W ciągu najbliższych dwóch dni przekonałam się, że nie mogę żyć głównie na naleśnikach i tym, co przynosi z domu Lolipop. Rodzice nie mieli pieniędzy, by zwiększyć moje fundusze, a potrzebowałam szamponu dla Rocky'ego oraz inhalatora, o jedzeniu ani nie wspomnę. Niestety, ten dotychczasowy skończył się znacznie szybciej niż przewidywałam, a debet na koncie mamy uniemożliwiał jej córce - znaczy mi - na kupienie nowego. Odkładałam tę decyzję o dwa dni za długo, gdyż teraz zostałam przyparta do muru - jestem dorosła, muszę sama zarobić na swoje wydatki.
Dlatego też trzeciego dnia zaraz po przebudzeniu wzięłam długi, lodowaty prysznic, owinęłam ciało ręcznikiem i wróciłam do sypialni, otwierając szafki i szukając czegoś, co nadałoby się na ten dzień - dzień pełen poszukiwania dorywczej pracy. Kiedy w końcu wybrałam dla siebie coś adekwatnego do kościstej figury, pogody i zadania jakie sobie wyznaczyłam, przebrałam się, umalowałam i biorąc mojego czworonoga na smycz, ruszyłam na miasto. Miałam nadzieję, że jako uczennica, znajdę jakąś pracę, która nie będzie kolidować z obowiązkami szkolnymi. No i naturalnie taką pracę, która nie będzie uwłaczała mojej godności.
W pierwszej kolejności za cel obrałam księgarnie. Zwiedziłam praktycznie każdy zakątek wyspy, lecz bez większego efektu - sklepikarze kręcili głowami z uśmiechem informując mnie, że na ten sezon nie potrzebują pomocnika. W ogóle nie brałam pod uwagę drobnych sklepików z pamiątkami, gdyż te za miesiąc lub dwa zostaną zamknięte wraz z zakończeniem ostatniego dnia turnusu. Upał sprawiał, że ludzie siedzieli na plaży albo w wodzie, a uliczki stały praktycznie puste. Jedynie promenada, na której rzesze turystów oglądała butiki, mierzyła okulary przeciwsłoneczne czy pałaszowała lody w gałkach przyrządzone przez tutejszych mistrzów. Ja - biedna sierota - spacerowałam wąskimi uliczkami, mając strumień na plecach, deszcz na czole i piekarnik na policzkach.
Kiedy wykreśliłam z listy księgarnie i kawiarnie, pozostały - ku mojemu ogólnemu przerażeniu - restauracje lub bary. Na samą myśl, że będę musiała lawirować pomiędzy stolikami z tacą pełną szklanych butelek i kufli, dostawałam drgawek. Ilekroć o tym myślałam, widziałam gorącą zupę lądującą na kliencie lub też pizzę zjeżdżającą z źle nachylonego talerza. Nie wspomnę o duchocie, kliencie typu "Wiecznie niezadowolony" i oczywiście, mojej ogólnej niechęci do ludzi. Nie nadawałam się do takiej pracy, ale wszystko wskazywało na to, że inna mi nie pozostała. Jeśli chciałam jeść i zadbać o męża, musiałam się poświęcić.
Szłam właśnie jedną z osamotnionych ulic, gdy po drugiej stronie przy schodach prowadzących do piwnicy zauważyłam dwoje młodych ludzi, dziewczynę i chłopaka, którzy dokarmiali raczka i prowadzili żywiołową dyskusję. Przyglądałam im się niepewnie, spoglądając na ich ubiór i gestykulację. Próbowałam zrozumieć o czym tak żywiołowo dyskutują, jednocześnie próbując rozszyfrować charakter baru, dla którego pracują. Białe, materiałowe spodnie, tego samego koloru bluzka na guziki i błękitna wstążka wiązana pod szyją przywodziła mi na myśl marynarzy amerykańskich, choć z drugiej strony mogłam się mylić. W końcu chłopak zauważył, że im się przyglądam. W chwili, gdy nasze spojrzenia się spotkały, Rocky zaskomlał cicho. Zatrzymałam się prawie natychmiast, klękając i spoglądając na psiaka, a jednocześnie udając, że kontakt wzrokowy z tajemniczym typem nie miał miejsca. Czworonóg patrzył na mnie wielkimi, smutnymi oczyma, a jego wywalony jęzor, z którego skapywała ślina miał mnie uświadomić, że jest spragniony. Westchnęłam, gładząc go po głowie, a następnie pocałowałam go w czubek nosa.
