Rozdział 7: Wszystko co możesz zrobić jest wystarczające
Po dziesięciu godzinach bycia przetrzymywanym przez swojego porywacza, Sherlock zostaje wreszcie uratowany przez Yard. John stoi w tłumie policjantów i ich samochodów, czekając, aż Sherlock wyjdzie i kiedy to się dzieje, natychmiast zauważa, że coś jest nie w porządku. Sposób, w jaki Sherlock podchodzi do Lestrade'a, wyciągnięte ramię świadczące o fizycznej traumie: sztywny chód, przesuwanie stóp małymi kroczkami, trochę kuleje, ramiona trzymane przy ciele, wzrok wbity w ziemię. Lestrade przeprowadza go przez tłum w stronę czekającego ambulansu, a John cicho wychodzi im naprzeciw, razem pomagają Sherlockowi usiąść. Holmes nie mówi ani słowa, nie protestuje, nie odzywa się, nawet kiedy John pyta, czy wszystko w porządku.
Lestrade zostawia ich, aby zająć sie miejscem zbrodni i John siada obok Sherlocka, pytając, co się stało. Holmes siedzi sztywno, z pomarańczowym kocem zarzuconym na ramię, i nie patrzy na Johna, nie odpowiada od razu. Watson powtarza pytanie, z każdą chwilą coraz bardziej zaniepokojony.
- Skrzywdzili cię? Bili?
Sherlock potakuje lekko. John nie wie, czy detektyw jest w szoku, czy też ból nie pozwala mu mówić ani ruszać się.
- Jedziemy do szpitala na badanie – mówi. Sherlock zamyka oczy i ociężale otwiera je znowu.
- John, proszę. Zabierz mnie do domu.
- Sherlock, nie mam pojęcia, w jakim jesteś stanie, ale oczywiste jest, że jesteś ranny, jedziesz na pieprzone pogotowie.
- Nic nie jest złamane – mówi Holmes. – Jestem pewny. Jestem zmęczony i obolały, i chcę do domu.
Watson nie jest przyzwyczajony do tego, że jego partner mówi tak cicho, jest tak przygaszony, tak wyczerpany. Nie ma serca się kłócić.
- W porządku – mówi. – Sam cię zbadam. Ale jeśli znajdę coś, co będzie wymagało natychmiastowej interwencji, jedziemy na pogotowie.
Pomaga mu się podnieść i Sherlock mu dziękuje.
Pomaga mu wejść po schodach do ich mieszkania na Baker Street, ramię przy ramieniu i ręka w rękę. Sherlock porusza się wolno, jak stary człowiek, co przeraża Johna, bo jest tak bardzo do niego niepodobne. Czuje, jak Holmes lgnie do niego, gdy wdrapują się stopień po stopniu, jego twarz jest ściągnięta w poczuciu dyskomfortu. Prowadzi go prosto na kanapę, ostrożnie pomaga mu zdjąć marynarkę, zauważa, jak Sherlock próbuje ukryć grymas bólu. Kładzie go na kanapie i idzie do kuchni nastawić wodę na herbatę. Wraca ze szklanką wody i przeciwbólami, które pomaga mu zażyć.
- Co cię boli? – pyta.
- Wszystko – odpowiada Sherlock. Leży nieruchomo, z zamkniętymi oczyma i jest blady, a jego oddech jest płytki i powolny. John odkłada szklankę na stolik i klęka obok kanapy.
- Pozwól mi się obejrzeć – mówi i zaczyna rozpinać jasnobłękitną koszulę Sherlocka. Rozchyla ją, ukazując gładką, bladą klatkę piersiową pokrytą wielkimi, różowo-fioletowymi siniakami. – Jezu.
- Moje plecy nie są w lepszym stanie – stwierdza Sherlock, z wciąż zamkniętymi oczyma.
- Jesteś pewien, że nic nie jest złamane?
Holmes przytakuje. Ale John i tak kładzie na nim ręce, ostrożnie przyciskając palce w nieposiniaczonych miejscach. Detektyw i tak posykuje z bólu, kiedy doktor sprawdza jego obojczyki, żebra po obu stronach, jego brzuch. Nie wygląda na to, aby doszło do większych uszkodzeń… Miałby lepsze wyobrażenie, gdyby zrobili prześwietlenie i ultrasonograf dla pewności, ale Sherlock wygląda na całkowicie niezdolnego do ruszenia się z kanapy.
Czajnik zaczyna gwizdać i John idzie go zdjąć z ognia, zostawiając Sherlocka z rozpiętą koszulą. Wraca z kubkiem herbaty, który stawia na stole, aby ostygła i wraca do kuchni, aby przygotować kilka kompresów. Wykorzystuje do tego czyste ręczniki kuchenne i przynosi je do salonu, w którym Sherlock wciąż się nie ruszył, a herbata paruje z kubka. Znów klęka przy kanapie, dalej rozsuwa koszulę i kładzie jeden z ciepłych opatrunków na jego klatce piersiowej. Detektyw głośno wypuszcza powietrze, gdy czuje gorący okład, a John obserwuje jego twarz.
- Możesz się nieco podnieść, żebym mógł włożyć ci jeden pod plecy?
Zaczyna się poruszać i John pomaga mu, wsuwając jedno ramię pod jego łopatki.
- Środek – mówi Sherlock, więc wsuwa drugi kompres na środek jego pleców i powoli kładzie go z powrotem. Holmes trzyma pierwszy okład na swojej piersi i wciąż ma zamknięte oczy, ale jego oddech jest nieco pewniejszy.
- Sądzisz, że możesz usiąść i wypić trochę herbaty? – pyta John, obserwując go.
- Daj mi kilka minut – mamrocze detektyw.
Watson siada na stoliku, z rękoma pomiędzy kolanami i czeka, wciąż go obserwując. Po chwili sięga po jego rękę, wkładając ją pomiędzy swoje, pocierając jego knykcie i całując je.
- Cieszę się, że jesteś już bezpieczny – mówi, niemal się dusząc.
- Przepraszam, że cię przestraszyłem – odpowiada Sherlock miękko.
To sprawia, że oczy Johna zaczynają szczypać. Pomaga Sherlockowi usiąść, podaje kubek z herbatą i przykłada kompres do jego lewego boku, na żebra, kiedy Sherlock pije, obejmując kubek obiema dłońmi. Wolną rękę Watson trzyma na ramieniu męża, wbijając w nie palce. Sherlock pije powoli, ale kończy. Pusty kubek John odkłada na stół.
- John, mógłbyś…
Wie dokładnie, czego Sherlock potrzebuje, zanim on skończy formułować pytanie. Ostrożnie siada na kanapie, wyjmując opatrunek spod jego pleców i opuszczając go na podłogę, kiedy Holmes powoli odwraca się plecami w jego stronę. Przesuwa kompres, już tylko ciepły, a nie gorący, na brzuch, a dłoń Johna przytrzymuje go tam, splatając razem ich palce. Drugie ramię wsuwa pod Sherlocka, ustawiając go w pozycji, która nie będzie napinała mu mięśni karku, w który ostatecznie wtula twarz, szczęką oparty o jego łopatkę. Czuje ciepło jego ciała na całej długości swojego, od palców stóp po czubek głowy, czuje jego znajomy zapach i to, jak oddychają razem tym samym rytmem. Nic nie mówi, oferując milczące podziękowanie jakiejkolwiek sile wyższej, która oddała mu Sherlocka z powrotem. Zasypiają w ten sposób, ani razu nie zmieniając pozycji w ciągu nocy.
