11 powodów

Rozdział 06 – „P" jak „Pandemonium"

Kageyama zwalił Hinatę z nóg. Dosłownie. Kiedy wykonywał swój ukłon do pasa, nie pomyślał, że stali trochę za blisko siebie, więc zupełnie niechcący wyjechał rudemu z główki. Pośladki Hinaty z solidnym trzaśnięciem wylądowały na parkiecie, zagłuszając wulgaryzmy, które posypały się z ust rozgrywającego.

Bardziej jednak niż upadkiem i siniakiem na czole, niski środkowy wydawał się przejęty słowami partnera.

- Kageyama mnie przeprosił… - bełkotał, zezując na rozgrywającego – Kageyama mnie przeprosił… jasna cholera, Kageyama mnie przeprosił!

Jakiś czas nikt nic nie mówił. Hinata i Kageyama nadal tkwili w tych samych pozycjach – Hinata na podłodze, Kageyama w głębokim ukłonie – gapiąc się na siebie i oddychając ciężko.

Rozgrywającemu zaczęło robić się trochę niewygodnie, ale nie ośmielił się podnieść głowy. Właśnie uświadomił sobie, że popełnił najklasyczniejszy z błędów – wykorzystał czas i energię na przećwiczenie przeprosin, spędził godziny, wyobrażając sobie tą scenę, ale nie poświęcił nawet minuty, by zastanowić się, co zrobi potem. A teraz czuł się jak zagubione dziecko!

Co mam teraz zrobić… co ja mam, do cholery, zrobić?!

Sądząc po minie Hinaty, rudzielec również był w trudnej sytuacji. Jaki był protokół postępowania, gdy Twój kumpel właśnie wykrzyczał przeprosiny przy sali pełnej ludzi? Szlag! Przecież Kageyama zrobił dokładnie to, przed czym wystrzegał go Sugawara!

Postaraj się nie robić sceny. Zaczekaj na właściwy moment i dopiero wtedy go przeproś."

Jakim trzeba być kretynem, by zapomnieć o tak podstawowej rzeczy?! Na miejscu Hinaty, Kageyama jak nic wybiegłby z sali. Aż cud, że rudy jeszcze tego nie zrobił.

Błagam, niech ktoś coś zrobi. – pomyślał rozgrywający – Niech ktoś przerwie tę potworną ciszę, dłużej już tego nie wytrzymam!

Jak na życzenie, coś rzeczywiście przerwało ciszę. Cichutki dźwięk, który w normalnych warunkach byłby ledwo słyszalny, ale wobec braku jakichkolwiek innych dźwieków w pomieszczeniu, zdawał się brzmieć dziesięć razy głośniej. Dźwięk zrobienia zdjęcia za pomocą zainstalowanego w telefonu aparatu.

- Historyczna chwila w dziejach naszego klubu. Król składający hołd poddanemu.

Głos, którego nie słyszał już od ponad dwóch dni, natychmiast wyrwał Kageyamę z otępienia. Rozgrywający obrócił głowę, a to, co zobaczył omal nie przyprawiło go o atak wścieklizny.

Tsukishima zawsze miał doskonały timing. Do bloku i do życia. Właściwie do wszystkiego. Również do momentu, w którym postanowił wyjść ze swojego post-obciachowego wstrząsu i ze złośliwym uśmieszkiem powrócić do gnębienia ludzi. Dlatego jakaś część Kageyamy wcale się nie zdziwiła, że ta kanalia w okularach stoi sobie przed nim, cudownie ozdrowiała, z jedną dłonią w kieszeni, a drugą beztrosko strzelającą fotki telefonem, by uwiecznić upokorzenie kolegów.

- Kurduplu, bądź tak miły i przechyl trochę gębę w moją stronę. Z tej strony słabo widać Twojego siniaka na czole…

- TSUKKI WYZDROWIAŁ!

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować na odrodzenie okularnika, Yamaguchi objął przyjaciela i z obsmarkaną twarzą, zaczął skomleć Tsukishimie do ucha. Blondyn wzdrygnął się z obrzydzeniem.

- Yamaguchi…

- Powiedz mi, żebym się zamknął, Tsukki. – poprosił piegowaty chłopak, z oczami lśniącymi od płaczu – Błagam, ja tak się za tym stęskniłem!