- Wygląda na to, że wracamy do domu. Lepiej by było, jakbym cię nie brała - stwierdziłam, wstając i spoglądając na Rocky'ego z góry. Chciałam, tak jak on, wrócić do domu i odpocząć. Niechęć do dalszych poszukiwań wzbudzały nie tylko porażki, ale i żar, który lał się bezlitośnie z nieba. Zawróciliśmy i mieliśmy ruszać, gdy kątem oka dostrzegłam, że dwójka kelnerów w dalszym stopniu korzysta z ciepłego popołudnia.
Nie chciałam ich zagadywać, nie chciałam rozmawiać z ludźmi, których nie znałam, ale mojemu skarbowi chciało się pić. Przeszłam na drugą stronę ulicy, nerwowo miętoląc smycz w dłoniach, aż poczułam jak pocą mi się ręce. Ta dwójka spoglądała teraz na mnie z żywym zainteresowaniem, przeczuwając, że zamierzam ich zagadać.
- Przepraszam... Mogłabym poprosić dla niego trochę wody? - Słyszałam, jak głos mi drży, choć starałam się to ukryć. Gdy mówiłam, wskazałam na psiaka, który również popatrzył błagalnie na nieznajomych i oblizał się. Mężczyzna w wieku około trzydziestu lat otaksował mnie spojrzeniem, po czym uśmiechnął się pod nosem.
- Momencik - odparł, schodząc po schodach do lokalu w piwnicy, a jego towarzyszka podążyła za nim spojrzeniem, po czym zerknęła na mnie. Ciemnoskóra, wysoka dziewczyna z zadziorną miną spoglądała na mnie jadeitowymi oczyma, a wyraz twarzy nie zdradzał tego, o czym myśli. Pewnie zastanawiało ją skąd się urwałam - niewysoka chudzina, ubrana w marynarską, szaro-białą sukienką w kratę i w stalowoszarych balerinach. Wielokrotnie prany i prasowany ciuch wyglądał jak w lumpeksie kupiony - bo w rzeczywistości właśnie tam udało mi się go dostać w promocyjnej cenie - a do tego duża, błękitna łata na samym dole rzucała się w oczy. Uroku zapewne dodała mi błękitna kokarda upinająca moje włosy w kok, która miała odciągać uwagę właśnie od owego, niepasującego elementu. W tej chwili czułam się bardzo nieswojo, nieprzyzwyczajona do tego, że ktoś tak po prostu może się na mnie gapić. Wolałam, gdy mnie nie zauważano.
- Nigdy cię nie widziałam - stwierdziła nagle, a na dźwięk jej władczego głosu wręcz podskoczyłam. Nie zostało to niezauważone, gdyż dziewczyna parsknęła. - Nie bój się, nie gryzę. Zazwyczaj - dodała cicho pod nosem, a ja uśmiechnęłam się nerwowo. W końcu wrócił chłopak, położył miskę z wodą na ziemi i potarmosił psa, który zaczął łapczywie pić. Wszyscy troje obserwowaliśmy czworonoga. Oni z zadowoleniem, że ktoś cieszy się z tak niewielkiego podarku, a ja skupiłam całą uwagę na nim, by przypadkiem nie zostać wciągniętą w rozmowę. Po chwili podziękowałam, dygnęłam delikatnie, może troszeczkę zbyt teatralnie. Ruszyłam dalej uliczką, a para wznowiła dyskusję między sobą. Nie zdążyłam się przesadnie oddalić, gdy usłyszałam, jak dziewczyna mówi do chłopaka.
- Szkoda, że się zwalniasz. - Słysząc to, zamarłam a Rocky uniósł łeb pytająco.
- Muszę w końcu znaleźć zastępstwo - odpowiedział mężczyzna, drapiąc się po brodzie. W trymiga znalazłam się obok nich, uśmiechając się szeroko.
