Czy naprawdę chcesz?
Czy naprawdę chcesz mnie?
Czy naprawdę chcesz mnie martwego?
A może żywego, żeby torturować mnie za moje grzechy?
xxxxx
Draco przyglądał się paczce z zaciekawieniem. Była niewielka, ale dość ciężka. Owinięta w brązowy papier sprawiała wrażenie całkiem przeciętnej.
- Co jest w środku? - zapytał po chwili, chowając pakunek do torby.
- Naszyjnik.
Blondyn zmarszczył brwi.
- Po co mi naszyjnik? Żebym ładnie wyglądał podczas wykonywania zadania? - zakpił. - Miałaś mi dać coś, co mi pomoże.
Narcyza westchnęła z politowaniem. Nadal była stosunkowo młoda, ale przemęczenie widoczne na jej twarzy postarzało ją co najmniej o kilka lat. Wciąż piękna, co raz bardziej zniszczona. Złapała syna za ramię i poprowadziła dalej między drzewa.
- To nie jest byle jaki naszyjnik, Draco - powiedziała spokojnie. - Pochodzi ze sklepu Borgina i Burkesa. Jest przeklęty.
Ślizgonowi zaświeciły się oczy.
- Ale zanim powiem coś więcej, musisz zapamiętać, Draco; w żadnym wypadku nie możesz go dotknąć.
- Dlaczego?
- Jeden mały dotyk powoduje śmierć. Dlatego tak ważne jest to, by paczka była zamknięta dopóki nie dotrze do właściwej osoby.
- Masz na myśli Dumbledore'a?
- A kogóż by innego? Draco, posłuchaj. Musisz się skupić. Zbliżają się święta, spraw by naszyjnik do niego dotarł. Obojętnie w jaki sposób - powiedziała poważnym głosem, patrząc na blondyna z niepokojem. Chłopak odetchnął głęboko, pocierając skroń.
- Uda mi się. Spokojnie, mamo.
- Zawsze możesz liczyć na pomoc profesora Sn... - zaczęła Narcyza.
- Nie! Zrobię to sam! - przerwał nerwowo matce. - To moje zadanie - dodał, nieco spokojniej.
- Ze wsparciem Severusa byłoby ci łatwiej. On wie, co robić - nalegała kobieta, ale Draco nawet nie chciał tego słuchać.
- Ja też wiem, mam już plan! I Czarny Pan wybrał mnie, a nie Snape'a! - w młodym Malfoy'u krew zaczynała wrzeć. Nienawidził kazań i użalania się nad nim, jakby był niezdolny do czegokolwiek. To całe zamartwianie się i gadanie, że ktoś może mu pomóc... Śmieszne. Najpierw wszyscy chcą by został Śmierciożercą, a potem znienacka uważają go za bezbronnego nastolatka.
Też coś!, prychął w myślach.
- Draco, jesteś jeszcze taki młody, taki słaby...
- Nie jestem słaby! - przerwał po raz kolejny na tyle głośno, że kilka ptaków zerwało się z gałęzi, zrzucając płatki śniegu.
- Tak, oczywiście. Nie jesteś - przyznała kobieta dla świętego spokoju. Stali przez chwilę w milczeniu, patrząc w różne strony. Był wręcz idealny dzień na wypad do Hogsmeade. Mróz nie doskwierał zbyt bardzo, a zaśnieżone uliczki w wiosce wyglądały przepięknie. Uczniowie wstępowali do sklepów, wychodząc z coraz większą ilością toreb. Śmiali się i przepychali, nie zwracając uwagi na pobliski las, w którym opierając się o drzewo stał Draco Malfoy z obojętnym wyrazem twarzy.
- Ach, Draco... - zaczęła Narcyza, tak jakby o czymś sobie przypomniała. - Biorąc pod uwagę okoliczności, chciałabym, abyś został na Boże Narodzenie w Hogwarcie.
Przez twarz chłopaka nie przemknął nawet cień emocji.
- Mam nadzieję, że rozumiesz. Podczas tego czasu w Hogwarcie będzie prawie pusto. Będziesz mógł się lepiej skupić i realizować plan, o którym wspomniałeś.
- Tak, rozumiem. Czy to już wszystko, mamo? Muszę znaleźć Blaise'a.
- Dobrze. Spodziewaj się listu ode mnie w najbliższym czasie.
Kobieta uśmiechnęła się i wykonała dziwny ruch dłonią, tak jakby chciała przytulić syna, ale w trakcie się rozmyśliła. Westchnęła tylko, a po chwili las wypełnił huk, towarzyszący teleportacji.
Draco poprawił szalik, wepchnął dłonie w czarny płaszcz i wyszedł z lasu, kierując się prosto do Trzech Mioteł. Był pewien, że tam spotka Blaise'a w towarzystwie innych Ślizgonów, a chyba potrzebował jego obecności. Nie dane mu jednak było dojść do celu. Przy wylocie na główną ulicę Hogsmeade wpadł na... coś. A jak po chwili się zorientował nie było to coś, tylko ktoś. Podniósł wzrok, który do tej pory był wbity w drogę i znieruchomiał.
Potter jest wszechobecny, pomyślał. Albo ma sobowtóra.
- Uważaj, jak chodzisz, tchórzofretko! - usłyszał głos, który o dziwo nie należał do Pottera, a do Weasleya.
- Ron! - upomniał go brunet.
Niemożliwe.
Czyżby Wybraniec we własnej osobie, jednocześnie największy wróg Draco i czołowy gumochłon w rodzinie gumochłonów, bronił go przed swoim przyjacielem?
- Daruj sobie, Potter - warknął blondyn. - A na twoim miejscu, Weasley, przestałbym pyskować i spędził upojne chwile w Miodowym Królestwie, z garstką knutów, na które twoi rodzice pracowali cały rok.
Draco uwielbiał obserwować jak piegowata twarz Wiewióra zmienia kolor z beżowej, na różową, z różowej na czerwoną, a z czerwonej na bordową. Podobną gamę barw posiadała tylko tęcza... albo sufit, kiedy wypiło się za dużo Ognistej Whisky. Parsknął ironicznym śmiechem i wyminął trójkę Gryfonów, z których każde przygotowywało ripostę. Nie miał ochoty na słowne potyczki, które i tak wyszłyby na jego korzyść. Po za tym miał wrażenie, że te bezczelne zielone oczy nie odrywały od niego podejrzliwego wzroku, co tylko go rozpraszało. Rozdrażniony wszedł do zatłoczonego pubu, szukając Zabiniego.
Jak to śpiewał Irytek w drugiej klasie? Ach! Potter, Potter, diabła kumoter... W wieku dwunastu lat nie brzmiało to tak dwuznacznie jak teraz, co?