Tsukishima zacisnął wargi.

- Nie ma mowy. – bąknął.

Mogła być to wina światła, ale pod pewnym kątem mogło się wydawać, że na policzkach okularnika pojawiły się niewielkie rumieńce.

Kageyama ani trochę nie podzielał radości Yamaguchiego.

- Widzę, że już Ci lepiej, Tsukishima. – wycedził, prostując plecy i zaciskając zęby.

- Tak, Tsukishima. Bardzo nam, kurwa, ulżyło! – dodał Hinata równie nienawistnym tonem.

Rudzielec powoli podniósł się z podłogi. Rozgrywający nie był pewien, czy wszystkie przewinienia zostały mu już wybaczone, ale miał cichą nadzieję, że niezależnie od wcześniejszych niesnasek, gdy będzie trzeba wprać okularnikowi, on i Hinata połączą siły.

Niski środkowy zdawał się mieć jednak inne plany.

- Nie podoba mi się, że zrobiłeś nam zdjęcie, gnojku, ale rozumiem, że przez ostatnie dni przechodziłeś jakiś kryzys osobowościowy, więc Ci wybaczam. – burknął, posyłając Tsukishimie wyniosłe spojrzenie – Jesteś moim kolegą z drużyny i nie chcę się z Tobą...

- „Zwymiotowałem na nią! Przy całej klasie!".

Rudzielec aż podskoczył, gdy jego własny głos wydobył się z telefonu Tsukishimy. Okularnik posłał mu niewinny uśmieszek.

- Cieszę się, że nie wziąłeś tego do siebie. – oznajmił beztroskim tonem – Inaczej mógłbym mieć jakieś moralne opory przed wrzuceniem tego na You Tube'a…

- TY GNIDO!

Hinata i Kageyama chcieli rzucić się na Tsukishimę, jednak nagle wyrósł przed nimi Tanaka.

- Żadnych bójek przed meczem! – nakazał, ostrzegawczo kiwając palcem – Tsukishima oszukał was, rozumiem… jednak niezależnie od okoliczności, nadal czeka nas starcie z Żelazną Ścianą. Powinniśmy się cieszyć, że ten pajac wrócił do normalności. Będziemy potrzebować jego sprytu, by wygrać. Wszelkie konflikty mogą zaczekać do końca meczu.

- Tanaka, nie mogę uwierzyć, że zachowałeś się tak dojrzale! – wykrzyknął Ennoshita.

Łysy dumnie wypiął pierś.

Nagle Futakuchi zwrócił uwagę na coś w telefonie Tsukishimy.

- Jasna cholera, stary! Ale ty masz zarąbistą tapetę! No nie mogę… ta laska normalnie ma włosy na klacie!

- To nie laska, tylko Tanaka-san.

Dojrzałość Tanaki szlag trafił. Na skroni łysego zapulsowała żyłka.

- Serio? – kapitan Dateko z niedowierzaniem wskazał obecnego asa Karasuno – On?!

- Chciał mnie pocieszyć, gdy byłem w moim wstrząsie. – Tsukishima przepraszająco wzruszył ramionami.

- Mój Boże, to zdjęcie jest zwyczajnie doskonałe! – Futakuchi był zachwycony – Co za fruzyra! I jeszcze te stringi…

- A więc przez cały czas byłeś w pełni przytomny, Tsukki? – spytał Yamaguchi, patrząc na okularnika z zachwytem.

Tsukishima parsknął cicho.

- To nie tak, że wokół działo się coś ciekawego. Chociaż… - w tym momencie posłał czarnowłosemu rozgrywającemu złośliwy uśmieszek – Monolog króla, gdy biadolił, jak bardzo chce pogodzić się z kurduplem, był nader pocieszny.

Tanaka położył dłonie na ramionach Hinaty i Kageyamy, po czym zwrócił się do nich konspiracyjnym tonem.

- Zmiana planów. Zaczekamy, aż kapitan Dateko się od niego odsunie. Wtedy mu wpierdolimy.

Bez wahania pokiwali głowami. Tymczasem, nieświadom zagrożenia Tsukishima dalej chwalił się Futakuchiemu zawartością telefonu.