- Szukam pracy - wypaliłam bezceremonialnie, natychmiast tego żałując. Spojrzeli na mnie jak na natręta, który bezczelnie podsłuchuje. Poczułam, jak szkarłatny rumieniec wkrada się na moje policzki, obejmując nawet uszy. - To znaczy... Eemmm... Ja... - Próba poskładania wytłumaczenia spełzła na niczym przez moją kiepską artykulację w chwilach stresu. Moja przerażona mina ewidentnie rozbawiła mężczyznę, który najpierw parsknął śmiechem, a potem spojrzał na towarzyszkę, którą również rozbawiła moja mimika.
- Znasz się na piwach i drinkach? - spytała, a uśmiech spełzł mi z twarzy.
- No, nie - bąknęłam, na to mężczyzna stwierdził:
- Zawsze można cię poduczyć - stwierdził, puszczając mi oczko, a ja poczułam jak rumieniec intensywnieje. Dziewczyna wybawiła mnie z jednej opresji, pakując w drugą. Zamaszystym ruchem objęła mnie ramieniem, a zważywszy, że była znacznie wyższa ode mnie, moja głowa znajdowała się na wysokości jej pachy.
- Nie podrywaj mojej nowej koleżanki, bucu.
Uśmiechaj się i potakuj, uśmiechaj i potakuj, powtarzałam sobie w myślach, spoglądając to na nią, to na niego z lekkim przerażeniem w oczach. Zaczynałam się zastanawiać, czy nie podjęłam aby błędnej decyzji, gdy kobieta poklepała mnie po plecach i wypuściła z objęć.
- Słuchaj mała, decyzja i tak nie należy do nas. Chodź do szefa, zobaczymy, co powie. - I nie czekając na moją odpowiedź, pociągnęła mnie za sobą. Rocky podreptał za mną po schodach, wchodząc przez otwarte drzwi z podkulonym ogonem i klapniętymi uszkami.
Knajpka okazała się przestronnie urządzoną piwnicą mieszczącą się pod całą kamienicą. Strop podtrzymywały potężne, drewniane filary z misternie malowanymi zdobieniami. W połowie skute ściany ukazywały czerwoną, starą cegłę z przeszłością, na której wisiały obrazy okrętów na morzu i czarno-białe zdjęcia krajobrazowe. Drewniana podłoga współgrała z meblami o stonowanej barwie, wykonanymi z drewna z materiałowymi siedziskami i oparciami. Stoliki różnej wielkości - od dwu do nawet dziesięcioosobowych porozstawiano w różnych odległościach, a na każdym postawiono butelkę po winie ze świeczką. Topiący się biały wosk tworzył unikalne zdobienia na ciemnym szkle. W kątach stały stare beczki, w których kiedyś transportowano wino, a na nich z kolei położono białe, koronkowe obrusy.
Bar mieścił się na wprost wejścia. Niezbyt długi, z klasycznym, lustrzanym tłem, na którym stały butelki różnorakich alkoholi. Trzy stoiska do nalewania piwa prosto z beczki, ekspres do parzenia kawy i mnóstwo różnorakich kufli, szklanek i filiżanek, które niegdyś były kompletami, lecz po wielokrotnych upadkach i imprezach pozostały tylko one - weterani. Przy drewnianym, wytartym od wielokrotnego przecierania blacie stało kilka krzesełek barowych, których siedziska kręciły się w koło. Malutkie okienka wystające na ulice nie dawały zbyt wiele od siebie, ale za to wpadały przez nie klimatyczne smugi światła.
Knajpka utrzymana w ciepłych, stonowanych barwach i w półmroku stawała się centrum życia społecznego dopiero wieczorami, gdy zmęczeni, młodzi ludzie szukali innych rozrywek niż kąpiel i opalanie. W powietrzu unosił się zapach piwa oraz papierosów, na który natychmiast się skrzywiłam. Za ladą stał niski, krępy mężczyzna z łysiną i z dziwnym wąsem. Ubrany podobnie do swoich pracowników, tylko, że na czarno, uniósł oczy znad gazety, którą czytał, po czym szybkim ruchem zerwał ją z lady, próbując ją schować w szufladzie. Zerknęłam na uśmiechającą się głupkowato dziewczyną i dostrzegłam jej kpiący uśmieszek.