Młody Malfoy zazgrzytał zębami.
xxxxx
Harry zasłonił kotary wokół łóżka i usiadł na nim, podciągając kolana pod brodę. Naprzeciw niego leżała różdżka, Mapa Huncwotów, parę książek i paczka Kociołkowych Piegusków. Wrócił z Hogsemade dużo wcześniej niż planował, zostawiając Rona i Hermionę przy wejściu do Trzech Mioteł. W normalnych okolicznościach, wszedłby z nimi, ale przez okno ujrzał znajomą blond czuprynę i postanowił się wycofać. Miał zamiar unikać Malfoy'a tak długo jak to możliwe. Mokre sny nie dawały mu żyć, mimo iż w ostatnich dniach były mniej... obfite w szczegóły. Tak, to dobre określenie.
Ale jak miał, na Merlina unikać blond gnojka, kiedy ten wyraźnie coś knuł? No bo niby po co był sam w lesie, podczas wypadu do Hogsmeade? O, tak. Harry widział go kiedy stamtąd wychodził i wcale mu się ten widok nie spodobał. Nie mógł dociec, co Ślizgon kombinuje. Co raz częściej znikał za murami Pokoju Życzeń, po szkole chodził sam, na posiłkach milczał. Nie, żeby Gryfon go obserwował, po prostu TAK JAKOŚ rzuciło mu się w oczy zachowanie blondyna podczas posiłków... no i może podczas lekcji, przerw, wieczorów i wszystkich innych pór dnia, w których Harry zdołał go dostrzec. Ale to całkiem normalne. W końcu brunet chciał tylko wiedzieć, co przeklęty Ślizgon planuje, to wszystko. Rutynowe działanie, w przypadku poważnych podejrzeń.
Tak to sobie tłumaczył.
Może i było to prawdą, ale trochę zaowalowaną. Najgorsze, że nie zdawał sobie z tego sprawy. Był święcie przekonany, że całe to jego "szpiegowanie" jest wyłącznie próbą przyłapania Malfoy'a na gorącym uczynku, a co do mokrych snów... Stwierdził, że to najzwyczajniejsze w świecie hormony. Bo przecież nie był gejem. Nie oglądał się za chłopcami, nie przypatrywał się im gdy byli pod prysznicem, nie podziwiał ich włosów, oczu, muskulatury. Geje tak robią, prawda? Zresztą co go to interesowało; nie był gejem, więc nie musiał się tym przejmować.
Wrzucił do ust trzeciego z kolei pieguska, przyglądając się Mapie Huncwotów. Większość uczniów i nauczycieli znajdowała się w Wielkiej Sali, jedząc kolację. Ron siedział blisko Hermiony i Ginny, plamka oznaczająca Albusa Dumbledore'a była skierowana w stronę Severusa Snape'a - pewnie rozmawiali, a przy stole Ślizgonów, siedział cały fanclub Malfoy'a, z wyjątkiem samego Malfoy'a. Ale przecież kolacja dopiero się zaczęła - pewnie zaraz przyjdzie, pomyślał Harry.
Poniekąd miał rację.
Nie minęło kilka minut, jak jego oczom ukazało się znienawidzone nazwisko. Ale dziwnym trafem nie zmierzało do Wielkiej Sali. Szło w zupełnie przeciwnym kierunku, do tego bardzo szybko.
Na początku Gryfon był pewien, że blondyn zmierza do Pokoju Życzeń, ale ten nie opuszczał pierwszego piętra. Po prostu wymijał kolejne zakręty, aż w końcu stanął przed łazienką i po sekundzie wszedł do niej, zamykając za sobą drzwi.
Harry uspokoił się nieco. Ostatecznie to tylko łazienka. Spełnianie potrzeb fizjologicznych nie jest niczym złym. Już miał odłożyć Mapę, kiedy sobie sprawę, że Draco wcale nie wszedł do kabiny. Stanął pod ścianą, a naprzeciw niego wirowała plamka z napisem "Jęcząca Marta".
Harry'ego całkowicie zbiło z tropu. Po cholerę Malfoy siedział z Jęczącą Martą?
Brunet zmarszczył brwi, nie odrywając wzroku od pergaminu.
Pięć minut.
Dziesięć minut.
Piętnaście minut.
Malfoy dalej tam siedział, a Potter dalej nie mógł wymyślić dlaczego. Nic już nie rozumiał. Poczynając od przechadzek do Pokoju Życzeń, idąc przez sytuację na siódmym piętrze, kończąc na przesiadywaniu z duchem.
Chciał zrozumieć cokolwiek, ale nie miał żadnego punktu zaczepienia, żadnej nowej informacji, żadnego tropu. Od września powtórzył milion razy, że udowodni przynależność Ślizgona do grona zwolenników Voldemorta, a do tej pory nie zrobił nic.
To była szybka decyzja.
Rozsłonił kotary, porwał różdżkę i wyleciał z dormitorium, nie zawracając sobie głowy wyciąganiem peleryny niewidki. Ostatecznie zamierzał zmierzyć się z Malfoy'em twarzą w twarz, a nie łazić za nim, ukryty pod płaszczem.
Wybiegł z wieży, kierując się na pierwsze piętro. Miał nadzieję, że zdąży zanim blondyn opuści łazienkę. Przemierzał kolejne korytarze, aż w końcu, lekko zdyszany stanął przed drzwiami, które nadal były zamknięte. Więc Malfoy musiał tam być. Czując, jak nerwy dają o sobie znać, oparł się niby beztrosko o ścianę i czekał.
Znów minęło pięć minut. Nerwy!
Dziesięć. Puls wariował.
Piętnaście. Wdech, wydech...
I wtedy drzwi od łazienki zaskrzypiały. Kilka metrów przed nim stanął Draco Malfoy, którego najzwyczajniej w świecie zatkało. Właściwie; obaj nie mogli wydusić słowa.
- Potter - warknął blondyn pierwszy. - Znów za mną łazisz.
Gryfon nabuzował się.
- Nie przyszedłem tu za tobą - odparł, próbując zachować spokój.
- Więc co tu robisz? Drzwi podziwiasz? A może idziesz romansować z Martą? - prychnął.
- Czy to ja spędziłem z nią prawie godzinę?
Ślizgon zaśmiał się.
- Czyli jednak za mną łazisz. Zabawne, jak łatwo można cię podpuścić, Potter.
Harry zarumienił się, zbity z tropu. Jednak szybko wrócił do formy.
- Skończ te swoje głupie gierki, Malfoy. Powiedz, co tu robiłeś? Albo lepiej, po co każdej nocy chodzisz do Pokoju Życzeń?
Tym razem to Draco wyglądał na zaskoczonego, co mimo wszystko błyskawicznie ukrył.
