Madeline i Gilmore tańczyli walca. Trzeba było przyznać, że tworzyli piękną parę. Chociaż oficjalnie nic między nimi nie było, Fergus wiedział, że jest inaczej. Widział to w sposobie, w jaki na siebie patrzyli, jacy byli razem a jacy osobno. Madie nie miała przed bratem sekretów, ale tego mu nie powiedziała. To budziło w nim mieszane uczucia - z jednej strony był z siostrą bardzo blisko, a z drugiej, on też jej nie powiedział o Oreni, sama go złapała. Może byliby kwita, gdyby i on złapałby ją z Gilmorem w jednoznacznej sytuacji... Nie, to kiepski plan, zbeształ się w myślach Cousland. Tamta dwójka była dla siebie stworzona - rycerz i szlachcianka, wojownik i łotrzyca, siła i zręczność. Był pewien, że ich uczucie było proste, szczere, piękne, bo taka jest młodzieńcza miłość, kiedy w grę nie wchodzą obowiązki, sprawy związane z polityką, plotki... Ile razy ktoś nazywał jego ukochaną "antivańską kurwą"? Cieszyła go przychylność rodziny, ale to w dalszym ciągu źle wpływało na reputację. Ojciec nic nigdy nie mówił. Radowała go miłość jego syna i innej szlachcianki. Razem z matką tak bardzo chcieli mieć wnuka. Kiedy miał im powiedzieć?

Z zamyślenia wyrwał go delikatny dotyk na plecach. Odwrócił się i zobaczył swoją narzeczoną. Jak zawsze piękna. Jej twarz okalała burza czarnych włosów, ciemne oczy przeszywały go na wskroś, pomalowane na jasnobrązowo usta były wykrzywione w delikatnym uśmiechu. Biała suknia idealnie podkreślała jej figurę, spore dekolt prezentował jędrne piersi. O tak, Stwórca dał mu najwspanialszą istotę jaka chodziła po Thedas.

- Dobrze, że udało nam się zorganizować ślub tak szybko. - zagadnęła Orenia. - Jeszcze trochę a nie zmieściłabym się w sukienkę. - oboje się zaśmiali. O tym, że jest w ciąży dowiedział się miesiąc temu. Nie chcieli kolejnych plotek związanych z dzieckiem z nieprawego łoża - lepiej było się pospieszyć z małżeństwem, a potem powiedzieć, że dziecko to wcześniak, nawet jeżeli to nieprawda. Ludzie by mówili, ale na pewno mniej niźli w przypadku "bękarta".

- Najdroższa, nie miałem ci jeszcze okazji tego powiedzieć, ale wyglądasz zjawiskowo. - Orenia zachichotała pod nosem w reakcji na komplement.

- Zjawiskowo będę wyglądać, gdy nasz syn będzie już tuż-tuż przed rozpoczęciem życia. - rzekła, cały czas się uśmiechając. Fergus wyglądał na zdziwionego.

- Syn? - wydusił. - Skąd wiesz? - musiał przyznać, że myśl o męskim potomku napawała go nie lada radością.

- Kobiety czują takie rzeczy. Instynkt macierzyński, mój drogi mężu. - Cousland wziął ukochaną w ramiona i mocno ją pocałował. Wesoła Orenia wyplątała się z ramion męża i dodała. - Cóż, pozostaje sprawa imienia...

Fergus prychnął.

- Kobieto, mamy jeszcze wiele miesięcy do rozwiązania, coś się wymyśli. - pocałował ją jeszcze raz, tym razem delikatnie i czule. - Masz ochotę zatańczyć? - zapytał, podając jej rękę. Żona Couslanda kiwnęła potakująco głową i poszła z nim na parkiet.