- A to Nishinoya-san w stroju Calineczki. Zrobiłem to zdjęcie wczoraj.

- Haha… przepiękne! Wiesz, co? Mam coś jeszcze lepszego. Prześlę Ci potem fotkę z zimowego przedstawienia, w którym Aone wystąpił jako śnieżynka.

Białowłosy wielkolud oblał się rumieńcem. Koganegawa zatkał dłonią usta, po czym bohatersko zaczął bronić godności starszego kolegi.

- Futakuchi-senpai, jak możesz być tak wredny wobec Aone-senpaia?! Jak możesz nabijać się z niego razem z blokującym przeciwnej drużyny?!

Futakuchi otworzył usta, by odpowiedzieć, ale zanim zdążył się odezwać, Koganegawa wydał z siebie dramatyczne westchnienie.

- Futakuchi-senpai w ogóle nie rozumie, co znaczy znaleźć się w trudnej sytuacji! Futakuchi-senpai zawsze jest taki wyluzowany i spokojny! Natomiast ja wiem wszystko o obciachu! Odkąd zsikałem się w majtki, gdy całowałem się z dziewczyną, moje życie już nigdy nie było takie samo!

Kapitan Dateko ryknął śmiechem.

- Zsikałeś się w majtki?! No nie mogę! I pomyśleć, że sam się przyzna… CHWILA MOMENT!

Futakuchi gapił się na rozgrywającego swojej drużyny z niedowierzaniem.

- Co takiego? – wydukał – Czy ty chcesz mi powiedzieć, że… ty… już… się… CAŁOWAŁEŚ?!

Zupełnie nie rozumiejąc oburzenia kapitana, Koganegawa przekrzywił głowę.

- Eee… no… tak? A co w tym dziwnego? Całowanie się jest odlotowe. Co prawda na początku jest trochę trudno, bo trzeba załapać, kiedy to robić, tak jak z tymi… no… kiwkami! Ale kiedy już człowiek skuma, o co chodzi, jest naprawdę zarąbiście! Zresztą, o czym ja mówię! Ty na pewno bez przerwy się całujesz, Futakuchi-senpai!

Mina Futakuchiego jasno wskazywała na to, że było dokładnie na odwrót. Z twarzą płonącą oburzeniem, kapitan złapał blond-włosego rozgrywającego za przód koszulki.

- Kogane, ty kłamliwy szczeniaku! Jak śmiesz tak okłamywać własnego kapitana? Jak nic robisz mnie w jajo! Że co? Że niby taka sierota obrzygana jak ty już się całowała, a ja nie?! Co, może mi jeszcze powiesz, że masz dziewczynę?

Koganegawa był zupełnie niewzruszony wybuchem Futakuchiego. Na dźwięk słowa „dziewczyna" jego dziecinna twarz rozpromieniła się w uśmiechu.

- Ależ mam, Futakuchi-senpai! Skąd wiedziałeś?

Futakuchi zacisnął zęby.

- Akurat masz! Chyba wyimaginowaną!

- Wcale nie! Jest w stu procentach prawdziwa! Ma piękne czarne włosy i bardzo mnie lubi. Uważa, że moje kiwki są cool. Ty nigdy nie powiedziałeś, że moje kiwki są cool, Futakuchi-senpai.

Ostatnie zdanie powiedział tonem dziecka, które miało pretensje do tatusia, że nie dostało cukierka za dobre sprawowanie.

Jakiś czas kapitan Żelaznej Ściany uważnie wpatrywał się w swojego rozgrywającego, próbując dojść, czy ten pajac mówi prawdę, czy robi go w konia.

- Skoro masz tą swoją niby-dziewczynę, to mów natychmiast, jak się nazywa!

Koganegawa uśmiechnął się beztrosko.

- Yumi-chan! Nazywa się Yumi-chan! Prawda, że śliczne imię?

- Dziwne, moja córka nazywa się tak samo. – mruknął do siebie trener Dateko.

Nagle do niego dotarło.

- Koganegawa chodzi z moją córką? Jasna cholera, Koganegawa chodzi z moją córką! Czas!