- Czym i jak mocno uderzono cię w głowę, skoro myślisz, że ci się zwierzę? - zapytał, ze swoim złośliwym smirkiem. - Powtórzę, po raz setny, Potter. Nie łaź za mną, nie szpieguj, nie chowaj się za zakrętami - dodał, podchodząc znacznie bliżej. Tak blisko, że mógłby szeptać mu do ucha, ale tylko uśmiechał się ironicznie. Harry odruchowo zacisnął palce na różdżce, co nie umknęło uwadze Ślizgona.
- Co, Potter? Chcesz mnie zaatakować? - szepnął rozbawiony blondyn. Jego głos zadziałał na Harry'ego źle. Poczuł dreszcz wstrząsający kręgosłupem. I nie był to wcale dreszcz wściekłości. Wziął kilka głębokich oddechów i znów spojrzał na Dracona.
- Tak jak ty mnie, pod Pokojem Życzeń?
Malfoy odsunął się o parę centymetrów, bacznie obserwując Gryfona. Zmarszczył brwi, najwyraźniej szukając czegoś w jego oczach. Odpowiedzi na jakieś pytanie, albo wręcz przeciwnie. Wyglądał, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej. Jakby zapomniał o szczeniackiej sprzeczce i tym, że powinien zareagować.
Dopiero po jakimś czasie drgnął lekko i zamrugał.
- Boisz się, Potter? - zapytał znienacka.
Harry spodziewał się wszystkiego. Ironii, złośliwości, riposty, nawet milczenia. Ale na pewno nie spodziewał się takiego pytania. Utkwił uważny wzrok w Ślizgonie. Na jego twarzy nie było ani śladu sarkazmu, uśmiechu, czy kpiny. Gryfon patrzył na blondyna, tak jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Tak jakby przez cały czas ich znajomości, Malfoy nosił maskę, którą nagle zrzucił.
Nie umiał odpowiedzieć, chociaż doskonale wiedział. Przecież nie bał się, to niedorzeczne. Po co Malfoy o to pyta?
- Co ci przyszło do głowy, Malfoy? Nie boję się ciebie - prychnął, siląc się na złość. Niestety zawsze był kiepskim aktorem.
- Czemu oddałeś mi różdżkę, zamiast iść z nią do nauczycieli? Nawet ty nie jesteś taki głupi. Dobrze wiesz, że mogliby ją przeszukać jednym, pieprzonym zaklęciem i każde twoje podejrzenie mogłoby stać się prawdą lub kłamstwem. I mów prawdę, a nie gryfońskie bajki, z których wynika, że jesteś zbyt szlachetny. Gdybyś był, nie pakowałbyś się w nie swoje sprawy - powiedział, nadal pozbawiony swojej zwyczajowej miny.
Jak brunet mógł odpowiedzieć na to pytanie, skoro sam nie znał odpowiedzi? Śmieszne. Nawet się nad tym nie zastanawiał. Po prostu oddał mu wtedy tę głupią różdżkę i więcej o tym nie myślał. Kiedy tak analizował w głowie słowa Ślizgona, doszedł do wniosku, że chłopak ma rację. Przecież w normalnych okolicznościach na pewno poszedłby z tym do Mcgonagall, czy Dumbledore'a, a tymczasem nie powiedział o owym incydencie nawet Ronowi i Hermionie. Dlaczego? Spłynęła na niego fala zdenerwowania. Przecież nie mógł się nad tym zastanawiać, mając przed sobą oczekującego na odpowiedź Malfoy'a!
- Załatwimy to między sobą, Malfoy - odparł w końcu.
- Co załatwimy między sobą, Potter? - na twarz chłopaka powrócił lekko ironiczny uśmiech.
Do głowy Harry'ego nagle wpadły wszystkie mokre sny i zarumienił się, próbując je wypędzić.
- Wszystko - mruknął, z całych sił próbując wytrzymać spojrzenie Ślizgona, który z kolei nie powiedział już nic. Patrzyli przez chwilę jeden na drugiego, bezskutecznie odczytując swoje myśli. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach Malfoy uśmiechnął się z kpiną i ruszył w stronę lochów, a Harry jeszcze długo stał, wlepiając wzrok w zakręt, za którym zniknął.
xxxxx
Draco wpadł do dormitorium, strzelając za sobą drzwiami. Zaczął krążyć po pokoju we wszystkie strony, co zupełnie nie miało sensu. Uderzył pięścią w ścianę, rzucił książką, trzasnął oknem.
Bezskutecznie.
Nic nie pomogło mu rozładować emocji.
Gdyby ten przeklęty Gryfon wiedział ile poświęcił nerwów, żeby zachować spokój! Patrzył w te wielkie, zielone oczy i musiał powstrzymać się przed... czymkolwiek. Przed uderzeniem go, pchnięciem, zabiciem, dotknięciem, przytuleniem, pocałowaniem.
Oczy zielone jak pikle z ropuchy. Jego włosy są czarne jak tablica. O, gdyby moim został, bohater mych snów, służyłabym mu jak diablica, lalalala...
Jednego Draco był pewien. Cholerny głos był czymś, czego nienawidził bardziej niż Pottera.
Usiadł na łóżku, próbując opanować targające nim emocje. Analizował całą sytuację raz za razem, chcąc zrozumieć zachowanie Gryfona. No i swoje własne, przy okazji. Skąd Potter wiedział gdzie on jest? Skąd wiedział o jego wizytach w Pokoju Życzeń i co, na Merlina, miało znaczyć to "Załatwimy to między sobą"? Przecież nie mieli czego załatwiać. Nie było między nimi nic, żadnej sprawy, żadnego zobowiązania, które musieli by rozwiązać.
Z kolei czemu on, Draco, zadał Gryfonowi tak durne pytanie jak "Boisz się?"? Nie kontrolował tego. Te słowa po prostu wydarły się z jego ust, niczym zakazany owoc. Co gorsza; Ślizgon czuł, że naprawdę chciał o to zapytać i naprawdę chciał usłyszeć zaprzeczenie, żeby móc odetchnąć z ulgą. Obchodziło go to, czy brunet się go boi.
Przyznaję ci rację. Wcale, a wcale się Potterem nie przejmujesz.
Draconowi szybciej zabiło serce. O ile je w ogóle miał, w co ostatnimi czasy szczerze wątpił. Może rzeczywiście interesuje go wszystko co związane z Potterem? Może część jego mózgu ma rację?
Od kilku miesięcy mam rację, a ty wpadasz na to dopiero teraz. Powinszować.
Ale jeśli to prawda... Dlaczego interesuje go Potter? Przecież to jego największy wróg, osoba, której nienawidzi, której najchętniej by się pozb... Draco z przerażeniem stwierdził, że pierwszy raz w życiu myśląc o pozbyciu się Pottera, nie czuje, że chciałby to zrobić. To odkrycie wprawiło go w jakąś ponurą euforię, w której jedynym pozytywnym aspektem było to, że może jednak nie jest takim potworem.
