Witam w kolejnym rozdziale :D Wiem, że długo musieliście na niego czekać, ale brak czasu, weny i chwilowego dostępu do internetu widocznie źle na mnie oddziałuje ^^ Wróciłam jednak z kolejną dawką PzM z serii Moja Historia. Tak, dobrze przeczytaliście. O ile nie włączy się we mnie instynkt mordercy, sadysty itp, powstanie druga część :D Zaplanowałam wstępną fabułę, ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca - najpierw trzeba skończyć losy komandosów w TEJ części. Zabieram się więc do tego od razu, bo wena nagle nie chce dać mi spokoju xD

Okey, no to już nie zatrzymuję. Miłego czytania, pingwinki ;D


Szeregowy

Patrzyłem niepewnie, jak Firenzo przechadza się nerwowo po bazie. Wcześniej tak samo robił szef. Tylko gdzie on mógł być? Dokąd zabrała go ta cała Orna? Czy jeszcze żył? Nie, nie, co za głupia myśl. Oczywiście, że żył. W końcu to szef. On ze wszystkiego zawsze wychodził obronnym skrzydłem. Tym razem też powinno tak być. Powinno.

- Musimy dowiedzieć się, dokąd zabrała go Orna, a wtedy jakoś go stamtąd wyciągnąć - powiedział Kowalski, widocznie starając się utrzymać pewny ton głosu. Chciał chwilowo zastąpić szefa w roli dowódcy, ale najwyraźniej mu to nie wychodziło. Najzwyczajniej w świecie się bał. Firenzo prychnął pogardliwie.

- A jak się tego dowiesz? Myślisz, że Orna wywiesi nad tym miejscem ogromny transparent z napisem "Tutaj jestem"?! Znam swoją siostrę, Antoni, ona nie jest głupia. W tej branży trzeba umieć planować i dobrze się kryć, inaczej trzeba myśleć nad zmianą zawodu.

Antoni umilkł zmieszany. Postanowiłem go wspomóc.

- Zrozum, Firenzo, my po prostu musimy go odnaleźć i mu pomóc. To nasz szef, nasz przyjaciel... - powiedziałem. Owszem, Skipper był naszym dowódcą, ale był też kimś więcej. Traktował nas nie tylko jak swoich żołnierzy, ale też jak rodzinę. Dla mnie był jak ojciec. Surowy, poważny, a jednocześnie szczery i opiekuńczy. To on zawsze był przy mnie, kiedy miałem koszmary, doprowadzał mnie do porządku, kiedy za bardzo zadumałem się nad przeszłością, lub czułem w rolę naiwnego słodziaka. Sam kiedyś wyznał, że Rico jest dla niego jak młodszy brat. Prawdziwy druh na dobre i na złe. Find jest do niego bardzo przywiązany, to widać. Skoczyłby za nim w ogień. A nawet i dla niego, gdyby tylko o to poprosił. Kowalski jest natomiast dla niego niczym niesforny braciszek, ale ich więź jest dużo mniej widoczna, niż w przypadku szefa i Rico. Podchodzi on do ścisłego umysłu stratega wręcz pobłażliwie, czasami krytykując jego wynalazki, żeby go zmotywować do dalszego działania, co niestety czasami irytowało.

On MUSIAŁ do nas wrócić.

- Rozumiem, Philipie. Ale nie pomożesz mu, dając się złapać przez nieostrożne i pochopne zachowanie - odparł Firenzo, wzdychając. Westchnąłem i zgarbiłem się nieco, zrezygnowany. Dlaczego wypuściliśmy go z bazy? No tak. Bo to szef. On zawsze wracał. I wyszedłby z bazy nawet bez naszego zezwolenia. Ułożyłem skrzydła na stole i schowałem między nimi twarz. To się nie mogło dziać. Po prostu nie mogło...

Skipper

Nie wiem, ile czasu minęło. Marlenka i ja nadal ze sobą nie rozmawialiśmy. Tak było lepiej. Bezpieczniej. I dla niej i dla mnie. A przynajmniej to usiłowałem sobie wmówić. Sam nie miałem pojęcia, dlaczego. Zawiodłem się na niej, owszem. Ale byłbym w stanie jej to wybaczyć. Gdyby tylko nie to, co było... gdyby nie to, co zrobiłem. Tak, nadal mnie to dręczyło. To była pomyłka, ale jak niby miałem to wytłumaczyć przed władzami? Nie miałem dowodów. Domniemani wspólnicy pouciekali i zostawili mnie z tym samego. A ufałem im. Ufałem swojemu dowódcy, który okazał się zdrajcą. No ale w końcu byłem winny też innych spraw... ucieczka, poważne zranienie funkcjonariuszy. I w końcu to ja rzuciłem tę bombę. Nieświadomie, ale jednak ja.

