Rozdział szósty
Półtorej godziny później Sherlock wracał na Baker Street z perspektywą długiej i pracowitej nocy. Wizyta w mieszkaniu Smitha okazała się całkiem owocna, bowiem patolog nie zdążył wrócić tam ze szpitala. Sherlock podejrzewał, że musiał go zobaczyć w drodze do kostnicy, skojarzyć z Molly i uświadomić sobie ogrom popełnionej pomyłki. Skoro detektyw znał patologów z Barts przynajmniej z widzenia, to tym bardziej on musiał być kojarzony. Miał zbyt dobrą reputację jako detektyw, by można go było zlekceważyć po tym, jak się tknęło Molly Hooper, o której wszyscy wiedzieli, że współpracuje z Holmesem i załatwia najgorsze autopsje dla Scotland Yardu. Smith miał więc dość rozsądku, by zwiewać.
Wszystko poszłoby jeszcze sprawniej, gdyby nie Lestrade. Inspektor uparł się pracować zgodnie z prawem, co wykluczało włamanie się do mieszkania patologa. Zignorował kpiącą sugestię Sherlocka, że zawsze może się wykpić nalotem narkotykowym. Poddał się dopiero w momencie, gdy Sherlock najpierw zniknął mu z oczu, a potem otworzył mieszkanie od środka. Okazało się bowiem, że mając do wyboru półlegalne śledztwo i pozwolenie, by Sherlock prowadził je sam, Lestrade dziwnym zrządzeniem losu zdecydował się na to pierwsze.
Potem poszło już gładko. Sherlock obszedł mieszkanie, przejrzał papiery na biurku i w koszu, po czym stwierdził krótko "heroina". Nalot narkotykowy przestał być taki nieuzasadniony. Sherlock zdołał ustalić na podstawie danych z mieszkania, że Smith był zamieszany w przemyt narkotyków. Zwłoki nadawały się idealnie do transportu towaru. Pytanie brzmiało, kto i dokąd te narkotyki przerzucał. Sherlock liczył, że przez noc uda mu się dowiedzieć czegoś na podstawie danych z laptopa Smitha. Wymusił na Gregu, by ten pozwolił mu zatrzymać komputer do rana.
Detektyw wszedł do mieszkania i ku swojemu zaskoczeniu zorientował się, że Watsonowie wciąż tu byli. Sarah parzyła akurat herbatę, a John układał z Sheilą jakieś kolorowe klocki. Pani Hudson natomiast dołączyła do nich na górze, gdy tylko usłyszała, że jej lokator wrócił.
Sherlock w pierwszej kolejności skierował się do kuchni. Odłożył laptopa na stół i zajrzał do lodówki, słusznie podejrzewając, że jego nie-gospodyni zostawiła mu coś do jedzenia. Wyciągnął pokrojoną w plasterki pieczeń z zamiarem wsadzenia jej do chleba i z oburzeniem zorientował się, że w lodówce brakowało dwóch dużych słoików.
- Sarah - warknął, trzaskając drzwiczkami. Z trojga potencjalnych osób to ona najprędzej mogła mieć czelność coś wyrzucić. - Gdzie. Jest. Moja. Hodowla?
- Masz na myśli to obrzydlistwo w słoikach? - upewniła się pani Watson, kompletnie nie poruszona bulwersem detektywa. - Wyrzuciłam.
- To była ważna kolonia bakterii!
- A to jest lodówka - odcięła się Sarah i zamieszała swoją herbatę. - Masz w domu dziecko, nie będziesz trzymał takiego świństwa obok jedzenia. Wiesz, jakie to niehigieniczne?
Sherlock złożył sobie kanapkę i z jedzeniem w ręce zajrzał do kosza pod zlewem, ale spotkało go jedynie rozczarowanie.
- Jooohn.
- Mnie w to nie mieszaj - doktor uniósł do góry ręce. - Wiesz, że przyznam jej rację. Dotąd nie mogę się nadziwić, że pozwalałem ci na te wszystkie części ciała.
- Ale to moja lodówka!