Z bladym uśmiechem, położył się na łóżku i włożył ręce pod głowę. Utkwił wzrok w szmaragdowych kotarach i jedyne na czym potrafił się skupić to ten kolor. Co z tego, że patrzył na kawałek tkaniny, skoro tak naprawdę widział parę niesamowicie pięknych oczu.
Przez myśl przeszło mu pytanie, jak Potter wygląda bez okularów, ale nie miał siły się nad tym zastanawiać.
Co takiego jest w tych zielonych oczach?, pytał sam siebie, lecz tym razem alterego nie było skłonne mu odpowiedzieć.
Przez jego umysł przepłynęła fala wspomnień.
Zniszczona wioska. Szafa. Naga dziewczyna. Błagające spojrzenie. Zielone światło. Brawa. Mroczny Znak. Trudny do opisania ból.
Nie było dnia, żeby o tym nie myślał. Nie było dnia, w którym nie próbował o tym zapomnieć.
Może dlatego spojrzenie Pottera zadziałało na niego tak bardzo, wtedy, pod Pokojem Życzeń? Po prostu przywołało wspomnienia, a Draco przerażony zauważył, że czuje taki sam gniew, jak w momencie zabijania bezbronnej nastolatki. Przestraszył się tych odczuć i uciekł, gubiąc różdżkę, a w kolejnych dniach wszystko pokomplikowało się jeszcze bardziej.
Czuł dziwne ukłucie widząc Pottera i gdyby nie uważał się za potwora bez serca, uznałby, że to wyrzuty sumienia. Przypomniał sobie, że po śmierci dziewczyny przysiągł sobie iż nigdy więcej nie będzie mógł spojrzeć w tak zielone i wypełnione przerażeniem oczy. A właśnie tak wyglądały oczy Gryfona owej nocy na siódmym piętrze.
Ale jeśli rzeczywiście nie mógł w nie spojrzeć, to czemu tak bardzo tego pragnął?
Czemu pragnął je widzieć? I czemu tylko u Pottera? Inne go nie obchodziły, obojętnie jak bardzo ziały zielenią.
Chciał tylko tych jednych. Tych najbardziej znienawidzonych.
Zabawny paradoks, nie uważasz?
xxxxx
Zimą, Hogwart wyglądał niesamowicie. Zwłaszcza, kiedy śnieg prószył leniwie i powoli. Nawet Wierzba Bijąca wydawała się być zadowolona z miękkiego puchu, który spoczywał na jej koronie. Z komina w chatce Hagrida nieustannie unosił się dym, co świadczyło o rozpalonym kominku, jezioro zamarzło, pozwalając wesołym uczniom jeździć po idealnie gładkiej tafli, a cały zamek wypełnił zapach ostrokrzewu i jodły.
Tydzień przed feriami widywano nauczycieli wieszających ozdoby na dziesiątkach choinek, porozstawianych w Wielkiej Sali i na korytarzach. Podczas przerw, szkoła wypełniona była dźwiękami świątecznych piosenek i kolęd.
Lekcje stały się lżejsze. Nie zadawano im prac domowych, ani nie robiono testów. Każdy miał więcej czasu dla siebie, nikt nie przejmował się nauką, wszyscy zaś robili to na co mieli ochotę.
Draco również nie próżnował. Przesiadywał godzinami w kącie Pokoju Wspólnego, planując podłożenie naszyjnika dyrektorowi. Przy jego rozmyślaniach, prawie zawsze obecny był Blasie, który miał wiele pomysłów i każdy w miarę sensowny. Ślizgon uważał jednak, że Dumbledore nie nabierze się na takie sztuczki jak wysłanie sowią pocztą, czy podłożenie pod choinkę. Na Merlina! Przecież ten facet jest najpotężniejszym czarodziejem na świecie!
- W takim razie nie mam pojęcia co mógłbyś zrobić. Przecież nie powiesz komuś "Ej, przepraszam, dasz to może profesorowi Dumbledore'owi?" - parsknął Zabini, rozkładając się na wygodnej kanapie.
Dochodziła północ. Dwójka Ślizgonów siedziała w prawie opustoszałym Pokoju Wspólnym, popijając kremowe piwo.
Z początku nie dotarły do Dracona słowa przyjaciela, jednak po chwili zakrztusił się, analizując jego wypowiedź jeszcze raz.
- Co powiedziałeś, Blaise? Powtórz - powiedział, zrywając się nagle z fotela.
Zabini spojrzał na niego, zaskoczony.
- Powiedziałem, że przecież nie powiesz komuś, żeby przekazał paczkę dyrektorowi - powtórzył.
- To jest to! - uradowany blondyn klasnął w dłonie, narażając się na jeszcze bardziej zdziwione spojrzenie.
- Co jest co?
- To muszę zrobić. Powiedzieć komuś, żeby przekazał naszyjnik.
Mina Blaise'a nie zmieniła się ani trochę.
- Nadal nie rozumiesz? - Draco westchnął z politowaniem.
- Oświeć mnie.
Malfoy rozejrzał się dookoła, jakby myślał, że ktoś ich podsłuchuje, po czym przysunął się bliżej przyjaciela.
- Imperius - mruknął tylko. Brunet otworzył szeroko oczy.
- Mówisz poważnie?
- Nie inaczej.
- Ale... na kogo?
- Nie na Ślizgona. Ślizgon dający prezent Dumbledore'owi? To samo w sobie jest podejrzane. Myślę, że na jednego z Krukonów, albo Gryfonów. Puchoni są zbyt głupi, żeby umieć przekazać prezent, obojętnie czy pod wpływem zaklęcia, czy nie - powiedział. - Zresztą mniejsza. Rzucę zaklęcie, a któryś z uczniów przekaże paczkę dyrektorowi. Nie jest szczelnie owinięta papierem, przy otwieraniu na pewno dotknie naszyjnika.
Zabini zmarszczył brwi, najwyraźniej zastanawiając się nad tym wszystkim.
- Ale jak rzucisz to zaklęcie? Kiedy? Gdzie?
- W sobotę jest ostatnia przed świętami wycieczka do Hogsmeade, czyż nie? Coś wymyślę.
Nagle Draco poczuł ulgę. Nie współpracowała ona ze szczęściem, ale ważne, że był kiedy miał jakiś pomysł mógł dopracować szczegóły i wykonać chociażby jedno zadanie. Czarny Pan będzie z niego dumny. Wyciągnie jego ojca z Azkabanu i znów będą szczęśliwą rodziną, a on, Draco, będzie podziwiany przez Śmierciożerców za dokonanie niemożliwego.
