Betowała Jasmin Kain.
Ostrzeżenie: kary cielesne.
Rozdział 6
Spanie na brzuchu było piekielnie niewygodne. Bethany wstała rano zmęczona, z zapuchniętymi od płaczu oczami. Pośladki nadal ją piekły; kiedy przejrzała się w lusterku zobaczyła, jak fatalnie wyglądała. Do tego doszły potargane włosy i wczorajsza sukienka. Była tak obolała i głęboko nieszczęśliwa, że nie miała siły się umyć i przebrać.
Jak na zawołanie otworzyły się drzwi i do środka weszła Narcyza. Na widok dziewczyny na jej twarzy pojawiło się współczucie. W ręku trzymała szklany pojemnik.
— Witaj, panienko — przywitała ją. — Czy możesz położyć się na brzuchu na łóżku?
— Co to jest? — spytała Bethany, marszcząc czoło.
— To maść na twoje obrażenia — wyjaśniła. — Muszę ci ją zaaplikować.
Dziewczyna poczuła się upokorzona; wyglądało na to, że Voldemort nie zamierzał kryć się z tym, że ją uderzył. Objęła się ramionami i odwróciła tyłem do kobiety.
— On cię tu przysłał? — spytała, z trudem panując nad płaczem. — Daje mi maść? Po co? Pewnie na śniadaniu znowu się do czegoś przyczepi i mnie ukarze. Jego łaskawość ma złe wyczucie czasu. Lepiej zostawić tę maść na koniec dnia.
— Czarny Pan nie może czekać — w głosie Narcyzy kryła się prośba. — Pozwól mi to zrobić.
Bethany usłyszała kroki i poczuła, że delikatnie masuje jej plecy. Ten pozorny gest sprawił, że nie wytrzymała. Zaczęła płakać, wpierw cicho, potem coraz głośniej. Narcyza przytuliła ją i powiedziała:
— Wszystko w porządku. Pan już się na ciebie nie gniewa.
Na wspomnienie Voldemorta Bethany przestała płakać. Oderwała się od kobiety i odparła:
— Nie interesuje mnie, co myśli. Jeśli mój każdy dzień ma tak wyglądać to wolę, żeby mnie zabił.
Narcyza wyglądała na przerażoną.
— Panienko, proszę tak nie mówić — powiedziała, siląc się na opanowany ton, jednak jej głos zadrżał. — Czarnemu Panu bardzo na tobie zależy. Gdyby chciał, żebyś cierpiała, nie przysłałby mnie tu.
— Zależy mu – Bethany poczuła ogromną złość. — Żeby się na mnie wyładowywać! Spędziłam całe życie w mugolskim sierocińcu i byłam zżyta z jego wychowankami! Na moich oczach zabił jednego z nich! Czy tak postępuje opiekun, którego zadaniem jest troszczenie się o mnie?
Przyrzekła sobie, że nie wspomni więcej o dawnym życiu. Ale… to przyszło nagle. Narcyza budziła w niej zaufanie, choć nie powinna tak do tego podchodzić. Bądź co bądź służyła jej dziadkowi. Może i postąpiła głupio, mówiąc to wszystko, ale przynajmniej poczuła ulgę.
Czarownica stała ze słoiczkiem w ręku i wpatrywała się w nią uważnie.
— Nie jest łatwo być wnuczką Czarnego Lorda — powiedziała. — Jest bardzo wymagający i surowy, ale chce dla ciebie jak najlepiej.
— To nie jest troska — Bethany przetarła kąciki oczu. — Mieszkam tutaj, choć nie chcę. Mam uwierzyć, że zabijanie jest dobre i być orłem we wszystkich przedmiotach. Tylko to ostatnie jest normalne.
Narcyza dotknęła jej podbródka i wyszeptała:
— Nie powtórzę tego, co od ciebie usłyszałam. To zostanie między nami. Mam dla ciebie radę. Nie mów głośno tego, co myślisz.
— On i tak się dowie — wyszeptała. — Umie czytać w myślach.
— Wiem — Narcyza zaskoczyła ją. — Że to potrafi. To się nazywa legilimencja. Nas nie usłyszy.
— Jak to? — Bethany zmarszczyła czoło. Nie zamierzała mówić jej, że Voldemort wstrzymał się z penetracją jej umysłu. Tymczasem ona wiedziała.
— Czarny Pan nie słyszy moich myśli — wyjaśniła. — Przez to. — Wskazała palcem na bliznę, którą wcześniej zauważyła dziewczyna.
— Jak to się stało? — spytała Bethany. — To małe znamię ma wpływ na moc Lorda Voldemorta?
— Ta blizna powstała na skutek pewnego zaklęcia — Narcyza wzięła głęboki wdech. — Od tamtej pory Czarny Pan nie jest w stanie wniknąć w mój umysł. Jeśli na kogoś została rzucona bariera, która uniemożliwia czytanie myśli, również ją widzę. Tak jak w twoim przypadku.
— Jakie to zaklę… — zaczęła Bethany, lecz przerwała jej:
— Nieważne, panienko. Nie dowie się o naszej rozmowie. Chyba mogę na ciebie liczyć.
— Oczywiście — dziewczyna poczuła się lepiej, widząc, że ktoś okazał jej zrozumienie. — Dziękuję ci.
— Teraz połóż się na brzuchu — poprosiła Narcyza. — Musisz się jeszcze umyć i ubrać. Wiesz, że czas nas goni.
Bethany skinęła głową i zrobiła to, co kazała. Czarownica podniosła jej sukienkę i zsunęła majtki. Dziewczyna poczuła, jak delikatnie wklepuje w jej skórę leczniczą maść.
— Za chwilę przestanie cię boleć — powiedziała łagodnie. — To dobry specyfik.
Rzeczywiście – po kilku sekundach pieczenie ustało.
— Twój mąż — zaczęła Bethany. — Od jak dawna służy mojemu dziadkowi?
— Po co ci to wiedzieć, panienko? — spytała. — W pewne rzeczy lepiej nie wnikać.
— Przecież nic się nie stanie, jak powiesz — odparła. — Gorzej by było, gdybyś zaczęła wymieniać dane jego ofiar…
— Przestań — przerwała jej ostro kobieta. — Cieszę się, że czasem mogę być dla ciebie oparciem, ale teraz zmierzasz do granicy, której lepiej nie przekraczać.
— W sensie że chcę za dużo wiedzieć? — spytała Bethany. — Masz rację. Przepraszam. Po prostu brakuje mi towarzystwa drugiej osoby. A to, że zaczęłam ten temat, to wiesz dlaczego. Obie w tym tkwimy.
— Ja tkwię — poprawiła ją Narcyza. — I moja rodzina. Ciebie to nie dotyczy.
— Jak to nie? — żachnęła się dziewczyna. — Mój dziadek jest szefem tej organizacji. Twój mąż wykonuje jego rozkazy.
— Panienko — Narcyza spojrzała na nią ostro. — Polityka to nie jest twoja sprawa. Możesz już wstać.
Bethany wciągnęła majtki i opuściła sukienkę. Usiadła na łóżku i czekała.
— Tym razem nie będę cię kąpać — powiedziała czarownica. — Sama to zrobisz, ale nie tutaj.
— W łazience? — spytała i ucieszyła się na samą myśl. Bywała tam kilka razy dziennie, żeby korzystać z ubikacji, ale jeszcze nie miała przyjemności użytkować ogromnej wanny.
— Tak — Narcyza uśmiechnęła się. — Zaprowadzę cię.
Bethany nie rozumiała motywów dziadka. Do tej pory kąpała się w swoim pokoju, myta przez żonę jego śmierciożercy. Teraz mogła iść do łazienki i zrobić to samodzielnie. Skoro korzystała z toalety, to czemu nie mogła ze znajdującej się tam wanny?
