11 maja, około południa
Shinra z trudem uratował się przed upadkiem. Zdążył zarejestrować tylko coś dużego, biało-czarnego i bardzo wściekłego wpadającego na niego z pełnym impetem na szpitalnym korytarzu.
- Hej – zawołał, zdumiony nagłym atakiem. – Shizuo! – uniósł brwi, dopiero teraz rozpoznając napastnika. Jasnowłosy mężczyzna nie oglądając się za siebie zmierzał do wyjścia z oddziału. – Zaczekaj chwilę.
- A, wybacz – ochroniarz od niechcenia machnął mu ręką, nie zatrzymał się jednak. Mimo braku naturalnego, słonecznego światła nie zdjął swoich ciemnych okularów, co nadawało mu wygląd wyjątkowo posepny. – Nie chciałem cię stratować. Znowu.
- Byłeś może u…?
Odpowiedziało mu obojętne skinienie głową.
- Rozmawiałeś z nim? – spytał Shinra, bez większych efektów próbując nadążyć za rozmówcą.
- Nie. Spał.
- Wiesz, on zwykle śpi o tej porze – zauważył ostrożnie. Mimo, ze ochroniarz podobno miał zamiar odbyć z chorym poważną rozmowę, jak dotąd robił wszystko co w jego mocy, żeby do tego nie doszło. – Może gdybyś przyszedł wcześniej albo później, to…
- Pracuję – odparł zdawkowo Shizuo, wciąż uparcie brnąc w kierunku drzwi.
- Czy mi się zdaje, czy specjalnie ustawiasz sobie pracę tak, żeby móc przychodzić tylko wtedy kiedy on dostaje leki i śpi?
- Zdaje ci się – padła szybka odpowiedź. Zbyt szybka, by mogła być prawdą.
- Uff, to dobrze – Shinra przyjrzał mu się w zadumie. – Bo zacząłem podejrzewać, że ty po prostu boisz się spotkać z nim kiedy jest przytomny.
Shizuo nie zniżył się do udzielenia odpowiedzi.
- Zajrzyj kiedyś po południu – zasugerował lekarz, wiedząc, że prawdopodobnie i tak nie doczeka się żadnego odzewu. - Kiedy nie będzie spał. Dobrze mu zrobi jak dla odmiany zobaczy kogoś innego niż ja czy bliźniaczki.
Siostry, ku zaskoczeniu wszystkich zainteresowanych, odwiedzały chorego. Nie próbowały z nim rozmawiać, zazwyczaj po prostu siedziały na krzesłach i obserwowały go z bezpiecznej odległości. Nie robiło im większej różnicy czy Izaya jest przytomny czy nie. Po prostu były. A przynajmniej bywały.
- Muszę iść – Shizuo pchnął dwuskrzydłowe szklane drzwi i wyszedł na główny korytarz szpitala. Shinra popatrzył w ślad za nim i z rezygnacją pokręcił głową.
11 maja, po południu
Izaya otworzył oczy i zamrugał kilka razy. Rozpoznawszy twarz przyjaciela westchnął z tłumioną irytacją. Najwyraźniej to nie jego spodziewał się ujrzeć.
- Długo tu siedzisz?
- Niedawno przyszedłem – odparł pogodnie Shinra. Na okoliczność odwiedzin w prawdziwym szpitalu z prawdziwymi lekarzami zrezygnował ze swojego nieodłącznego białego fartucha i ubrany był w zwykły t-shirt i czarną kurtkę. – Wcześniej, kiedy spałeś były tu twoje siostry, ale teraz prawdopobnie zajęte są przeżywaniem najpiękniejszych chwil swojego życia.
- O? – spytal bez specjalnego zainteresowania Izaya.
- Wyobraź sobie, że sławny Yūhei Hanejima znienacka zaprosił je na obiad.
Chory uśmiechnął się słabo pod nosem, najwyraźniej domyślając się kto za tym stoi. Nie zdobył się na żaden komentarz.