Uśmiechnął się na myśl o satysfakcji, jaka wypełni jego ciało, kiedy wszyscy, którzy mówili, że jest słaby, będą musieli odszczekać swoje słowa. Będą pluli się w brodę, że ten "nastoletni, słaby smarkacz" okazał się lepszy od nich! Ha, a to dopiero zabawne.
Boki zrywać. Czy to naprawdę to, czego potrzebujesz?
Tym razem Draco nie zareagował na złośliwy głos. Uśmiechnął się jeszcze raz, zebrał papiery i żegnając się z Blaisem opuścił Pokój Wspólny.
Przez następne dwa dni dużo myślał. Zastanawiał się, jak zaaranżować całą akcję. No bo przecież nie stanie na środku ulicy, nie wyciągnie różdżki i nie trafi zaklęciem w pierwszego lepszego hogwartczyka. Nie poprosi też jednego z nich, aby poszedł z nim "na spacer", bo byłoby to conajmniej dziwne. Nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy, że Draco ot tak chce się z nim przejść. Od razu padną wypowiedzi typu: "Czego chcesz, Malfoy?", "Co knujesz Malfoy?", "Nie, nie pośmieję się z tobą, z Weasley'a, Malfoy".
Ludzie są beznadziejni.
Z tą myślą, Draco szedł zaśnieżoną uliczką, w sobotni poranek. Na ramieniu zawieszoną miał torbę, w której bezpiecznie spoczywała paczuszka z naszyjnikiem. Dzisiejszego dnia do Hogsmeade szło o wiele więcej uczniów niż zazwyczaj. Pewnie dlatego, że był to ostatni wypad przed świętami i chcieli kupić prezenty.
Jakimś cudem Draconowi udało się uciec od Ślizgonów i samotnie wejść do Trzech Mioteł, gdzie wrzało jak w ulu. Zajął jeden z niewielu pustych stolików i zamówił kremowe piwo, obserwując zgromadzenie, którego znaczną część stanowili mieszkańcy Hogwartu.
Wszyscy trzymali się w zbitych grupkach, co tylko uniemożliwiało blondynowi wykonanie zadania. Warknął pod nosem, kurczowo trzymając torbę. W takim tłumie nie było szans rzucić zaklęcia! A zwłaszcza niewybaczalnego.
- Idę na zaplecze, Sal! Zabrakło wody sodowej - dobiegł go głos madame Rosmerty. Gospodyni wyminęła stolik, przy którym siedział i otwarła dębowe drzwi, prowadzące do piwnicy.
W tym momencie Ślizgonowi zaświeciły się oczy.
A gdyby tak...?
Rozglądnął się naokoło, patrząc czy nikt go nie obserwuje. Ostrożnie podniósł się z krzesła, porywając torbę i stanął przed tymi samymi drzwiami, przed którymi kilka minut wcześniej stała kobieta.
- Alohomora - mruknął cicho. Drzwi uchyliły się przed nim, z nieznacznym skrzypnięciem. Szybkim krokiem wszedł do środka, zamykając je za sobą. Kiedy był pewien, że nikt go nie zauważył rozluźnił się nieco. Różdżkę nadal trzymał w dłoni.
Wysoka blondynka pochylała się nad pudłami, wyraźnie czegoś szukając. Nie usłyszała kroków, nie zauważyła chłopaka, nawet nie poczuła jego obecności. Cóż, miała już swoje lata, co w tym wypadku działało tylko i wyłącznie na korzyść Malfoy'a. Ślizgon schował się za jedną z półek, dyskretnie celując różdżką w kobietę.
Przełknął ślinę, zbierając siły. Drugi raz w życiu miał użyć zaklęcia niewybaczalnego; nic dziwnego, że się bał.
- Imperio - wydukał, a głos mu zadrżał.
Nie stało się nic.
- Cholera - zaklął, usilnie próbując zostać spokojnym.
Pomyślał o matce. Tak bardzo liczyła na to, że mu się uda! Przed oczami ujrzał ojca, czekającego w Azkabanie, zniecierpliwionego Czarnego Pana i tłum Śmierciożerców zanoszących się śmiechem. Czyżbyś był za słaby?, pytali jeden po drugim.
Serce załomotało w nim z nerwów na myśl o porażce. Uniósł różdżkę ponownie. Powtórzył zaklęcie, całą siłą woli skupiając się na swojej determinacji.
- Imperio - wypowiedział stanowczo.
Niemal natychmiast z ródżki wydobył się niebieski snop światła, zmierzający ku Rosmercie. Kiedy ją trafił, kobieta wyprostowała się i odwróciła w stronę Dracona, tak jakby nagle zdała sobie sprawę z jego obecności.
- A co ty tu robisz, młodzieńcze? - zapytała. - Klienci nie mają wstępu na zaplecze.
Ślizgon uśmiechnął się tylko i podszedł bliżej rozmówczyni.
- Proszę wybaczyć mi to nagłe wtargnięcie - zaczął, tonem pełnym skruchy. - Zastanawiałem się, czy mogłaby pani coś dla mnie zrobić.
Zrobił to. Wypowiedział strategiczne słowa. Pozostało mu czekać na odpowiedź.
- Mogłabym. Powiedz tylko co? - odparła, głosem całkowicie pozbawionym podejrzliwości, czy wahania.
- Chciałbym, żebyś przekazała komuś pewną rzecz - zaczął ostrożnie, zaciskając palce na swojej torbie.
- Nie widzę problemu. Komu?
- Ktoremukolwiek z uczniów Hogwartu, z wyjątkiem podopiecznych Slytherinu. Ale to nie wszystko...
- Co jeszcze?
- Musisz przekonać tego kogoś, najlepiej zaklęciem, by zaniósł pakunek Albusowi Dumbledore'owi, jako świąteczny prezent. I nie możesz mieć świadków, którzy widzieliby jak tę paczkę przekazujesz - wyjaśnił, wyciągając z torby brązowe zawiniątko. Kobieta rzuciła na nie wzrokiem i pokiwała głową.
- Tylko tyle?
- Tak. I, ach! Za nic w świecie nie dotknij tego co znajduje się w środku - dodał, przerażony myślą, że prawie o tym zapomniał, po czym przekazał jej paczuszkę. Rosmerta wzięła ją w dłonie i schowała do kieszeni sukni.
Draco zdziwił się, z jaką łatwością przyszło jej zgodzić się na wszystko, czego chciał. Przy tym wszystkim zachowywała się tak, jak wcześniej. Nie wyglądała na oszołomioną, otumanioną, czy zauroczoną. Była normalną Rosmertą, tą którą znali wszyscy. Blondyn podziwiał w milczeniu pozytywne aspekty zaklęcia Imperius, dopóki nie usłyszał jej głosu:
- A tymczasem, chłopcze, wynocha ale już z zaplecza. Jeszcze całego Hogwartu mi tu brakuje - powiedziała lekko zniecierpliwiona. Taaak... Nadal była normalną Rosmertą.
