Opiekun Slytherinu, nieco podenerwowany, zmierzał do skrzydła szpitalnego. Niepokój wzbudzał w nim nie fakt, że zostawił bezbronnego gryfona na pożarcie swoim wężykom; wiedział, że w skrzydle szpitalnym czekają na niego Minerwa i dyrektor, siedzący przy łóżku Jasmine Grant. Severusowi wydawało się, że oboje oczekują od niego cudu i za jego złą wolę poczytują, że tego cudu nie ma. Natomiast Mistrz Eliksirów po prostu nie znał receptury na miksturę budzącą ze śpiączki po zażyciu wywaru żywej śmierci. Nie znał jej nie dlatego, że brakowało mu warzycielskiej wiedzy; nie znał jej, bo taka receptura nie istniała. Mógł spróbować ją stworzyć, ale potrzebował do tego co najmniej miesiąca spokojnej i intensywnej pracy; natomiast teraz miał na głowie szukanie gryfońskiego zwyrodnialca, odnawianie hogwarckich zaklęć obronnych (cholerny Lupin i cholerna pełnia!) oraz „ustawową" opiekę nad swoim domem.
Tak więc, droga dyrekcjo, cudu nie będzie!
Droga dyrekcja przeszyła go ośmiorgiem oczu (jedne brązowe, drugie szare i dwie pary szklanych) gdy tylko otworzył drzwi.
- Co z nią? – zapytał Snape, nie chcąc marnować czasu na czczą kontemplację.
Odpowiedź poprzedziły głębokie a żałośliwe westchnienia.
- Jeszcze się nie wybudziła – odpowiedział dyrektor.
Snape obrzucił szybkim spojrzeniem jasnowoskową twarz nieprzytomnej Jasmine.
- Severusie, czy naprawdę nie ma na to eliksiru? – zaczął po raz kolejny dyrektor, czule głaszcząc dłoń MacGonagall.
- Nie ma – warknął Mistrz Eliksirów, od razu przecinając dyskusję.
Dumbledore spojrzał na niego z wyrzutem.
- O co panu chodzi, dyrektorze!? – naskoczył na zwierzchnika Severus, nie mogąc znieść kolejny raz kolejnego spojrzenia mówiącego „za mało się starasz". – Robię co mogę, naprawdę! Siedzę cały czas albo u Pomfrey, albo w naszej wieży i badam ślady! Jeszcze Lupinowi zachciało się nagle wilkołaczyć! Gdyby nie to, że moi ślizgoni są w kryzysowych sytuacjach posłuszni i samodzielni, nie miałbym czasu nawet chodzić na posiłki!
- Nie krzycz, Severusie – odezwała się Minerwa. Jej bardzo cichy i bardzo zmęczony głos zastopował Mistrza Eliksirów. – To moja wina.
- Minerwo… - Albus próbował zaprzeczyć.
- Moja – powiedziała stanowczo. – Moja i tylko moja. Jestem opiekunem domu. Powinnam coś zauważyć.
- Nie wszystko da się zauważyć – odpowiedział Severus.
- Gdyby to ktoś z zewnątrz – powiedziała bardzo, bardzo cicho Minerwa – to mogłabym sobie to wybaczyć. Ale to gryfon zabił gryfona; mój gryfon zabił mojego gryfona. Takiej ilości nienawiści nie da się przeoczyć.
- To mogło być zabójstwo w afekcie – dyrektor objął Minerwę i pogłaskał ją po ramieniu.
- Nie było w afekcie – odpowiedziała MacTransmutacja – rozmawiałam z Poppy. Uśpiono go Dormi Lenti. Najpierw avada, chwilę później decapite, a potem zabezpieczone zaklęciem anty-krwawiącym.
- Musiał go zabić w innym miejscu i przetransportować – włączył się Severus. – W pokoju wspólnym nie ma śladów krwi a przy decapite nie da się uniknąć krwawienia.
- Tego nie robi się w afekcie – zakończyła swoją myśl Minerwa i oparła głowę na ramieniu Dumbledore'a.
Severus usiadł na wolnym krześle. Biedna, biedna Żelazna Dziewica Hogwartu. W tym momencie, oparta o dyrektora i patrząca przed siebie niewidzącymi, smutnymi oczami, na pewno nie była żelazna. Snape'owi wydała się krucha jak zasuszone płatki żonkili, jeden z głównych składników antidotum na veritaserum.
Gryfoni jak jeden mąż siedzieli w pokoju wspólnym. Byli też wszyscy jednakowo osowiali. W zaistniałej sytuacji nawet Fred i George nie mieli nastroju do żartów – w gryfońskiej wieży morderca, na żyrandolu trup Zabble'a, w skrzydle szpitalnym poobijany przez nieznanych sprawców Worthby i Grant po próbie samobójczej, a ślizgoni i Snape ukryci w komnacie niezaznaczonej na żadnej magicznej mapie. Do kitu.
- Może w coś zagramy? – zaproponował Seamus.
Odpowiedziało mu potępiające spojrzenie Hermiony.
- No co? – Seamus poczuł się urażony i dał temu wyraz zakrywając głowę kocem.
- Ja bym może i w coś zagrał – odezwał się niepewnie Ron.
- W butelkę! – zaproponowała Lavender.
Gryfoni popatrzyli na nią z niesmakiem.