- I twoje dziecko - wypomniała bezlitośnie Sarah. - A Molly prosiła Johna, byśmy dopilnowali, żebyś nie otruł niczym Sheili.
Sherlock zrezygnował. John nie zamierzał go wspomóc, na panią Hudson w kwestii trzymania dziwnych rzeczy w lodówce także nie mógł liczyć, a Sarah i tak musiała wyrzucić słoiki do śmietnika na dworze. Nie było mowy, żeby poszedł je odzyskać, zresztą i tak efekt został już popsuty przez zmianę temperatury otoczenia. Zamiast więc przejmować się dłużej czymś, na co i tak nie miał już wpływu, detektyw poszedł do pokoju, po drodze składając kolejną kanapkę.
Wszedł i zatrzymał się zdziwiony, gdy dostrzegł stertę rzeczy leżącą na jego kanapie. Torba, ciuszki, zabawki…
- Boże, aż tyle tego? – jęknął.
- Podstawowe rzeczy - odparł beztrosko John. Ułożył do końca wieżę z klocków i podniósł się z podłogi. - Ubranka, mleko, zabawki, pieluchy... - doktor parsknął krótkim śmiechem na widok miny detektywa. - Dacie sobie radę?
- Oczywiście, kochany - zapewniła go pani Hudson w zastępstwie Sherlocka. - Mam dwoje siostrzeńców, wiem, co się robi z dziećmi.
- Pani Hudson, jest pani niezastąpiona - uśmiechnął się ciepło John. Starsza pani podchodziła do obecności Sheili na Baker Street z niemal zaraźliwym entuzjazmem. Niemal, bo Sherlock raczej z każdą chwilą sprawiał wrażenie coraz bardziej uświadomionego, w co się wpakował, a tym samym przerażonego.
- Damy sobie radę przez te kilka dni, czy ile będzie trzeba - zapewniła ponownie kobieta. - Sherlock, sprzątnij stąd ten komputer, zanim spadnie.
Detektyw posłuchał chyba odruchowo, bo z nieobecną miną zgarnął swojego laptopa z ławy i przełożył na biurko.
- Sherlock, zostaw to na chwilę - poprosił doktor. Holmes spojrzał na niego i uniósł nieznacznie brwi, gdy dostrzegł złożoną na cztery kartkę.
- Co to jest?
- Lista rzeczy, które Molly uznała za najważniejsze. Wolała mi je podyktować, żebyś niczego nie zapomniał - wyjaśnił John ostrożnym tonem, jakby nie chciał urazić przyjaciela.
- Pokaż – zażądał Sherlock, po czym rozłożył kartkę i zaczął czytać.
1. Sheila ma półtora roku. Miej na to poprawkę.
2. Dzieci w tym wieku rozumieją tylko część z tego, co mówisz.
3. Cierpliwości! :-)
4. Pod żadnym pozorem nie zostawiaj jej samej.
5. Nigdy nie zostawiaj samej.
6. Nie krzycz bez powodu, nie poganiaj. To małe dziecko.
7. Sheila ma regularny tryb życia, staraj się o tym pamiętać.
8. To oznacza śniadanie, drugie śniadanie, zupkę, obiad, podwieczorek i kolację.
9. Codziennie.
10. Uważaj, żeby jedzenie nie było za gorące.
11. Z jednej strony karmisz, z drugiej ma być sucho, pamiętasz?
12. Nie sadzaj jej na stole/szafce/niczym wysokim, bo może spaść.
13. Tym bardziej nie sadzaj jej w okolicy swoich odczynników chemicznych.
14. Nie zostawiaj w zasięgu jej rąk niczego trującego ani niebezpiecznego. Bierze rzeczy do buzi.
15. Ubrania. Ludzie ubierają się zwykle odpowiednio do pory roku, więc nie przegrzej jej, ale jak wieje, nie zapomnij o czapeczce.