- Jak się dziś czujesz?
- Jak wiosenna łąka o poranku – zadrwił, mrużąc oczy pod wpływem wpadającego do sali słońca. Shinra przyjrzał mu się z niepokojem.
- Przeszkadza ci światło? – spytał, podchodząc do okna.
- Światło nie. Ty tak.
Lekarz podniósł ręce do góry w uspokajającym geście.
- Chcę stąd wyjść – zarządał Orihara. Pobyt w szpitalu wyraźnie miał na niego zły wpływ. Zwyczajowy drwiący uśmieszek gdzieś zniknął, zastąpiony przez niecierpliwość i pełen goryczy grymas. – Kiedy mnie stąd wypuszczą?
- Kiedy twój stan się poprawi – odparł Shinra, zastanawiając się, ile jeszcze razy będą odbywać tą rozmowę.
- Czuję się lepiej
- Drogi przyjacielu – lekko poklepał go dłonią po ramieniu. – Czujesz się lepiej, bo zamiast biegać bez wytchnienia po mieście bawiąc się w demona, odpoczywasz i regularnie przyjmujesz posiłki, a dobrzy panowie lekarze przepisują ci leki przeciwbólowe i witaminki. Jeśli teraz stąd wyjdziesz, twój stan szybko się pogorszy.
- To się okaże.
Gość z rezygnacją popatrzył w okno. Jak na razie konwersacja przebiegała według ogrywanego już nie raz scenariusza.
- Posłuchaj – powiedział. – Naprawdę, rozmawialiśmy już o tym wczoraj. I przedwczoraj. I pewnie też trzy dni temu. Naprawdę chcesz się po raz kolejny przekonywać, że nawet jak wstaniesz, to i tak daleko nie zajdziesz?
- Nie – odparł Izaya uśmiechając się krzywo. – Chcę się przekonać, w którym momencie tym razem zrezygnujesz z podejścia „proszę bardzo, rób co chcesz" i rzucisz się by mnie ratować przed upadkiem.
- … i przez ostatnie trzy dni kłóciłeś się ze mną i uciekałeś z łóżka tylko po to, by to sprawdzić?
Odpowiedziało mu pełne samozadowolenia skinienie głowy. Westchnął i przyłożył dłoń do czoła. No tak, mógł się tego domyślić.
- Shinra – odezwał się po dłuższej chwili chory. W jego głosie zabrzmiał niepokój. – Czy te leki, które dostaję mogą wywoływać jakieś… omamy? Albo coś?
- Nie w takich dawkach. Czemu pytasz?
- Wcześniej, zanim przyszedłeś wydawało mi się, że był tu Shizunia odparł Izaya, przymykając oczy i opierając się wygodniej na poduszkach. Teraz dla odmiany wydawał się całkowicie spokojny i zrelaksowany. – I że nareszcie przyszedł mnie zabić.
Shinra przez dłuższą chwilę spoglądał na niego zdezorientowany.
- Czemu sądzisz, ze Shizuo miałby chcieć cię zabić?
-Och, to chyba oczywiste – odparł beztrosko informator. - A po co innego miałby tu przychodzić?
- Może to umknęło twojej uwadze, ale kilka tygodni temu uratował ci życie. Przychodzi tu, bo martwi się o ciebie tak samo jak ja, Celty, twoje siostry...
Słysząc to Izaya wybuchnął zimnym, pełnym kpiny śmiechem.
- Bawi cię to? – spytał lekarz, spoglądając na niego z rozdrażnieniem. Naprawdę, powoli zaczynał mieć tego wszystkiego dość. Atak wesołości najwyraźniej wyczerpał chorego, bo znów opadł na poduszki i przymknął oczy.
- Ty mnie bawisz – przyznał. – Wy wszyscy. Jesteście tak rozczulająco przewidywalni z tym nagłym zainteresowaniem. Wciąż mnie nie lubicie i nie ufacie mi, ale normy społeczne wymagają na was pozory troski, które wkręcacie sobie tak silnie, że naprawde zaczyna wam się wydawać, że się o mnie martwicie.