Nie potrafiłem narażać jej na konsekwencje poznania tej tajemnicy. Mogli zamknąć i ją za trzymanie faktów w tajemnicy. Zmuszona byłaby mnie wydać. Chociaż kto wie, czy by tego nie zrobiła. W końcu to była jej praca. Teraz mogła nazywać mnie przyjacielem, ale gdyby wiedziała...

Rozmyślania przerwał mi dźwięk otwieranych drzwi. Odruchowo zerwałem się z miejsca, mierząc wchodzącą do pomieszczenia lemurzycę chłodnym, wściekłym spojrzeniem. Ta jednak tylko uśmiechnęła się na ten widok, jakby nie zrobiło to na niej większego wrażenia. Zwróciła się w stronę klatki obok, gdzie siedziała Marlenka. Jej postawa wyrażała spokój i opanowanie, ale oczy mówiły kompletnie do innego. Miałem ochotę pokręcić z dezaprobatą głową. Nie potrafiła dobrze maskować wszystkich emocji.

- Witaj, Marleno. Czy przemyślałaś może to, co ci wczoraj powiedziałam? - spytała Ornea z pozoru milutkim głosem. Zbyt miłym, zbyt miękkim. Wręcz przesłodzonym, co od razu napełniało podejrzeniami i wątpliwościami. Mimowolnie zarejestrowałem delikatny ruch jej ręki. Jakby zamierzała rzucić się na Ornę, ale coś ją powstrzymało. Lemurzyca uśmiechnęła się złośliwie. Dopiero wtedy zauważyłem, że trzymała w ręku pilota, tego samego, co ostatnio. I widziałem też wtedy, co może się stać, jeżeli którekolwiek z nas dotknie prętów klatki. W pierwszym odruchu chciałem się od nich odsunąć, byle znaleźć się poza zasięgiem rażenia, ale powstrzymałem się w ostatniej chwili. To byłaby oznaka tchórzostwa. A ja nie byłem tchórzem.

- Nic ci nie powiem. Nie zmusisz mnie do mówienia, choćbyś próbowała nie wiem jakich sposobów. Prędzej skonam na tej twojej piekielnej machinie - warknęła Marlena wojowniczym tonem. Coś, czego bym się po niej nie spodziewał. Owszem, zawsze wiedziałem, że była odważna, ale żeby aż tak? Gotowa zginąć za sprawę? Orna zaśmiała się słodko.

- Oj, nie będzie takiej konieczności. Nie z twojej strony - powiedziała. Coś ścisnęło mi się w żołądku. Pewnie dlatego mnie sprowadziła. Chciała wymusić na Marlence informacje, próbując zabić mnie. Wziąłem głęboki oddech. W pierwszym odruchu chciałem walczyć, pomimo paraliżującego mnie strachu, ale wiedziałem, że to nie miało sensu. Wydra nic nie powiedziała, tylko wpatrywała się w nią z nienawiścią. Wiedziałem, jakiego dokona wyboru. W końcu dla niej to nie był żaden wybór. Dobrze o tym wiedziałem. Spojrzałem na fotel i otaczające go urządzenia. Nie było wyboru. Nie było odwrotu. Nie wiedzieć czemu nagle ogarnął mnie spokój. Byłem gotów. Może właśnie w ten sposób miałem odkupić wszystkie swoje winy. Może to było moją zapłatą za popełnione błędy i lata ucieczki przed sprawiedliwością.

Do mojej klatki podeszły dwa inne lemury i brutalnie mnie z niej wyciągnęły i posadziły na fotelu, przypinając do niego pasami. Przez cały ten czas nie reagowałem. Pozwoliłem im na to, gotów na to, co mnie czekało. Wpatrywałem się ze stoickim spokojem w jasny sufit, nie zważając na oślepiające światło żarówki. Ornea podeszła do fotela, wyraźnie z siebie zadowolona.

- No i co, Skipper? Jak się czujesz? Zdradzony przez przyjaciół, wystawiony na tortury przez kogoś, kogo darzyłeś tak dużym zaufaniem? - spytała. Nie odezwałem się. Nawet nie drgnąłem. Wiedziałem, że to ją zdenerwuje. A zdenerwowani często popełniają błędy, czasami nawet poważne. Wiedziałem, że to nie będzie szybkie załatwienie sprawy. Czekała mnie długa droga. Nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego nic nie czułem. Tylko spokój. Przygotowany na ból, którego mimo wszystko się bałem. Gotów na śmiechy, szyderstwa i krzyki, na które nie zamierzałem reagować. Pewien tego, co mnie czeka. Poddałem się. Tak po prostu. Jakbym nie był sobą. Po tylu latach ucieczki, podejrzeń i strachu po prostu się poddałem, chcąc to wreszcie zakończyć. Nie miałem pojęcia, co tak na mnie wpłynęło. Może otoczenie. Może świadomość, że sam nawet nie wiedziałem, gdzie się znajdowałem. Może to, że mój los i tak był przesądzony i w sumie nie było dokąd uciec. A może to, że znów nie mogłem nikomu ufać. Znów byłem sam, tak samo jak tamtego dnia, kiedy uciekałem przed władzami. Sam naprzeciw niewiadomej. Najwyższy czas odpuścić. Usłyszałem ciche warknięcie Orny i zamknąłem oczy, przygotowany na wszystko.