16. Nie, nie mam dla niej samych ciemnych rzeczy.
17. Kąpiel. Rozbierasz, wkładasz do wanny, myjesz, wyciągasz i natychmiast po wytarciu ubierasz.
18. I broń Boże nie zostawiasz samej.
19. Powtarzasz codziennie.
20. Nie zabierasz jej do kostnicy ani w żadne miejsca, gdzie są zwłoki.
21. Jak płacze, weź na ręce, przytul, pośpiewaj coś albo odwróć uwagę.
22. Nie krzycz.
23. Rano i wieczorem myj jej zęby. Ostrożnie.
24. Nie trzymaj jej cały dzień w domu, wyjdź na spacer.
25. Do parku, nie w slumsy.
26. Sheila śpi koło pierwszej, zwykle jakieś dwie godziny. Daj jej w tym czasie pospać, bo nie będziesz miał życia.
27. Nie mów do niej tak szybko, bo cię nie zrozumie.
28. I nie zrażaj się, jak nie będzie słuchać. Dzieci tak mają.
29. Pamiętaj o jedzeniu.
- O, czyli to się nie zmieniło od ostatniego razu - mruknął Sherlock pod nosem, gdy doszedł do punktu jedenastego.
- Co takiego? - teraz to John się zdziwił. - Opiekowałeś się już kiedyś Sheilą?
- Przelotnie. – Sherlock podniósł wzrok znad kartki. – Ale tylko krótko i nikt mi nie kazał jej kąpać czy wychodzić na spacer.
xxx
Londyńskie metro nigdy nie było jego ulubionym sposobem podróżowania, ale z oczywistych względów wolał unikać taksówek. W publicznym środku transportu był tylko jednym z wielu podróżnych i mógł wtopić się w tłum. Wprawdzie zmienił styl ubierania i już dawno pożegnał się ze swoim tradycyjnym płaszczem, ale istniało ryzyko, że jakiś taksówkarz go rozpozna; w końcu kiedyś często z nich korzystał.
Oparł się pokusie przejścia obok Baker Street i pojechał prosto do mieszkania Molly. Nie uprzedził jej, że przyjedzie. Prawdopodobieństwo, że nie będzie jej w domu, było znikome. Molly spędzała czas albo w pracy, albo w swoim mieszkaniu. Sherlock nie był tego pewien, ale zdawało mu się, że bywa w domu jeszcze więcej niż wcześniej, odkąd została matką. Dała mu znać dwa miesiące wcześniej, że urodziła dziewczynkę. Potem wysyłała mu co jakiś czas zdjęcia i dziękowała za kolejne rzeczy, które kupował za pośrednictwem Mycrofta. Dziecko nie interesowało go w najmniejszym stopniu, ale skoro już był w Londynie, czuł potrzebę zobaczenia jakiejś znajomej twarzy. I nie brata. John z oczywistych względów nie wchodził w grę.
Mieszkanie Molly stanowiło ostoję w Londynie. Dookoła bloku nic się nie zmieniło, wewnątrz budynku także, poza nowymi sąsiadami na parterze. Tyle zarejestrował jego zmęczony umysł, gdy Sherlock wchodził po schodach. Spędził prawie dobę w podróży. Na sen mógł sobie pozwolić tylko w bezpiecznych miejscach, a francuskie pociągi z pewnością do nich nie należały. Po bujającym promie i autobusie do Londynu Sherlock musiał przyznać, że kolejna słodka kawa zagryziona równie słodkimi rogalikami nie wystarczy na długo i jego organizm będzie chciał się zresetować. Tym bardziej więc wizyta u Molly była uzasadniona.
- O, hej – po chwili zaskoczenia na jego widok na progu Molly uśmiechnęła się i wpuściła go do środka. Zrobiła dziwny gest, jakby go chciała uściskać, ale powstrzymała się. – Dobrze, że jesteś.
- Cześć, Molly – gdzieś w umyśle Sherlocka przebijała się informacja, że należy być uprzejmym. Co pewnie uwzględniało nie mówienie Molly na dzień dobry, że przytyła. - Potrzebuję noclegu na kilka dni.
- Oczywiście, nie ma problemu. Twoje rzeczy są tam, gdzie były – mówiła Molly z mniejszą nieśmiałością niż Sherlock pamiętał. – Chodź, zobaczysz Sheilę! – entuzjastycznie pociągnęła go do sypialni. Sherlock zerknął niepewnie na dziecko śpiące w łóżeczku. Było… małe. Ubrane na różowo i otoczone kolorowymi pluszakami.