Fergus podał jej jedną rękę, a drugą objął w tali. Wszyscy wokół zajęci byli walcem - tylko to skłoniło mężczyznę do zaproszenia kobiety do tańca - potrafił tylko walca. Orenia wiedziała, że jej mąż jest fatalnym tancerzem, a jednak tańczył z nią przy każdej okazji. Kochała tego człowieka, a on kochał ją. Tańczył tylko z nią. Orenia delikatnie prowadziła w tańcu, żeby mąż się nie gubił - zawsze był jej za to wdzięczny. Patrzyli sobie w oczy, jednak uwagę Oreni przykuła inna para. Konkretnie młoda Couslandka i rycerz Gilmore. Uśmiechnęła się pod nosem.

- Są tacy uroczy. Myślisz, że też wyglądaliśmy tak słodko lata temu? - zapytała wzruszona, na co Fergus tylko prychnął.

- Pff, my tak wyglądamy nadal. - po czym zakręcił żoną, wyszło mu idealnie. - Tylko w naszym przypadku jest jeszcze namiętność. - szepnął jej do ucha, ich twarze dzieliły milimetry. Oddech Oreni przyspieszył, ale wyraz twarzy pozostał ten sam.

- Drogi mężu, noc poślubna to święta rzecz, którą należy szanować. Po pierwsze, to nie tylko nasze święto, ale także twojej siostry. Po drugie - tu ton jej głosu się zmienił, jej dłoń przeniosła się z barku ukochanego na jego tors i niebezpiecznie zjechała w dół - nie słyszałeś, że oczekiwanie wzmaga pożądanie? - ostatnie słowa niemal wymruczała mu do ucha. Fergus głośno przełknął ślinę.

- Cóż - zaczął - mojej siostrze też przyda się trochę uwagi, a raczej nikt się nie obrazi jeżeli znikniemy na trochę czasu. - Orenia pokręciła z dezaprobatą głową.

- Wy mężczyźni jesteście tacy niecierpliwi. - złapała go za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia. - No chodź.

Muzyka przestała grać, panowie skłonili się damom, a one dygnęły w podziękowaniu za taniec. Gilmore odsunął się od Madie na odległość metra, jubilatka jednak skinięciem głowy zaprosiła go, by poszedł za nią. Niespodziewane wyznanie wstrząsnęło nią oraz zepsuło zabawę z Dairrenem. Trochę szkoda, miała by dzięki niemu na jakiś czas spokój w związku z poszukiwaniami męża, ale wolała towarzystwo rycerza. Słodkiego, nieśmiałego rycerza. Dairren ładnie się zachował, że dał jej odejść, chociaż on też pragnął spokoju względem zakładania rodziny. Na szczęście pojawił się i zniknął równie szybko i bezpretensjonalnie.

Madeline nie miała ochoty na wścibskie spojrzenia gości, gdy chciała poważnie porozmawiać z Gilmorem. Wyszli z sali, na korytarzu nikogo nie było, więc Couslandka zaprowadziła rycerza do swojej komnaty. Tam na pewno zaznają spokoju. Zmierzali tam w ciszy, dziewczyna czuła jednak jego spojrzenie na plecach. Czy on na pewno patrzy na moje plecy? zastanawiała się. Weszli na górę, bez słowa otworzyła drzwi swojego pokoju i kiwnęła głową na znak, żeby chłopak podążył za nią. Niepewnie wszedł do środka, a Madie zamknęła drzwi.

- Słuchaj, to co zrobiłem... - nie udało mu się dokończyć, gdyż Couslandka przylgnęła ustami do jego ust. Rycerz nie był pewien jak się zachować, ale czuł się wtedy tak wspaniale. Objął dziewczynę i podrzucił tak, aby mogła objąć go nogami w pasie. Pogłębiła pocałunek. Świat wokół przestał istnieć. Liczyli się tylko oni, tylko ich ciała, ich usta, ich splecione języki. Nikt i nic nie mógł tego zniszczyć.