— Postaraj się zrobić to szybko — powiedziała Narcyza cicho. — Musimy zjawić się punktualnie.
— Dobrze — Bethany skinęła głową i po chwili wyszły z pokoju.
**
Gdy dziewczyna stanęła przed drzwiami jadalni, poczuła ściskanie w żołądku. Na myśl, że zobaczy Voldemorta, zrobiło się jej niedobrze. Gdy drzwi uchyliły się do wewnątrz, przez chwilę nie mogła zrobić kroku. Przełknęła ślinę i weszła do środka.
Przy długim stole siedział Voldemort. Było tam mnóstwo najwykwintniejszych potraw, pomimo że byli tylko we dwoje. Śmierciożercy nigdy nie jadali w Czarnym Dworze.
— Dzień dobry — przywitała się dziewczyna i ukłoniła. Nadal stała, czekając aż pozwoli jej zasiąść naprzeciwko siebie.
— Czy maść zadziałała? — spytał drwiąco, unosząc do góry kąciki ust. — Będziemy na niej polegać jeszcze wiele razy.
Bethany przygryzła wargę, na co zaśmiał się zimno.
— Usiądź koło mnie — rozkazał, wskazując na miejsce obok siebie. Dziewczyna spełniła polecenie.
— Śniadanie to ważny moment — powiedział, biorąc do ręki udko kurczaka. — Jeśli rodzina spożywa je razem, to wiele to dla niej znaczy.
Bethany napiła się herbaty – do czego zmierzał? Była ciekawa, co za chwilę usłyszy.
— Czy ty też tak uważasz? — spytał, wciąż trzymając udko.
— Tak, dziadku — odpowiedziała.
— Rodzina — syknął i mocno ścisnął kość, która pękła z trzaskiem. Bethany wzdrygnęła się, na co uśmiechnął się zimno.
— Nie jestem sentymentalny — syknął. — Ale to, że razem jemy posiłki, jest ważne. Na przykład teraz. Czy wiesz dlaczego?
— Ponieważ spędzamy wspólnie tę chwilę? — spytała cicho dziewczyna.
— Nie — wycedził. — Wczoraj zrobiłaś coś niedopuszczalnego i zostałaś za to ukarana. Teraz mogę w spokoju podziwiać tego skutki. Nie ma to jak skuteczna obserwacja.
Bethany odechciało się jeść. Odłożyła kromkę chleba na talerz i wbiła wzrok w blat.
— Nie odejdziesz od stołu — syknął czarnoksiężnik. — Jeśli nie zjesz przynajmniej jednego obfitego posiłku. Potrzebujesz siły na myślenie i skoncentrowanie się na lekcjach. Nałóż coś sobie.
Bethany drżącymi rękami sięgnęła po półmisek z sałatką. Gdy nałożyła jej trochę na talerz, sięgnęła po widelec.
— Jedz — rozkazał. Kiedy zaczęła to robić, przypatrywał się jej uważnie. Gdy skończyła, zapytał:
— Czy czujesz się tutaj samotna?
Widelec wypadł jej z ręki. Zaskoczył ją.
— Niezdara — warknął i uderzył ją w dłoń. Miał bardzo kościste palce. Schyliła się i podniosła widelec.
— Przepraszam — wyszeptała.
— Zadałem ci pytanieee — zasyczał.
— Nie — skłamała, na co zmarszczył czoło.
— Skłam jeszcze raz, a obiecuję, że nie będziesz mogła dzisiaj siedzieć.
Spojrzała na niego – czerwone oczy przeszywały ją na wylot. Nie musiał wnikać w jej umysł – był doskonałym obserwatorem i wiedział, co ją gryzło.
— Czuję się samotna — przyznała, co zabrzmiało według niej żałośnie. — To znaczy mam na myśli to, że nie mam tutaj nikogo w moim wieku. Brakuje mi rówieśników. Co prawda jesteś ty i twoi śmierciożercy, ale to nie to samo.
— To zrozumiałeeee — zasyczał. — Jesteśmy istotami społecznymi i ludzi są nam potrzebni. Mnie do tego, żeby wykonywali moje rozkazy. Tobie do towarzystwa, na razie.
— Na razie? — spytała i zamrugała. — Chcesz powiedzieć, że kontakty, które zawrę, mam później wykorzystać w konkretnym celu?
— I tak byś to zrobiła — odparł. — Jesteś tu od kilku dni, dopiero przyzwyczajasz się do nowych realiów. Im bardziej wejdziesz w nasz świat, zrozumiesz, że sztuka manipulacji jest konieczna. Bycie fair w stosunku do osób, którymi się otoczysz, przyniesie ci zgubę.
Chwycił ją za podbródek i zbliżył twarz do jej twarzy:
— Wojna pomiędzy jasną a ciemną stroną trwa w najlepsze. Wygrywam i kiedy nastąpi ostateczny koniec, wielu będzie zabiegać o moje względy. To tyczy się również ciebie.
Puścił ją i obdarzył uśmiechem. Nie tym zimnym, tradycyjnym. Patrzył na nią łaskawiej?
— Wtedy zobaczysz, jak łatwo jest o lizusów — powiedział. — Widziałem w twoich wspomnieniach, że potrafisz sobie dać radę i nie dasz się wykorzystywać. Ufam, że nadal tak jest.
Chwycił część udka, na której było mięso i zaczął je rozdrabniać palcami. Wziął kawałek i wsadził go sobie do ust. Gdy przełknął, ciągnął:
— Jesteś moją wnuczką i ważne jest, żebyś umiała podtrzymać swój autorytet. Nie pozwoliła na zbytnią poufałość.
— Twoi śmierciożercy nie mogą być dla mnie niemili — zauważyła. — Czy źle mnie traktować. Sam to powiedziałeś.
— Owszem — skinął głową. — Gdyby postąpili inaczej, odpowiedzieliby przede mną. Ale nie ich miałem na myśli.
Przygryzła wargę. Czyżby miał na myśli to, że…
— Jeśli przez te kilka dni zobaczę — powiedział. — Że przykładasz się do nauki, nagrodzę cię. Poznasz dzieci moich śmierciożerców. Większość jest w twoim wieku.
— Naprawdę? — Bethany spodobała się ta myśl. — Byłoby wspaniale.
— Jest na to warunek — położył silny nacisk na ostatnim słowie. — Jeśli go wypełnisz, dostaniesz to, o czym wspomniałem. Teraz dokończmy śniadanie.
Skupił się na mięsie, a dziewczyna sięgnęła po kolejną kromkę chleba. Niczego tak nie pragnęła, jak towarzystwa rówieśników. Musiał wziąć pod uwagę to, jak bardzo broniła Emily. Gardził nią, ponieważ była mugolką, ale jako dobry obserwator zauważył, jak ważna była dla jego wnuczki. Teraz chciał poprawić jej psychiczny komfort.
Mogło to też mieć drugie dno – jako przywódca mrocznych potrafił rządzić twardą ręką i był mistrzem manipulacji. Możliwe, że chciał sprawdzić, czy Bethany również posiada cechy liderki. Czy poradzi sobie z dziećmi jego śmierciożerców.
**
Przez kolejnych kilka dni Bethany przykładała się nauki, żeby zapracować na swoją nagrodę. Była ciekawa nowych znajomości, choć wiedziała, że ze względu na jej pozycję będą mieć do niej inne podejście.
Gdy nadeszła wieczorna lekcja z Voldemortem, zastanawiała się, czy odniesie się do swojej obietnicy.
**
Na zajęciach dowiedziała się, kim jest Albus Dumbledore i dlaczego musi zginąć.