- Ale… - sędzia spojrzał na niego ze zdziwieniem – Przecież mecz jeszcze się nie za…

- CZAAAAAS! Wszyscy natychmiast do mnie!

Koganegawa zamrugał.

- Trener zarządził czas? To dziwne, skoro mecz jeszcze się nie zaczął, nie? Wolno tak robić, Futakuchi-senpai?

- Kogane…

Twarz kapitana Dateko była biała jak ściana.

- Spierdzielaj stąd. – mruknął pół-gębkiem do Koganegawy.

- Spierdzielać? Ale…

- Kuźwa, po prostu uciekaj..

- Uciekać? Dlaczego?

- Boże, czy Tobie wszystko trzeba tłumaczyć dosłownie? BIEGNIJ, JEŚLI CI ŻYCIE MIŁE, IDIOTO!

Wrzask Futakuchiego był ostatnim ostrzeżeniem, jakie dostał Koganegawa, zanim trener złapał najbliższą piłką i wymierzył ją w jego gębę.

- Jak śmiesz umawiać z moją córką za moimi plecami, kanalio?!

Z piskiem przerażenia, blond-włosy rozgrywający uchylił się. Zabójcza ścinka przygrzmociła w twarz Aone, skutecznie pozbawiając wielkoluda przytomności.

- AONE! – krzyknął libero Sakunami.

Chciał ruszyć koledze z pomocą, jednak wpadł na toczącą się piłkę i po chwili sam runął w dół, odpływając w krainę snów.

Zupełnie olewając fakt, że właśnie znokautował jedną trzecią drużyny, trener Dateko nadal atakował rozgrywającego, ciskając w nieszczęsnego chłopaka wszystkim, co wpadło mu w ręce. Koganegawa natomiast w końcu zdał sobie sprawę, że może warto jednak skorzystać z sugestii kapitana i nie oglądając się za siebie, wybiegł z sali. Trener oczywiście pognał za nim.

Futakuchi objął wzrokiem otoczenie, w milczeniu podsumowując straty obu drużyn:

Karasuno: dwóch zawodników ze złamanymi nosami. Dwóch uwiecznionych na czyimś telefonie w bardzo upokarzającej sytuacji.

Dateko: środkowy i libero nieprzytomni, całkowicie niezdatni do gry. Rozgrywający aktualnie przebywający nie wiadomo gdzie, w zależności od szczęścia martwy, albo usiłujący uniknąć śmierci z rąk trenera. A, i jeszcze kibice tak ogłupieni całą sytuacją, że wyglądali, jakby przyszli na pogrzeb, a nie mecz siatkówki.

Ostatnia obserwacja całkowicie przesądziła sprawę. Kapitan Żelaznej Ściany zwrócił się do Ennoshity z beztroskim uśmiechem.

- To co? Gramy w Dwa Ognie?

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, albo nawet zdecydować, co myśli o tej absurdalnej sytuacji, drzwi do sali gimnastycznej otworzyły się z hukiem i stanęła w nich osoba, której nikt nie spodziewał się zobaczyć.

- MIARKA. SIĘ. PRZEBRAŁA!

Kageyama zbladł. Nie słyszał tego głosu już od jakiegoś czasu, a mimo to bez problemu go rozpoznał.

Ale… przecież to niemożliwe! – pomyślał błagalnie – Błagam, Bogowie, tylko nie to! To niemożliwe! To NIE MOŻE być on!

Przypomniał sobie, jak Sugawara wspominał mu, że on i Asahi powstrzymali Daiichiego przed wskoczeniem w pierwszy shinkansen do Sendai. I wyglądało na to, że były kapitan Karasuno rzeczywiście nie wsiadł do pierwszego pociągu… ale do drugiego już tak!

Kageyama nie był w stanie opanować drżenia kolan. Wcale mu się nie wydawało. Stojący w drzwiach facet był nieogolony i miał na sobie kraciastą koszulę, ale to bez wątpienia byłON!

A więc doigrali się. Po dwóch dniach kłótni, humorów i beznadziejnych treningów, wreszcie dostali zasłużony Armagedon. Stał przed nimi Sawamura Daiichi. Mało tego – Sawamura Daiichi tak wkurwiony, że wykraczało to poza nieoficjalną skalę wkurwienia Sawamury Daiichiego. Raczej nie wpadł tutaj, bo się za nimi stęsknił.