Shinra bez słowa poprawił mu ułożenie poduszek pod głową.
- Zostawie cię na moment i skoczę do bufetu – powiedział cicho. Nagle poczuł silną potrzebę napicia się kawy.– Przynieść ci coś?
Izaya otworzył oczy, po dawnemu wesołe, rozbawione i triumfalne. Szydercze.
- Co, miałem rację? – spytał, przekrzywiając głowę.
- Nie – odparł spokojnie Shinra, wytrzymując to nieprzyjemne, pełne drwiny spojrzenie. – Nigdy nie potrzebowałem wmawiac sobie, ze ci współczuję chociaż to, czy sobie zasłużyłeś jest zupełnie odrębną kwestią. A teraz jeśli pozwolisz, zrobię sobie chwilę przerwy od twojej jakże uroczej osoby. Baw się dobrze.
Nie czekając na reakcję odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
- Shinra - dobiegł go głos chorego. – Jedno pytanie.
- Tak?
- Czy ty wcześniej powiedziałeś, że Shizunia naprawdę tu był?
- Owszem – odparł, odwracając się do niego w progu.- Był. I to nie raz.
Izaya uśmiechnął się do siebie, tym razem już bez złośliwości, w ten miły, pełen wewnętrznego spokoju sposób.
11 maja, wieczór
Shinra pojawił się w mieszkaniu dopiero wieczorem. Bez słowa wszedł do salonu, podszedł do kanapy i rzucił się na nią, ukrywając twarz w miękkich poduszkach. Celty poruszyła się niespokojnie na swoim miejscu.
- Poddaję się – oznajmił grobowym głosem i zamknął oczy. Wiedział, ze dullahan obserwuje go z uwagą czekając na jakieś wyjaśnienia. – Po prostu się poddaję.
Współlokatorka podeszła, szturchnęła go w ramię i podsunęła mu ekran telefonu. Na moment podniósł głowę i spojrzał na wyświetlacz pełnym rezygnacji wzrokiem.
„Co tym razem?"
- Nic nowego – mruknął, opierając brodę na splecionych dłoniach. – Jak dzieci. Izaya marudzi, że chce wyjść i wciąż nie daje się namówić na terapię i w ogóle… jest Izayą, a Shizuo łazi po szpitalu i obserwuje go podczas snu a później wymyka się z sali jak kopciuszek z przerostem testosteronu… już wolałem, jak się ganiali po ulicach.
„Daj im czas" poradziła Celty.
- Chciałbym – westchnął. – Ale on ma go coraz mniej, jeśli szybko się nie zdecyduje, nie będzie można mu pomóc…
Widząc, że tym razem dullahan nie zamierza nic odpisać, znów przycisnął czoło do poduszki i zamknął oczy. Bolała go głowa i naprawdę był już zmęczony sytuacją, która po przyjęciu Izayi do szpitala stanęła w miejscu i nijak nie chciała się z niego ruszyć. To było nawet jeszcze gorsze od niepokoju i wysłuchiwania pogłosek o nowych poczynaniach demona z Ikebukuro. Teraz po prostu nic się nie działo i wszystko trwało w zawieszeniu, senne i wypełnione oszałamiającym zapachem bzu.
Celty i sprawdziła w notatniku miejsce następnej dostawy. Sięgnęła po jedną z leżących na stoliku samoprzylepnych karteczek, żeby zostawić wiadomość dla Shinry. Po namyśle przeszła się jeszcze do kuchni, napełniła szklankę zimną wodą, po czym postawiła ją na stoliku do kawy, prawie pod nosem lokatora. W milczeniu słuchał, jak wychodzi z mieszkania i odpala motocykl. Dopiero wtedy wyciągnął rękę i sięgnał po karteczkę.
„Wszystko będzie dobrze" głosiła wiadomość. Bardzo chciał w to wierzyć.