— Ten głupiec — syknął czarnoksiężnik. — Uważa, że czarodzieje i mugole są równi. Że ich i nasz świat może współistnieć. Że nie ma nic złego w tym, żeby mugolaki chodziły do Hogwartu. Nie mogę się doczekać, kiedy stanę nad jego trupem i na niego splunę.
Bethany skrobała piórem po pergaminie, nie podnosząc wzroku.
— Wiesz teraz, że jest naszym wrogiem — warknął. — Dlaczego musi umrzeć?
— Ponieważ uważa, że mugole i czarodzieje są równi — odpowiedziała. — Że te dwa światy mogą istnieć obok siebie. Pozwala uczęszczać mugolakom do Hogwartu.
— Bardzo dobrze — Voldemort uśmiechnął się zimno. — Jak nazywa się czarnoksiężnik, którego pokonał i osadził w Nurmengardzie?
— Gellert yyyy — Bethany zaczęła nerwowo przeszukiwać notatki. — Przepraszam dziadku, to trochę trudne nazwisko.
— Pozwalam ci sprawdzić — powiedział. — Ten jeden raz. Na twoją korzyść przemawia fakt, że dopiero dziś poznałaś tę postać.
— Gellert Grindelwald — przeczytała. — Albus Dumbledore pokonał go w 1945 roku.
— Radzę ci to zapamiętać — Voldemort zmrużył oczy. — Im więcej wiesz o wrogu, tym lepiej. O Dumbledorze oczywiście.
— Czy mogę o coś zapytać? — Bethany przemówiła do blatu.
— Tak — czarnoksiężnik postukał palcami w krzesło przy swojej katedrze. — Co takiego nie daje ci spokoju?
— Ten Grindelwald — zaczęła ostrożnie. — Dawno umarł?
— Nie umarł — odparł Voldemort. — Żyje i nadal tam gnije.
— Urodził się w 1883 roku — Bethany była zaskoczona. — Jak to możliwe?
— Czarodzieje żyją o wiele dłużej niż przeciętny stary mugol — syknął. — To kolejna nasza przewaga nad plugastwem. Zaśmiał się krótko i powiedział:
— Rozmawiałem z moimi śmierciożercami. Okazuje się, że wzięłaś sobie do serca to, co mówiłem. Nie chciałbym, żeby to było jednorazowe.
— Oczywiście, że nie — zapewniła gorliwie Bethany. — Nadal będę się przykładać do nauki. Nie zawiodę cię.
Podszedł do niej i chwycił ją za podbródek:
— Jaka pewna swoich możliwości. Zobaczymy, jak ci pójdą testy. — Cofnął dłoń i odparł: — Jutro poznasz nowych kolegów i koleżanki.
— Tutaj? — spytała zaskoczona, na co parsknął.
— Nigdy w życiu — wycedził. — Narcyza zabierze cię do siebie.
Dziewczyna poczuła podekscytowanie. Nareszcie doczekała się tego, co jej obiecał.
**
Bethany siedziała w swoim pokoju i oczekiwała służącej Voldemorta. Kiedy drzwi się otworzyły i stanęła w progu, dziewczyna poderwała się z łóżka i uśmiechnęła szeroko.
— Jestem gotowa — oznajmiła.
— To dobrze — kobieta była poważna. — Czarny Pan chce cię zobaczyć przed wyjściem. Lepiej powściągnij emocje.
Bethany skinęła głową i opanowała się. Gdy stanęły przed gabinetem Voldemorta, Narcyza położyła jej rękę na ramieniu. Drzwi otworzyły się i dziewczyna weszła do środka.
Czarny Pan siedział przy swoim biurku i trzymał w ręku jakąś gazetę.
— Dzień dobry, dziadku — przywitała się grzecznie Bethany i ukłoniła się. Voldemort gestem kazał jej podejść. Zrobiła to i czekała.
— Chcę ci coś pokazać — powiedział i podał jej gazetę. — Czy poznajesz osobę na zdjęciu?
Bethany zobaczyła, że jest to numer „The Sun". Miał mugolską gazetę? On?
— Wiem, co sobie myślisz — warknął. — Nie czytałem tej brukowej szmaty, tylko pierwszą stronę. Zatrzymałem ją, ponieważ piszą o mojej wnuczce.
Mojej wnuczce. Bethany wzdrygnęła się i przypomniała sobie, co do niej wcześniej mówił. Spojrzała na pierwszą stronę i zaniemówiła. Było tam jej zdjęcie, to samo, które dyrektorka miała w jej aktach. Aktualne, z tego roku. Artykuł nawiązywał do jej poszukiwań – pisali również o pożarze sierocińca, ofiarach i o tym, że podejrzewają ją o podpalenie. Była też inna hipoteza – że została porwana i że za wszystkim stał ktoś inny.
— Tak bardzo chciałaś tam wrócić — syknął Voldemort. — A zobacz, jak cię potraktowali. Uważają cię za winną. Nie wiedzą, co się z tobą stało i już cię osądzili. Jak zwykle miałem rację.
— Podejrzewają mnie o to — wyszeptała, na co uderzył dłonią w blat:
— To jednoznaczne! Jesteś dla nich winna masowego morderstwa, za co w praktyce grozi dożywocie. Nie ma znaczenia, że jesteś nieletnia. Wsadzą cię do aresztu i odczekają dwa lata. Wtedy będą cię sądzić jak dorosłą.
— Nie napisali nic o Emily — zauważyła i wtedy wstał. Skuliła się w sobie, kiedy wyrwał jej gazetę. Sądziła, że ją uderzy, ale tego nie zrobił.
— Severus stworzył iluzję — wyjaśnił lodowato. — Która robiła za ciało tej mugolki. Miała jej DNA. Gdy identyfikowano trupy, według mugoli już nie żyła, a wiemy że było inaczej.
Minął biurko i stanął naprzeciwko swojej wnuczki.
— Masz słuchać się Narcyzy — powiedział. — I uważać na siebie. Rozumiesz?
— Tak, dziadku — odparła i wtedy chwycił ją za podbródek.
— Nie zapominaj, kim jesteś — syknął i przyszpilił ją wzrokiem. — Gdziekolwiek jesteś, reprezentujesz dumny i potężny ród. Jesteś z Gauntów, pamiętaj.
— Z Gauntów? — Bethany zmarszczyła czoło. — Przecież twoje nazwisko to Riddle.
— To nazwisko mojego ojca — Voldemort puścił jej podbródek. — Który był parszywym draniem, ale zapłacił za swoje czyny. Moja matka wywodziła się z rodu Gauntów, którym wiele zawdzięczamy. Na przykład wężomowę. Jesteśmy również ostatnimi potomkami Salazara Slytherina.
— Jakiego Slytherina?
— Był jednym z założycieli Hogwartu — wyjaśnił jej czarnoksiężnik. — Miał właściwie poglądy dotyczące rekrutacji uczniów. Uwzględniał tylko tych pochodzących z rodów czystej krwi. Żadnego ścierwa czy mieszańców. Opowiem ci więcej o Slytherinie na naszej następnej lekcji. Idź już.
Machnął ręką, jakby odpędzał wyjątkową natrętną muchę. Bethany pożegnała się i ukłoniła, i kiedy była w progu, zatrzymała się. Odwróciła się i spojrzała na Voldemorta. Patrzył na nią zimnym wzrokiem.
— Jakiś problem? — spytał oschle. Dziewczyna podeszła do niego i powiedziała:
— Nic z tych rzeczy. Chciałam ci jeszcze raz podziękować.
I nim zdążył zareagować, chwyciła go za rękę. Zmrużył oczy i odtrącił jej dłoń.
