7. Konieczność współpracy

Teraźniejszość, tydzień po egzaminie na jounina. Sunagakure no Sato

Skwar tego dnia był wyjątkowo uciążliwy. Kankuro, który miał wyjątkowo dużo papierkowej roboty, w przerwie na lunch zamiast wyskoczyć coś zjeść z kolegami poszedł do domu. Chciał wziąć szybki prysznic, przekąsić coś i wrócić na czas do pracy. Jednak ktoś postanowił zepsuć mu plany.

Na schodach przed jego mieszkaniem siedziała Temari. Na widok brata wstała i wyrzuciła niedopałek papierosa do śmietnika.

- Od kiedy ty palisz? – zapytał jounin, zamiast powitania.

- Palę od czasu do czasu – odparła blondynka. Nagle jej źrenice rozszerzyły się. – Nie próbuj mnie kontrolować, młody.

Kankuro wykrzywił usta w lekkim półuśmiechu.

- Całe szczęście, że za kilka miesięcy nas opuścisz. Czego chcesz?

Temari popatrzyła na niego ze złością. I tak była na niego wściekła, nie musiał jej dodatkowo drażnić.

Lepiej dla niego, żeby tego nie robił.

- Będziemy mieć gościa z Konohy. Dlaczego nikt mnie wcześniej o tym nie poinformował?

Kankuro wzruszył obojętnie ramionami.

- Dlaczego się złościsz?

Temari uznała jego postawę za wyjątkowo bezczelną.

- Dlatego, że odpowiadam za bezpieczeństwo wewnętrzne i powinnam o tym wiedzieć wcześniej – wycedziła przez zęby.

- Gaara dał ci to stanowisko tylko po to, żebyś miała coś do roboty siedząc w wiosce i przygotowując wesele. Nie traktuj tego tak poważnie.

Najwyraźniej próbował wytrącić ją z równowagi, jednak Temari postanowiła, że nie pozwoli się sprowokować. Poczyniła sobie założenie, że będzie rozmawiać z nim spokojnie, żeby poznać jego intencje. Wywołanie awantury nie przyniosłoby dobrych efektów.

- Widzę, że ty masz mniej pracy ode mnie. Skoro szukasz sobie dodatkowego zajęcia w postaci prowadzenia treningu kunoichi z obcej wioski – świadomie zaakcentowała przedostatnie słowo.

Kankuro skierował na nią dziwnie chłodne spojrzenie. Zupełnie jakby powiedziała coś niestosownego, a nie przytoczyła niepodważalny fakt.

- Wkrótce ta wioska będzie twoim domem, może warto zacieśniać więzi – odrzekł.

- Kiepski żart.

- Temari – powiedział Kankuro, starając się, by jego głos zabrzmiał troskliwie. – Jesteś strasznie spięta. Dlaczego trochę nie wyluzujesz? Powinnaś się zabawić, potańczyć. Od razu spadnie ci poziom stresu. Trzeba zachować jakąś równowagę.

Temari zmełła w ustach przekleństwo. Naprawdę ją wkurzał, nieustannie przypominając jej ile czasu dostało do ceremonii ślubnej i tym samym – jak wiele rzeczy zostało do zrobienia. I bez tego miała napięte nerwy i średnio dwa razy w tygodniu decydowała się wszystko odwołać.

- Nie próbuj odwrócić mojej uwagi od tematu, Kankuro. Pamiętaj, że jeszcze jestem na miejscu i także mam coś do powiedzenia. Jeśli twoja protegowana będzie sprawiać problemy, wyleci stąd z hukiem.

Kankuro przyglądał jej się z zastanowieniem.

- Jakiego rodzaju problemy? – zapytał. – Czy Tenten wyrządziła ci jakąś krzywdę, że tak jej nie cierpisz?

Temari przygryzła wargi.

- Wystarczy, że na nią lecisz.

- Nadinterpretujesz – odrzekł Kankuro bez chwili zastanowienia.

Temari przymrużyła oczy, patrząc na niego podejrzliwie.

Cokolwiek by nie powiedział, nie zagłuszy tym jej podejrzeń.

Wbrew temu, co myślał jej brat, wcale nie żywiła osobistej urazy do chuuninki z wioski Liścia. Jednak to, że traktował ją inaczej niż pozostałe dziewczyny, zawsze wzbudzało jej czujność. A teraz skorzystał z nadarzającej się okazji, żeby sprowadzić ją do Sunagakure. Musiał mieć w tym jakiś cel.