- Szefie, chętna na robotę jest - powiedziała, wypychając mnie przed siebie. Przycisnęłam do piersi smycz, czując jak serce trzepocze niczym ptak uwięziony w klatce. Miałam wrażenie, że lada moment zacznę się dusić, a płuca rozerwie powietrze. Mężczyzna popatrzył na mnie znad grubych jak dno butelki okularów, po czym uśmiechnął się kpiąco.
- Wątpię, by umiał nalać piwa - stwierdził. W pierwszej chwili ściągnęłam brwi w wyrazie zdziwienia, a dopiero po chwili dotarło do mnie, że mówi do mojego psa. Parsknęłam, zasłaniając usta dłonią, a ciemnoskóra dziewczyna przewróciła teatralnie oczami.
- Szefie, ona i tak wygląda, jakby miała jej pikawa wysiąść - powiedziała, a mężczyzna zaśmiał się.
- Kim, moja droga, dlatego właśnie żartuję. Powiedz mi, ślicznotko - zwrócił się do mnie, a ja uśmiechnęłam się nerwowo - dlaczego chcesz pracować tutaj, hm?
- Potrzebuję pieniędzy? - odpowiedziałam machinalnie, a moja odpowiedź wyraźnie rozbawiła mężczyznę.
- Większość ludzi, którzy chcą tu pracować, mówiąc o wspaniałej pracy barmana i mieszaniu drinków. Wiesz, wazeliniarstwo i kłamanie już na dzień dobry. Ty przynajmniej jesteś szczera - stwierdził, opierając się wygodnie o ladę. Przyglądał mi się chwilę, oceniając to jak wyglądam.
- Nie studiujesz, prawda?
- Ostatnia klasa liceum przede mną - odpowiedziałam, zerkając na Rocky'ego. Ten natomiast błądził oczyma po wszystkich meblach, co chwilę spoglądając na dziewczynę za mną.
- O! - Klasnął w dłonie ucieszony. - To znaczy, że mogę cię legalnie zatrudnić na umowę-zlecenie. Zmiany popołudniowe oraz weekendy, płacone od godziny. Napiwki są twoje, ubrania urzędowe dostaniesz, ale masz o nie dbać. Grafik układasz wedle swojego planu z pozostałymi pracownikami - mnie to lotto, byleby przynajmniej dwie osoby były, jedna na barze, druga z oblotem. Otwieramy od siedemnastej, więc spokojnie ze szkoły zdążysz wrócić - zaczął wymieniać na palcach, spoglądając w sufit w skupieniu. Nagle zamarł, spojrzał na mnie i pochylił się w moją stronę. - A książeczkę zdrowia masz?
- No, mam... - odpowiedziałam niepewnie, a mężczyzna klasnął w dłonie.
- No to ustalone! - Sięgnął po kartkę, napisał na niej adres mailowy i komórkę, po czym mi wręczył. - Wyślij CV, tak dla niepoznaki. Poza tym, muszę umowę naszykować. Kim i Al podszkolą cię, a potem zastąpisz miejsce tego buca.
Zadowolony z siebie, położył ręce na biodrach, po czym posłał nam srogie spojrzenia.
- A teraz wyjazd.
Kiedy wychodziłam na zewnątrz, nie byłam pewna, czego się spodziewać. Wszystko było jak z jakiegoś snu, bajki czy filmu i nieszczęśliwie zakochanej dziewczynie, która spotka swoją miłość w nowym mieście, a ja nie miałam na to ani ochoty, ani nastroju. Fakt, ludzie stwarzali wrażenie miłych, ale z drugiej strony przerażało mnie to, że w ciągu kilkunastu minut ot tak dostałam pracę. Zerknęłam przez ramię na Kim, która odprowadzała mnie aż na sam szczyt schodów. Zatrzymała się na ostatnim stopniu, a ja nie byłam pewna jak się z nią pożegnać.
- Nie widziałam cię nigdy w Amorisie - wypaliła, a ja uśmiechnęłam się słabo i wzruszyłam ramionami.
- Przeprowadziłam się kilka dni temu.
- No tak, to wiele wyjaśnia - odpowiedziała, po czym klasnęła i zatarła dłonie. - No ale, to opowiadaj o sobie!
Doprawdy czy ludzie zawsze wciskają swoje nosy w cudze życie i przeszłość? Nie mogłabym pozostać anonimowa, tak dla samej przyjemności?
