ROZDZIAŁ VII - CIEŃ GAUNA
Przenikliwe zimno przywitało moje zmysły i ciało okryte jakimiś łachmanami. Moja głowa... Moja biedna głowa! Co się stało? Co ja tu robię? Nie mogłem sobie niczego przypomnieć. Zauważyłem, że dłonie pętają kajdany, a ja sam wiszę przykuty do ściany. To chyba loch. Kamienne płyty tworzyły niewielką klatkę, z której na świat prowadziło kratowane okno. Było tu bardzo ciemno i wilgotno. Przez moją głowę przesuwały się różne myśli, które próbowałem powiązać w całość. Skoncentrowałem się najlepiej jak umiałem. Zdawało mi się, że zza ściany dochodzi coraz ostrzejsze bicie dzwonów zwiastujące poranek... I skrzypiący dźwięk nieuniknionego przeznaczenia...
Rychło otworzyły się drzwi, a w progu stanęła Maaetris. Nic nie mówiąc, uwolniła mnie z łańcuchów, a potem w szarpiącym uścisku wyniosła na górę. Tam ujrzałem liczne klatki, których kraty rozsadzały stłoczone ciała Magranitów. Pożerali niemal swym wzrokiem pilnujących ich strażników. Nagle otworzono drzwi jednej z klatek i wyciągnięto paru ludzi. Spostrzegłem wtedy twarz Loeuny, na której widok zalała mnie fala wspomnień. Ołtarz z adry... Kokony... Pajęczak... Korona... I gniew... Tak potworny... Tak silny... Że mógłby zmieść ten budynek z powierzchni ziemi. Chłodne powietrze szybko przywróciło mnie do rzeczywistości, kiedy wyszedłem stamtąd. Na dworze panował mrok, gdzie niegdzie leżała ledwo dostrzegalna śnieżna pokrywa, przez którą przebijały się błyski pałacu. Pędzono nas dokądś w zawrotnym tempie. Gdy dotarliśmy za bramę zamku, przede mną wyrósł kotłujący się tłum. Hałaśliwa tłuszcza gromadziła się wokoło pokaźnego podestu. Na nim stało paru katów ubranych na czerwono, a za nimi paliły się rozgrzane paleniska. Na przeciwko wyrastały liczne pale. Wnet po moich plecach przeleciała chmara dreszczy. To przecież egzekucja! Oni chcą mnie stracić! Ale dlaczego? Co ja takiego zrobiłem?! Zaraz potem usłyszałem głos arcykapłanów z Porannej Rady rządzącej regencją. W dłoniach trzymali koronę św. Waidwena. Zastygłem w bezruchu... Do moich uszu dotarł ryk tłumu wtórujący jej odzyskaniu. Próbowałem zachować spokój, ale im dłużej to wszystko trwało, tym bardziej robiło mi się nieprzyjemnie. Nagle w mój umysł wbiła się długa lista zbrodni i grzechów, jakie popełniłem, w tym świętokradztwo, zdrada, spiskowanie i bluźnierstwo wygłaszanych przez arcykapłanów. A potem zabrzmiały te trzy okropne słowa... Serce zamarło w mej piersi, nogi się pode mną ugięły, a znamiona na skórze zaczęły boleć i szczypać jakby weszły w nie zadry. Osunąłem się na podest... Niemalże czułem na swojej krtani grube stryczki... Chwyciłem się za szyję. Powietrza! Powietrza! Kaci lotem błyskawicy podnieśli zlane potem ciało. Unieruchomili mnie, zmuszając do patrzenia się w tłum. W jednej chwili zorientowałem się, że jestem zupełnie nagi! Na ten widok wściekła masa rzucała w moją stronę najgorszymi wyzwiskami i wulgarnymi komentarzami. Niemalże czułem spojrzenia kobiet oraz mężczyzn macających mnie po znamionach i gołej skórze. Pozbawiające resztek godności, drwiące z mej fizyczności. Wbiłem załzawione oczy w ziemię...
Ale koszmar dopiero się zaczynał. W chwili gdy zabrano mnie sprzed oczu tłumu i przywiązano do pala. Serce waliło mi młotem, oddychałem szybko i nerwowo... Kątem oka dostrzegłem, że Magranici nie zostali potraktowani lepiej ode mnie. Również odarto ich z ubrań i przywiązano do pali. Loeuna utknęła myślami gdzieś poza tym, co się działo. Lecz została brutalnie sprowadzona do rzeczywistości, gdy jeden z katów złapał ją za włosy. Trzymał w ręku naostrzoną brzytwę i nóż. Loeuna szarpała się, ale kat był silniejszy. Zaczął obcinać kapłance włosy, podobnie jak pozostałym. Poza jednym, który stał przy gorejącym palenisku z jakimś narzędziem... Loeunę golono bardzo szybko i niedokładnie. W jednej sekundzie płakała zupełnie jak małe dziecko. Spojrzała się w moją stronę... Udałem, że jej nie widzę. Dostała za swoje! W tym samym momencie kat przy palenisku odwrócił się. Moją uwagę przykuł płonący wielki bicz zakończony głowami sierpów symbolizującymi Gauna. Przełknąłem ślinę, zacząłem dygotać na całym ciele z każdym zbliżającym się krokiem kata. Bicz był coraz bliżej, bliżej i bliżej... Drapałem pal w ogromnym napięciu, chcąc wyrwać się i uciec. Obśliniłem go jedynie ustami i jęczałem coraz głośniej. Nagle ciepło rozcięło mi plecy, a sierpy przebiły się głęboko pod kręgosłup! Moje piersi pękały z bólu, wyłem niczym zarzynane zwierzę, kiedy bicz wbijał się coraz głębiej! Cała skóra odchodziła płatami, wypalana przez żarłoczne sierpy! Bogowie... Miejcie litość! To nie jest kara, to tortury! Główki z trudem odrywały coraz to nowsze fragmenty ciała, klinując się w mięśniach. Chciało mi się wymiotować... Obraz rozmazał mi się przed oczyma. Mdlałem...
Wnet przez moją głowę przeleciał niewyraźny krzyk zaprzestania chłosty. Odetchnąłem, prawie kładąc się na podłogę. Kręciło mi się w głowie, oczy płonęły od łez, a w nozdrzach tkwił ostry smak krwi. Niespodziewanie ktoś przeciął więzy i wziął mnie na plecy. Kwiliłem z bólu na całe gardło, czując jak z mojego grzbietu ścieka wygotowane mięso... Wnet coś rwało mnie w plecach, a na szyi wylądowało coś bardzo grubego. To przecież stryczek... Kaci podtrzymywali mnie przy szubienicy, bo nie mogłem stać. Przez porażający ból nie rozróżniałem już słów najwyższego kapłana, bełkoczącego coś do tłumu. Kątem oka dostrzegłem, że Magranici i Loeuna znajdowali się tuż obok mnie, mieliśmy zostać powieszeni razem. Tymczasem krwista łuna wylała się na dachy miasta. Świtało... Gdzieś tam na horyzoncie światło wydobyło skryty w mroku ogród świątyni. Jego złote kontury migotały niczym promienie słońca na spokojnych wodach Palowego Jeziora. Te rośliny... Już nigdy ich nie dotknę... Nigdy nie wrócę do domu... Ale to przecież nowy dzień... Początek życia... Który zawsze witają ptaki swym radosnym śpiewem. Dziś jednak nie śpiewały. Skupiłem się na coraz wyrazistej poświacie. Zmrużyłem oczy, bo przede mną rozpostarła się ściana płomieni. Przed potężną, wschodzącą tarczą Eothasa sunęły trzy gwiazdy zaranne. W jednej sekundzie ogarnęło mnie kojące ciepło, które uśmierzyło pulsujący ból i strach. Potem coś chwyciło mnie za szyję... Jedna z gwiazd zniżyła się ku mnie i wyniosła na swym grzbiecie gdzieś daleko. Poza Całun. Zrobiło mi się błogo i beztrosko, czułem się wręcz jak dziecko wtulone w puchową poduszkę. Niespodziewanie gwiazda poczęła się kurczyć, aż w końcu znikła! W mojej głowie zapanował zamęt. Czułem, że spadam, a prędkość wyrywa mi wszystkie żyły. Coraz głębiej i głębiej w otchłań niczym w paszczę głodnego potwora...
Maaetris siedziała zatopiona w myślach. Mimo że minęło sporo czasu od egzekucji, elfka ciągle ją wspominała. W pewnym sensie zazdrościła Lugiccio, któremu pozwolono nie uczestniczyć w egzekucji, choć i tak podupadł na zdrowiu. Snuł się jedynie trzęsącym krokiem po korytarzach jak cień. Ani razu jednak nie wszedł do komnaty, w której codziennie przebywała Maaetris przy moim ciele. W końcu się przebudziłem. Leżałem na brzuchu owinięty bandażami od łopatek do ud, przykryty grubą warstwą pościeli. Coraz bardziej wyrazisty ból na grzbiecie uświadamiał mi, że nie odszedłem do cyklu. Co się stało?! Czułem się, jakbym spędził miesiące na pustyni, chciało mi się pić. Próbowałem się podnieść, lecz szybko opadłem z sił. Wnet coś się poruszyło wokół mojego łóżka. Znajoma twarz przemknęła przed moimi ledwo rozwartymi oczyma. Jęknąłem żałośnie.
- Gdzie ja jestem...? Czuję się okropnie...