Zastanawiała się, czy Gaara tego nie widzi, czy po prostu ignoruje, bo tak jest mu wygodnie.

Retrospekcja. Sunagakure, kilka miesięcy po zamordowaniu Czwartego Kazekage (między 1. serią Naruto a Naruto Shippuudenem)

Kunoichi z opaską Konohy na czole rozejrzała się dookoła. Kankuro był rozbawiony na widok jej miny. Sprawiała wrażenie, jakby nie dowierzała, gdzie się znajduje.

Znajdowali się u stóp kanionu, pół godziny drogi od Sunagakure.

- Już wolę wasze podziemne sale treningowe. Jak można zmusić się do czegokolwiek w tym skwarze? – zapytała teoretycznie.

Nawet jej się nie dziwił. Rozsądne było unikanie w ciągu dnia przebywania na pełnym słońcu. Dlatego Sunagakure miała wiele zabudowanych pomieszczeń do treningów. Z kolei pola treningowe na świeżym powietrzu były otoczone wysokimi budynkami, które rzucały trochę cienia. Wszystko miało na celu stworzenie na nieprzyjaznej pustyni względnie znośnych warunków do ćwiczeń.

Sunagakure, otoczona murami z piaskowca, wydawała się przyjezdnym nieprzyjaznym miejscem, ale było to niczym w porównaniu z warunkami po zewnętrznej stronie obwarowań, na pustyni. Tam nawet nic nie robiąc można było paść z wyczerpania, a na treningi mało kto się porywał.

Oczywiście, Gaara był zdania, że im mniej sprzyjające warunki, tym lepiej.

- No, niestety. Będziesz musiała się przystosować – powiedział bezradnie.

Tenten rzuciła mu nieprzychylne spojrzenie.

- Pamiętaj, że to pewnie potrwa tylko parę tygodni. Gdy Korobi dojdzie do siebie, poszukam dla ciebie innej drużyny - dodał szybko. –Jeszcze raz muszę podkreślić, że ratujesz honor Konohy.

Szatynka zmarszczyła czoło, ale nie wyglądała przez to groźnie. Raczej… uroczo.

- Wiesz, co w tobie cenię? Szczerość. Więc nie wal taniej ściemy, żeby mi podbudować ego – powiedziała.

Kankuro westchnął mimowolnie.

Trafiło mu się bardzo niewdzięczne zajęcie. Odkąd rada dogadała się z Konohą i sprowadziła z niej najemników, dwoił się i troił, żeby uczynić ich przydatnymi. Ich pomoc była potrzebna, bo po zamordowaniu Kazekage wioska Piasku musiała przyjmować więcej misji. Konieczne było odbudowanie siły i pokazanie innym osadom, że mimo kryzysu Sunagakure nie jest słaba.

Ponieważ w ostatnich miesiącach system treningowy bardzo kulał, na dodatek część chuuninów zwyczajnie zwiała z wioski pozbawionej przywódcy, ludzi było za mało. Hokage przysłał wsparcie w postaci kilkudziesięciu ludzi z wioski Liścia, jako wyraz dobrej woli i chęci współpracy.

To rozwiązywało część problemów, ale przyniosło też nowe - trzeba było każdego z osobna przydzielić do jakiejś drużyny, zadbać o ich adaptację, łagodzić konflikty. Kankuro czuł się trochę jak przedszkolanka. Poglądy Konoszan na pracę zespołową i sposoby wykonywania misji różniły się od metod stosowanych w Sunagakure, więc asymilacja nie przebiegała łatwo.

Jednak prawdziwy problem pojawił się, gdy Korobi odniósł poważne rany podczas misji i trzeba było kogoś dobrać do zespołu Gaary. Jounini jednogłośnie stwierdzili, że najlepiej wysłać kogoś z Liścia. Było oczywistym, że nie chcieli ryzykować strat wśród własnych ludzi. Kankuro nie mógł przedstawić im wystarczająco silnego argumentu, żeby rozbić którą z istniejących drużyn, więc chcąc nie chcąc postanowił znaleźć kogoś wśród Konoszan.

Tenten wydawała mu się idealna, ponieważ nie powinna sprawiać problemów. W teamie, w którym pracowała w Konosze, była tą osobą, która rezygnowała z własnych ambicji dla dobra kolegów – wobec tego nie powinna się wychylać.

Nie chcąc ryzykować ofiar śmiertelnych po każdej misji trzeba było wybrać osobę, która ma doświadczenie w wykonywaniu zadań wyższej rangi, ale ponad wszelką wątpliwość podporządkuje się kapitanowi. Inaczej Gaara zaraz na wstępie zastosowałby taktykę zastraszenia, a to by przekreśliło szansę na dobrą współpracę.

