Po pierwsze, chciałabym zaprosić na chomika, do zakładki "konkurs na opowiadanie". Wśród dodanych tekstów, zawisł i mój "Kim jestem" - wdzieczna byłabym za przeczytanie i zagłosowanie ;)

Zapraszam, tekst z działu fantasy, mam nadzieję, że trzyma w napięciu

Proszę o wejście na chomiku w czerwony baner - to konkurs na opowiadanie, tam w zobacz i oceń zgłoszenia, jest mój tekst Kim jestem - będę wdzięczna za odnalezienie go i kliknięcie na łapkę ;) Będę wdzięczna za wszystkie głosy na tak.

x x x x

Rozdział 6 - Czy kłopoty mogą być przeznaczeniem?

Kłopoty zawsze wiedzą,

jak cię dotknąć wstrętną

niespodzianką.

Jonathan Carroll —

Kości księżyca

Posiadłość Voldemorta? Nie… Nie wierzę w to! Jak ze wszystkich miejsc mogłem trafić akurat do domu tego cholernego potwora?! Czy ja naprawdę myślałem o ucieczce? Przecież z takiego bagna nie da się uciec! Co ja właściwie mam teraz począć? Zanim cokolwiek zdołam zrobić, będę najzwyczajniej w świecie martwy!

Czy nie mogę po prostu obudzić się, zanim do tego dojdzie?

Wspierając się na rękach, spuścił głowę, zupełnie nie interesując się już tym, że nie jest w pomieszczeniu sam. Czuł się całkowicie bezradny, zupełnie tak jak wtedy, w tamtej chacie, gdy po raz pierwszy zobaczył prawdziwego Harry'ego Potter'a. Zastanawiał się, czy kłopoty są jakimś jego cholernym przeznaczeniem?

To jakieś fatum? Najpierw przez tyle czasu musiałem siedzieć u Dursley'ów i znosić to, że traktowali mnie jak skrzata, chociaż nawet nie są moją rodziną… potem okazało się, że dla Syriusza, którego traktowałem jak ojca, od samego początku, nie byłem niczym więcej, niż zwykłą zabawką!

W ciągu jednego wieczory dowiedziałem się, że całe moje dotychczasowe życie było jedynie kłamstwem… że Dumbledore interesował się mną tylko dlatego, że byłem mu potrzebny. Nigdy tak naprawdę nie miał wobec mnie żadnych cieplejszych uczuć. Zawsze byłem jedynie jednym z jego pionków, którego należy się pozbyć, gdy wymaga tego sytuacja...

A teraz, gdy marzyłem jedynie o tym, żeby wydostać się z tego cholernego piekła, trafiłem w jeszcze gorsze bagno!

Nie chcę… nie zniosę już więcej.

- Wstań.

Gdy Lucjusz położył mu dłoń na ramieniu, zmuszając go do podniesienia się, posłusznie spełnił polecenie, wciąż oszołomiony tym wszystkim.

- Ty rzeczywiście nie wiedziałeś, gdzie jesteś.

Kolejne słowa starszego Malfoy'a sprawiły, że przytaknął mu, wreszcie odzyskując nad sobą jako takie panowanie. Chociaż wciąż przerażenie powodowało bolesny uścisk w płucach, z ulgą przyjmował to, że przynajmniej udało mu się powstrzymać zdradzieckie łzy, skrzące się pod powiekami.

- Ale skoro tak było, to może powiesz mi, jakim sposobem znalazłeś się w ogrodzie przylegającym akurat do tej posiadłości?

Tym razem także nie powiedział słowa, ale nie dlatego, że nie chciał. Nie wiedział, co miałby odpowiedzieć.

Co zrobiłem by się tutaj włamać? W jaki sposób przedostałem się do tego ogrodu? Ja nawet żadnego ogrodu sobie nie przypominam! Odkąd uciekłem z tamtej zapuszczonej chaty wszędzie były tylko te przeklęte kamienie! Ja… nawet jakby mnie torturowali nie umiałbym wyjaśnić, co takiego się właściwie wydarzyło.

- Milczysz? A zresztą nie musisz ze mną rozmawiać. Za kilka minut rozpocznie się kolacja. Jestem pewien, że Czarny Pan i tak będzie chciał usłyszeć wyjaśnienie bezpośrednio z twoich ust. Chodźmy.

Zadrżał, gdy Lucjusz pchnąwszy go lekko do przodu, skierował się w stronę wyjścia. Widząc jak otwiera drzwi i ręką wskazuje mu by szedł przodem, miał ochotę schować się gdzieś, zamiast tego jednak, powłócząc noga za nogą, powoli wyszedł na korytarz.

Tyle razy wymykałem się śmierci, że to aż nienormalne, ale tym razem z pewnością nie mam na to najmniejszych szans. Mogę jedynie liczyć na to, że nie zechcą mnie zbyt długo torturować i zagwarantują mi szybką śmierć...