W następnej chwili poczułem mocne uderzenie i ból rozchodzący się od lewego oka po całej czaszce. Coś dziwnie zapiszczało mi w uszach, zagłuszając inne dźwięki. Czułem jeszcze kilka mocnych uderzeń, ale nic nie powiedziałem, a nawet nie jęknąłem. To byłoby bez sensu, niepotrzebne marnowanie siły. Dopiero po dłuższej chwili uderzenia ustały, zapewne zatrzymane przez Ornę. Czułem strużkę krwi, spływającą powoli z rozciętego policzka i pulsujący ból pod lewym okiem, gdzie na pewno utworzył się ogromny siniak, a może nawet i krwiak. Mało słyszałem, a jeszcze mniej widziałem, nawet nie próbując otworzyć oczu. Dłuższą chwilę nic się nie działo. Zapewne Ornea myślała, że straciłem przytomność.

- Idioto, on miał być przytomny! - usłyszałem krzyk Ornei, co tylko potwierdziło moje przypuszczenia. Postanowiłem nie mącić tego, w co tak głęboko wierzyła. Nie ruszałem się. Nie, żebym mógł, pasy zbyt mocno mnie trzymały. Kobieta warknęła z irytacją, więc osobnik, do którego się zwróciła, zapewne wzruszył ramionami.

Wydała jeszcze jakieś polecenie, a ona najwyraźniej zbliżyła się do Marlenki, bo słabo słyszałem jej głos i nie mogłem rozróżnić słów. Po kilku minutach ogarnął mnie straszny ziąb, gdy zalał mnie potężny strumień lodowatej wody. Owszem, jestem morskim stworzeniem, ale jednak takie oblanie znienacka sprawiło, że mimowolnie miałem ochotę się poderwać i rozgrzać. W dodatku źle to podziałało na wyraźnie sklepiające się już rany. Zaczęły mnie piec i w dodatku część wody wlała się do mojego gardła przez uchylony dziób, więc zakaszlałem, żeby się jej pozbyć.

Nie słyszałem dokładnie wymiany zdań obu pań, ale chyba nie wyszła pomyślnie, bo ktoś uwolnił moje skrzydło z pasa. Przez chwilę zastanawiałem się, czego mogą od niego chcieć, ale zaraz potem poczułem tak straszliwy ból, że mimowolnie z mojego gardła wydobył się zduszony, krótki krzyk. Dopiero po chwili zrozumiałem, co się stało.

Właśnie złamali mi skrzydło. A kolejne fale bólu zdradzały, że zapewne nie raz...

Julian

Opuściłem bazę nielotów dopiero po dłuższym czasie. Postanowiłem oswoić się z sytuacją, przemyśleć kilka spraw w samotności, z dala od duszącego zapachu ryb. Nie pomagał on bynajmniej w trzeźwym rozumowaniu, a po dłuższym czasie nawet przyprawiał mnie o mdłości. W końcu jestem lemurem! Nienawidzę ryb, jak na każdego lemura przystało. No, chyba, że są dobrze przyrządzone, ale to co innego. Całkiem surowe są okropne. Wzdrygnąłem się na tę myśl i wskoczyłem na swój wybieg. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że był tam ktoś jeszcze. Ktoś oprócz uciążliwego Morta, który uciął sobie drzemkę na dmuchanej trampolinie. Rozejrzałem się niepewnie, ale nie zobaczyłem niczego podejrzanego. Zmarszczyłem brwi i ruszyłem w stronę baru, gdy nagle tuż przede mną jak spod ziemi wyrósł dość sporych rozmiarów szczur. Cofnąłem się nieco, zaskoczony jego nagłym pojawieniem się w moim królestwie. Zmarszczyłem brwi. Zdecydowanie był jakiś zmutowany. Sięgał mi prawie do pasa, podczas gdy inni przedstawiciele jego gatunku dorastali ledwie do moich kolan.

- Kim jesteś? - spytałem natychmiast, mierząc go uważnym spojrzeniem. Szczur zrobił uspokajający gest ręką. Wyraz jego twarzy nie wskazywał na żadne złe zamiary, ale w ostatnich czasach trzeba się pod tym względem bardzo pilnować, tak więc nadal nie spuściłem ani trochę z mojej podejrzliwej postawy.

