Aang kierował się do parku, przechodząc przy tym przez most, po którym bardzo uwielbiał spacerować. Morska bryza, która wiała w twarz, a cudowny zapach roślin i promienie słońca od razu poprawiały humor. W oddali było widać góry i malownicze świątynie. Piękny krajobraz zapierał dech w piersiach.
Nagle przy murku Aang zauważył znajomą twarz. To była Rin. Rękoma opierała się o mur i bacznie przyglądała ptakom latającym po niebie.
- Cześć Rin - przywitał się ciepło.
Dziewczyna odwróciła głowę o stronę chłopaka.
- Hej - odpowiedziała krótko i niepewnie. Było to do niej bardzo niepodobne. Zawsze była stanowcza i poważna, lecz teraz z dorosłej kobiety, która wie czego chce zamieniła się w bezbronne dziecko przerażone rzeczywistością, której nie rozumie.
Zmarszczyła brwi i skierowała wzrok na rzekę.
- Coś się stało? - zapytał, podchodząc do niej.
Zaklinaczka powietrza zacisnęła pięści. Na jej twarz powrócił znany dobrze Aangowi grymas. Teraz dziewczyna była jak bomba i nie wiadomo, w której chwili mogła wybuchnąć.
- Tak! I ty bardzo dobrze wiesz co! - warknęła, mocno chwytając za szatę mnicha - Myślałam, że jesteś inny, alejesteś taki sam jak wszyscy faceci! Ładny i nieszczery! Bawisz się czyimiś uczuciami, rozkochujesz w sobie, a potem wyrzucasz jak starą, niepotrzebną zabawkę!
- Rin, to nie prawda. To nie tak - bronił się, ale wiedział, że tak właśnie było. Rin brutalnie to wyciągnęła i przemówiła mu do słuchu. Wstydził się za siebie.
- Jak możesz wszystkiemu zaprzeczać!? Widziałam was. Wiem co się wydarzyło! - prychnęła.
- Podsłuchiwałaś nas!? Jak możesz!? - zapytał, łapiąc dziewczynę za nadgarstki.
Spojrzał w jej oczy. Piękne srebrne oczy. Były pełne nienawiści i cierpienia, jednak Aang dostrzegł w nich nutkę miłości i szklące się łzy.
Powoli zaczął się do niej zbliżać. Ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów.
Pocałował ją. Dobrze wiedział, że dziewczyna zaraz go odepchnie. Tak się jednak nie stało. Rin odwzajemniła pocałunek. Ręce zarzuciła mu na szyję, on zaś złapał ją w tali. Trwali tak złączeni dobrych kilka sekund, gdy w końcu się od siebie oderwali, oddychali ciężko, z trudem łapiąc oddech.
- Nie mogłeś tak od razu? - zaśmiała się Rin, wtulając głowę w szatę mnicha.
- Chyba nie - wyszeptał jej do ucha.
***
Naburmuszona Toph szła z zaciśniętymi pięściami. Sanji bał się do nie odezwać, a tym bardziej spojrzeć jej w oczy. Nie chciał bowiem zobaczyć błyskawic wydzierających się z jej niewidomych oczu. Przez całą drogę milczał, co było do niego niepodobne, gdyż zazwyczaj obsypywał ją komplementami i zalotami.
Czarnowłosa zatrzymała się w pół kroku. Sanji o mało na nią nie wpadł. Szybko obróciła się w stronę blondyna.
- Gdzie Zoro!? - spytała przerażona. Dopiero teraz zauważyła zniknięcie przyjaciela.
- Gdy zemdlałaś, Zoro kazał mi zanieść cię w bezpieczne miejsce. Sam stawił się generałowi i strażnikom - odpowiedział niepewnie. Wiedział, że niewidoma się zdenerwuje, dlatego szybko odwrócił twarz na bok - Pewnie go aresztowali. Mieli przewagę liczebną. Zoro jest zdolnym magiem, ale sam nie dałby rady. Przykro mi, Toph - rzekł, powstrzymując się od płaczu.
Zaklinaczka ziemi zaczęła oddychać ciężko. Zacisnęła pięści, wywołując przy tym lekkie drżenie ziemi. Obróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.
- Toph, co chcesz zrobić? - zdziwił się blondyn, widząc oddalającą się przyjaciółkę.
- Idę wyciągnąć Zoro z kicia, a na co to wygląda - prychnęła.
- Oszalałaś!? - złapał się za głowę.
