ROZDZIAŁ VI

Wtorek
31 października, 1976r.

5:13pm

W szkole magii i czarodziejstwa Hogwart, jak zwykle to bywało o porze obiadowej w Wielkiej Sali panował niesamowity rwetes. Uczniowie w większej mierze próbowali przekrzykiwać się wzajemnie, co niestety nie wpływało dobrze na samopoczucie pewnej opiekunki domu. Minerwy McGonagall. Otóż opiekunka domu lwa była zdruzgotana widząc jak czwórka największych dowcipnisiów, jakich do tej pory widział Hogwart raz po raz wybuchała głośnym śmiechem zagłuszając tym samym pozostałych uczniów. Jednak to nie sam ten fakt wpływał negatywnie na jej osobę, ale myśl, że to uczniowie jej własnego domu powodują ten kompletny chaos dookoła.

Gryfoni. Rozumiałaby gdyby to byli Ślizgoni, ba nawet Krukoni! Ale żeby Gryfoni? Mieszkańcy domu lwa Godryka Gryffindora? Tego, który za swoje najcenniejsze cnoty obrał odwagę, męstwo i bohaterstwo? Niestety tego Minerwa McGonagall nie potrafiła pojąć, tym bardziej, że sam Albus Dumbledore siedzący obok niej nie miał nic przeciwko temu.

- Albusie jak możesz im na coś takiego pozwolić? Własnych myśli nie słyszę! – stwierdziła w końcu z oburzeniem.

Dyrektor spojrzał na nią z wesołymi ognikami w oczach. - Niech się bawią póki mogą, Minerwo. Są młodzi, niech się wyszaleją – odparł z nikłym uśmieszkiem na ustach. Na odpowiedź profesora po fachu twarz McGonagall przybrała poważniejszy i surowszy wyraz.

- Łamią regulamin!

Dumbledore roześmiał się dobrodusznie, a następnie poprawił swoje okulary. - Minerwo – zaczął ponownie skupiając swój niebieski wzrok na profesorce obok – chyba nie zapomniałaś jak to było, kiedy ty miałaś tyle lat, co oni?

Twarz McGonagall przybrała odcień różu. - Ależ Albusie!

Dyrektor ponownie się roześmiał, zarówno z powodu nikłego oburzenia swojej pani profesor, ale również z racji, iż jeden z hogwarckich dowcipnisiów – huncwotów – właśnie zaczął tańczyć kankana. Dziewczyna, zauważył Albus, przy której tańczył ten czarnowłosy chłopak jednak nie wyglądała na zadowoloną w przeciwieństwie do jej koleżanek, które robiły maślane oczy do tancerza. Ewentualnie, rudowłosa Lily Evans, której twarz przybrała odcień ciemniejszy niż dojrzałego pomidora, wstała i posyłając klątwę na Syriusza Blacka ruszyła do wyjścia z WS szybkim krokiem.

---

5:16pm

- Dzięki Łapo, teraz to na pewno będę miał o wiele większe szanse u Lily – sarknął młody James Potter, posyłając przyjacielowi wściekłe spojrzenie. Jego czarne, niesforne włosy przysłoniły mu jednak widoczność, więc nie dostrzegł on szerokiego uśmiechu Syriusza. Ten zaś opadł na miejsce obok okularnika i poklepał go przyjaźnie po plecach, na co dwójka pozostałych huncwotów przewróciła oczami wzdychając przy tym.

- Chciałem ją tylko trochę rozruszać – orzekł Łapa ze swoim firmowym uśmiechem na twarzy.

- Toś go pocieszył, Sirri – dołączył trzeci huncwot. Syriusz posłał mu zirytowane spojrzenie, kiedy usłyszał swoją ksywkę.

- Nie nazywaj mnie tak… Remik – odparował przyjacielowi ze smirkiem.