— Idź, nim zmienię zdanie i ukażę cię za impertynencję — wycedził. — Mały gest z mojej strony nie oznacza wielkiej zmiany. Twoje zachowanie wskazuje, że nie warto się go podejmować. Arogancja i bezczelność to coś, czego nie znoszę.
Zacisnął dłoń w pięść tak, że zagrzechotały mu kości palców. Bethany wzdrygnęła się i szybko opuściła gabinet. Co było złego w tym, że okazała wdzięczność? Według niego było to niedopuszczalne zachowanie. Teraz wiedziała, że nie może tego powtórzyć. On nigdy nie dopuści jej do siebie, nie pokocha. Albo może kocha, ale na swój pokręcony sposób?
Odpędziła te myśli i podeszła do Narcyzy.
— Czy wszystko w porządku? — spytała czarownica i położyła dłoń na jej ramieniu.
— Tak — wychrypiała Bethany i uśmiechnęła się ale nie objęło to jej oczu.
Narcyza domyśliła się, że Czarny Pan musiał jej powiedzieć coś na odchodne. Nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił.
**
Błysnęło i po chwili znajdowały się w okazałym salonie. Jego ściany były fioletowe, a z sufitu zwisał ogromny, szklany żyrandol.
— Witaj w Malfoy Manor — powiedziała Narcyza. — Usiądź w fotelu i zaczekaj chwilę. Zaraz przyjdę. Niczego nie dotykaj.
Bethany skinęła głową i zajęła miejsce w ogromnym fotelu. Był bardzo wygodny. Zapadła się w nim i zobaczyła, że pośrodku znajduje się długi stół z wieloma krzesłami. Coś na nim leżało.
Niczego nie dotykaj.
Narcyza wydała jej polecenie, ale przecież nie zabroniła zerknąć. Wstała i podeszła bliżej. Była to gazeta.
— Prorok codzienny — przeczytała i zerknęła na pierwszą stronę.
„Harry Potter Wybrańcem?", krzyczał nagłówek. Widniało pod nim zdjęcie chłopaka w okularach i rozczochranych włosach. Nie było nieruchome jak w mugolskiej prasie – młodzieniec uśmiechał się do niej i pokazywał uniesiony kciuk.
A więc to on. Harry Potter.
Usłyszała stukot obcasów i szybko wróciła na fotel. Kiedy Narcyza zjawiła się z powrotem, uśmiechnęła się do niej i powiedziała:
— Za mną panienko. Musisz kogoś poznać.
Bethany wstała i ruszyła za kobietą. Wyszły na korytarz, potem na schody. Wspięły się po nich i weszły na drugie piętro. Stanęły przed ciemnymi, hebanowymi drzwiami ze złotą gałką. Narcyza zapukała i otworzyła je. Ku jej zdumieniu pokój był pusty.
— Znowu go wywiało — mruknęła ze złością. — Mówiłam mu, że spodziewamy się specjalnego gościa.
— Może twój syn się wstydzi? — zapytała Bethany. — Chłopcy w tym wieku często są nieśmiali, pomimo że zgrywają twardzieli.
— Draco nie jest wstydliwy — powiedziała Narcyza. — Jest śmiały i pewny siebie. Nie może być inaczej. W końcu to Malfoy.
— Dosłownie — usłyszały czyjś zjadliwy ton. Odwróciły się i ujrzały wysokiego blondyna o szczurzej twarzy.
— Draco — Narcyza uśmiechnęła się do niego. — Prosiłam cię, żebyś zaczekał na nas w swoim pokoju.
— Wyszedłem za potrzebą — mruknął. Spojrzał na nieznajomą i zacisnął usta.
— To Bethany — przedstawiła ją Narcyza. — Wnuczka Czarnego Pana. To mój syn, Draco.
— Cześć — przywitała się dziewczyna. — Miło mi ciebie poznać.
— Mnie również — odparł i skrzyżował ramiona. — Rozumiem, że mam się nią zająć, tak, matko?
— Możesz pokazać jej posiadłość — odparła i przyszpiliła go wzrokiem. — Tylko nie wychodźcie na zewnątrz.
— Nie ma problemu — powiedział Draco. — Panie przodem.
— Dzięki za ten dżentelmeński popis, ale wolę iść z tyłu — odparła Bethany. — Mam wtedy oko na wszystko.
Malfoy wzruszył ramionami i ruszył przed siebie. Idąc za nim, rozglądała się z ciekawością dookoła. Z tego, co zauważyła, rodzina Narcyzy ceniła wygodę i luksus.
— Podoba ci się wnętrze, panienko? — spytał Draco. Jego głos ociekał ironią. Domyśliła się dlaczego.
— Przestań mnie tak tytułować — powiedziała i stanęła. — Zwracają się tak do mnie śmierciożercy mojego dziadka, ale ty nie musisz mnie tak nazywać.
— To jak? — Malfoy uniósł brew. — Mam ci mówić po imieniu? To trochę nie pasuje – jesteś w końcu dziedziczką Czarnego Pana.
— Nic mi o tym nie wiadomo — odparła, marszcząc czoło. — Czy jestem jego dziedziczką. Owszem, jestem jego wnuczką i wszyscy stają na rzęsach, żeby mi dogodzić. Ale jeśli mam być szczera, to mam tego dość.
— Mroczna Księżniczka ma dość nadskakiwania? — spytał, udając zaskoczonego. — Czy aby nie jesteś z innej planety? Sądzę, że mnie podpuszczasz.
— W jakim celu? — spytała ze złością. — Żeby zrobić z siebie inną niż tę, którą spodziewałeś się zobaczyć? Arogancką, zimną i rozpieszczoną? Nie stałabym się taka w kilka dni. W ogóle nie zamierzam.
— Wyluzuj — Malfoy uniósł do góry kąciki ust. — Jeśli taka nie jesteś, to okej. W sumie to nie jest ważne, czy jesteś sztywniarą czy wylęknioną gąską. Naszym zadaniem jest ci nadskakiwać i dawać poczucie, że jesteś kimś wyjątkowym.
Zeszli po schodach; znajdowali się na parterze i wtedy oczom Bethany ukazał się cały splendor. Nie było tu mebli, tylko drogie antyki – rzeźby, obrazy.
— Ojciec kocha sztukę — wyjaśnił Draco i stanął przed jednym z malowideł. — Jest zapalonym kolekcjonerem.
— Czy dzisiaj go poznam? — spytała Bethany i wtedy chłopak odwrócił się gwałtownie. W jego oczach zobaczyła złość. Była zaskoczona, a do niego chyba dotarło, z kim ma do czynienia. Zapanował nad sobą, jego ciało się rozluźniło. Wbił wzrok w podłogę i powiedział:
— Nie zobaczysz go. Siedzi w Azkabanie, więzieniu dla czarodziejów.
Podszedł do jednej z rzeźb przedstawiającej ogromnego węża i kopnął w jej dolną część. Rozległ się głuchy odgłos i powstała spora dziura.
— To nie jest twarde, jak się wydaje — powiedział Malfoy. — Góra tak, ale nie podstawa. Odkryłem to dawno temu i czekałem na moment, kiedy się wyżyję.
— Wiesz, nie chciałam cię zdenerwować — Bethany wzięła głęboki wdech. — Nie wiedziałam o twoim ojcu. Twoja mama nic mi nie powiedziała.
Drąco prychnął i spojrzał na niechęcią.
— Dlaczego miałaby ci powiedzieć? — spytał. — To nie jest twoja sprawa. Ciesz się, że może ci nadskakiwać.
Ruszył przed siebie, ale Bethany nie zamierzała tak tego zostawić. Dogoniła go i szarpnęła za ramię. Odwrócił się, lekko zaskoczony.