- Spokojnie, nie ruszaj się - zabrzmiał jakiś głos - jesteś w domu. Najwyraźniej śmierć nie była ci przeznaczona, jak sądzili inni...
- Nie rozumiem... - próbowałem poskładać myśli.
- Kiedy wzeszło słońce, niespodziewanie pękła lina na twojej szyi... Wpadłeś pod szubienicę, na wpół uduszony. Ludzie uznali to za znak od Eothasa... Znak darowania ci życia. Choć nie każdemu to się spodobało...- Czy oni zwariowali?! Mam uwierzyć w coś takiego? To jakiś absurd!
- Co teraz ze mną będzie? - zapytałem zmartwiony, omijając temat mojego "cudownego" ocalenia.
- Musisz najpierw wyzdrowieć. Zgodnie z wolą Eothasa arcykapłani pozwolą ci żyć, jednak nie sądzę, abyś mógł czuć się bezkarny.
- Pewnie, przecież przyszłaś tu się nade mną pastwić! - Elfka o dwubarwnych oczach wydawała się być zaskoczona moimi słowami. Maaetris milczała, patrząc się jedynie na moje okaleczone ciało. Pozostała niewzruszona i wręcz zimna.
- Wynoś się! - wrzasnąłem, agresywnie drapiąc poduszkę.
- Nie jestem tu z przymusu - powiedziała ostro Maaetris - powinieneś okazać trochę szacunku po tym, co się stało. - Jej twarz nie była rozgniewana, ale pełna smutku i troski.
- Nie potrzebuję twojej fałszywej łaski! - zabrzmiałem z goryczą - ani twojej ani całego Readceras! - Maaetris zwiesiła głowę. Z jej ust padła ciężka odpowiedź:
- Wiem, co przeżywasz... Rozumiem cię bardziej niż myślisz.
- Gówno prawda! - darłem się na nią - po tym wszystkim, co mi zrobiliście, mam stać się taki, jakbyście chcieli?! Niedoczekanie!
- Pozwól sobie pomóc.
- Idź stąd! To twoja wina! - Mój głos zamilkł pod wpływem płaczu... Ból w plecach nasilał się. Cierpiałem... Maaetris wyciągnęła rękę.
- Proszę jedynie, abyś mnie wysłuchał. Opiekuję się tobą dobrowolnie. Cały zakon przeklina twoje imię, zawiodłeś nas, ale ja cię nie przekreślam.
- Niczego nie zrozumiesz... - lamentowałem - nie jesteś nawet Boską, aby odczuć kroplę tego, co przeżywam! Zostaw mnie!
- Jesteś w błędzie - powiedziała Maaetris. Wyszczerzyłem oczy w zdumieniu. Maaetris Boską?! Czy to jakiś paskudny żart z jej strony? Zaśmiałem się.
- Nie masz żadnych łusek, ani znamion, ani rogów, czegokolwiek!
- To... skomplikowane.
- Bezskrzydła - przypomniało mi się - czy witrak wiedział...?
- Tak. Urodziłam się w rodzinie rybaków jako Boska ptaków z woli Hylei, pani nieba i ptactwa. Miałam piękne pióra na całym ciele i... majestatyczne skrzydła, wyrastające z rąk, choć nie potrafiłam latać.
- Gdzie je masz? - Maaetris spochmurniała jeszcze bardziej na moje pytanie. Zdjęła swoje złote karwasze z przedramion, które zawsze nosiła. Moje oczy pokaleczyły ohydne, zygzakowate blizny na długość od nadgarstków aż po ramiona. Szpeciły jej ręce, właściwie to wyglądały jakby były zszyte. Przeraziło mnie, co mogło spowodować tak okropne rany.
- To jedyne, co zostało z mojego dziedzictwa - powiedziała ponuro Maaetris.
- Ja... nie wiedziałem. Co ci się stało? - Maaetris milczała, jej dwubarwne oczy pogrążyły się we wspomnieniach. Elfka odwróciła na chwilę głowę. Potem zabrzmiał jej łamiący się głos.
- Straciłam skrzydła. Przez kogoś, komu poświęciłam całe swe życie... Cały zakon... - Oniemiałem. Ona nie mówiła poważnie!
- Co?! To Waidwen?!
- Przez swoją głupotę zapłaciłam cenę znacznie większą niż się spodziewałam.
- Kim ty właściwie jesteś? - szepnąłem zaintrygowany. Maaetris spojrzała na mnie przygnębiająco. Z jej duszy bił smutek stłamszony przez upływ czasu. Coraz bardziej wyraźniejszy, wdzierający się do mego umysłu.
- Kobietą, która wypadła mu z łask dawno temu. Ja... byłam służącą św. Waidwena. Jedną spośród wielu. Zanim się to stało, podpadłam władzy aedyrskiej, zwiększając nielegalnie dochód kolonii w celu ograniczenia klęski głodu. Sprzedawałam Republikom Vailiańskim towary z czarnego rynku. Gubernator, zepsuty do szpiku kości Aedyrczyk, wykrył mój "brudny interes" i wtrącił wszystkich jego uczestników do lochu, oskarżając nas o zdradę Imperium Aedyrskiego. Ale nie na długo, ponieważ do stolicy zmierzał Waidwen z buntownikami na czele. Po obaleniu gubernatora wypuścił wszystkich więźniów na wolność. Za naszą odwagę zostaliśmy uczynieni jego służbą. Było nas około dwudziestu, kobiet i mężczyzn. Wybrano mnie oraz jedną kobietę i mężczyznę na wzór trzech gwiazd zarannych. Nasza trójka miała dostęp do prywatnych komnat Waidwena, podczas gdy pozostali zajmowali się głównie pałacem, kuchnią, ogrodem, itd. Zamek wypiękniał dzięki ich pracowitym rękom. Na początku zachłysnęliśmy się luksusem zostawionym przez gubernatora. Z czasem zaczęłam się... wybijać ponad innych, co zauważył Waidwen i wcale mu to nie przeszkadzało, w końcu Eothas i Hylea są sobie bliscy jako bogowie. Co więcej, zdawał się aprobować tę sytuację, co tylko wzbudzało potężną zazdrość u moich współbraci. Przez to układ sił wewnątrz naszej trójki począł się zmieniać.
- Nie ma nic gorszego od zazdrosnych ziomków - jęknąłem.
- O tak. W końcu stałam się pupilkiem św. Waidwena. Pozostali coraz bardziej służyli w moim cieniu, a konflikty między nami narastały. Rywalizowaliśmy jak jakieś zwierzęta podczas godów. To było... zabawne i żałosne zarazem. Ciągle pamiętam te głupie wyścigi do komnat królewskich, ech jak małe dzieci. W końcu skończyło się na obrzydliwych plotkach, mających mnie zniesławić w oczach króla. To oczywiście nie podziałało i moi współtowarzysze postanowili, że w wyniku pewnego "nieszczęśliwego wypadku" nie będę mogła wykonywać swych obowiązków. Pozyskali skądś silny narkotyk, który rozpuścili w napojach wieczornych. Pech chciał, że pomylili się, dolewając go do kielicha św. Waidwena, a nie mojego - głos Maaetris drżał ze śmiechu - nie pytaj, jaki był tego skutek. O mało co nie poleciały wtedy głowy. Waidwen wyrzucił winnych jego kompromitacji z zamku. Dzięki temu pozbyłam się konkurencji oraz przeszłam "test wierności", zyskując ogromne uznanie w oczach króla. Tak wielkie, że mianował mnie swym szpiegiem.
- Szpiegiem? - zaśmiałem się słabo - z takim wyglądem?
- Waidwen wysyłał mnie do wszelkich podejrzanych elit, abym dowiedziała się, czy nie ulegają nadmiernemu zepsuciu przez władzę. Z początku było to małe grono zwolenników czasów Aedyru, a potem coraz szersze i szersze, i bardziej różnorodne. Byłam przekonana, że elity są szczególnie podatne na zepsucie, czego dowiodła już wcześniej sytuacja z gubernatorem, a Waidwen chciał temu zapobiec. Sama nie znosiłam zwolenników starego imperium i z chęcią pozbywałam się ich poprzez donosy. Szpiegowałam też pod pozorem bardziej przyjemnych rzeczy, no wiesz przyjęcia, bankiety, kontrakty, zabawy i inne bzdury - Maaetris na chwilę zamilkła. Jej wzrok padł na ziemię, choć miałem wrażenie, że nie do końca była pewna swoich słów.
- Jednakże sytuacja stawała się coraz bardziej napięta w miarę upływu czasu, gdyż ludzie poczęli się burzyć i kwestionować boskość Waidwena. Nigdy nie poddawałam w wątpliwość jego rozkazów i nie rozumiałam tych, którzy odrzucali łaski ich boga. Nawet wtedy, gdy miałam rozejrzeć się po kościołach Eothasa w poszukiwaniu zagrożenia. Niestety, poczęłam rozumować coraz bardziej w nie taki sposób w jaki powinnam, biorąc sobie do serca opinie ludu o świętym słudze Eothasa.
- Mówisz o Waidwenie w dość ciekawy sposób. I nie wchodzi tu w grę oddanie paladyna... - powiedziałem, ściszając i tak słaby głos. Maaetris błądziła po ścianach swoim wzrokiem. Po chwili odparła prawie że wstydliwym głosem.