- Śliczna, prawda? – zagadnęła Molly i spojrzała na niego z wyczekiwaniem.
- Nie wiem, brakuje mi porównania w tej kwestii – odparł szczerze Sherlock. Po minie kobiety poznał, że niezbyt trafił z odpowiedzią.
- Jak się obudzi, będziesz ją mógł wziąć na ręce – zaproponowała Molly z nadzieją, starając się nie dać po sobie poznać, że rozczarował ją brak reakcji ze strony towarzysza. – No, dobrze, że się pojawiłeś, za kwadrans muszę wyjść, a opiekunka nawaliła.
- Co? – Sherlock zmarszczył brwi w niezrozumieniu. Ostatnia wypowiedź Molly nie miała związku z poprzednimi, no chyba że…
- Zostaniesz z Sheilą na godzinkę, może dwie – odparła Molly. – Masz dziesięć minut na prysznic, jeśli chcesz, zrobię kawę. Potem muszę wyjść.
Minęło dokładnie dziesięć sekund, zanim Sherlock zdołał odpowiedzieć. Postępowanie Molly zaczynało wykraczać poza możliwości jego wyobraźni.
- Nie, chwila. Powtórz. Mam zostać z ośmiotygodniowym dzieckiem?- zapytał z większą paniką w głosie, niż chciałby okazać.
- Nie przejmuj się, to proste – zapewniła go Molly i zaczęła grzebać w torebce. Podejrzana cisza ze strony towarzysza musiała ją zaalarmować, bo zaczęła dalej tłumaczyć. – Tu jest mleko, musi być dokładnie w temperaturze twojej ręki, proporcje masz na opakowaniu. Pieluszki i flanelki w szafce na dole.
- Erm…
- No dobra – westchnęła Molly, uznając, że musi być bardziej dosłowna. - Tędy karmisz –wskazała na maleńką buzię. – A tu ma być czysto i sucho – ręka kobiety zjechała trochę niżej. – Proste – uśmiechnęła się znowu. Uśmiechała się częściej niż kiedyś i z większą pewnością. Zachowywała się swobodnie, nie gubiła wątku i wydawała się być szczęśliwa. Czy to możliwe, że posiadanie dziecka, a więc, jak przypuszczał Sherlock, obiektu, który mogła obdarzyć silnymi uczuciami, aż tak ją zmieniło?
- To nie jest najlepszy pomysł. Dzieci to naprawdę nie mój rejon – spróbował zaprotestować.
- To tylko chwila, dasz sobie radę - ucięła Molly i podała mu ręcznik. - Prysznic.
Sherlock nie miał większego wyboru. Mógł oczywiście okręcić się na pięcie i wyjść, ale wtedy Molly obraziłaby się, a on byłby zmuszony udać się do Mycrofta albo ukryć się gdzieś między bezdomnymi. Wobec takiej alternatywy prysznic, kawa i... opieka brzmiały zdecydowanie lepiej. Przy odrobinie szczęścia dziecko będzie spało aż do powrotu swojej mamy.
Ciepły prysznic, a potem mocna, słodka kawa trochę go otrzeźwiły. Molly podsunęła mu jeszcze pod nos talerz z podgrzaną zapiekanką i wybiegła z mieszkania. Naprawdę się spieszyła, skoro nawet go nie zapytała, skąd przyjechał i gdzie się podziewał przez ponad pół roku. Sherlock nie miał wcale ochoty spowiadać się z ostatnich miesięcy, ale wiedział, że tego nie uniknie. Na razie mógł się cieszyć ciszą, czystą koszulą i rzadkim ostatnio poczuciem, że jest w domu. Wprawdzie nie było to ich kawalerskie, znajomo zagracone Baker Street, a tchnące porządkiem i niemowlakiem mieszkanie Molly, ale i tak tutaj było o niebo lepiej niż w hotelowych pokojach na drugim końcu świata.