Ślizgon wykonał pełen wdzięku ukłon, jak przystało na dżentelmena, po czym odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem wyszedł z zaplecza, nie zwracając uwagi na to, czy ktoś go widzi czy nie.
I to był błąd.
Drzwi, które otworzył znajdowały się dokładnie naprzeciw stolika, przy którym w tym momencie siadał Harry Potter.
O, proszę, kogo my tu mamy! Zaraz będzie ciekawie.
Oczy nastolatków spotkały się. Potter patrzył na niego nieufnie i podejrzliwie, Draco zaś odwdzięczał się pełnym niechęci spojrzeniem.
Prowokowanie kłótni na środku Trzech Mioteł, zwłaszcza po tym jak wyszedł samotnie z zaplecza, na które nikt nie ma wstępu, nie było dobrym pomysłem, więc po prostu uśmiechnął się z wyraźną kpiną i opuścił pub, czując nagły przypływ zimowego powietrza.
Nie chciał być w pobliżu, kiedy cała "zabawa" miała się zacząć.
xxxxx
- Harry, usiadłbyś wreszcie. Stoisz tak od kilku minut, ducha zobaczyłeś? - zagadnął wesoło Ron, wyszukując w menu trunku, który chciałby zamówić.
Rzeczywiście, odkąd Harry zobaczył Malfoy'a wychodzącego z zaplecza Trzech Mioteł, stał ciągle w jednej pozycji, wpatrując się w ten sam punkt, jakby myślał, że znienawidzony Ślizgon zaraz tam wróci.
Jedno musiał przyznać - blondyn pojawiał się w co raz to dziwniejszych miejscach. Żeby było ciekawiej; w każdym z tych miejsc był sam, bez swoich zagorzałych ochroniarzy, czy wielbicieli.
Gryfon usiadł, zmuszając się do oderwania wzroku od drzwi.
- Na co tak patrzyłeś, Harry? - zapytała Hermiona, obserwując go uważnie.
- Ee... Nic. Tak jakoś się zagapiłem - odparł lakonicznie.
- Okej. Ron, kto po nas przyjedzie na Kings Cross?
Harry dobrze wiedział, że dziewczyna mu nie uwierzyła. Tym bardziej był wdzięczny, że zmieniła temat, zamiast nadal go wypytywać.
Jego przyjaciele byli bardzo sceptycznie nastawieni do teorii pod tytułem: "Malfoy jest Śmierciożercą, knuje coś dla Voldemorta ("Nie wymawiaj tego imienia!"), ma Mroczny Znak, jestem pewien, że jest zły". Głównie dlatego, nie chciał rozmawiać z nimi na ten temat, bo wiedział, że znów usłyszy coś w rodzaju: "Malfoy to złośliwy dupek, racja, ale nie jest Śmierciożercą, Harry". Po pewnym czasie po prostu przestał wspominać o Ślizgonie, który w tym roku, pochłaniał trzy czwarte jego myśli. Ron i Hermiona nie wiedzieli nic o ich konfrontacjach, rozmowach, kłótniach, nie mówiąc już o snach, które dręczyły Harry'ego każdej nocy. Uznaliby go za wariata, a nawet jeśli nie - Gryfon nie miał ochoty się zwierzać.
- Kolacja zaczyna się za pół godziny. Może lepiej już chodźmy - usłyszał głos Hermiony, zdając sobie sprawę z faktu, że po raz kolejny się wyłączył.
- Taaak - mruknął obojętnie.
Cała trójka wstała, zostawiając na stoliku kilka sykli za kremowe piwo, po czym opuścili gospodę.
Na zewnątrz było zimno, wiał lekki wiatr, padał śnieg. Pełno uczniów nadal robiło zakupy w najrozmaitszych sklepach, inni popijali grzany miód, a jeszcze inni obserwowali z daleka Wrzeszczącą Chatę. Wszyscy miło spędzali czas, mało kto wracał do zamku.
Idąc zaśnieżoną ścieżką, Harry, Ron i Hermiona wpadli jednak na Katie Bell i jej przyjaciółkę Leanne. Szły kilka metrów przed nimi i wyraźnie się o coś kłóciły. Harry zmarszczył brwi, widząc, że Leanne próbuje wyrwać towarzyszce jakiś mały pakunek, ownięty w brązowy papier.
- Nawet nie wiesz co to jest, Katie! Nie powinnaś tego robić.
- Och, cicho bądź. Jak zwykle się boisz.
- Bo to podejrzane!
Katie uciszyła Leanne na tyle, że brunet nie mógł już usłyszeć, o czym rozmawiają. Mimo wszystko uważał całą tę scenę za dziwną. Może po prostu był przewrażliwiony? Ostatnio jego życie opierało się na samych podejrzeniach i szpiegostwach. A to Malfoy, a to Snape, a to znowu ktoś inny. Chyba musiał z tym skończyć.
Jego rozmyślania przerwał krzyk.
Szybko podniósł głowę i został świadkiem przerażającego wydarzenia.
Leanne znieruchomiała, zatykając usta. Katie lewitowała kilka stóp nad ziemią, o wiele bledsza niż zazwyczaj. Po chwili upadła na śnieg, najwidoczniej tracąc przytomność, a koło niej leżała ta sama mała paczuszka, którą kilka minut wcześniej trzymała w dłoniach, tyle, że nie zamknięta, a otwarta. Z jej wnętrza dało się dojrzeć złoty, wysadzany wielkimi kamieniami naszyjnik.
To wszystko stało się błyskawicznie. W jednym momencie spokojnym krokiem wracali do Hogwartu, w drugim Harry podbiegł do dwóch dziewczyn patrząc to na jedną, to na drugą.
- Co to jest? - zapytał, wskazując na leżący naszyjnik. - Nie dotykaj tego, Ron! - dodał, widząc jak przyjaciel schyla się do zawiniątka. Słysząc głos Harry'ego natychmiast cofnął się do tyłu.
- N-nie wiem, c-co to jest! - pisnęła Leanne. - Mówiłam jej! Mówiłam, żeby nie otwierała, żeby oddała to! Sama nie wiedziała co jest w środku...
- Skąd to miała?
- B-byłyśmy razem w T-trzech Miotłach. Powiedziała, że idzie do toalety. J-jak wróciła, t-to już to miała! Nie powiedziała od kogo. Mruknęła tylko, żebyśmy już szły, bo musi to zanieść do szkoły...
Przez głowę Harry'ego przepłynęło milion myśli i każda z tym samym nazwiskiem.
Malfoy.