— Nie wiem, dlaczego jesteś dla mnie taki niemiły, ale mam to gdzieś — syknęła. — Wyjaśnimy sobie jedno: to, że wychowałam się wśród mugoli nie znaczy, że można mnie traktować jak ograniczoną. Uczę się wiedzy o waszym świecie i tego, co miałeś w Hogwarcie. Po drugie – nie ja decydowałam o swoim losie i od nikogo nie oczekuję żadnego uniżenia. Nie jestem pieprzoną księżniczką na ziarnku grochu.
Odepchnęła go, wbijając w niego mordercze spojrzenie.
— No, no — zagwizdał. — Całkiem nieźle. Wydajesz się spokojna, ale to tylko pozory. Może jednak cię polubię.
— Wisi mi to — warknęła i wtedy zobaczyła, że coś wystaje z kieszeni jego spodni. Nim się zorientował, na co zerka, szybkim ruchem wyjęła tę rzecz.
— Palisz mugolskie szlugi? — spytała zaskoczona, trzymając w dłoni paczkę papierosów. — Ty? Syn czarodziejów?
— Szlugi? — zamrugał. — Tak je nazywacie? To, że zaciągam się nie znaczy, że lubię plugastwo. Oddaj to.
Odebrał jej paczkę i wcisnął z powrotem do kieszeni.
— Jeśli chcesz mnie szantażować, że powiesz mojej matce to sobie daruj — powiedział. — Ona to wie. Zresztą przejmowanie się uzależnionym od mugolskiego świństwa synem jest niczym w porównaniu z jej obecnym zmartwieniem.
— Twoim tatą? — spytała ostrożnie. Wbił w nią pełne złości spojrzenie, ale po chwili westchnął.
— Tak — odparł. — Nie chcę o tym mówić.
— Ten dom jest otoczony czarami ochronnymi, prawda? — spytała. — Jeśli tak, to może wyjdziemy na zewnątrz?
— Czemu o to pytasz? — Draco nie krył zdumienia. — Tak, jest otoczony czarami, to logiczne. W końcu to dom śmierciożercy. Nie możemy wyjść.
— Chciałabym zapalić — mruknęła. — Nie robiłam tego od tylu dni.
— Ty i papierosy? — Malfoy uniósł do góry kąciki ust. — Dobre. Chociaż możliwe, biorąc pod uwagę miejsce, w którym dorastałaś.
— Nie takie rzeczy tam się robiło — Bethany spoważniała. — Gdzie jest reszta twoich znajomych?
— Niedługo przybędą. Nie wiem, czy wiesz, ale możesz tu być tylko trzy godziny.
— Dobre i to — westchnęła i podeszła do uszkodzonej rzeźby. — Cieszę się, że chociaż tyle mi dał.
Draco nie podjął tematu. Wsadził ręce do kieszeni i zapytał:
— Czy chciałabyś się czegoś napić? Zawołam skrzata, który nam coś przygotuje.
— Masz cappuccino? — Bethany spojrzała na niego z nadzieją. — Wiele bym dała za orzechowe.
— To jakiś napój, tak? — uniósł brew i wtedy jej entuzjazm przygasł. — Mogę ci zaproponować herbatę, sok dyniowy albo kremowe piwo.
— Kremowe piwo? — dziewczyna uśmiechnęła się. — Rodzice pozwalają ci pić?
— Jest tam niewielka ilość alkoholu — Malfoy zmarszczył czoło. — Piją go już trzecioroczni.
— Wspomniałeś o jakimś skrzacie. To wasz służący?
— Każda szanująca się czarodziejska rodzina ma własne skrzaty domowe — w jego głosie usłyszała nutę wyższości. — Oczywiście oprócz takich, którzy wolą sami zasuwać albo posługiwać się różdżką. Przeważnie są to zdrajcy krwi. Jak Weasleyowie.
— Weasleyowie? — Bethany zmarszczyła czoło. — Kim są?
— To taka porąbana rodzinka — mruknął i skinął głową na znak, żeby za nim poszła. — Ich bachory chodzą ze mną do Hogwartu. Dyrektorem jest Dumbel, miłośnik szlam i mieszańców. Weasleyowie również za nimi przepadają. Jeden z ich synów jest ze mną na roku. To kumpel bliznowatego.
— Bliznowatego? — spytała, unosząc brew.
— Pottera — odparł zniecierpliwiony. — Nie powiedzieli ci jeszcze?
— Słyszałam o Potterze — wyszeptała. — To przez niego mój dziadek stracił moc.
Malfoy zacisnął usta i zatrzymał się przed jakimiś drzwiami. Pchnął je i wszedł do środka.
— To nasz drugi salon — powiedział. — Rozgość się.
Bethany rozejrzała się po pomieszczeniu – było mniejsze niż pierwszy salon, ale bardziej przytulne. Znajdowały się tu eleganckie meble, wygodna sofa i dwa fotele, stolik do kawy i wysokie drewniane pudło z pawiem na szczycie.
— Czy mogę cokolwiek dotknąć? — spytała. — Gdy byłam w innym salonie, twoja mama powiedziała, że nie wolno mi tego robić.
— Miała rację — rzekł. — Odbywają się tam różne narady. Czarny Pan nie ogranicza się tylko do swojego atrium. Mnie i mamie nic nie grozi, ale tobie rzucona tam magia mogłaby zaszkodzić. Nie zostałaś oznaczona odpowiednimi zaklęciami.
— Siedziałam w fotelu — zmarszczyła czoło. — Nic mi się nie stało.
— Matka wskazała ci to miejsce, tak? — zapytał, na co skinęła głową. — Pewnie wcześniej je odczarowała. Gdybyś pojawiła się tam nieproszona i dotknęła czegokolwiek, mogłabyś doznać poważnych obrażeń ciała.
— A tutaj bez obawy mogę dotknąć wszystkiego? — spytała, unosząc do góry kąciki ust. — Może o czymś zapomniałeś i w momencie, kiedy dotknę — wskazała na drewniane pudło. — Tamtego czegoś, to mnie wyrzuci niczym kulę armatnią i tyle mnie będziesz mnie widział.
— Tylko tamten salon jest chroniony — Draco był rozdrażniony. — Są miejsca, do których nawet ja nie mam wstępu. Ojciec o to zadbał. Przebywanie w salonie mi nie zaszkodzi, ale to nie znaczy, że mogę tam wchodzić, kiedy chcę.
— Ale jednak tam jesteś — zauważyła, ale jej przerwał:
— To nieistotne. Czyli chcesz piwo kremowe, tak?
Skinęła głową. Malfoy klasnął w dłonie po chwili rozległ się cichy trzask. Przed nimi pojawiło się ohydne, łyse stworzenie z długim ryjkiem i spiczastymi uszami. Miało na sobie czerwoną, poplamioną sukienkę.
— To Rosalinda — mruknął. — Skrzacie, przynieś nam dwa kremowe piwa i miskę musów – świstusów. Zrób to w miarę szybko.
— Tak, paniczu — Służka ukłoniła się i zniknęła.
— Rosalinda? — Bethany wyglądała na zszokowaną. — Nie mów, że Narcyza ogląda latynoskie tasiemce.
— Co takiego? — Malfoy zmarszczył czoło, ale machnęła ręką.
— Nieważne — odparła i w tym momencie usłyszeli hałas za drzwiami.
— Przyjechali — mruknął Draco i opadł na kanapę. — Matka ich zaraz przyprowadzi. Nie nastawiaj się na tłumy. Będzie tylko Teo i Pansy. Może jeszcze Blaise.
Nim odpowiedziała, drzwi otworzyły się i do środka weszła Narcyza. Za nią podążyli dziewczyna i dwóch chłopców.