- Jestem Rob. Pracuję dla agencji ZSS, Zwierzęcej Służby Specjalnej. Szukamy agentki 001, Marleny Montrel. Jestem tu razem z oddziałem, który przysłał Arni Kytt, szef agencji, żeby ją wspomóc w sprawie Ornei Martinez. Na miejscu dowiedzieliśmy, że zniknęła, a w jej domu widać wyraźne ślady walki. Sprawdzamy więc, czy jej podopiecznym nic nie jest.

Przez chwilę stałem jak wmurowany i patrzyłem na niego jak na wariata, za którego przez krótką chwile rzeczywiście go uważałem. Dopiero później dotarło do mnie znaczenie jego słów. Pomoc. Agencja ZSS przybyła nam na pomoc! Tylko moment... agentka Marlena Montrel? Znałem tylko jedną Marlenę, ale ona przecież nie mogła być agentką... Chociaż rzeczywiście ostatnio gdzieś zniknęła. Odkąd pojawiła się Orna, w ogóle jej nie wiedziałem. Czy to możliwe? Namyśliłem się chwilę, a Rob, widząc moją minę pokazał mi jakąś plakietkę. W pierwszym momencie nie zwróciłem na nią uwagi, ale po chwili zorientowałem się, że to odznaka. Agent 011 ZSS. Przeniosłem spojrzenie z plakietki na szczura i podjąłem decyzję. On nam pomoże.

- Chodź za mną. Wszystko nam wyjaśnisz - powiedziałem i poprowadziłem go z powrotem w stronę wybiegu pingwinów. To się chłopaki zdziwią ze wsparcia.

Marlenka

Nie mogłam na to patrzeć. Nie potrafiłam spokojnie obserwować, jak Skipper cierpi i to z mojej winy. Nie mogłam jednak nic powiedzieć. Jedynym sposobem, żeby mu pomóc, była obojętność. Moja obojętność, której nie potrafiłam okazać. Wszystko we mnie aż krzyczało i rwało się do niego. Chciałam go zastąpić na tym fotelu, umrzeć tam w męczarniach, byleby tylko nie musieć na to patrzeć. Z trudem powstrzymywałam się, żeby nie skoczyć na Ornę i nie wydłubać jej tych przeszytych złem gał. Wszystko, byleby tylko go ratować. Nadal jednak nic nie mogłam zrobić. Właśnie miałam wybór - ocalić życie przyjaciela i zdradzić agencję, lub pozwolić mu umrzeć w mękach, ale zachować informacje dla siebie.

A najbardziej dziwił mnie jego spokój, jego opanowanie. Nic nie mówił, pozwolił wywlec się z klatki, położyć na fotelu i torturować. Zupełnie, jakby się poddał. Nie, to mi do niego nie pasowało. On nigdy się nie poddawał. Okey, nie okazywał strachu, zawsze był odważny, ale nigdy by się nie poddał. Nie on.

A jednak bił od niego spokój pomieszany właśnie z rezygnacją. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie potrafiłam.

Wszystko skończyło się po kilku straszliwych godzinach. Wrzucili go do klatki obok na wpół żywego. Orna powiedziała coś jeszcze, ale jej nie słuchałam, usiłując utrzymać spokój. Odczekałam chwilę aż wyjdzie, rozejrzałam się uważnie po pomieszczeniu, po czym zbliżyłam się do prętów, jak najbliżej pingwina.

- Skipper? Proszę, powiedz coś - szepnęłam łamiącym się głosem. Nie wiem, może miałam nadzieję, że podniesie głowę, uśmiechnie się słabo i powie, że nic mu nie jest. Jednak jedyne, co usłyszałam, to jego ciężki oddech. Łzy napłynęły mi do oczu, ale powstrzymałam je siłą woli. Nie mogłam płakać. Nie mogłam okazać słabości. Miałam nadzieję, że Arni już się zorientował, że coś było nie tak i wysłał pomoc do zoo, a oni nie próżnują. Na pewno już ich szukają. Miałam nadzieję, że nie zajmie im to zbyt wiele czasu. Oby tylko zdążyli na czas. Zanim któreś z nas w końcu się złamie i odpuści. On życie, a ja przysięgę.


No i co? No wiem, krótko, ale na więcej trochę zabrakło mi pomysłów, a nie chciałam Was dezorientować i skakać jak głupia od osoby do osoby i od sytuacji do sytuacji. Powiedzcie jednak, co o tym myślicie? Zdążą wydobyć Marlenkę i Skippera z rąk Orny? Czy wyprawa przypadkiem nie będzie wymagała jakieś ceny? Ile może kosztować jeden, mały błąd? Jaki plan wymyśli agent 011? To już w następnym rozdziale. I pamiętajcie - to, czy powstanie następna część ficka zależy tylko i wyłącznie od moich kaprysów i chęci mordowania xD

Przypominam o pozostawieniu OPINII! ;D

Pozdrawiam :D