On był w Trzech Miotłach, on chował się blisko toalet i zaplecza. To na pewno jego sprawka!
- Co tu się dzieje?! - ryknął za nimi potężny męski głos.
- Hagird! Och, Hagrid! - krzyknęła Hermiona, wymijając wszystkich, żeby pokazać mu leżącą Katie i opowiedzieć co się stało. W oczach gajowego zapłonęło przerażenie. Natychmiast wziął nieprzytomną dziewczynę na ręce i szybkim krokiem ruszył w stronę zamku, wcześniej owijając starannie naszyjnik i przez rękawiczkę, wkładając go do płaszcza.
Trójka przyjaciół ruszyła za nim. Hermiona płacząc, Ron gadając od rzeczy i Harry... znów nieobecny.
xxxxx
- Możesz mi powiedzieć, Draco, coś ty dobrego narobił?! - krzyknął Blaise, bezceremonialnie wchodząc do dormitorium Malfoy'a.
Blondyn przeciągnął się, leżąc w łóżku i spojrzał na przyjaciela.
- Puka się, Blaise. Tak nakazują maniery. Ale skoro tego nie zrobiłeś, przejdź do rzeczy; o co ci chodzi?
- Piętnaście minut temu Rubeus Hagrid wniósł do szkoły półżywą Katie Bell. Oczywiście w Sali Wejściowej zebrała się imponująca liczba uczniów i nauczycieli. Od razu wzięli dziewczynę do Skrzydła Szpitalnego, ale zanim to zrobili, Hagrid wyciągnął z kieszeni coś jeszcze. Domyślasz się, co, Draco? Naszyjnik. Ładny, wysadzony kamieniami, zapakowany w brązowy papier naszyjnik - wyjaśnił, zdenerwowany. - Nie tak to miało wyglądać!
Do młodego Malfoy'a te słowa dotarły ze sporym opóźnieniem. Po kilku sekundach, można było odnieść wrażenie, że chłopak stał się jeszcze bledszy niż w rzeczywistości. Jego usta rozwarły się lekko, a oczy wybałuszyły. Wstał z łóżka, patrząc oniemiały na Zabiniego.
- C-co?
- Słyszałeś, Draco! Katie Bell padła ofiarą twojego naszyjnika!
- Ale... mówiłeś, że przyniesiono ją "półżywą".
- Hagrid mówił coś, że dotknęła go jedynie dlatego, że w jej rękawiczce była mała dziurka, na co Dumbledore odparł, że dzięki temu nadal żyje, ale to nie ma znaczenia. Ona mogła zginąć. Tylko dzięki przypadkowi to się nie stało, a i tak jej stan jest na tyle zły, że wieczorem przenoszą ją do Świętego Munga - powiedział z wyrzutem.
Przecież mówił Rosmercie, że ma nie dotykać pakunku! No tak... Powiedział to jej, nie powiedział, żeby to przekazała.
Prychnął na myśl o własnej głupocie.
Plan jednak nie okazał się taki wyśmienity, co?
- Blaise, chcę zostać sam. Możesz wyjść?
Przyjaciel nie odezwał się. Popatrzył na Dracona ze współczuciem mimo, iż nadal był rozgniewany po czym opuścił pokój, zamykając za sobą drzwi.
Draco nie mógł uwierzyć w to, co zrobił.
Niespełna godzinę temu, prawie zabił kolejną niewinną osobę.
Czemu nie pomyślał o tym, jakie to może przynieść konsekwencje? Czemu? Plan wydawał się taki idealny! Pod wpływem zaklęcia, ktoś zrobi dla niego wszystko, nie ma mowy o pomyłce! A jednak...
Jakby tego było, właśnie stracił okazję na wykonanie zadania. Czuł, że jego szanse są co raz to marniejsze. Czuł, że mu się nie uda, że nie da rady, że czeka go kara.
Roztrzęsiony zerwał się na równe nogi i wybiegł z dormitorium. Opuścił lochy, luzując krawat, bo czuł, że nie może oddychać. Idąc tak bezsensownie, zatrzymał się przy Wielkiej Sali, gdzie uczniowie patrzyli z zainteresowaniem na dyrektora. Ten rozprawiał głośno o wydarzeniu z dzisiejszego popłudnia.
- ... więc jeśli ktokolwiek wie, w jaki sposób panna Bell mogła wejść w posiadanie tak groźnego przedmiotu, proszę to natychmiast zgłosić opiekunowi swojego domu! To bardzo ważne, albowiem jestem pewien, że przekazał jej to ktoś, kto działa przeciwko nam... - Draco przełknął ślinę. Przerażony przebiegł wzrokiem po uczniach, ale nikt nie zwracał na niego uwagi.
Nikt, z wyjątkiem Pottera.
Rozpacz na twarzy blondyna była tak jawna, tak wyraźna, że nawet nie miał siły zmrużyć oczu. Wszystko odmówiło mu posłuszeństwa. Zdołał się tylko odwrócić i uciec z Wielkiej Sali, prosto do łazienki Marty.
xxxxx
Harry słuchał słów Dumbledore'a, patrząc na stół Ślizgonów. Malfoy'a przy nim nie było.
No pewnie! Gnojek prawie zabił Gryfonkę, miałby czelność się pokazywać, pomyślał, tym stwierdzeniem wywołując wilka z lasu. Z boku minęła mu blond czupryna, a gdy odwrócił wzrok, zobaczył nikogo innego tylko Draco Malfoy'a stojącego w drzwiach Wielkiej Sali.
Miał przerażenie w oczach, jego szczupłe ręce trzęsły się, usilnie próbował zachować obojętny wyraz twarzy, ale kiedy przyłapał Harry'ego na spojrzeniu odwrócił się i zwyczajnie uciekł.
Tchórz!
Tego było za wiele.
Harry zerwał z ławki, wymyślając na szybko, że idzie do toalety po czym wybiegł za Ślizgonem. Na szczęście zdołał go dojrzeć, skręcającego w jeden z korytarzy. Ruszył szybkim krokiem omijając wszystko i wszystkich, byle tylko nie stracić go z oczu.
Jasne. Poszedł do łazienki Jęczącej Marty, pomyślał.
Tym razem blondyn nie zamknął za sobą drzwi. Po prostu wpadł do środka, zrzucając szatę. Oczom Gryfona ukazała się idealnie dopasowana, biała koszula opięta na szczupłym, acz delikatnie umięśnionym torsie. Chłopak oparł się o umywalkę, oblewając twarz wodą. Jego ciałem wstrząsały miarowe dreszcze.
- Draco... Znów przyszedłeś - Harry usłyszał piskliwy głos. Bez wątpienia należał on do Marty. - Co ci się dzieje? - zapytała zmartwiona, widząc w jakim jest stanie.
