - Uśmiechnąłem się szeroko. Śmiałem się jak szaleniec, a planeta odlatywała od nas. - Natychmiast pocałuj mnie jeszcze raz. Całuj mnie, aż świat nie stanie.

Minęło tyle lat, a on nadal jest mi posłuszny. Zatem to właśnie zrobił.


1 Tytuł zgodnie z tłumaczeniem ze zbioru „Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa" autorstwa Marty Domagalskiej.

2 Również za tłumaczeniem Marty Domagalskiej.

3 Ten sam zbiór, „Ostatnia zagadka", tłum. Anna Krochmal i Robert Kędzierski.


Kontynuacja w tekście „Szczęściarz".