W końcu cisza dochodząca zza ściany zaczęła być intrygująca. Jako że Mycroft jakoś nie dorobił się potomstwa, a z resztą rodziny Sherlock nie utrzymywał żadnych kontaktów, dzieci widywał jedynie na ekranie telewizora. Sama myśl, że w tej chwili był w mieszkaniu sam na sam z niemowlęciem, które jeszcze miało z nim coś wspólnego, była interesująca. Na tyle, że po pół godziny ciekawość wygrała. Sherlock zajrzał po cichu do sypialni Molly i zerknął na łóżeczko.
Problem w tym, że łóżeczko odzerknęło na niego parą szeroko otwartych, równie zaciekawionych orzechowych oczu. Mała Sheila wcale nie spała, tylko patrzyła zaskakująco świadomie w odczuciu Sherlocka. Gorzej, patrzyła na niego. I co teraz? Dopóki była cicho, nie było jeszcze tak źle. Z chwilą, gdy otworzyła buzię, zrobiło się zdecydowanie gorzej.
xxx
- I czym to się skończyło? – zagadnęła Sarah z zaciekawieniem. – Jak to się w ogóle stało, że Molly cię zostawiła sam na sam z małą?
- Spieszyła się do dentysty – odwarknął Sherlock. – I nijak się nie skończyło. Sheila się zamknęła, a ja spałem.
- Teraz będzie trochę inaczej - zauważył John. - To nie noworodek, tylko bardzo mobilne dziecko.
- Uhh... Aż za bardzo - mruknął Sherlock, bo Sheila właśnie wpadła na jego nogę w pogoni za piłeczką. Klapnęła przy tym na podłogę i przez moment siedziała komicznie zdziwiona, ale na ciepły uśmiech Johna pokazała wszystkie ząbki w szerokim uśmiechu i na czworakach ruszyła dalej za zabawką.
- Dobrze, w takim razie radź sobie, my się będziemy zbierać - stwierdził John. - Sherlock, jutro będę zajęty. Mam masę roboty i operację w planach, więc raczej nie licz na pomoc - ostrzegł.
- Tak, tak, dobrze - mruknął detektyw nieobecnym tonem, zajęty rozstawianiem komputerów na biurku. W tej chwili nie potrzebował towarzystwa, wręcz przeciwnie. - Idźcie sobie.
- Jakiś ty miły - prychnęła Sarah.
- Pani Hudson, niech pani ją stąd zabierze, przeszkadza mi. - Sherlock machnął ręką na Sheilę, która znajdowała się stanowczo zbyt blisko niego.
- Selok cyta - zażądała w tej samej chwili dziewczynka, wyciągając w jego stronę dużą kolorową książkę z tekturowymi kartkami.
- Mówi się czytaj, nie czyta - poprawił ją Sherlock, ignorując czekające dziecko. Nie miał pojęcia, dlaczego Sheila niemal za każdym razem usiłowała go zmusić do czytania jej akurat tej książeczki. Sherlock raz jeden złamał się, przeczytał i do tej pory pamiętał infantylną treść. Nie widział powodu, dla którego miałby czytać to samo po raz drugi, kiedy było tyle innych, lepszych książek. Nie mówiąc już o tym, że nie miał czasu ani chęci na czytanie bzdur.
Problem polegał na tym, że Sheila za trzydziestym razem tak samo jak za pierwszym z tym samym entuzjazmem pokazywała palcem jeże, szukała biedronek i innych zwierzątek ukrytych na obrazkach. Rzecz dla Sherlocka niepojęta. On sam, jedynie słysząc jak Molly czyta, mógłby wskazać je wszystkie z zamkniętymi oczami. Nuda.
- Cyyyta!
Sytuację uratowała pani Hudson. Przejęła książeczkę od Sheili i wyraziła swoje zainteresowanie, czym kupiła dziewczynkę.
- Chodź, kochanie, pójdziemy na dół poczytać. Tatuś jest zajęty – powiedziała i wzięła Sheilę za rączkę.
- Nie. Jestem. Tatusiem – odprowadził je warknięciem detektyw. Błoga cisza, która zapadła chwilę później, pozwoliła mu skupić się wyłącznie na pracy.