Jak to co?! Prawie zabił człowieka, to się dzieje!, brunet krzyknął w myślach.
- Nie udało się, rozumiesz?! - warknął Ślizgon, dziwnie zniekształconym głosem. Czyżby płakał?
- Draco, uspokój się... - wyjęczała żałośnie Marta. - Uda się następnym razem.
- Nie będzie następnego razu!
- A jeśli ci pomogę?
- Nikt nie może mi pomóc.
- Jeśli powiesz o co chodzi, to może...
- Nie! - przerwał jej w środku zdania. - Muszę to zrobić sam. Inaczej on mnie zabije, rozumiesz? Zabije mnie...
Harry słuchał tej rozmowy i kompletnie nie rozumiał o co chodzi. Coś groziło Malfoy'owi? Kto chciał go zabić? I co musi zrobić sam? Zabić Katie Bell? Po co zabijać Katie Bell?
Gryfon poczuł się jak idiota. Jedyne fakty, jakie łączyły się w jego głowie to Malfoy-Trzy Miotły-Naszyjnik-Katie. Ale nie znał żadnych motywów, powodów, czegokolwiek, co wyjaśniałoby tę całą, chorą sytuację!
Zastanawiając się nad tym wszystkim, zrobił nieprzemyślany krok do przodu. Stuknięcie buta rozeszło się echem po całej łazience, a Ślizgon jak na rozkaz popatrzył w stronę Harry'ego. Miał w oczach łzy, teraz brunet to zauważył. Blondyn wykrzywił twarz w grymasie wściekłości, po czym wyciągnął różdżkę.
- Drętwota! - krzyknął.
- Protego! - Harry odparł atak.
- Ile razy mam ci powtarzać, Potter? Nie dociera do ciebie to, że nie potrzebuję ogona?!
- Trzeba było nie atakować Katie Bell! Petrificus Totalus!
Draco uchylił się przed zaklęciem, które trafiło w umywalkę.
- Nie masz ani jednego dowodu, że to ja! Od początku roku doszukujesz się rzeczy na temat których nie masz zielonego pojęcia! Rictumsempra!
- Ty wzbudzasz podejrzenia, ja szukam dowodów. I chociaż ich nie mam, to dobrze wiem, że to ty dałeś Katie naszyjnik. A wiesz dlaczego? Bo służysz Voldemortowi!
Zaklęcie za zaklęciem, błysk za błyskiem.
- Nie wiesz kim jestem, Potter, nic o mnie nie wiesz!
Błysk.
- Nie potrzebuję cię znać, żeby wiedzieć, jaki z ciebie gnojek!
Kolejny błysk.
- A jednak warto znać swojego wroga, nie uważasz?
Dla odmiany: błysk.
- Próbujesz powiedzieć, że ty mnie znasz? To śmieszne, Malfoy.
Na chwilę opuścili różdżki. Stali przed kilka sekund, wpatrując się w siebie, aż w końcu Draco uśmiechnął się ironicznie.
- Może. Cruc...
- Sectumsempra!
Harry zareagował błyskawicznie, wypowiadając pierwsze zaklęcie, jakie mu przyszło do głowy. Z niecierpliwością czekał co się stanie, kiedy czerwone światło uderzyło Malfoy'a prosto w pierś.
I nagle z torsu chłopaka trysnęła krew.
xxxxx
Krew spływała po jego brzuchu i nogach, tworząc na posadzce kałużę. Draco rzucił wzrokiem na swoje ciało, czując jak powoli wiotczeje i... upadł. Uderzył ciałem o twardą podłogę, leżąc w swojej własnej krwi.
Nie wypływała już tylko z torsu. Teraz przesiąkała ramiona i dłonie, tak jakby ktoś podziurawił jego ciało ostrym narzędziem.
Czuł ból.
Jednak nie był to ból nie do zniesienia.
Czuł jakby znikał, jakby zasypiał. Powoli odpływał gdzieś indziej, zapewne daleko stąd, do innego świata...
Co Potter na niego rzucił?
Blondyn popatrzył na przerażonego Gryfona, widząc jak ten upuszcza różdżkę i klęka przy jego ciele.
Śmieszne. Potter przy nim klęczy! I jeszcze mówi coś do niego...
Jeśli to jest umieranie, to chciał umierać dłużej. Właściwie nie wiedział czemu wcześniej bał się śmierci. Przecież to nic strasznego. Nie teraz.
Ból, na który zasłużył, senność i Potter, który najwyraźniej się martwi. Tak! To nie żart! Potter martwi się o niego, o Draco Malfoy'a! Albo po prostu o konsekwencje swojego czynu...
Ślizgon zakrztusił się, wypluwając kolejną dawkę krwi.
Zamknął oczy, a kiedy ponownie je otworzył widział tylko mgłę. Nie czuł nic, ani nie słyszał. Czy to wreszcie koniec?
xxxxx
Harry klęczał przy ciele Ślizgona, nie wiedząc co ma zrobić. Nigdy nie wiedział. Przeklął się w myślach, że nie słuchał Hermiony. Tyle razy mówiła, żeby nie używać zaklęć od Księcia! Gryfon spanikował, próbując zatamować krew swoją szatą.
Na marne.
Co chwilę wypływała ona z nowych miejsc, tak jakby igrała z Potterem, który usilnie próbował ratować Malfoy'a.
Marta latała we wszystkie strony, krzycząc coś, co nawet nie docierało do uszu bruneta. Był mokry od potu i krwi. Prosił, błagał, prawie płakał. Nic.
Blondyn nadal leżał nieruchomo, wykrwawiając się na śmierć. Kosmyki jego włosów opadały na wszystkie strony, wygnieciona koszula przesiąkała krwią, ukazując klatkę piersiową chłopaka.
Idealny.
Harry zbeształ się za tę myśl.
I wtedy do łazienki wpadł Severus Snape. Początkowo nie powiedział nic. Patrzył oniemiały to na Draco, to na Pottera, po czym klęknął przy swoim wychowanku, wyciągając różdżkę. Szeptał jakieś skomplikowane zaklęcie, dotykając jego ran. Harry z ulgą stwierdził, że chłopak przestaje krwawić.
Snape popatrzył na niego.
- Wynocha, Potter. Ale już!
Nie trzeba mu było tego powtarzać. Gryfon ostatni raz popatrzył na nieprzytomnego Malfoy'a, po czym wybiegł z łazienki, po drodze ściągając brudną szatę.
Biegł ile sił w nogach, chcąc być jak najdalej od tej łazienki.
Wiedział, że nie może tak tego zostawić, ale teraz musiał być daleko stamtąd.
A kiedy kilka godzin później, podsłuchał ukradkiem, że Malfoy leży w Skrzydle Szpitalnym, wiedział już co zrobi w nocy.