Powoli ruszając przed siebie mimowolnie wodził wzrokiem po ścianach obwieszonych ciężkimi gobelinami, zdającymi się ożywać w padających ze złotych kandelabrów świetle. Ciekawiło go jak taki dom znalazł się w rękach kogoś pokroju Voldemort'a.

Wygląda na jakąś rezydencję starego rodu czarodziei, ale przecież Riddle nie jest czystej krwi! Czy zabił kogoś by móc tu zamieszkać? A może to dom jednego z jego sługusów i Voldemort po prostu sobie go przywłaszczył? Zresztą to by mnie wcale nie zaskoczyło, ktoś taki jak Riddle jest zdolny do wszystkiego.

- Pospiesz się, i tak jestem już spóźniony z twojego powodu.

Spoglądając, na idącego teraz tuż obok niego Malfoy'a, rozumiał jego zdenerwowanie. Wystarczająco wiele razy oglądał w snach tortury szlam, mugoli i śmierciożerców. Tak, dobrze wiedział, że Voldemort traktuje swoje sługi niemal tak jak wrogów.

Wszystko jest w porządku do czasu, gdy spełniają polecenia Voldemorta, ale jak któryś zrobi coś nie po jego myśli to…

- To tutaj.

Momentalnie odsuwając rozmyślania na bok, zadrżał nerwowo przełykając ślinę, gdy Lucjusz zatrzymał się przed dwuskrzydłowymi drzwiami.

Wyglądają zupełnie jak te od Wielkiej Sali w Hogwarcie, tylko… są dużo mniejsze… jakby ktoś starał się odtworzyć te z zamku.

- Chodź.

Gdy drzwi otworzyły się z cichym zgrzytem, mimowolnie cofnął się o kilka kroków, czując jak ze zdenerwowania całe jego ciao ogarnia chłód. Stawał już przed Voldemortem wiele razy, ale nigdy nie bał się tak jak w tej chwili.

Po raz pierwszy jestem całkowicie bezbronny. Nie tylko nie mam różdżki, ale i nikogo kto by stanął po mojej stronie.

Jestem pewien, że zastanę tam całą przeklętą bandę śmierciożerców. Z pewnością wystarczy że wykonam, jeden nieodpowiedni ruch i padnę martwy, zanim zdołam się chociażby odezwać… Zresztą, o czym ja w ogóle myślę, oni zapewne i tak mnie zabiją i nie będą miały dla nich znaczenia, jakiekolwiek moje tłumaczenia... Przecież Malfoy dopiero co wspomniał, że się tutaj włamałem! Zapewne jestem do odstrzału w trybie natychmiastowym! Tylko...

Ja wcale nie chcę umierać.

Pchnięty niespodziewanie do przodu, zachwiał się, ale nic nie mówiąc, ruszył wreszcie przed siebie. Przechodząc przez próg pomieszczenia, musiał zmrużyć oczy, gdy uderzyło w niego jaskrawe światło padające z umieszczonych pod sufitem kul. Kierując na nie załzawiony wzrok, zaciekawiony przyglądał się jak zmieniają barwę z żółtawej w śnieżnobiałą, a potem znów wracają do poprzedniego koloru.

Nigdy nie widziałem takiego oświetlenia… W Hogwarcie zawsze były świece, ale to… wydaje się dużo lepsze…

- Czy to on?

Odrywając wzrok od migoczącego sufitu, Harry spojrzał w stronę osoby, która się odezwała i omal nie usiadł.

To jest Voldemort? Ale w jaki sposób… jak to w ogóle możliwe! Przecież on wygląda prawie tak samo, jak to wspomnienie z dziennika, które widziałem kiedyś w komnacie tajemnic! Na pewno jest kilka lat starszy, jednak…w niczym nie przypomina tego potwora którego spotkałem na tym paskudnym cmentarzu w czasie trzeciego zadania turnieju… tylko jego oczy są nadal takie jak wtedy… z jednej strony zimne, ale zarazem ogniście czerwone…

- Tak Panie, to jest właśnie ten chłopiec którego znalazłem wczorajszego wieczoru we wschodniej części ogrodu.

Wczorajszego wieczoru? Czyli przespałem całą noc? Dziwne, że mi w ogóle na to pozwolili.

- Czy się wytłumaczył, Lucjuszu?

- Nie Panie, ale z jego zachowania wywnioskowałem, że on nie wie, w jaki sposób przełamał barierę.

- Wywnioskowałeś Lucjuszu?