- Też cię kocham, Gilmorze. - szepnęła. Rycerz stał z nią w ramionach oniemiały. Dotąd sądził, że miała go za nikogo, że to co robili było żartem, chciał przerwać, ale nie potrafił. Za bardzo mu na niej zależało, za bardzo jej pragnął. A teraz dowiedział się, że się mylił. Nagle rozluźnił ramiona, tak, że Madie ześlizgnęła się na ziemię. Patrzył tylko na nią, pierwszy raz w życiu niepewny co robić. - Gilmorze. - spojrzał jej w oczy. - Niech ta noc będzie nasza, tylko nasza miłość, tylko ty i ja. - rzekła cicho, łapiąc go za dłonie. Rycerz trzymał twarz blisko jej twarzy. Dużo łoże dziewczyny stało kilka metrów dalej, podszedł z nią do niego, tak, że położyła się na plecach, a on tuż obok niej, złożył delikatny pocałunek na jej ustach. Madeline miała jednak nieco inny plan.

Od razu pogłębiła pocałunek i jednym ruchem powaliła rycerza na plecy, co wywołało wesoły uśmiech na jego twarzy. Teraz Couslandka była na górze i wszystko kontrolowała. A może tak było zawsze? Gilmore zaczął rozwiązywać sukienkę na plecach dziewczyny, a ona rozpinała jego brązową koszulę. Wyprzedziła go i od razu zabrała się za lniane spodnie. Rycerz zdjął buty bez używania rąk, nie przerywając zdejmiowania fioletowej sukienki jego kochanki. Okazało się to dla niego za trudne, więc sięgnął do łydki dziewczyny po to, by wyjąć mały nóż, który zwykła mieć przy sobie i rozciął materiał. Madeline na chwilę przerwała.

- Skąd ty... - nie skończyła, bo zobaczyła jak Gilmore zdejmuje z siebie pozostałe rzeczy. Przed nią ukazał się idealnie umięśniony brzuch wojownika oraz duża, nabrzmiała męskość. Dziewczyna już się nie odzywała, tylko prędko zrzuciła pociętą sukienkę na ziemię, odsłaniając tym samym całe ciało. Rycerz patrzył wniebowzięty na piękne ciało dziewczyny, na jej małe, ale krągłe piersi, na głębokie wcięcie w tali i na doskonały łuk bioder. Tak bardzo jej pragnął.

Przyciągnął ukochaną do siebie i tym razem on przewrócił ją na plecy. Trasę pocałunków rozpoczął od ust, przez szyję, piersi, brzuch, pępek, podbrzuszę, aż trafił na małe, wilgotne miejsce, między jej nogami. Madie wstrząsnał spazmatyczny dreszcz przyjemności, kiedy jęczała już z żądzy, rycerz splótł jej dłonie ze swoimi i uniósł wysoko nad jej głowę.

- Będę delikatny. - szepnął, po czym powoli w nią wszedł. Dziewczyna cicho pisnęła, ale nie oponowała. Chłopak zaczął się w niej poruszać, wolno, rytmicznie, czytając z twarzy Madeline czego pragnie. Podobało jej się, zaciskała dłonie i powieki, szeptała jego imię. Pragnął tej chwili tak długo. Przyspieszył, dziewczyna głośno jęczała, ledwie powstrzymywała krzyk, aż w końcu oboje doszli.

Gilmore zszedł z niej, jeszcze głośno dysząc, otarł pot z czoła i spojrzał na leżącą obok kochankę, która również szybko oddychając, oniemiała i z uśmiechem zwróciła się w stronę rycerza.

- To lepsze niż walka. - powiedziała zadowolona, na co chłopak obok tylko się zaśmiał.

- A tobie ciągle jedno w głowie. - rzekł z udawaną dezaprobatą, po czym objął twarz Couslandki i ją pocałował. Madie nachyliła się do niego i usiadła na nim okrakiem. Zaczęła się poruszać, w zmiennym tempie, zaskakująco, inaczej niż to sobie wyobrażał. Czuł się tak dobrze, tak doskonale. Obejmował dłońmi jej biodra, zbliżał się nimi coraz wyżej, aż trzymał w nich jej piersi. Taka idealna, pomyślał Gilmore, tak perfekcyjna.