Kageyama zaczął zmawiać pacierz.

- Jedzie człowiek na studia… - wyszeptał Daiichi, krocząc ku nim, niczym rozwścieczony Bóg Zemsty – Do Tokio… sto kilometrów stąd… myśli, że będzie miał święty spokój… myśli, że wreszcie sobie odpocznie…

- D-Daichi-san…

- MORDA W KUBEŁ, TANAKA! Czy was wszystkich i każdego z osobna, już do reszty, POPIEPRZYŁO?! Czy wy macie, kurwa, pojęcie, ile telefonów ze skargami ja wczoraj dostałem?! Przez całe życie nie najadłem się tyle wstydu! I co… naprawdę myśleliście, oszołomy, że uwierzę, że wszystkim naraz popsuły się komórki? Że wystarczy wyłączyć telefony, a unikniecie mojego gniewu? Już ja wam pokażę… już ja was ustawię do pionu! HINATA, KAGEYAMA!

O Boże! A więc my na pierwszy ogień?! – rozgrywający pomyślał z przerażeniem.

Ktokolwiek powiedział, że Kageyama najlepiej nadawał się na Czarnego Diabła był skończonym kretynem. To Daiichi powinien dostać tę fuchę! W tym stanie, w jakim był teraz mógłby spokojnie zdetronizować Lucyfera i jednogłośnie wygrać wybory na nowego Władcę Piekieł.

Rozgrywający rozważał ucieczkę, jednak szczerze wątpił, by było takie miejsce na ziemi, gdzie byłby w stanie ukryć się przed gniewem Sawamury. Mógł jedynie stać u boku Hinaty i modlić się o zbawienie.

Daiichi pochylił się nad nimi z groźną miną.

- Macie mi się, kurwa, pogodzić, bo ja nie…

- Ale my już pogodzeni! – piskliwym głosem oświadczył Hinata – Pogodziliśmy się! P-p-prawda, K-k-kageyama?

- T-t-taaaaak! J-jesteśmy pogodzeni! Jak nie jesteśmy, jak jesteśmy!

- Super pogodzeni!

- Zajebiście pogodzeni!

- Tak pogodzeni, że bardziej się nie da!

Były kapitan Karasuno poczęstował ich jednym z najbardziej sadystycznych uśmieszków.

- I lepiej, żeby tak zostało. Gdy następnym razem się zobaczymy, ma tu panować miłość, pokój i harmonia! Czy to jasne?

- JAK SŁOŃCE! – zawyli z oczami, w których gromadziły się łzy ulgi.

- Bardzo dobrze… TSUKISHIMA!

Gdyby nie fakt, że Kageyama stał kilka metrów od okularnika, nie uwierzyłby, że wysoki blondyn jest w stanie aż tak się przerazić. Stojąc naprzeciw rozwścieczonego Sawamury, Tsukishima tak się skulił, że jego imponujące metr dziewięćdziesiąt jeden wzrostu nagle zamieniło się w metr pięćdziesiąt wzrostu (jeszcze mniej, niż posiadał Nishinoya!).

- S-s-sawamura-san!

Kageyama wytrzeszczył oczy. To był pisk? Tsukishima potrafił piszczeć?!

- Tsukki-chan, Tsukki-chan… czego to ja się o Tobie dowiaduję? – mrocznym tonem wyszeptał Daiichi – Cóż to za głodowe strajki sobie urządzamy, co? Ponoć rodzoną matkę doprowadziłeś do płaczu, bo od dwóch dni niczego nie zjadłeś.

- J-ja nie jem? – wybełkotał Tsukishima – C-co… co za nonsens! Yamaguchi, daj szybko jakiś jogurt… W-w-widziś? Przećłeż jem! N-no zobacz! J-jaki strajk? N-n-nie… nie ma żadnego strajku!

Kageyama mógłby ponabijać się z faktu, że zarzucający wszystkim niechlujstwo Tsukishima gadał z pełnymi ustami i palcami wpierdzielał jogurt. Mógłby, gdyby nie poświęcał całej energii wysiłkowi, by samemu nie zesrać się ze strachu.