— Jeśli będziecie czegoś potrzebować, zawołacie Rosalindę — powiedziała do nich. — Oczywiście alkohol wybijcie sobie z głowy.
Gdy wyszła, Pansy parsknęła śmiechem. Trwało to chwilę, ponieważ zobaczyła Bethany. Spoważniała i przyjrzała się jej z ciekawością. Nie była ładna – z twarzy przypominała dziewczynie mopsa.
— Ty jesteś Bethany, tak? — spytała przymilnie. — Przepraszam, nie powinnam tak do ciebie mówić. Wybacz mi, panienko.
— Ja właśnie chcę, żebyś tak się do mnie zwracała. Po imieniu. Nie jestem żadną panienką czy Mroczną Księżniczką.
— Może sama tak o sobie nie myślisz — Pansy uniosła brew. — Ale tak się o tobie mówi. Mroczna Księżniczka. Moi rodzice tylko tak się o tobie wyrażają.
— Oboje są śmierciożercami? — spytała Bethany, na co nowa koleżanka skinęła głową.
— Ale mniejsza z tym — odparła. — Draco może wspominał, jak mamy na imię. W każdym razie przedstawię się. Pansy Parkinson. — Wskazała na siebie a następnie na towarzyszy:
— Teodor Nott i Blaise Zabini.
Bethany zerknęła na dwóch młodzieńców – jeden był wysoki i miał czarne włosy; drugi był ciemnoskóry i dobrze zbudowany. Skinęli jej głowami, na co rzuciła:
— Miło mi was poznać.
Teodor zerknął na Pansy, która powiedziała:
— Nott wydaje się onieśmielony. O co chodzi, Teo?
Chłopak spłonął rumieńcem i wychrypiał:
— O nic. Nie jestem onieśmielony. Ja tylko…
— Chyba nie czuje się swobodnie w twoim towarzystwie — Draco wstał z kanapy i podszedł do nich. — W końcu jesteśmy tyci – tyci przy tobie. Zwykłe czarodziejskie szaraki. Ty jesteś wnuczką Czarnego Pana.
— Miałeś przestać być wredny — Bethany zmarszczyła czoło. — Omawialiśmy to. Słuchajcie — tu spojrzała na Pansy, Teo i Blaise'a. — Tak, moim dziadkiem jest Czarny Pan, ale proszę, nie traktujcie mnie przez to jak świętej krowy. Podejdźcie do mnie normalnie, jak do zwykłej koleżanki.
— Nigdy nie będziesz zwykłą koleżanką — zauważył Zabini, na co warknęła:
— Ale chcę być. A jak masz z tym problem, to chociaż udawaj, okej?
Wytrzeszczył oczy, ale to zignorowała. Podeszła do fotela i w nim usiadła. Draco skinął na znajomych i po chwili zajęli całą kanapę.
— Może włączysz jakąś muzykę? — spytała Pansy Malfoya, który skinął głową i klasnął. Drewniane pudło z pawiem na czubku po chwili zaczęło grać.
— To czarodziejska wieża? — spytała zaskoczona Bethany. — Jeśli usłyszałabym Queen to chyba byłby cud.
— Queen? — Pansy zmarszczyło czoło, na co dziewczyna uśmiechnęła się rozanielona.
— Jeden z najlepszych rockowych zespołów — wyjaśniła.
— Mugolskich — prychnął Teodor, na co Bethany przyszpiliła go wzrokiem.
— Prychnij jeszcze raz to wyłupię ci oczy — warknęła. — Możecie nie znosić mugoli, ale ten zespół to święta rzecz. Lepiej to zapamiętaj.
Muzyka, która leciała, była zbliżona do popu.
— Teraz leci „Przeleć mnie w Azkabanie" — powiedziała Pansy. — Najnowszy kawałek Fatalnych Jędz.
— Gdzie ten cholerny skrzat? — Draco nie zwrócił uwagi na koleżankę i pstryknął palcami. Po chwili pojawiła się Rosalinda z tacą, na której znajdowały się kanapki i kremowe piwa.
— Gdzie byłaś? — ofuknął ją, kiedy stawiała wszystko na stoliku. — Jeszcze raz się spóźnij, a odetnę ci ten krzywy nos! Gdzie są musy – świstusy?
— Przepraszam, paniczu — skrzatka ukłoniła się. — Rosalinda rozmawiała z panią. Pani stwierdziła, że lepiej podać kanapki, a nie szkodliwe słodycze.
Bethany uniosła do góry kąciki ust. Draco prychnął i wziął do ręki butelkę kremowego piwa. Oderwał kapsel i cisnął nim w Rosalindę. Pisnęła i zasłoniła się rękami.
— Przestań! — Bethany spojrzała na niego ze złością. — Przecież to ją zabolało.
— Masz rację — warknął. — Te kapsle są trochę ostre, ale to nie twoje zmartwienie, księżniczko. Skrzacie, spadaj stąd.
Rozległ się cichy trzask i Rosalinda zniknęła. Malfoy wypił łyk, nie zwracając uwagi na dziewczynę.
— To tylko głupi skrzat — powiedziała Pansy. — Nie warto się nimi przejmować.
Bethany wzięła do ręki piwo kremowe i przyszpiliła Draco wzrokiem. Oderwała kapsel i zamknęła go w dłoni. Upiła trochę piwa i stwierdziła:
— Dobre, nawet bardzo.
— Mówiłem — Malfoy uśmiechnął się z wyższością i w tym momencie cisnęła w niego kapslem. Wzdrygnął się, przez co oblał się piwem. Pansy wybuchła dzikim rechotem i wskazała na Bethany:
— Lubię cię za to!
Teodor i Blaise byli zniesmaczeni tą sytuacją. Draco spojrzał na swoją zalaną koszulę i zmrużył oczy.
— To za skrzatkę i za księżniczkę — wycedziła Bethany. — Fajnie jest być celem, prawda?
— Jasne, księżniczko — prychnął Malfoy. — Zostały nam jakieś dwie godziny. Potem nieprędko się zobaczymy.
— Nie mogę się doczekać — mruknęła wnuczka Voldemorta.
— Przestań, Draco — Pansy trąciła go ręką. — To ma być miło spędzony czas, prawda? Wiesz, że nie zamierzam polegać na kremowym piwie. Przeszmuglowałeś Ognistą Whisky?
— Jasne, że nie — Malfoy zmarszczył czoło. — Nie będziemy pić w jej towarzystwie.
— Niech nie pije — powiedziała Pansy i otworzyła swoją torebkę. — Bez promili nie ma dobrej zabawy.
— Nie waż się tego wyciągać — warknął Draco, ale nie zamierzała go posłuchać. Wyjęła dużą, ciemną butelkę i zaprezentowała ją wszystkim.
— Ognista Whisky — oznajmiła dumnie. — Z barku mojego tatusia. Oczywiście napijemy się dyskretnie. Bethany, przykro mi, ale ciebie to ominie.
— Moja matka może tu wejść w każdej chwili — syknął Draco. — Że też cię nie sprawdziła.
— Ma za dużo na głowie — Pansy zmrużyła oczy. — Nie wiem, czy zapomniałeś, ale tak robiła. Wiele razy. Przez pół roku musieliśmy raczyć się tym świństwem — wskazała brodą na kremowe piwo. — Zamiast poczuć smak prawdziwej przyjemności. Specjalnie nie ryzykowałam z Ognistą. Wiedziałam, że po pewnym czasie da sobie spokój.
— Jak zawsze przewidywalna — Blaise zatarł ręce. — To jak, jedziemy?
— Jasne — Pansy uśmiechnęła się szeroko. — Draco, czy załatwisz nam kieliszki?
— Nie — odparł krótko i wstał. — Dziewczyna pijana to dziewczyna sprzedana. Coś wiesz na ten temat, prawda?