- Ja... czułam respekt, szacunek i coś, czego nie potrafię określić. Traktowałam go jak przyjaciela, a zarazem pana. Był też... urodziwy. Pomimo blizny na prawej skroni, fascynował mnie... Nie wiem czy zresztą powinnam mówić o takich rzeczach. Był bogiem, a ja tylko śmiertelniczką. Chciałam jedynie służyć mu jak najlepiej. Zasługiwał na to! Mimo że może dostrzegałam wtedy bardziej ludzką stronę tej relacji.
- Nie spodziewałem się takich rzeczy po tobie, Maaetris. Mogłaś mi opowiedzieć o sobie dużo wcześniej - Ale im bardziej brnąłem w ten temat, tym większe zmieszanie malowało się na twarzy Boskiej na przemian ze wzruszeniem i jakąś tęsknotą.
- Wiem. Przykryłam moją wrażliwość hardością paladyna. Przyniosła mi jedynie cierpienie... Potrzebowałam tego - jej oczy zalewała coraz wyraźniejsza fala wspomnień - wkrótce zaczęłam zadawać Waidwenowi niewygodne pytania, gdy przeniknęłam do środowiska ludzi tworzących ruch oporu.
- Znałaś Loeunę? - wypaliłem znienacka. Maaetris nie odpowiedziała, kontynuując:
- Dotychczasowe odpowiedzi mi nie wystarczały. Czekałam jedynie na rozwój wydarzeń. Martwiłam się o Waidwena coraz bardziej. Zaczął robić dziwne rzeczy w kraju, posądzając o herezje i zepsucie własnych wyznawców. Pierwsze prześladowania innowierców zasiały wątpliwości w mojej duszy co do jego celów. Mimo to służyłam mu wciąż, starając się o tym nie myśleć. Lecz byłam zbyt emocjonalnie z nim związana, aby nie widzieć tych wszystkich zamieszek i płaczu ludzi na ulicach. W jednym momencie Waidwen zburzył wszystko, co zbudował... Jego gniew był okropny, każdy kto go doświadczył, o tym wie. Ale dotykał zwykłych ludzi, niezasługujących na karę. To wszystko było tak poplątane... Nie poddawałam się jednak, widząc jak tysiące tracą wiarę i uciekają z kraju. Ciągle wierzyłam w mojego pana...
- Raczej chciałaś wierzyć - zauważyłem.
- Może - odparła Maaetris obojętnie - widziałam w nim wiele ludzkich cech, a zbyt mało boskich. To był największy błąd, o czym musiałam się wkrótce przekonać. Niedługo po pierwszych czystkach zostałam wysłana, aby rozpracować ruch oporu. Podałam się za jego uczestnika, blefując że nawet służba zbuntowała się przeciwko królowi, wiesz mój wygląd nie służył zbytnio w pracy szpiega, zwłaszcza kiedy inni mają dobry wywiad. Pytałeś mnie wcześniej o Loeunę, poznałam ją, ale nie na długo, gdyż przerzucono mnie do "oddziału", pomagającego w ucieczkach z Readceras. Organizowano je przez Białą Marchię do Jelenioborza. Aby zniszczyć ruch oporu, trzeba było zinfiltrować przywództwo i powstrzymać ten proceder. - Wnet przypomniałem sobie opowieść Loeuny. Ciarki przeszły mi po plecach, gdy przed oczyma stanęły mi jej krwawe opisy pogromów. Wpatrywałem się w Maaetris z przerażeniem.
- Proszę... - jęknąłem - nie mówi mi, że...
- Przykro mi... - Emocje wypaliły mi głowę i rozgniewanym głosem huknąłem ku elfce:
- Czy ty w ogóle wiesz, co zrobiłaś?!
- Nie chciałam niczyjej śmierci! Wiedziałam, że nie zdołam uchronić ruchu oporu przed gniewem Waidwena. Dlatego sama zorganizowałam przerzut ludzi przez góry. Ale nie można było ocalić wszystkich, gdyż Waidwen nie mógł się o niczym dowiedzieć. Mniej ważni członkowie ruchu zdecydowali się na moje rozwiązanie, dowództwo nie mogło sobie na to pozwolić. Loeuna, jeśli o to spytasz, odmówiła podróży.
- Tak czy inaczej ruch został wybity - jęknąłem gorzko - tylko dlatego, że nie zgadzano się z Waidwenem!
- To nie mogło się inaczej skończyć! Gdyby tak było, nie ocaliłabym wtedy tych paru istnień przed pachołkami króla! Fakt, uważałam że ruch oporu przesadza ze swoimi poglądami, ale też nie podobało mi się tak radykalne rozwiązanie ich problemu przez Waidwena. Postąpiłam tak ze względu na moje sumienie, nie traktowałam siebie jako heretyczki. - Po chwili zacząłem domyślać się reszty tej historii.
- Musiałaś okłamać Waidwena w sprawie ruchu. - rzuciłem. Maaetris poczęła się trząść, kiedy miała mówić dalej. Jej głos grzązł w gardle, a dwubarwne oczy zmatowiały od napływających łez.
- To był dzień, w którym popełniłam okropny błąd. W jednym momencie Waidwen się zorientował, że nie mówiłam prawdy. Dopiero wtedy zobaczyłam, czym naprawdę jest i jak bardzo poczuł się przeze mnie zraniony. Pamiętam jedynie wybuch światła... i wściekłości, rozrywające moje skrzydła piekącym gorącem. Myślałam, że umieram... Ten ból rwie mi ręce do dziś, kiedy dotykam blizn. - Głos Maaetris przycichł stłumiony łzami płynącymi po jej policzkach. Milczałem jak zaklęty. Nie na długo.
- Co za bydlak! - odparłem.
- Przestań! - skarciła mnie Maaetris - nie masz prawa tak bluźnić!
- Bluźnić?! - oburzyłem się i wskazałem na jej ręce - jak śmiał cię tak potraktować!
- On był bogiem, nie chciał mnie skrzywdzić, tylko ukarać. Zależało mu na mnie bardziej niż myślisz.
- Nie widzisz, co ci zrobił? Okaleczył cię! Wykorzystał swoją moc przeciwko tobie!
- Nie mógł postąpić inaczej z mojej winy. To okropne, ale prawdziwe.
- Gdybym był na twoim miejscu, nigdy bym się z tym nie pogodził. Nie stać mnie na to.
- Wiem - westchnęła Maaetris - nie od razu zrozumiałam, co się wtedy tam wydarzyło. Dotychczas sądziłam, że to władza zdeprawowała Waidwenowi serce i nie potrafił wytrwać, poddawany próbie przez Eothasa. Ale w rzeczywistości byli skomplikowaną jednością. Po utracie skrzydeł trafiłam do lochów, by odbyć dalszą część kary. Miałam tam siedzieć, dopóki Waidwen nie stwierdzi, że odkupiłam winy. Moje ręce zostały opatrzone, ale rany nie chciały się goić i w wyniku szoku straciłam pióra na całym ciele. Stałam się zwykłym elfem... Przeklęłam Waidwena za to, co mi zrobił i życzyłam mu najgorszego. Czułam się upokorzona z perspektywy mojego oddania i nie chciałam jego łaski. - Maaetris zatrzymała się z pełnym napięcia głosem. Przegryzła wargi, wpatrzona w moje oczy. Pomimo to coś sprawiło, że zacząłem sobie uświadamiać stawkę, na której postawiono jej duszę. Maaetris zatopiła wzrok w ścianie, a potem westchnęła:
- Dopiero wieść o jego śmierci pod Cytadelą Halgota uświadomiła mi, że byłam jak smarkacz obrażony na cały świat. Zawiodłam go, przyczyniając się do milczenia Eothasa od tylu lat. Bałam się, co ze mną będzie, w końcu przepadła jedyna szansa na odkupienie win. Jednakże drugą dał mi zakon paladynów poszukujący rekrutów świeżo po wojnie. Potrzebowałam tego jak powietrza w perspektywie zgnicia w lochu i zadręczania się przeszłością. Chciałam mieć chociaż namiastkę, tego co mi przypomni o moim królu. Sam fakt bycia więźniem nie nastrajał przełożonych zakonu optymistycznie. Ale dano mi szansę. Zwłaszcza że żałowałam. Nie było łatwo zasłużyć na szacunek. Nigdy nie uważałam, aby był mi należny. Dzięki wsparciu i wspólnemu celowi odnalazłam w sobie siły, by pogodzić się z utratą Waidwena i swoich skrzydeł. Żeby uczynić siebie lepszą. Wciąż potrzebuję łaski i nie kryję tego. Zakon stał się wszystkim w moim życiu. Pomógł mi, kiedy tego potrzebowałam. Dlatego nie widzę powodu, aby zbaczać z tej ścieżki - spojrzała na mnie, jakby doszukując się alegorii w moim losie - a ty potrzebujesz jej bardziej niż ktokolwiek inny. Zwłaszcza że ocalałeś.
- Czuję się, jakbym został przekreślony.
- Nie zostałeś. W końcu sam Eothas tak zdecydował, nie sądzisz? - Wtuliłem głowę w pościel. Czy naprawdę tak było? Moje ocalenie to nie przypadek? Jednak te słowa w jakiś dziwny sposób uspokoiły me serce i uśmiechnąłem się boleśnie sam do siebie pierwszy raz... Zaraz potem usnąłem.