- Nie! To ty oszalałeś, zostawiając przyjaciela w potrzebie! Powinniśmy sobie pomagać. Wspierać się nawzajem. Cieszyć się razem i płakać razem. W smutku i w chorobie. Zawsze razem. Tak jak powinno być. Przecież "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie" - co zdanie ściszała głos i ton jakim mówiła. Potwornie się tego wstydziła. Chciała, żeby uważano ją za twardą i dzielną, a nie za bezbronną i delikatną "Panienkę Bei Fong" - Więc jeśli zasługujesz na miano przyjaciela to ruszaj swój tyłek i pomóż mi!
Sanji uśmiechnął się szeroko. Zakasał rękawy swojej zielonej szaty i ruszył za niewidomą, obsypując ją komplementami i dostojnymi przezwiskami jakie tylko znał.
Szli wedle bardzo trafnych wskazówek Toph. Kierowali się prosto do więzienia Ba Sing Se.
- Mam nadzieję, że nie przejęli go Dai Li - martwiła się Toph.
- Dai Li? Co to? - zapytał Sanji.
- Tajne służby Króla Ziemi. Kiedyś razem z - zatrzymała się. Czy miała prawo nadal nazywać ich swoimi przyjaciółmi? Po tym jak ich zostawiła i odeszła bez słowa? - Zresztą nieważne. Są bardzo zdolnymi magami ziemi. Nie lekceważ ich - ostrzegła.
- Ma się rozumieć, ma pani - przytaknął i puścił oczko do dziewczyny. Dopiero po chwili zorientował się, że tego nie zauważyła. Była przecież niewidoma.
- Czekaj! - rozkazała, zatrzymując się niespodziewanie. Uklękła - Wyczuwam tu jego wibracje. I to bardzo mocno. Jest w podziemiach!
- Co? Pod ziemią! Zwariowali do reszty!?
- Zamknij się i pomóż mi zrobić przejście! - warknęła i dzięki swojemu zaklinaniu ziemi razem z blondynem utworzyła wielką dziurę. Szybko do niej wskoczyli. Od razu przywędrowały do nich kłopoty, gdyż otoczyli ich agenci Da Li.
- Zatrzymajcie się. Mamy przewagę liczebną. Jesteście aresztowani! - krzyknął jeden.
- Skuć ich! - nakazał drugi.
- Toph - szepnął Sanji - Ja się nimi zajmę. Ty leć po Zoro.
- Dobrze. Uważaj na siebie - powiedziała, po czym dzięki magii ziemi utorowała sobie przejście przez agentów, a Sanji zaczął obrzucać ich głazami.
Niewidoma biegła tak szybko jak umiała. Jej stopy były już zalane krwią, od ciągłego stawania na wyostrzone kamienie i nierówne metalowe pręty. Jednak nie obchodziło ją to. Dopóki mogła poczuć wibracje przyjaciela to, że jest ranna nie miało dla niej znaczenia.
Znane wibracje zaczęły się coraz bardziej nasilać. Zrobiła ostry zakręt. Mało co się nie przewróciła. Stanęła na przeciw metalowych drzwi. Szybko je wyważyła.
- Toph? - wyszeptały odzwyczajone od mówienia usta.
Dziewczyna odetchnęła z ulgą słysząc znajomy głos. Z jej oczu lały się ciurkiem łzy. Cała zapłakana rzuciła się w ramiona przyjaciela.
Zoro odwzajemnił uścisk. Zatopiony w cudowny zapach jej włosów, odpłynął od rzeczywistości.
- Tak się bałam! - powiedziała niewidoma, dławiąc się łzami.
Chłopak z czułością dotknął jej białych policzków i otarł łzy które po nich leciały. Na początku się zawahał, ale później delikatnie ucałował czoło Toph. Ta zaś odwdzięczyła mu się, całując go w nos. Uśmiechnęli się do siebie. Oboje wstali.
- A ja się bałem, że już nigdy nie zobaczę twoich pięknych ust, twoich pięknych oczu - wyszeptał jej do ucha. Po czym upadł na kolana i chwycił ją za rękę - Bałem się, że już nigdy cię nie zobaczę, Toph!
Toph zarumieniłam się. Mimo iż bardzo nie chciała, było to widać. Po chwili wahania dała upust emocjom. Słowa same z niej wyszły.
- Kocham cię, Zoro! Kocham cię od tak dawna! Próbowałam, ale nie mogę dłużej walczyć z tym uczuciem! Po prostu nie potrafię! - wykrzyczała, po czym rzuciła się w ramiona ukochanego. Zarzuciła mu ręce na szyję, całując go namiętnie. Zoro przez chwilę klęczał z otwartymi oczami, lecz potem zamknął je i objął dziewczynę w tali.
Oboje wiedzieli, że tak musiało być. Byli parą na zawsze i przez całe życie.