— Pieprz się — warknęła i odkręciła kurek. Wypiła prosto z butelki. Podała ją Teo, który zawahał się.
Bethany poczuła przypływ buntu. Będąc na imprezach z Mari nie stroniła od alkoholu. Może i ryzykowała, ale teraz miała jedyną szansę, żeby poczuć normalność. Chwyciła butelkę i wypiła potężny haust.
— Zwariowałaś! — Pansy rozszerzyła oczy ze zdumienia i chciała jej wyrwać butelkę, ale Bethany pobiegła na koniec salonu. Piła łapczywie, dopóki nie otoczyły ją silne ramiona. Draco ją unieruchomił, a Blaise odebrał Ognistą.
— Jesteś głupia — syknął Malfoy. — Czy zdajesz sobie sprawę, na co nas naraziłaś?
Bethany zakasłała. Zrobiło się jej niedobrze.
— Za mocne dla księżniczki? — spytał, puszczając ją. — Uważasz, że on nie wie, co zrobiłaś? Wiemy, że jest leglimentą.
— Napiłam się — wychrypiała. — Chyba nie sądzisz, że…
— Sądzę, że jest źle! — Draco kopnął stolik. Kanapki wylądowały na dywanie, tak samo jak butelki. Piwo kremowe wsiąknęło w puszysty materiał. — Przez ciebie moja matka ma kłopoty! Jesteś pod jej opieką.
— To był impuls — zaczęła, ale nagle ogarnęło ją poirytowanie. Nie mogła ubierać się tak, jak chciała, nie pozwalano wspominać nieżyjących przyjaciół i sierocińca, nawet jej wysławianie się miało zostać zmienione. A teraz jeszcze to?
Była w końcu nastolatką, może czarownicą, ale nastolatką, która nie mogła siedzieć zamknięta w złotej klatce. Nie miała żadnych przyjemności, tylko ciągłe zakazy i narzucanie przez kogoś wymogów. Nie to, żeby picie alkoholu było mądre, ale na litość boską, to tylko kilka łyków. Miała się z tego tłumaczyć rówieśnikowi, który sam sobie nie żałował?
— Twoja mama nie odpowie za to przed nim — powiedziała stanowczo. — Jeśli ktokolwiek ma ponieść konsekwencje to tylko ja.
Zacisnęła dłoń w pięść i spojrzała Malfoyowi prosto w oczy.
— Dzięki za tę mowę pochwalną, ale to nic nie da — syknął, mierząc się z nią wzrokiem. — Jeśli Czarny Pan coś postanowi, to nie ma od tego odwołania.
— Zawsze mogę spróbować go przekonać — odparła. — Sługi nie wysłucha, ale wnuczki tak.
— Jaka optymistka — zadrwił Draco. — Gdybym miał podobne…
Nie dokończył, ponieważ drzwi się otworzyły. Stanęła w nich Narcyza: na widok trzymanej przez Zabiniego butelki jej twarz wykrzywił gniew. Podeszła do chłopaka i wyrwała mu ją. Odwróciła się do syna i powiedziała ostro:
— Wytłumacz mi to!
Malfoy już otwierał usta, kiedy wyprzedziła go Pansy:
— To moja wina. Ja przeszmuglowałam Ognistą, ale na pocieszenie powiem, że Draco nie zdążył się napić.
Narcyza przeniosła spojrzenie z syna na Bethany, która przełknęła ślinę. Wszystko się wydało.
— Piłaś — wyszeptała, a wargi jej zbielały. Odwróciła się w stronę Draco i w tym momencie chłopak syknął, chwytając się za lewe przedramię. Narcyza upuściła butelkę, która rozbiła się o podłogę.
— Merlinie — Pansy zakryła dłonią usta i spojrzała przerażona na Malfoya. Bethany nie zdążyła nawet pomyśleć, kiedy poczuła szarpnięcie w okolicy ramienia.
— Wracamy — głos Narcyzy był wyprany z emocji. — Draco i pozostali zostają.
— Matko — Malfoy ruszył w jej stronę, ale uniosła dłoń.
— Zostań w domu — powiedziała. — Może go udobrucham.
Zawirowało i po chwili Bethany poczuła szarpnięcie w okolicach pępka. Gdy uderzyła stopami o twardą posadzkę, zorientowała się, że jest w atrium.
Z przejęcia straciła równowagę i upadałby, gdyby Narcyza jej nie złapała.
— Przepraszam — wychrypiała, wczepiając się paznokciami w jej szatę. — To nie było celowe.
— Wiem — powiedziała smutno. — Ale to ja byłam za ciebie odpowiedzialna.
— Nie skrzywdzi cię — głos Bethany pobrzmiewał histerią. — Przekonam go, przyjmę karę na siebie.
— To miłe — westchnęła. — Ale nierealne. Czarny Pan nie przebacza tak łatwo.
Bethany przytuliła się do kobiety, ale ta delikatnie odsunęła się od niej.
— Pan czeka na ciebie — wyszeptała i dziewczyna odwróciła się. Dopiero teraz zorientowała się, że znajdują się przed gabinetem Voldemorta. Spojrzała na Narcyzę, która skinęła głową. Drzwi otworzyły się i Bethany, czując zimny dreszcz na całym ciele, weszła do środka.
Gabinet wypełniało słońce, jak na ironię. Czarnoksiężnik stał zwrócony w stronę okna i nie odwrócił się, kiedy weszła.
— Dziadku — powiedziała cicho. Była cała spięta; ręce splotła z tyłu i czekała.
— Czy spotkanie się udało? — spytał neutralnie, wpatrzony w widok za oknem. Bethany zmrużyła oczy, ponieważ ją oślepiło. Mogła przytknąć dłoń do czoła, żeby sobie ułatwić, ale co innego zaprzątało jej myśli. Ton głosu Voldemorta. Sądziła, że od razu zacznie ją strofować, ale postanowił zagrać inaczej. Podchodził ją stopniowo jak drapieżnik.
— Było miło — powiedziała, starając się mówić normalnie, ale mimo to jej głos zadrżał. — Dlaczego mnie wezwałeś?
Nie odwrócił się. Oddychał spokojnie, miarowo. Ręce miał splecione z tyłu – napięta skóra palców wskazywała, że jest wściekły.
— Pamiętasz, co ci powiedziałem tuż przed wyjściem? — spytał lodowato.
— Wytłumaczyłeś mi, kim był Slytherin — odparła cicho.
— Właśnie. Kim był według ciebie?
— Jednym z założycieli Hogwartu — Bethany wzięła głęboki wdech. — Naszym przodkiem — urwała, zdając sobie sprawę, do czego on zmierza.
— Jesteś jego najmłodszą potomkinią — Voldemort odwrócił się, a w jego oczach płonęła furia. — W twoich niewdzięcznych żyłach płynie jego krew. Salazar Slytherin był dumny z tego, kim jest. Cechowała go mądrość; nigdy nie pozwoliłby, żeby najniższe instynkty wzięły nad nim górę.
Uderzył dłonią w blat. Bethany wzdrygnęła się i wbiła wzrok w podłogę.
— Ale ty to co innego — jego głos ociekał pogardą. — Wolisz cuchnąć jak gorzelnia, szlachetna krew nie ma dla ciebie żadnego znaczenia! — przy ostatnim zdaniu huknął. Ominął biurko i chwycił wnuczkę za brodę:
— Miałaś pamiętać, kim jesteś. Reprezentujesz ród Gauntów, a ty samym reprezentujesz mnie. Mnie, dociera to do twojego ograniczonego umysłu? Lorda Voldemorta, którego nikt nigdy nie skompromitował!