Dni mijały i śnieg zasypał miasto, przemieniając budynki w lśniące kryształy. Świątynia obrosła lodem, a zimno wkradło się do jej przestrzennych komnat jak i do serc mieszkańców. Wicher wył gdzieś w oddali, przegoniwszy śpiewające zawsze ptaki. Straciłem apetyt, prawie nic nie jadłem, jedynie straszne pragnienie nie dawało mi spokoju. Moje rany wcale się nie goiły, tylko krwawiły obficie, a Maaetris musiała mi często zmieniać bandaże. Dostawałem od niej ciepłe pożywienie i mnóstwo wody, jej szczera chęć pomocy dodawała mi otuchy. Od czasu egzekucji Lugiccio ani razu do mnie nie zajrzał. Ponoć nie ustawał w modłach w mojej intencji, jakby miały coś zmienić. Zwłaszcza że sam Eothas nie chce przemawiać do kapłanów od tylu lat. Dziwiłem się jak można trwać wciąż w mrokach nadziei, wierząc że pewnego dnia nadejdzie świt? Tak wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi... A najgorsze przychodzą pod osłoną nocy. Kiedy ciemność odsłania swe królestwo, wtedy rodzą się demony. Czułem, że coś mnie konsumuje powoli i dokładnie. Coś pierwotnego, coś zrodzonego z najmroczniejszych otchłani bytu. Co noc ścigało mnie złowrogie listowie, chcące wycisnąć życie z mego ciała. Co noc budziłem się z krzykiem i w przerażeniu, że jakieś stwory pełzną, aby mnie zadusić. A to był dopiero początek... Cokolwiek się działo, prędzej czy później sprawiło, że zacząłem mówić przez sen różnymi językami Eory. To zaalarmowało Maaetris. Boska ptaków zaczęła mnie wypytywać o szczegóły koszmarów.
- Pamiętam, że się bałem - dyszałem - i te głosy... ogromne truchło drzewa rozpościerające się nad jakąś wioską. Jego... konary uschnięte, powyginane i zniszczone. A potem na drzewie... tuziny trupów. Krzyczą... abym się zabił. Abym oddał im ciało, krew i duszę. Pamiętam, że drzewo złapało mnie... i dusiło gałęziami. Ledwo się obudziłem...
- Wystarczy - Maaetris zlitowała się - nie musisz opowiadać wszystkiego... Musisz być silny. Nic nie poradzimy na stan twej duszy. - Chciałem coś powiedzieć, ale dałem za wygraną. Dowiedziałem się tylko, że wkrótce zjawi się medyk. To dobrze, bo z moimi plecami nie było najlepiej. Na ranach pojawiły się białe strupy i owrzodzenia, a skóra pozostała bardzo wysuszona. To i tak cud, że nie zmarłem kilka godzin po chłoście.
W końcu przyszedł lekarz, ponoć najlepszy w swym fachu na cały kraj, wyszkolony w Aedyrze. Tak jak podejrzewałem, byłem w tragicznym stanie. Okazało się, że nastąpiła martwica, w wyniku której mogło dojść do zakażenia krwi. Medyk postanowił wyciąć martwe tkanki, jednak nie za jednym zamachem, ponieważ groziło to wykrwawieniem. Operacje następowały więc co kilka dni. Ponadto byłem zmuszony pić bardzo duże ilości wody, bo w wyniku poparzeń znacznie się odwodniłem. Jednak żaden płyn nie był w stanie ugasić pragnienia. Oprócz krwi... Łaknąłem jej... Coraz mocniej i mocniej...
Mijały kolejne dni. Pomimo leczenia wciąż targały mną gorączka i dreszcze. Zakażenie ciągle się rozprzestrzeniało. Nabrałem zwyczaju patrzenia się w okno, obserwując wędrówkę słońca po niebie. Próbowałem co dzień uchwycić promyk światła, lecz był on tak zziębnięty, jakby sama straszliwa Zimowa Bestia dosięgła słońce i zamroziła je swym oddechem. Często śniłem o egzekucji. Strzępy wspomnień tak straszne pośród cieni. Czy naprawdę ocalałem tylko po to, aby być zdanym na ich łaskę? Nie, nie wolno tak myśleć! Tam musi być jakieś światełko nadziei. Lecz w dzień i w noc nie potrafiłem odnaleźć żadnego pocieszenia.. Tylko ciągle te głosy... Te głosy! Szeptały do mnie bezustannie, coraz głośniej, coraz śmielej. O rzeczach, o których nie miałbym odwagi pomyśleć. Za każdym razem kwiliłem jak niemowlak, gdy znów zachodziło słońce i w moim pokoju narastała nieprzyjemna obecność, przed którą nie mogłem uciec. Schować się gdziekolwiek. A głosy podsycały ten stan, zdawały się upajać moim cierpieniem, wyrzucając do mojej duszy skandaliczne treści. Nie pomagało wycie, płakanie, zupełnie nic! Totalnie wyczerpany tym stanem zasypiałem niepokojąco szybko... Lecz głosy wracały. Były zawsze ze mną, kiedy inni mnie zostawili. Poza Maaetris... Straciła tak wiele i nie poddała się. Lecz ja nigdy nie będę jak ona. Cokolwiek się stanie, nie doczekam wiosny. Eothasie, jeśli mnie słyszysz, to zabierz ode mnie, to co mi dałeś!
Wnet moje serce wypełnił dziwny niepokój spowodowany pulsowaniem blasku. W ciemnościach połyskiwała wątła humanoidalna sylwetka oświetlana przez mizerną latarnię, którą trzymała. Wydawało mi się, że przemknęła przez hol świątyni. Wstałem i za nią podążyłem, ale przecież nie mogłem chodzić! To musi być sen... Doszły mnie jakieś dźwięki... Coś jak odgłos jedzenia... wydobywający się z sąsiedniej komnaty. Krocząc ostrożnie pośród cieni, zajrzałem do środka. Uderzył mnie smród krwi, wszędzie leżały zmasakrowane ciała. A wokół nich stało coś... Skulone stworzenie siorbało krew ściekającą z trupów. Nagle zobaczyłem jak odwraca ku mnie swą głowę. Miał zdeformowane, nagie ciało i łysą głowę niczym Skaen. Na jego skórze rysowały się wyblakłe znamiona. Ten potwór... był mną! Wydał z siebie dziki pisk na mój widok. Strach sparaliżował moje ciało, choć umysł ryczał, żebym uciekał. Dopiero drugi pisk uświadomił mi, że zaraz zostanę jego przekąską. Rozglądałem się gorączkowo, szukając schronienia. Potwór był bardzo szybki i skakał po ścianach jak obłąkany, usiłując mnie dosięgnąć. Wnet przede mną zajaśniał jakiś kształt. Miałem wrażenie, że wskazuje mi drogę do wyjścia. Nie byłem sam w tej walce... Pędziłem w zawrotnym tempie po korytarzach świątyni, nie spuszczając świecącego cienia z oczu. Za dwoma zakrętami powinno być zejście do piwnicy. I rzeczywiście znalazłem tam drzwi. Nie zdążyłem jednak chwycić klamki, bo potwór zdradzieckim susem dopadł mnie. Było już za późno... Po tym śnie pragnienie krwi stało się nie do zniesienia...
Pogrzeb Unfrika i zmarłych kapłanów odbył się w środku tej zimy. Cała świątynia pękała w szwach od zgromadzonych. Żałosne śpiewy i ponury, monotonny bas niosły się po zimnych komnatach świątyni. Czasami gdzieś spośród nich wybijał się wysoki, wyrazisty głos, siejący niepokój w mej duszy. Ten głos... Dudnił w mojej głowie. Śpiewał o krwi... O jej słodkim smaku pieszczącym podniebienie. Po zakończonej ceremonii drzwi mojego pokoju się otworzyły. W nich stanęła Maaetris razem z medykiem chcącym przeprowadzić kolejny zabieg. Z przerażeniem obserwowałem jak medyk staje się obiektem do zjedzenia aniżeli kimś, kto chce mi pomóc... Z furią wyskoczyłem z łóżka i rzuciłem się na lekarza! Krwi! Krwi! Zacisnąłem dłonie w wariackim szale na szyi medyka. Czułem na swojej twarzy ciężkie dechy, czułem jak jego serce poczęło pulsować w mojej głowie. W mgnieniu oka ostry ból rozerwał mi plecy. Palce Maaetris wbijały się w moje rany! Elfka próbowała mnie oderwać... Odskoczyłem od ofiary.
- Zapłacisz mi za to! Suko! - wyłem dzikim głosem w jej kierunku. Furia miotała moim ciałem we wszystkie strony, a z ust toczyła się piana. Maaetris zręcznym chwytem złapała mnie za pięści. Szamotałem się jak schwytane zwierzę, zdzierając bandaże z mego ciała. Nie trzeba było czekać, abym się w nie zaplątał. Próbowałem atakować, ale czułem że słabnę. W miejsce pewności siebie wracała bezsilność. Nie poddam się! Potrzebuję krwi! To jeszcze nie koniec! Nie... koniec! Skuliłem się, tylko głośno płacząc...