Sawamura pochylił się nad okularnikiem i spojrzał mu prosto w oczy.

- Powtarzaj za mną, Tsukishima. Od teraz będę jadł wszystko, co ugotuje mi mama.

- Od teraz będę jadł wszystko, co ugotuje mi mama.

- Bez marudzenia i kręcenia nosem.

- Bez marudzenia i kręcenia nosem.

- Przeproszę Yachi i Yamaguchiego.

- Przeproszę Yachi i Yamaguchiego.

- I przez tydzień będę kupował im pączki.

- I przez tydzień będę kupował im pączki.

- Przez miesiąc pozwolę mojemu bratu i siostrze Tanaki odbierać się ze szkoły i nie będę odwalał żadnych cyrków.

- …

- Chcesz, kurwa, negocjować?!

- NIE! P-przez… m-m-miesiąc pozwolę mojemu bratu i… s-s-siostrze Tanaki odbierać się ze szkoły…

- I nie będę odwalał żadnych cyrków!

- I nie będę o-o… odwalał… ż-ż-żadnych… c-c-cyrków.

- A spróbuj mi się z czegoś nie wywiązać, a poproszę Kenmę-kun, by hakerskimi sposobami dobrał się do Twojej komórki i wyczyścił pamięć do cna. Teraz, gdy jego chł… Teraz, gdy Kuroo-san jest moim współlokatorem, mam w zanadrzu groźnych ludzi, których mogę prosić o przysługi.

Tsukishima energicznie pokiwał głową. Daiichi wyglądał na usatysfakcjonowanego.

- Doskonale… TANAKA, NISHINOYA!

- A-a-ale, Daichi-san! K-kiedy my nic..

- Co takiego?! Jeszcze śmiesz się wykręcać, gówniarzu?! Gdy zbrodnię masz wypisaną na twarzy i to, kurwa, dosłownie?!

Palec Sawamury zawisł kilka milimetrów od zapisanego różową farbą napisu, który zdobił gips Tanaki (Napisu głoszącego: „Jesteś boski, Ryu!").

- A-ale… ja to niespecjalnie! – rozpaczliwie tłumaczył łysy.

- W-właśnie! – gorliwie dodał Nishinoya – D-daichi-san, nie zrobiliśmy nic złego. Ja i Ryu… nasze nosy to… to był wypadek!

- Ach tak?

Daichi wyciągnął zza pazuchy kolorową gazetę z biuściastą lalunią w bikini na okładce.

- Wiesz co, Nishinoya? Mam tu taką fajną gazętę, którą znalazłem w Pokoju Klubowym. I tak się składa, że mam również zapaliczkę. Zaraz podpalę tą gazetę i to również będzie wypadek…

- NIEEEE! – zawył łysy – Błagam, tylko nie sierpniowy numer!

- Daichi-san, ja będę się uczył po nocach, ja już nawet nie zbliżę się do drabinek… - ze łzami w oczach obiecywał libero – Zrobię wszystko, tylko nie niszcz naszego skarbu!

Sawamura groźnie zwęził oczy.

- Ta gazeta będzie moim zakładnikiem. – wyszeptał złowieszczo – Jeśli przez najbliższy miesiąc któryś z was zdobędzie chociaż zadrapanie, sprawi sobie chodziaż małego siniaczka…

- Żadnych więcej kontuzji! – krzyknęli, padając na kolana – Obiecujemy! Przyrzekamy!

- Bardzo dobrze… TRENERZE!

Ukai omal nie spadł z ławki. Mało brakowało, a udławiłby się papierosem.

- ONI MAJĄ ZA LEKKIE TRENINGI! – wydarł się Daiichi, wskazując palcem na drużynę.

Blondwłosy mężczyzna, podobnie jak wszyscy przed nim, trząsł się ze strachu. Fakt, że właśnie dostawał zjebkę od młodszego o kilka lat chłopaka (parę miesięcy temu zresztą wciąż nieletniego!), z jakiegoś powodu w ogóle nie wydał mu się problematyczny.

- T-t-tak! – wyjąkał z miną przyłapanego na gorącym uczynku dziecka – O-oczywiście masz rację, Sawamura.