Bethany zacisnęła usta i zadrżała. Puścił jej brodę i spojrzał na nią z obrzydzeniem.
— Co masz mi do powiedzeniaaaa? — zasyczał nieprzyjemnie.
Milczała, obejmując się ramionami. Zmrużył oczy i po chwili w jego dłoni pojawiła się trzcina.
— Nie! — krzyknęła i cofnęła się. — Nie zrobiłam nic złego!
— Nie? — spytał niebezpiecznie niskim tonem. — Ośmieszenie mnie uważasz za wielkie nic?
— Nie ośmieszyłam cię — powiedziała. — Ja... mam dość ciągłych zakazów! Nie mogę się malować i słuchać rockowej muzyki! Muszę nosić sukienki ze średniowiecza i nie mogę o sobie decydować!
— Dzisiaj zdecydowałaś — syknął i zrobił krok w jej stronę. — Upiłaś się na oczach dzieci moich śmierciożerców. Pokazałaś swój niski poziom przy tych, którzy powinni czuć przed tobą respekt. Wzbudziłaś w nich politowanie. Skoro nie będą cię szanować, dlaczego moi śmierciożercy mieliby szanować mnie?
— Szanują cię — Bethany rozpłakała się. — Boją się ciebie rozgniewać i czują przed tobą strach.
— Tak jak ty — wycedził i chwycił ją za ramię. Próbowała się wyrwać, ale było to bezcelowe. Trzymał ją w żelaznym uścisku, kiedy poprowadził w stronę biurka.
— Nie rób tego! — krzyknęła. — Proszę! Przepraszam za moje zachowanie!
Z biurka zniknęły dokumenty. Voldemort pchnął na nie dziewczynę i wycedził:
— Pochyl się nad nim i połóż na nim ręce.
— Nie bij mnie, proszę — zawodziła, przez co smagnął ją trzciną. Krzyknęła i zrobiła to, co kazał. Położyła drżące ręce na blacie; z jej gardła wydobywał się spazmatyczny szloch. Voldemort zaczął ją karać. Przy każdym uderzeniu jej palce prostowały się i odruchowo zginały. Zdawał się być głuchy na jej krzyki i prośby. Przy piątym uderzeniu poczuła, że coś ciepłego spływa po jej nodze.
Szlochając, zapragnęła umrzeć. Myślała, że to mocz, ale z przerażeniem stwierdziła, że to krew. Musiał przeciąć jej skórę na pośladku. Zauważył to, ponieważ już jej nie smagnął.
Bethany położyła się na biurku i szlochała.
— Nie myśl, że ominą cię lekcje — syknął za nią. — Stawisz się tam za chwilę.
Nie odpowiedziała; przyległa brzuchem od blatu pragnąc stąd zniknąć. Chciała znaleźć się w swoim pokoju i wejść pod koc. Zasnąć i się już nie obudzić. Po chwili poczuła, że pośladki bolą ją nieco mniej.
— Zranienie zniknęło — powiedział zimno. — Uśmierzyłem też pieczenie. Stań prosto i spójrz na mnie.
Bała się to zrobić. Bała się na niego spojrzeć. Cała dygotała i nie mogła się uspokoić. Poczuła, że chwyta ją za ramiona. Nie użył siły – uniósł ją i obrócił ku sobie.
— Przestań się mazać — rozkazał. Patrzył na nią chłodno, ale bez widocznej furii w oczach. Zamrugała i poczuła, że powoli się uspokaja. Wpatrywał się w nią przez kilka minut, dopóki nie stwierdził, że zaczyna nad sobą panować. Nadal ją trzymał.
— Twoje dzisiejsze zachowanie ma dalsze konsekwencje — powiedział. — Zaufałem ci i przestałem wnikać w twój umysł. Pokazałaś, że na to nie zasługujesz.
Puścił ją i pstryknął palcami. Bethany zakręciło się w głowie, ale utrzymała równowagę.
— Od teraz zajmuje się tobą Bellatriks — wycedził. — Nie zobaczysz już Narcyzy.
— Nie karz jej za to, co zrobiłam! — Bethany spojrzała na niego błagalnie. — Proszę, to nie jej wina. Proszę cię, dziadku.
Voldemort przyglądał się jej uważnie; po chwili wyciągnął rękę i dotknął jej policzka.
— Twoja matka posiadała taką samą cechę — odparł. — Troskę o tych, którzy byli dla niej ważni. Szkoda tylko, że częściej wyrażała ją w stosunku do innych niż do mnie.
Cofnął dłoń; jego spojrzenie było zimne, nieprzyjazne.
— Narcyza zawiodła moje zaufanie — warknął. — Miała cię pilnować. Zaniedbała to i teraz poniesie konsekwencje. Moja córka już jej nie ochroni.
Bethany rozszerzyła oczy ze zdumienia, na co zaśmiał się zimno.
— Uważałaś, że jej poświęcenie jest przypadkowe? — prychnął. — Zawsze jest coś za coś. Moja córka dała jej pewną możliwość, z której może korzystać, ile chce. Czuła się zobowiązana, żeby być dla ciebie wsparciem. To obowiązek każdej matki. Twoja nie może ci tego dać.
Zacisnął usta na wspomnienie o Meropie.
— Nie krzywdź Narcyzy, proszę — Bethany upadła na kolana. — Proszę, dziadku. Mój panie.
Załkała i ukryła twarz w dłoniach. Nagle poczuła, że chwycił ją za ramię i podniósł.
— Nie zabiję jej — powiedział zimno. — Ale ty nigdy już jej nie zobaczysz.
— Dziękuję — skinęła głową. — Bardzo ci dziękuję.
— Oszczędzę Narcyzę — syknął i ścisnął mocniej jej ramię. — Ale nie jej syna.
Bethany rozszerzyła oczy z przerażenia, więc dokończył:
— Pewnie zauważyłaś, że lewe ramię zaczęło go boleć. Przyjąłem go do siebie na służbę. Jako jego przywódca mam prawo go karać, jeśli na to zasłużył. A tak niewątpliwie dzisiaj było.
— To nic takiego — zaczęła, lecz przerwał jej zimno:
— Moi śmierciożercy mają cię szanować, nawet jeśli twoje zachowanie temu przeczy. Dracon został naznaczony, a że postąpił wbrew mojej woli, zasłużył na karę.
Puścił ją i klasnął w dłonie. Drzwi otworzyły się i do środka weszła Bella, która od razu upadła na kolana i wychrypiała:
— Mój panie.
— Zabierz ją stąd — rozkazał. — Doprowadź ją do porządku, ale powstrzymaj się od nałożenia gojącej maści. Jej kara jeszcze się nie skończyła. Potem zaprowadzisz ją na lekcje.
— Oczywiście — odparła Bellatriks.
— Zrób to — głos Voldemorta zdradzał zniecierpliwienie. Śmierciożerczyni wstała i podeszła do Bethany. Wzięła ją ramię i wyprowadziła ją z gabinetu.
— Będziemy mieć dla siebie sporo czasu — powiedziała przymilnie. — Nie ma to jak nowy początek. Panienka wie, że dzisiaj ma ze mną zajęcia?
Bethany nie odpowiedziała. Spojrzała w bok, byleby tylko nie na nią.
Niedługo później Bella siedziała za biurkiem i objaśniała jej nowe zagadnienia. Z zadowoleniem patrzyła, że dziewczyna ciągle zmienia pozycję.
— Ajajaj, chyba panience niewygodnie? — spytała ze złośliwym uśmiechem. — Gdyby Pan pozwolił na użycie maści, obyłoby się bez takich niedogodności.
Bethany skrzywiła się i obiecała sobie, że jak tylko dostanie różdżkę, użyje na niej klątwy, która odebrała życie Emily.