Ciemność zalewała przestrzeń wokół mnie. Moją skórę krępowały grube powrozy, a ja sam leżałem na podłodze, zawinięty w jakieś płócienne szmaty. Przez mrok dostrzegłem słabe zarysy drewnianych półek, skrzyń i innych rupieci. Przecież to spiżarnia! I wtedy zorientowałem się, że było to dokładnie to samo pomieszczenie, w którym operował mnie lekarz. Na myśl medyka odezwały się głosy. Zabić! Zabić! Zabić! Na bogów! Co ja próbowałem zrobić?! Przecież chciałem tylko pozbyć się łaknienia! Chyba tracę zmysły! Albo to zimno w spiżarni wcale mi nie służy! Muszę odpocząć... Muszę usnąć. Spać... Spać... Dudnił głos w mojej głowie... Jednak nie mogłem zasnąć, trzęsąc się z zimna. Wnet usłyszałem czyjeś kroki. Jakieś postaci wślizgnęły się do spiżarni tak cicho, że nawet drzwi nie zaskrzypiały. Rozpoznałem twarz Maaetris oświetlaną przez latarnię. Czułem jak narasta we mnie wściekłość i złość. Maaetris uklękła przy moim skrępowanym ciele.
- Co mi zrobiliście? - warknąłem.
- To dla twojego dobra. Zdajesz sobie sprawę, że prawie zamordowałeś medyka?
- Wypuśćcie mnie! Nikogo nie skrzywdziłem!
- Ale możesz skrzywdzić - odezwał się jakiś głos. Z cienia wyłoniła się znajoma postać! To Jelenioborzanin! Myślałem, że zabili go razem z innymi Magranitami! Na jego twarzy widniało wypalone piętno, którym znakowano niewolników. Patrzył się teraz w me wyblakłe oczy
- Więc słyszysz głosy, które mówią ci różne rzeczy, prawda?
- Chyba zaczynam chcieć tego, co one. Sam już nie wiem. Głosy mówią, że cię nie lubią. Masz trzymać się ode mnie z daleka. Wszyscy zresztą!
- Co za niespodzianka... - westchnął Jelenioborzanin.
- Do rzeczy - wtrąciła się Maaetris. Niewolnik przeszył ją jadowitym spojrzeniem. I począł działać. Wnet dotknął mej duszy. Cudza energia duchowa przepływała pośród esencji, badając ją. Zamknąłem oczy. Głosy nagle ucichły. Nie było już niczego. Cisza. Spokój. Nagle Jelenioborzanin krzyknął, coś odepchnęło go od mojej esencji, jego enigmatyczna moc "eksplodowała" w komnacie.
- Na bogów! Co to było! - krzyknęła Maaetris, kiedy się podniosła.
- Komitet powitalny - Jelenioborzanin popatrzył na moje ciało, po którym przemykały iskry - nigdy nie widziałem takich pokładów negatywnej energii w czyjejkolwiek esencji. Na właściwiej duszy wytworzyła się duchowa narośl pasożytująca na niej. Swą siłę czerpie z rozpadu twej esencji jak w przypadku widm, które powstają kiedy dusza niewłaściwie oddzieli się od ciała. Twoja dusza broni się przed rozpadem, chcąc uzupełnić ubytki esencji podobnie jak w przypadku nieumarłych. Stąd bierze się łaknienie krwi. Problem w tym, że paradoksalnie wzmacniasz pasożyta, który z łatwością pożre nową esencję mającą wypełnić ubytki. Jako że jesteś silny, proces ten jest nieco utrudniony, lecz nie zatrzymany.
- Czy jest jakiś sposób, aby temu zapobiec? - Maaetris rzuciła pytanie. Jelenioborzanin milczał. Dość długo, aby napięcie we mnie osiągnęło krytyczny poziom.
- Ona zadała ci pytanie, enigmatyku! - ledwo z siebie wykrztusiłem.
- Dopóki narośl ciągle tam jest, niewiele można zrobić. Wiedz jedno: jeśli nie powstrzymamy tego, co się dzieje, umrzesz i powstaniesz jako Widmo. Wtedy zaczniesz zabijać i siać przerażenie. Nie spoczniesz, dopóki nie wymordujesz ostatniej żywej istoty w tej świątyni. - Byłem przerażony! Mam stać się... tym... tym czymś? Sądziłem, że taki los może spotkać ludzi obłąkanych lub bardzo niegodziwych. Ale mnie? Nie mogę być potworem!
- Wymyśl coś w takim razie. - odchrząknęła Maaetris.
- Ciekawe, że nagle się przejęłaś. Bo od początku wiedziałaś, że Boskiego można uratować tylko dzięki animancji. Myślałaś, że zignorowanie problemu sprawi, że sam zniknie? Naprawdę byłaś gotowa poświęcić tę istotę w imię takich głupich i zacofanych poglądów?
- Nigdy nie zrozumiesz ideałów Readceras - odparła Maaetris - wy Jelenioborzanie macie to we krwi.
- Okłamuj się dalej, elfko. To wasza wina. Trauma po nieudanej egzekucji, której doznał Boski, pozwoliła przyspieszyć osłabienie jego duszy i rozwinięcie się narośli!
- Dosyć! - krzyknęła rozzłoszczona Maaetris - powinieneś nam dziękować za darowanie twego nędznego życia! Nie zasługujesz na to!
- Wiem. Jestem przecież heretyckim Jelenioborzaninem i enigmatykiem! Plugawym animantą! A teraz niewolnikiem! - Jelenioborzanin uśmiechnął się kpiąco - lecz jako jedyny mogę uratować sytuację. Czy ci się to podoba czy nie. Po to mnie zresztą tu przyprowadziłaś.
- Pomożesz mi? - spytałem słabym głosem. Jelenioborzanin rzucił mi litościwie spojrzenie.
- W miarę możliwości. Jako jedyny z tej całej readceraskiej hołoty na to zasługujesz. Twa esencja jest coraz słabsza i obciążona przez negatywne emocje i wspomnienia, które poluzowują więzi duszy z ciałem. Trzeba "wyczyścić" ją z tego. W tym celu używa się czap mokrych zarodników. Najpierw trzeba jednak się uporać z problemem narośli.
- Jak? - jęknąłem.
- Wszystko czego potrzebujesz to odbyć podróż w głąb swej duszy. Musisz stoczyć wewnętrzną walkę. Pomogę ci wejść do środka twego umysłu. Potem wszystko zależeć będzie od ciebie.
- Ja... nie mogę... - zacząłem łkać - Te głosy... Nie potrafię. Nie panuję nad sobą!
- Jeśli tego nie zrobisz, przestaniesz istnieć. - Ponure myśli ogarnęły mój umysł. Głosy nasiliły się, poczęły szamotać wnętrzem mego umysłu.
- Wynoście się... - prychnąłem gniewnie, zaciskając dłonie w pięści - myślicie, że możecie mnie zwodzić?! To ciało należy do mnie, i do nikogo więcej! Jest moje, moje, moje! - wrzeszczałem, zanim mój język nie przeszedł w bulgoczący bełkot. Czułem się jak zwierzę pragnące wolności. Jak drapieżnik, któremu odebrano możliwość polowania. Wydałem z siebie zwierzęcy ryk, a potem począłem się rzucać we wszystkie strony. Maaetris i Jelenioborzanin patrzyli się jedynie w przerażeniu, jak moim ciałem wstrząsała brutalna siła. Choć więzy wbiły się w rany, nie odczuwałem bólu. Wiłem się w szale, ścierając zębami tynk. W jednej chwili coś przebiło się do mego umysłu i ścisnęło go w garści.
- Nie! Nie! Nie! - wyłem, czując jak mentalny paraliż rozprzestrzeniał się coraz szybciej. Enigmatyczne moce Jelenioborzanina zamiast mnie uspokoić, tylko wzmocniły szalejącą wewnątrz wściekłość. Rozbiłem więzy w mojej głowie. Jelenioborzanin krzyknął, jakby został fizycznie zraniony. Nagle szał minął. Po prostu ustał. Słyszałem jedynie siebie łkającego do podłogi. Maaetris podeszła do mnie, wciąż zachowując ostrożność.
- Nie chciałem. Wybacz mi. - jęknąłem ku niej. Jelenioborzanin westchnął z przejęciem:
- Jest gorzej niż myślałem. Trzeba jak najszybciej to zniszczyć. Będziesz musiał znaleźć sposób. Przynajmniej na unieszkodliwienie, dopóki nie stworzę leku z czap zarodników.
- Wierzę w ciebie... - Maaetris próbowała mnie pocieszyć. Jelenioborzanin ukląkł przy elfce. Jego pomarszczona i naznaczona ogniem twarz nabrała jeszcze bardziej surowego wyrazu.
- Gotowy? - Skinąłem głową z niechęcią. Jelenioborzanin zamknął oczy, skupił się. Odczułem energię duchową łaskoczącą mą duszę. Przepływała coraz szybciej i szybciej, zmieniając swój pierwotny łagodny charakter. Kurczyłem się w zawrotnym tempie, a potem wpadłem w trans...