Przysłuchując się tej wymianie zdań, po raz pierwszy nie miał nic przeciwko temu, że ktoś mówi o nim tak jakby nie słyszał rozmowy i nie mógł odpowiadać sam. Napięcie, które bez trudu mógł wyczuć w powietrzu sprawiało, że nie miał najmniejszej ochoty na to, żeby uwaga Voldemorta skierowała się bezpośrednio na niego.

Im później to nastąpi tym lepiej, zresztą ja nadal nie mam pojęcia co mam mu właściwie powiedzieć? Osobie takiej jak on się nie kłamie, ale jak wyznam całą prawdę to w odpowiedzi mogę dostać jedynie avadę!

Ja naprawdę nie chcę jeszcze umierać.

- Tak panie, ja…

- Nie sądzisz, że jakimkolwiek przypadku wdarcia na teren tak strzeżonej posiadłości, od wyciągania wniosków nie powinien być jeden z moich śmierciożerców, lecz ja? Czyż nie mam racji, Lucjuszu?

Jad był dla Harry'ego tak wyraźnie wyczuwalny w słowach Riddle'a, że nim właściwie zastanowił się nad tym co robi, zacisnął powieki. Intuicja tym razem go nie zawiodła i ledwie kilka sekund później, panującą w pomieszczeniu ciszę przerwało zaklęcie.

- Crucio.

Gdy krzyk Malfoy'a rozniósł się po sali, echem odbijając od ścian, poczuł się porażony intensywnością dźwięku. Musiał osłonić rękoma uszy, by przynajmniej w niewielkim stopniu zmniejszyć spowodowany przez niego ból.

Co się dzieje? Dlaczego to jest tak głośne? Niech on wreszcie przestanie! Niech to się skończy!

To boli...

Na ślepo cofając się do tyłu, potknął się o coś i upadł. Mocniej ukrywając twarz w rękach, pragnął jedynie zniknąć z tego miejsca. Jeszcze nigdy żaden wrzask nie przeszywał jego uszu, tak jak ten. Nie był w stanie pozbierać myśli, chciał tylko by to się skończyło.

Kiedy wreszcie po blisko minucie zapadła cisza, wciąż siedział na podłodze, bezskutecznie usiłując zapanować nad urywanym oddechem. W dalszym ciągu dźwięczało mu w uszach i nie zorientował się, że ktoś przed nim stoi do momentu, gdy został schwycony pod ramię i pociągnięty do góry.

Stając chwiejnie na nogach, wytarł rękawem mokrą od łez twarz i przeniósł wzrok na wciąż trzymającą go osobę. Gdy jego oczy spotkały się z czarnymi tęczówkami nieznanego mu mężczyzny, szarpnął się, chcąc wyswobodzić z uścisku, jednak ten jedynie mocniej zacisnął dłoń na jego ręce.

- Spokojnie koteczku, nie wyrywaj się.

Harry wzdrygnął się na określenie „koteczek", lecz nim ponownie spróbował się wyrwać, usłyszał:

- Przyprowadź go tu Waldenie.

Zmuszony do ruszenia wzdłuż stojącego pośrodku pomieszczenia stołu, czuł na sobie spojrzenia wszystkich zasiadających przy nim śmierciożerców, sam zresztą tak naprawdę dopiero w tym momencie zaczął im się przyglądać. Wcześniej nie dostrzegał nikogo poza Voldemortem.

Jak właściwie mogłem o nich zapomnieć? Przez moment miałem wrażenie, że nie ma tu nikogo oprócz Malfoy'a i Voldemorta, a przecież jest tu chyba z dwadzieścia osób! Jak przez tyle czasu mogłem nawet na nich nie spojrzeć?

Obserwując twarze mijanych osób, nie zdziwił się dostrzegając pomiędzy nimi Narcyzę Malfoy, Belatrix Lestrange. Podobnie Avery czy Dołohow również nie byli dla niego żadnym zaskoczeniem, ale... poza nimi widział wiele całokowicie obcych twarzy.

Czy to ktoś nowy? Dopiero przyłączyli się do Voldemorta? Ale gdyby tak było, jestem pewien, że nie siedzieliby z nim przy kolacji! Przecież wielu znanych mi osób nie ma tutaj… brakuje Crabe'a, Goyle'a, Glizdogona…

Kim więc oni są?

- Witam w moich skromnych progach chłopcze. Liczę, że masz mi dużo do opowiedzenia. Waldenie wracaj na swoje miejsce.

Uwolniony z uścisku w napięciu patrzył jak mężczyzna odchodzi zajmując jedno z dwóch wolnych miejsc, a potem, biorąc uspokajający oddech, odwrócił się do Voldemorta i zamarł, wpatrzony wprost w jego czerwone oczy.

x x x x

Niestety link nie chce wejść. Jeśli ktoś jest zainteresowany wyglądem koteczka, niech wpisze w google - chomikuj Aislinka, na głównej stronie dodałam obrazek.

x x x x

Koniec Rozdziału 6