Kankuro wciąż miał nadzieję, że jego nieznośny brat nauczy się porozumiewać z ludźmi, zamiast wciąż wydawać polecenia i oczekiwać bezwzględnego posłuszeństwa.

- Gdy już skończę tę uciążliwą delegację napiszesz w opinii dla Tsunade hymn pochwalny na moją cześć – powiedziała Tenten. – Zamierzam wybrać się do spa na koszt wioski. Albo zażądać podwyżki. Najlepiej jedno i drugie.

Zaczęła na głos rozwodzić się nad urokami salonów spa. Kankuro patrzył na nią z rosnącym zdziwieniem.

Już dawno zauważył, że jest gadatliwa, ale tym razem mówiła niemal bez przerwy, i to coraz bardziej od rzeczy.

- Tenten – przerwał jej w końcu. – Odwracając myśli ku rzeczom błahym, nie dodasz sobie odwagi. Nie stresuj się, oni nie gryzą.

Zdawał sobie sprawę, jak głupio brzmią jego zapewnienia. Mimo, że Gaara nie zabijał już tylko dla kaprysu, wciąż uchodził za psychopatę. Kankuro dał Tenten słowo, że ze strony własnej drużyny nie spotka jej żadna krzywda, i rzeczywiście w to wierzył, ale ona wcale nie musiała tak wysoko cenić jego honoru.

- Kto nie gryzie?

Tenten wzdrygnęła się. Kankuro niemal zaklął. Był tak przejęty sytuacją, że nawet nie wyczuł obcej czakry.

Podszedł do nich Yaroi. Gaara stał parę metrów od nich. Zmierzył Tenten badawczym wzrokiem, czego ona na szczęście nie zauważyła.

Mimo, że twarz Gaary jak zwykle nie wyrażała żadnych emocji, Kankuro domyślił się, o czym pomyślał – że dziewczyna jest słabym ogniwem. On świadomie nie uprzedzał, kogo przydzieli do drużyny, jednak Gaara musiał ją poznać i przypomnieć sobie, że w czasie egzaminu Temari nie potrzebowała nawet pięciu minut, by ją pokonać.

Kankuro zamierzał jeszcze przekazać Tenten parę rzeczy – żeby nie mówiła za dużo, nie narzekała i pod żadnym pozorem nie patrzyła jego bratu w oczy – ale nie zdążył, bo go zagadała, a teraz było za późno.

Cóż, to wszystko mówił jej już wcześniej, więc jeśli któraś z tych rad do niej nie dotarła, to kolejne powtórzenie tego nie zmieni.

Kankuro odwrócił uwagę od Gaary i spojrzał na Yaroiego, który podszedł do Tenten i przyglądał jej się z zaciekawieniem.

Kiedyś sprawiał wrażenie, jakby bał się własnego cienia, ale ostatnio nabrał pewności siebie. W tej chwili nie była to sprzyjająca okoliczność.

- Nie ma nikogo innego? – powiedział shinobi, lustrując dziewczynę wzrokiem. – Dlaczego mamy pracować z promyczkiem z Konohy?

Tenten posłała mu niechętne spojrzenie.

- Z czym? – zapytała, nie rozumiejąc w czym rzecz.

Yaroi uśmiechnął się złośliwie.

- Z promyczkiem – powtórzyła zadowolony, że wprawił ją w konsternację. – Tak nazywamy dziewczyny z waszej wioski. Śliczna buzia, dobre intencje i nieuzasadniony optymizm, który nie przekłada się na umiejętności.

Nie dane mu było dokończyć zdania. Syknął i odskoczył metr w bok.

- Jakiś ty odważny – prychnęła Tenten kpiąco. – Pierwszy twój odruch to ucieczka?

Yaroi schylił się i wyjął shuriken wbity w nogawkę spodni. Odrzucił go na bok, ignorując sączącą się z rany krew.

Przynajmniej nie jest taką ciotą, żeby przejmować się powierzchownym zranieniem, pomyślał Kankuro. Ale i tak zrobił z siebie kretyna.

Był całkiem ciekaw, jak rozwinie się ta konwersacja i kto pierwszy sięgnie po broń na poważnie – jednak nie mógł pozwolić na taki rozwój sytuacji.

- Spokój, dzieciaki – powiedział. – Skoro już… hm, drużyna jest w komplecie, i zaprzyjaźniliście się, może przejdziemy do treningu?