Zewsząd panował nieprzenikniony mrok. Czułem się straszliwie nieswojo. Wokoło mnie nic nie było. Jakby coś zostało stąd zabrane. I pozostała jedynie pustka... Nie, to niemożliwe! Wyciągnąłem ręce, muskając jedynie przestrzeń. Nic się nie działo. Chwyciłem mrok, usiłując go rozerwać. Jednak z każdym ruchem zimno drążyło głębiej w moje ciało - krew marzła w żyłach, a palce zdrętwiały. Rozrywający ból stał się nie do zniesienia i z wrzaskiem odskoczyłem od ściany. Moje palce! Straciłem czucie jakby je odcięto. Mimo to skoncentrowałem się... Wtedy dostrzegłem, iż w ścianie mroku powstała szczelina, z której promieniowało jakieś światło. Szybko zapomniałem o bólu zaintrygowany jego źródłem. Z bijącym sercem przedostałem się na drugą stronę. Moim oczom ukazały się rozległe ruiny. Na kruszących się ścianach siedziały roje owadów jakby pluskiew. Żarły z namiętnością pozostałości budowli. Oprócz nich gdzieniegdzie dostrzec można było pajęczyny. Na szczęście puste. W powietrzu za to śmierdziało gnijącymi malinami. Co te robale zrobiły z tym miejscem! Ku mojemu zdziwieniu w nietkniętym stanie pozostał ołtarz ze złotem, brylantami i figurami naturalnej wielkości... Taki sam, który znajdował się w nawie głównej świątyni. Po jego dwóch bokach zza mrocznego całunu wyglądały posągi Eothasa i Waidwena, a pomiędzy nimi stał gryf podobny do tego z pałacu, lecz dużo mniejszy. Ich kościste sylwetki sprawiały wrażenie rozpadających się oraz nadgryzionych. Nie przypominały takich, jakie powinienem był pamiętać. Głowa Eothasa sterczała bez srebrnej korony, którą pewnie pożarły pluskwy i na dodatek pozbawiono ją wyrazistych rysów twarzy. Na całym ciele posągu rysowały się liczne pęknięcia i szczeliny, a w lewej ręce Eothasa widniała mizerna świeczka. Figura Waidwena za to miała więcej szczęścia. Jego rysy twarzy były tak ostre, że raziły moje oczy, jakbym patrzył prosto w słońce. Rzeźbę odtworzono z najmniejszymi szczegółami takimi jak blizna przecinająca prawą skroń. Jednak nie to drażniło mnie najbardziej. Zdałem sobie sprawę, że na głowie świętego spoczywa dokładnie taka sama korona, którą zdobyłem dla witraka! To ona emanowała fioletową poświatą na cały ołtarz, stanowiąc jedyne źródło światła w tej ciemności. Jej hipnotyczny blask zrodził we mnie nieznośne poczucie, że jej miejsce przecież znajdowało się przy mnie... Jak gdyby czegoś mi brakowało, a tylko korona potrafiła wypełnić tę pustkę... Albo zanim ją zje to coś na ścianach. Moja ręka odruchowo skierowała się w stronę głowy Waidwena.
- Pięknie, złodziej... - nieprzyjemny rój głosów dotarł do mych uszu. Posąg poruszył się. Brzmiało to tak jakby robale teraz do mnie przemawiały, a nie figura gryfa.
- Złodziej? Nie, nie zamierzałem nic ukraść. - burknąłem nieśmiało.
- Kłamstwo. A ja nienawidzę kłamstwa... - oczy gryfa rozjaśniły się w podekscytowaniu - sądzisz, że zasługujesz na odkupienie?
- Kim jesteś, aby mnie osądzać? - W odpowiedzi na me pytanie posąg wydał z siebie ryk złości. Tak zdziczałego i wściekłego dźwięku nie potrafiłby wydobyć nawet sam Galawain.
- Władcą tej duszy, marny pyle! Sądzisz, że należy do ciebie? - warknął gryf, waląc ogonem w podłogę.
- To nie jest twoje królestwo. I nigdy nie będzie... Wiem czym jesteś, pasożycie. - udawałem pewność siebie - możesz władać mym ciałem, ale nigdy nie zniewolisz mojej duszy.
- Twa pycha pęknie niczym tarcza. Nadchodzi ciemność i pożre każdy zakątek tej duszy...
- Znajdę sposób, aby cię wygnać! - krzyknąłem. Gryf wydał z siebie syk w odpowiedzi.
- Boisz się... - rój głosów przyprawił mnie o dreszcze - czuję to... usiłujesz kontrolować strach, ale słabniesz z każdym słowem... Pokażę ci twoje słabości i grzechy. Zobaczymy komu naprawdę należy się ta dusza... - wzrok posągu powędrował na koronę Waidwena skwierczącą od mocy.
Nagle gryf stanął dęba i rozprostował skrzydła, które objęły Eothasa i Waidwena. Jego dziób rozszerzył się nienaturalnie. Ze środka zaczęły wystawać jakieś kończyny. Cofałem się z narastającym poczuciem obrzydzenia. Kończyny jedna po drugiej przekształcały się w oślizgłe patyki, zsuwające się po posągach. Dopiero kiedy pluskwy obsiadły moje ciało, rzuciłem się do ucieczki. Obrzydlistwo! Skacząc jak dziki koń, strącałem je jedna po drugiej. Gorączkowo myślałem, gdzie powinno znajdować się wyjście. Jednak nic tu nie było takie jak powinno. To miejsce przypominało klatkę, a nie mój dom. Biegając wkoło, zauważyłem dziurę w podłodze. Bez namysłu wskoczyłem do środka.
Spadłem prosto do świątyni Eothasa, w środku było pełno kurzu, roślin i ziemi. Dach świątyni najwyraźniej się zawalił z połową ogrodu. Po nawie głównej niosły się nerwowe głosy. Szybko usunąłem się z widoku, chowając wśród ławek. Ujrzałem czarnoskórego mężczyznę krzyczącego na dziecko i orlankę idące przed nim. Twarz orlanki przecinało piętno świadczące o tym, że jest niewolnicą, zaś dziecko około dwunastoletnie pokrywały dziwaczne znamiona. To... byłem ja. A więc wędruję po swoich wspomnieniach. Teraz począłem sobie przypominać wszystkie kłopoty, jakie sprawiłem ojcu w fazie najintensywniejszego buntu. Zniszczyłem sufit przez przypadek jelenioborskim niewybuchem. Właściwie to chciałem tylko spłatać ojcu figla bez wysadzania czegokolwiek, ale pocisk okazał się nieprzewidywalny. Cudem mnie nie rozerwało. Jednak dziecko przedstawiało inną wersję wydarzeń. Uparcie twierdziło, że to orlanka znalazła pocisk w Jeziorze Palowym i zaplanowała "sabotaż świątyni". Ale przecież nie miała z tym nic wspólnego! Przyjaźniliśmy się, nawet odradzała mi trzymanie tego pocisku w świątyni! Kłamstwa jednak zadziałały, gdyż Lugiccio kazał zamknąć orlankę w piwnicy bez wody i jedzenia. Od czasu tego incydentu nigdy już jej nie widziałem... Ani innych niewolników. Ale teraz po prostu czułem się podle... Bo zasłoniłem się kłamstwem, aby ratować własną skórę kosztem przyjaźni z niewolnicą. Moje myśli przerwały wstrząsy. Kolumny podtrzymujące sklepienie pękły, a z sufitu runęły resztki ziemi i cegieł! Ciężar przebił mnie głęboko pod kościół jakbym został wystrzelony z arkebuza.
Rąbnąłem głową w taflę wody. Uderzenie prawie mnie ogłuszyło, zebrałem jednakże siły, aby wypłynąć. Albo tak mi się wydawało, bo niespodziewanie przez wodną toń przebrnęła jakaś ręka i wyciągnęła mnie na powierzchnię. Kurczowo się trzymając, z wielkim wysiłkiem wyczołgałem się na znajomy brzeg kanału. Zamierzałem podziękować mojemu wybawcy, kiedy nagle zdławiło mnie zaskoczenie. Przede mną stała Loeuna! Zaraz potem zdałem sobie sprawę, że to tylko jej obraz. Prawdziwa Loeuna przecież nie żyje... Odsunąłem się na bok. Loeuna ani drgnęła. Nie wypowiedziała nawet żadnego słowa. Zagradzała mi jednak drogę. Czułem się dziwnie w tej sytuacji... Może to tylko iluzja? Może wcale jej tam nie ma? Zbliżyłem się powoli. Znienacka ciotka złapała mnie za ręce. Przeszył mnie ból prawie tak intensywny jak podczas chłosty! Palił moje znamiona, ale najbardziej piekło pomiędzy nogami. Do mojej głowy napłynęły obrazy kazirodczej rozkoszy. Przestań! Ranisz mnie! To nie moja wina, że ci uległem! To ty mnie uwiodłaś tamtej nocy! Przestań! Osunąłem się na kolana, Loeuna jednak nawet mnie nie puściła. Moje ciało płonęło niczym żywa pochodnia z każdą mijającą sekundą. Nie mogłem już tego dłużej wytrzymać! Brutalnym susem wepchnąłem Loeunę do kanału. Dusiłem ją odruchowo... tak długo, ile było trzeba! Ciotka walczyła, może nawet krzyczała. Ja jednak niczego nie słyszałem. Byłem niewinny! Ból zanikł, lecz w jego miejsce nadeszło mrowienie. Zobaczyłem, że ciało ciotki unosi się martwo na wodzie... Rozluźniłem uchwyt. Loeuna? Loeuna! Nagle woda zabulgotała. W środku roiło się od pluskiew! Nie czekając, aż mnie obsiądą, zerwałem się do ucieczki. Stado tych odrażających robali zaczęło mnie gonić. Pędziłem wprost na ścianę. Z całej siły zmiażdżyłem mur, przebijając się na drugą stronę.