- Myślisz, że dlaczego buzują w nich hormony?! Kilkadziesiąt pompek i nie mieliby czasu myśleć o podobnych głupotach!

- Pompki… okej, kumam… pompki….

- Mają zapierdalać, ale nie zbijać bąki!

- N-naturalnie, Sawamura! Z-zapierdalać… z-zapisuję sobie… zapierdalać!

- Miminimum dwadzieścia kółek wokół boiska dziennie, do cholery!

- Tak, tak… dwadzieścia kółek! O-o-oczywiście, Sawamura! Cokolwiek powiesz, Sawamura…

- A w ogóle to, co ty sobie myślisz, by urządzać sobie urlopy?! Jak mogłeś na cały miesiąc zostawić Ennoshitę samego z tą bandą?! Przecież on się dopiero uczy! Czy aż tak trudno postawić się w sytuacji człowieka, który musi ogarnąć tę zgraję oszołomów?!

- DAIICHI!

Wywód Sawamury przerwało wtargnięcie na salę kolejnego absolwenta liceum Karasuno. Suga wczołgał się do środka ostatkiem sił. Jedną ręką trzymał się za brzuch, a drugą opierał o ścianę, by nie stracić równowagi.

- Da… iichi… - występkał, z trudem łapiąc oddech – Zanim… kogoś… zabijesz… pamiętaj! To są.. tylko… DZIECI!

- SUGA-SAN! – pisnął Hinata rozradowanym głosem.

Sugawara podniósł wzrok.

- Wszyscy żyją? O mój Boże, wszyscy żyją!

Niemal skomląc ze wzruszenia, jak matka która w ostatniej chwili zdołała ocalić młode, podbiegł do Hinaty i Kageyamy i wtulił ich głowy w swoją pierś.

- Moje maleeeeństwa! – zawył – Jak ja się martwiłem! No już, już, pokażcie się. Zdrowi? Cali? Nic się nie stało? Już wszystko dobrze?

- Eee… Suga? – niepewnie odezwał się Nishinoya – Czy Tobie przypadkiem nie zaczęło trochę odbijać?

- CICHO BĄDŹ! – histerycznym głosem krzyknął Sugawara – Nie przeżyłeś tego, co ja! Ja całą noc musiałem wysłuchiwać, co on z wami zrobi! – oskarżycielsko wskazał palcem Daiichiego.

- Ohoho? – zawołał czyjś rozradowany głos – To już po wszystkim? Już był wpierdol? No nieee, no! Dajcie spokój, tak nie można. Ja przyjechałem tu specjalnie po to, by zobaczyć wpierdol…

- Hej, hej, heeeej! Tsukki, stęskniłeś się?

Tsukishima spuścił ze zrezygnowaniem głowę.

- Boże, wy też tu jesteście? – jęknął zbolałym tonem.

Do Sali wkroczyli Kuroo i Bokuto.

- Te, Sawamura, czy Tobie przypadkiem nie pomylili się zawodnicy?

Były kapitan Nekomy ze złośliwym uśmieszkiem wskazywał na Aone i Sakunamiego.

- Ci, których znokautowałeś chyba raczej nie są z Twojej drużyny…?

- Nie on ich znokautował. – z westchnieniem wtrącił Futakuchi – To robota naszego trenera.

- Oho? – z rozbawionym wyrazem twarzy Kuroo uniósł brew – Trener was tak urządził? Mój Boże, coście mu zrobili? Dziadunio Nekomata też nieźle się wkurzył, gdy niechcący dolaliśmy mu wódki do sake, ale żeby nokautować zawodników to już lekka przesada.

- Po pierwsze nie MY dolaliśmy mu tej wódki, tylko TY to zrobiłeś.

Do skromnego grona odwiedzających właśnie przyłączył się Kenma. Rozgrywający Nekomy jak zwykle ćwiczył mięśnie kciuków na swoim ulubionym Gameboyu.

- A po drugie, - ciągnął, nawet nie podnosząc wzroku znad gry – to z pewnością nie było niechcący.

Kuroo oparł dłoń na biodrze i podejrzliwie przekrzywił głowę.

- A ty skąd o tym wiesz, Kenma?

Kozume westchnął.

- Bo gdy Lev przysięgał Ci, że trenera nie da się upić, z uśmiechem na ustach się do tego przyznałeś?