- No co? – oburzyła się identycznie jak Seamus. – Chcecie tak tu pokutować? Od siedzenia z nosem na kwintę nie pomożecie ani Honoriuszowi, ani nikomu innemu. Dawajcie butelkę!
Po tak energicznym wystąpieniu panny Brown musieli się zgodzić.
- Kręć, Lavender.
Butelka zawirowała.
- Harry! – Lavender aż klasnęła w ręce, gdy szyjka butelki wskazała Pottera. – Prawda czy zadanie?
Harry niepewnie spojrzał na pannę Brown, która wymieniła z Padmą porozumiewawcze uśmiechy.
- Prawda – odpowiedział.
- Och, Harry – zapiszczała Lavender – mam do ciebie setki pytań…
Hermiona przewróciła oczami. Oto pokłosie działalności Rity Skeeter.
- Ale mogę tylko jedno… - mówiła dalej Lavender – więc zadam to, które nurtuje mnie najbardziej...
Hermiona parsknęła. Niechże daruje sobie ten wstęp i zada wreszcie pytanie! Jakby na jej życzenie Lavender zamilkła, wzięła oddech i padł strzał.
- Czy to prawda, że w tajemnicy spotykasz się z Malfoy'em?
Zapadła cisza. Głęboka, długa cisza. Zebrani wpatrywali się w Harry'ego, oczekując odpowiedzi. Pogłoski o potajemnym związku Księcia Slytherinu i Złotego Chłopca pojawiły się pierwszy raz około pół roku wcześniej i od tego czasu krążyły po Hogwarcie. Wielu uczniów zauważyło, że nastąpiło między nimi zawieszenie broni. Skończyły się bójki, awantury, obrzucanie zaklęciami. Z tego co było wiadomo gryfonom, ślizgoni uważali to za głupie plotki (tak twierdziła między innymi Ginny), jednak ze Slytherinem nigdy nic nie wiadomo. Jak dotychczas nikt nie zapytał wprost ani Harry'ego (nikt nie chce wyjść na idiotę czytającego „Czarownicę"), ani tym bardziej Dracona (wszyscy chcą żyć).
Gdy napięcie sięgnęło zenitu, ciszę przerwał śmiech.
Harry turlał się po szkarłatnym dywanie, cały czerwony, ledwo łapiąc oddech.
- O, Merlinie – wyjąkał – to o to chodziło?
Odpowiedziały mu pytające spojrzenia kolegów.
- No, to że Lavender i Padma od tygodnia gadają mi o Draconie Malfoy'u – wyjaśnił, podnosząc się z podłogi. – Sondowały mnie – dodał, po czym znów wybuchnął śmiechem.
Zawtórowała mu reszta gryfonów, zdając sobie sprawę, jak idiotyczny był sam pomysł łączenia Harry'ego z Malfoyem i jak oni sami głupio zachowali się, wierząc w to.
- Nie, to nie o niego chodzi! – naburmuszyła się Lavender.
- Nie? – zdziwiła się Hermiona. – To o kogo?
- No jak to o kogo – oburzyła się Padma, przychodząc na odsiecz przyjaciółce. – O Lucjusza Malfoy'a!
Tym razem cisza była dużo krótsza, a po niej nastąpił kolektywny rechot całego Gryffindoru. Harry i Lucjusz Malfoy!? Za dużo „Czarownicy", drogie panny!
Lavender, mocno zirytowana reakcją kolegów, bez uśmiechu podała butelkę Harry'emu.
- Ekhm, nim zakręcę – rzekł, tłumiąc śmiech. – Żeby nie było nieporozumień: nie spotykam się z żadnym Malfoy'em.
Odpowiedziały mu chichoty zgromadzonych i mordercze spojrzenia Lavender i Padmy.
Harry zakręcił butelką. Wskazała na Henriettę D'Orphin, szóstoroczną.
- Prawda czy zadanie?
- Zadanie – zaryzykowała Henrietta, rozglądając się po pokoju wspólnym. Coś, co jej zadadzą, musi zrobić tu, bo nie wolno im wychodzić.
- Pocałuj Neville'a! – rozkazał Harry.
Henrietta rzuciła mordercze spojrzenie w kierunku Ginny, która tajemnymi znakami wskazywała Harry'emu, jakie zadanie ma wymyślić.
Neville od dawna podkochiwał się w szarookiej, dystyngowanej Henrietcie, która prędzej umówiłaby się ze sklątką tylnowybuchową, niż z nim.
Teraz, opanowując grymas złości, nachyliła się nad ciamajdowatym Longbottomem. Gdy ich usta się spotkały, Neville zrobił coś, co sparaliżowało opanowaną zazwyczaj Henriettę. Objął ją i nagłym szarpnięciem przyciągnął do siebie. Wszystkim opadły szczęki. Gdy Neville się wreszcie od niej odkleił (po naprawdę dłuuugiej chwili), Henrietta usłyszała kilka przeciągłych gwizdów i brawa. Była kompletnie oszołomiona. Kto by pomyślał, że Longbottom ośmieli się tak agresywnie z nią obejść! Bez pytania ją złapał i przykleił się do niej, kto by wyobraził sobie coś takiego! I kto by pomyślał, że ten ciamajdowaty Longbottom tak… świetnie całuje!? Nie wiedziała jeszcze, co zrobi z tym odkryciem, ale postanowiła nie zamieniać go w chomika następnym razem, gdy będzie chciał zaprosić ją do Hogsmeade.