Wylądowałem na placu treningowym zakonu. Rozglądałem się na wszystkie strony - pluskwy na szczęście gdzieś zniknęły. Po mej twarzy przemknął niespokojny wiatr. Zdawało mi się, że niesie ze sobą płaczliwy głos. Instynktownie podążyłem za źródłem dźwięku. Nieco dalej zobaczyłem kogoś otoczonego przez postacie z pochodniami. Ta osoba siedziała skulona nad ogromnym ciałem zasłoniętym całunem. Postacie z pochodniami nuciły nad nim pieśń żałobną. Ciarki przeszły mi po plecach, gdy ognie rozjaśniły dwubarwne oczy Maaetris pełne łez. Długie pasma płomieni barwiły całun, nad którym klęczała, na czerwono, spływając z niego niczym krew... Ten trup... to Unfrik. Wnet zaszumiał wiatr i wyrwał strzępy listów spod jej płaszcza, które kiedyś napisałem do Loeuny. Powietrze poczęło cuchnąć spalenizną, gdy ognie pochodni złapały kartki w swe objęcia. Pierwszy raz odczułem zawód, tak potworny zawód, jaki sprawiłem Maaetris. Roznosił się w powietrzu razem ze swądem spalenizny, coraz silniej wbijając się w moje gardło. Tak właśnie cuchnęła zdrada... i hańba, jaką przyniosłem zakonowi. Z każdą myślą na placu robiło się coraz duszniej. Jakby w powietrzu wybuchł pożar. Nie mogąc oddychać, dopadłem do bramy. Z całej siły cisnąłem się na wrota, by potem wypaść na jakąś drogę.
Wokół mnie rozciągały się pola uprawne pełne martwego vorlasu. To było dziwne, bo za nic nie mogłem sobie przypomnieć, tak wielkiego nieurodzaju czy suszy w Readceras. Może to jakieś bardzo odległe wspomnienie z dzieciństwa? Moje myśli przerwał hałas... Ktoś nadchodził... A raczej biegł, bo wokoło niósł się nerwowy pęd powietrza. Zanurkowałem w przydrożne krzaki, bacznie obserwując sytuację. W moich uszach narastały wrzaski i gwar jakby tuzin rozzłoszczonych ludzi pędził drogą. I nie myliłem się. Mknącego jak ogier człowieka ścigał uzbrojony w sierpy i kosy tłum rolników. Ziemia aż dudniła od ich gniewu. Podążyłem za nimi skryty w krzakach na najbliższe pole. Ścigany stał pośród martwych upraw. Jego włosy były w nieładzie a nędzne ubranie pełne brudu. Nagle promienie słońca odsłoniły rysy twarzy skryte w cieniu i o mało co nie pękłem ze zdumienia! Tam na polu stał sam Waidwen! Co do tego nie miałem cienia wątpliwości, gdyż zapamiętałem jego twarz dzięki posągowi. Tylko skąd on się wziął w moich wspomnieniach?! Tłum w furii wpadł na pole, doganiając Waidwena. Wszyscy wrzeszczeli na niego, ale słów nie mogłem rozróżnić. Waidwen ani drgnął, oczekując jakby na wyrok. Atmosfera się zagęszczała, miałem wrażenie, że pewien starszy mężczyzna schylił się ku ziemi, aby coś podnieść. Nagle Waidwen wrzasnął i upadł, wijąc się w bólu. Z jego głowy tryskała krew, a wzdłuż prawej skroni powstała paskudna rana. Tłum ludzi parsknął śmiechem, nie szczędząc przy tym obelg. Właśnie miały polecieć kolejne kamienie, kiedy nagle powietrze przeszył tętniący głos. Jak grzmot nad morzem wystraszył oprawców, którzy w jednej chwili skulili się ze strachu. I wtedy ujrzałem Waidwena stojącego nad tłumem. Rana na jego skroni poczęła się goić w zastraszającym tempie, a oczy lśniły olśniewającym blaskiem. Każdy wyraz, który wypowiadały jego usta pulsował w mojej głowie... Ten... Ten głos... Byłem pewien, że należał do Eothasa! Co za majestat i groza! Poświata rozlała się po rękach Waidwena, kiedy je rozpostarł. Poraziło mnie ostre światło, a potem całe pole się zazieleniło! Kwiaty zakwitły niczym w lecie, vorlas natomiast rozrósł się aż trzykrotnie. Niesamowite! Rośliny wyglądały na zdrowe, bujne i dojrzałe. Będzie z tego doskonały plon... Przed Waidwenem wyrosły pnącza według jego życzenia, odsłaniając w głębi przejście. Usunął się z widoku wielbiącym go rolnikom. Ci nawet nie zauważyli, że ich bóg odszedł. A ja nie mogłem usiedzieć w miejscu. Czułem ogromną potrzebę pójścia za Waidwenem. Instynktownie podążyłem za nim.
Wpadłem w plątaninę krzewów, drzew i liści. Czułem się jakbym stąpał po powiększonej wersji mojego ogrodu wymieszanego z lasem. Tak! Nawet rozpoznałem niektóre z roślin. A jak pachniały - słodkawa woń przypominała zapach kadzideł świątynnych. Z jednym tylko wyjątkiem - ciemnością. Było tu też wilgotno. Wokoło leżały spróchniałe pnie, liany pięły się po ściółce i kołysały się w powietrzu. A Waidwen zniknął bez śladu. Albo poszedł jeszcze dalej. Ruszyłem przed siebie. Jednak im bardziej szedłem w głąb, tym bardziej ogród przypominał mi miejsce z koszmarów. Słodki zapach roślin znikł, a zastąpił go odór rozkładającej się zwierzyny. Na miejscu roślin i krzewów pojawiły się wysuszone drzewa z ostrymi jak noże badylami ustawione jedno przy drugim. Pomiędzy nimi nie prześwitywał żaden promyczek światła. Przy sklepieniu wiły się grube liany bacznie obserwujące każdy mój ruch. Waidwen musi gdzieś tu być. W moje stopy wbijały się zdradzieckie chaszcze gromadzące się pod ściółką. Szedłem bardzo ostrożnie, przedzierając się przez gęstwinę. W miarę upływu czasu myśli poczęły ciążyć mi we łbie, a mój nastrój zdominował smutek. Nie wiedziałem czemu, ale nie mogłem przestać myśleć o Lugiccio, Maaetris i Loeunie. Wspomnienia o nich przytłaczały mnie coraz silniej jakby ktoś wlał je do powietrza. Przygnębienie zgasiło wszystkie siły mej woli. Dopuściłem się tylu nieprawości: sprowadziłem śmierć na Unfrika, zdradziłem zakon, stchórzyłem przed ojcem i dotykałem własnej ciotki! Upadłem na ziemię, chowając twarz w dłoniach, przez które przeciekały łzy. Z obojętnością czułem jak coś pełznie w moją stronę. Liany chwyciły me ciało i owinęły się wokół niego. Nie miałem sił protestować. Zresztą nie chciałem. Przy nogach zaczął wytwarzać się kokon, na którym siedziały pluskwy. To koniec... Nie ma już żadnej nadziei.
Nagle we włóknistej ścianie pojawiło się ostrze jakby w kształcie sierpa. Przez rozcięcie wdarło się światło tak intensywne, że musiałem zamknąć oczy. W moje nozdrza uderzyło rozgrzane powietrze i wypadłem na zewnątrz. Leżałem twarzą w ściółce. Stękając, próbowałem się podnieść, ale bez skutku. Kiedy uniosłem głowę, ujrzałem nad sobą postać spowitą w płaszcz z kapturem, spod którego wystawało podarte, wieśniacze ubranie. W jednej ręce rysował się sierp a w drugiej błyszczała latarnia. Patrzyłem się jak zahipnotyzowany w bladą twarz pochylającą się nade mną. Jej wypłowiałe ze złota włosy i perłowe oczy przewierciły moją duszę na wylot. Ja chyba śnię! To Gaun! Bóg przemijania, chroniący słabych! Alter ego Eothasa! Moja głowa aż trzeszczała od pytań! I wtedy ogarnął ją nienaturalny spokój. Gaun wyciągnął ku mnie swoją dłoń, jakby chciał mnie podnieść. Nagle zacząłem się wahać. Wtedy zimną twarz Gauna rozjaśnił promienny uśmiech jakby w odpowiedzi na moje wątpliwości. Chwyciłem jego dłoń, trzęsąc się z podekscytowania i strachu, co będzie dalej. Błyskawicznie odzyskałem utracone siły. Mój słuch wyostrzył się, bo wokoło roznosiło się wściekłe skwierczenie pluskiew, które odstraszało światło z latarni. Gaun wskazał nią na najbliższy roślinny korytarz. Zrozumiałem, że chciał zaprowadzić mnie do wyjścia. Przyglądałem się jak ścina pnącza i chaszcze zagradzające nam drogę. Ściana jednak nie ustępowała sierpowi. Wtedy latarnia rozbłysła oślepiającym blaskiem. Ogień obejmował coraz większe warstwy ogrodu... Nawet ściółka zaczęła płonąć. Gaun chciał, abyśmy przeszli razem przez ścianę ognia. Nie podobało mi się to, ale nie miałem specjalnego wyboru. Wokół nas w mgnieniu oka wytworzył się świetlisty kokon, którego płomienie nie zdołały dosięgnąć. Z podziwem obserwowałem płomienne jezioro pochłaniające wszystko na swej drodze. Ogień nie czynił mi żadnej krzywdy, więc podążałem za Gaunem z coraz większą ufnością. Ściana wypalonego lasu odsłoniła przed nami gwieździste niebo.