- Och, przepraszam! – Kuroo zaśmiał się niewinnie – Na starość człowiek ma taką sklerozę…

- No dobra, rusz się wreszcie! – zza drzwi niespodziewanie dało się słyszeć głos Akashiego.

Odpowiedział mu dźwięk zbliżony do skomlenia zwierzęcia. Już po chwili rozgrywający Fukurodani pojawił się w drzwiach.

- Mam Ci z nim pomóc, Akashi? – spytał Bokuto.

Akashi pokręcił główą, po czym ponownie zwrócił się do towarzyszącej mu osoby.

- Chyba sobie poradzę… No, chodź wreszcie! Wszystko będzie dobrze. Tutaj nie ma krwi…

- NIE! JA NIE CHCĘ, JA NIE PÓJDĘ!

Na twarzy Nishinoyi pojawił się wyraz olśnienia.

- Asahi, to ty?

Chwila pauzy.

- Nishinoya…? NISHINOYA! TY ŻYYYJEEEEESZ!

Zapłakana i nieco bardziej ucywilizowana wersja Conana Barbarzyńcy przekorczyła próg i zaczęła skomleć Nishinoi w kolana. Przez ostatnie kilka tygodni broda Asahiego znacznie urosła, jednak jego odwaga – ani trochę. Libero westchnął ze zrezygnowaniem.

- Nie doceniłem Cię, Azumane, gdy parę dni temu stwierdziłem, że większą ciotą już zostać nie możesz…

- N-N-Nishinoya. – wyjąkał Asahi, patrząc na kolegę załzawionymi oczami – Jak tak się bałem… tak się martwiłem!

- No, dobra, dobra! Przestań się mazać, fujaro! Zostawiłeś u Ryu swojego pluszowego misia…

Podczas gdy libero próbował uspokoić byłego asa Karasuno, Daiichi klepał Ennoshitę po ramieniu.

- Widzisz, Chikara? – odezwał się, wodząc zadowolonym wzrokiem po twarzach zgromadzonych – Widzisz? Rozumiesz już, o czym mówiłem Ci przez telefon? Jeśli chcesz utrzymać dyscyplinę, nie możesz ciągle być dobrym wujkiem. Zobacz, jak pięknie ustawiłem Ci drużynę. Sentymenty sentymentami, ale zamordyzm musi być!

- Zamordyzm… - powtórzył Ennoshita, śmiejąc się nerwowo – Gdzie ja słyszałem to pojęcie?

- Dziadek Ukaia często go używał.

- Heh… tak sobie pomyślałem, że brzmi znajomo.

Twarz Sawamury nieco złagodniała.

- A tak na poważnie… proszenie kogoś o pomoc to żaden wstyd. Następnym razem, gdy znajdziesz się w trudnej sytuacji, od razu daj mi znać. Jeśli będziesz z tym czekał do ostatniej chwili, sytuacja może Cię przytłoczyć.

Ennoshita zmarkotniał.

- Sezon jeszcze dobrze się nie zaczął, a drużynę już dopadł kryzys. Nie tak wyobrażałem sobie początki kapitanowania.

Były kapitan zaśmiał się serdecznie, po czym położył dłoń na ramieniu obecnego kapitana.

- Wiesz… - zaczął tajemniczym tonem – Kryzysy wcale nie oznaczają upadku drużyny. Po tym, jak nazywano nas „Nielotami", powinieneś już o tym wiedzieć. Niektóre konflikty rzeczywiście bywają destrukcyjne i prowadzą do zniszczenia relacji między bliskimi sobie osobami. Ale niektóre… niektóre mogą pomóc w lepszym zrozumieniu siebie i wzmocnić więź, która już jest silna.

Kageyama podskoczył, bo mówiąc ostatnie zdanie Daiichi spojrzał prosto na niego. Przełykając ślinę, rozgrywający powiódł wzrokiem w stronę miejsca, gdzie Hinata rozmawiał z Kenmą i Kuroo.

Wzmocnić więź, która już jest silna…"

Była to tylko intuicja, ale Kageyama czuł, że jego bitwa jeszcze się nie zakończyła. A wynik wciąż nie był przesądzony.