Wyszliśmy na most. W dole widniał kanion pustkowia, które kiedyś obfitowało w pola uprawne. Zrozumiałem, że nasza droga prowadziła na drugą stronę w stronę rysów jakiejś twierdzy. Most tonął w nienaturalnie gęstej mgle, którą ledwo rozpraszało światło latarni Gauna. W powietrzu panowała cisza. Podejrzana cisza... Coraz bardziej mi się to nie podobało. Wszystko milczało niczym grób... Oprócz mostu... Miałem wrażenie, że głęboko w jego trzewiach coś pulsuje... Jak wielkie kamienne serce budzące się do życia... Jak Boski Młot... Jeśli to prawda... to szedłem prosto w pułapkę! Ale jednak Gaun mnie ocalił, bo był przecież pasterzem umarłych oraz obrońcą uciśnionych. A co jeśli to podstęp? Może Gaun celowo prowadzi mnie na zgubę? Zatrzymałem się targany wątpliwościami. Gaun także, przyglądając mi się badawczo. Mój głos ledwo przebił się przez mgłę w kierunku światła.
- Chcę wiedzieć, gdzie mnie prowadzisz! - Gaun milczał. Jego latarnia nieco przygasła.
- Dlaczego nie odpowiadasz?! - Tylko cisza dzwoniła mi w uszach. Narastała we mnie złość. Miałem ochotę zmusić go do mówienia.
- Czy to most Evon Dewr? - nie ustępowałem. I nagle mgła zadrżała od szeptu.
- W rzeczy samej... - Ale ten głos nie należał do Gauna. Przetarłem oczy ze zdumienia, kiedy z mgły wyłonił się Waidwen! Wyglądał zupełnie jak na najzwyklejszego rolnika przystało - był rozczochrany i w podartym ubraniu.
- Poszukujesz mnie, czyż nie? - na dźwięk jego pytania latarnia Gauna zabłysła nieprzyjaznym blaskiem. Zdaje się, że alter ego Eothasa nie darzyło swojego nośnika sympatią. Co za ironia losu...
- Co tu się dzieje? - spytałem, gdy Waidwen zbliżył się ku mnie.
- Odłamki fragmentu mojej duszy utknęły w twojej podczas rytuału witraka. Dlatego miałeś możliwość zobaczyć jedno z mych wspomnień. Nazwano je Cudem Kwitnącego Vorlasu. Ale do rzeczy. Chcesz dowiedzieć się, jak pokonać pasożyta?
- Znasz jakiś sposób? - odburknąłem nieśmiało. Waidwen wbił swe oczy w coraz bardziej wrogo nastawionego Gauna.
- To arogancka narośl. Jest przebiegła i zrobi wszystko, aby nie stracić źródła pożywienia. Nie jesteśmy tu bez powodu. Stoimy w miejscu triumfu albo w miejscu zagłady...
- Pod nami jest bomba... - domyśliłem się. Waidwen skinął głową.
- Zniszczy nie tylko pasożyta, ale całą twoją duszę. Chyba że... mi zaufasz... - Zastanawiałem się, co mają oznaczać te słowa.
- Nie powinieneś był podążać za Gaunem - usłyszałem pewny siebie ton głosu - zwodził cię od samego początku, wiodąc ku śmierci.
- Mimo to ocalił mnie od pożarcia przez pluskwy. Chronił, kiedy szliśmy przez ogień... Wyprowadził z lasu...
- I nie odezwał się ani razu, czyż nie? - przekonywał mnie Waidwen - jak sądzisz dlaczego? Bo nie mógł czy może nie chciał? - Latarnia Gauna aż skwierczała z gniewu. Ledwo się powstrzymywał przed dobyciem sierpa.
- Pasożyt prawie cię złamał w lesie. Chcesz, aby tym razem znów mu się udało? Chodź ze mną, a ocalejesz. - poprosił Waidwen. Jednak odsunąłem się z niepokojem. Przyjrzałem się dokładnie jego twarzy. Wnet zrozumiałem, kto tu naprawdę jest zwodniczy.
- Nie jesteś prawdziwym Waidwenem. Nie masz blizny na prawej skroni. -Rolnik uniósł brew w zaskoczeniu na moje słowa.
- Oczywiście, że nie mam! Potrafię goić rany jak sam widziałeś!
- Poza tym jak na martwego boga gadasz zbyt dużo. - zaśmiałem się kpiąco ku Waidwenowi, tymczasem spoglądając na Gauna. Ten odetchnął z ulgą, jednak wciąż nie rezygnował z czujności.
Waidwen syczał z wściekłości. Cofnął się. Nagle spod kamieni wyskoczyły setki pluskiew! Wtedy Gaun chwycił za broń. Jego sierp wydłużył się w kosę. Gaun natarł na nie, tnąc powietrze z całej siły. Owady otoczyły boga ze wszystkich stron. Chciałem coś zrobić, ale mogłem jedynie deptać strącone owady. Niespodziewanie latarnia Gauna zabłysła znajomo i otoczył nas świetlisty kokon. Owady kotłowały się wokoło, skacząc wariacko po osłonie. Coraz więcej pluskiew napierało na kokon, nie reagując strachem na światło... Obecność fałszywego Waidwena musiała je wzmacniać. Latarnia Gauna gasła szybciej i szybciej, gdy insekty gryzły kokon. Wnet osłona pękła, a odrzut wyrzucił nas w głąb mostu. Prawie z niego spadliśmy, lądując blisko krawędzi. Wstałem z trudem. Bez światła niełatwo było cokolwiek dostrzec we mgle. Nagle zabrzmiał dźwięk zbliżającego się roju. Teraz naprawdę byłem zdany na siebie, bo Gaun leżał bez sił z rozbitą latarnią. Zdołałem jedynie znaleźć jego kosę. Nad moją głową zebrała się ławica pluskiew. Pośród niej kroczył fałszywy Waidwen. Ścisnąłem kosę mocniej w nadziei, że mnie nie zawiedzie. A potem z krzykiem rzuciłem się na przeciwnika. Waidwen był szybki jak błyskawica. Nie miałem żadnych szans go drasnąć. Napływający zewsząd rój owadów zdekoncentrował mnie i Waidwen z łatwością wytrącił kosę z moich rąk. Zostałem wyrzucony poza krawędź mostu, ledwo łapiąc się wystającej części pylonu. Wisiałem bezsilnie, patrząc jedynie jak przypieczętowuje się mój los. Waidwen był gotów strącić mnie w otchłań...
Nagle z mgły buchnęła wiązka błyskawic. Rąbnęła prosto w fałszywego Waidwena. Ten osłupiał ze zdumienia, kiedy ujrzał kto śmiał go zaatakować... Prawdziwy Waidwen stanął przeciwko fałszywemu! To była najdziwniejsza bitwa, jaką kiedykolwiek widziałem. Trafiła kosa na kamień. W powietrzu rozgorzała feeria świateł, ogni i piorunów. Fałszywy Waidwen szybciej osłabł, lecz wciąż stanowił wyzwanie, odbijając podstępnie błyskawice swego oryginału. W końcu jednak wezwał na pomoc pluskwy. Z ciała prawdziwego Waidwena rozeszła się w kierunku roju miażdżąca fala światła. Nie trzeba było długo czekać, aby usmażył się w jej wnętrzu. Pozostałe owady, które znajdowały się na moście, uciekły w przerażeniu. Nieliczne trwały przy boku swego pana. Na twarzy sobowtóra pojawiła się zgroza. W jednej sekundzie rozpadł się na tysiące pluskw tworzące we mgle jakieś kształty. Po chwili nad mostem zawisł gryf złożony z ogromu owadów. Walka stała się nierówna. Waidwen słabł z każdą chwilą, bo w tym "pociętym stanie" nie był w stanie zniszczyć gryfa. Potwór rzucał nim po moście, próbując roztrzaskać dziobem. W końcu Waidwen zdołał odrąbać jedno z gryfich skrzydeł wystrzelonym promieniem. Potwór przynajmniej już się nie wzbije. Chyba istniał tylko jeden sposób, aby unicestwić pasożyta... Przebudzić serce mostu... Skupiłem wszystkie swoje myśli na Młocie. Pulsowanie stawało się coraz wyraźniejsze, kiedy na kamieniach pojawiały się czerwone wzory. Nie wiem, co się stało, lecz Gaun odzyskał siły i przyłączył się do mnie. Gryf przejrzał jednak nasze zamiary. Skoczył naprzeciwko nas. Nikt nie śmiał się ruszyć, czując jak pulsowanie pod mostem nabierało tempa. Gryf zaatakował. Chybił, wybijając w moście dziurę, z której chlusnął słup ognia. Coraz więcej ognistych filarów tryskało spod kamieni. Konstrukcja Evon Dewr pękała rozsadzana przez bombę. Zdezorientowany gryf kręcił się wśród płomieni, zjadających mu owadzie upierzenie. Pulsowanie słabło, przygotowując się do ostatecznego uderzenia od dołu. Kamienie topiły się pod moimi nogami... Zaraz cały most zmieni się w ognisty wodospad! Wtedy Waidwen i Gaun spletli ręce w dziwnym uścisku. Ich sylwetki rozproszyły się w wirującej energii duchowej, która okryła całunem moje ciało. Zrozumiałem, że chcą mnie ocalić od bomby, choć całun i tak zostanie zniszczony przez wybuch. Nagle wszystko utonęło w słońcu i eksplozja stępiła moje zmysły. Miałem jedynie nadzieję że mój następca będzie wiódł lepsze życie niż ja, gdyż przez purpurowy całun przebijało się coraz głośniejsze wycie Zimowej Bestii Ryrmrganda...
EPILOG WKRÓTCE