To podziałało na Remusa Lupina jak kubeł zimnej wody, bowiem momentalnie spiął się, a usta zacisnął w wąską linię. - Dobra, Łapo – sarknął Lupin, zwany również przez swoich najbliższych przyjaciół Lunatykiem.

- Nie było tak trudno, co nie? – spytał retorycznie Syriusz ponownie się uśmiechając.

- Szkoda tylko, że Lily teraz to na bank zacznie omijać Jamesa jak plagę egipską – dodał od siebie ostatni z huncwotów, Peter Pettigrew.

James spojrzał na Petera i zauważył, że on patrzył na niego z bladym półuśmiechem. Pettigrew był najniższy w całej grupie huncwotów oraz jako jedyny starał się nigdy nie pakować bezpośrednio w dowcipy, które robili. Na początku mu się to nie podobało, bowiem miał głupie uczucie, że Peter kumplował się z nimi tylko dla poklasku. Z latami aczkolwiek to się zmieniło, a James dostrzegł, że Peter po prostu był typem osoby cichej tudzież spokojnej, choć lubił przebywać w ich towarzystwie, co go nieco dziwiło. Mimo wszystko w Pettigrewie odnalazł przyjaciela gotowego zrobić niemalże wszystko. Niemalże jednak było w tym stwierdzeniu słowem kluczowym, bo i tak często zdarzało mu się nie zgadzać z taktykami Syriusza czy niego samego, przez co ludzie najczęściej postrzegali go, jako wolnego strzelca, a nie część huncwotów.

- I nici z balu Halloweenowego. A było tak blisko – oświadczył z zawiedzeniem w głosie. Po chwili opuścił głowę na stół i trzy razy uderzył czołem o blat, wprawiając pobliską zastawę w ruch.

Pozostali huncwoci w tym czasie przyglądali się z półuśmiechami na twarzach poczynaniom przyjaciela. Ewentualnie Syriusz odciągnął Pottera od blatu, kiedy ten położył głowę na stole omal nie wkładając swoich czarnych włosów do pobliskiego talerza z zupą pomidorową.

- Nie przejmuj się, Rogaty. Jak kocha to wróci – powiedział na pocieszenie, otrzymał za to niedowierzające spojrzenie od Jamesa i dziwnie głupią, i jednocześnie zaskoczoną minę. – No, co?

- A jak nie kocha? – odparował Potter, przyglądając się szatynowi o stalowoszarych oczach. Tamten puścił mu oczko.

- Nie bój nic, nikt nie oprze się naszemu urokowi; nawet Evans.

- Chyba, że ma ona kogoś innego na oku – zawyrokował Remus. Kiedy tylko to powiedział wszyscy huncwoci spojrzeli na niego z niemymi pytaniami na twarzach. On wzruszył ramionami. – Spójrzcie tam. – Wskazał brodą w kierunku stołu Ślizgonów, a trzy pary oczu podążyły w tamtą stronę.

To, co zobaczyli sprawiło, że James niemalże zaczął kipieć ze złości. Jego dziewczyna marzeń, o którą walczył już trzeci rok z rzędu – od czwartej klasy Hogwartu – stała przy jednym końcu stołu Ślizgonów i wyglądała jakby z kimś rozmawiała. Oczywiście łatwo było zgadnąć, z kim. W Slytherinie była tylko jedna osoba, z którą Lily Evans mogłaby chcieć rozmawiać. Chociaż z tego, co pamiętał ponoć przestała się z nim przyjaźnić na początku Hogwartu, kiedy to on nazwał ją szlamą.

Szlamą. To słowo nawet w myślach nie przychodziło mu łatwo.

Aczkolwiek teraz przyglądając się jak twarz Evans rozjaśniła się, a jej usta wygięły w delikatny uśmiech zaczął się zastanawiać czy aby czegoś nie przeoczył w swoim ślepym wyścigu o serce Lily. Wkrótce po tym jak ruda przytaknęła, obróciła się na pięcie by wyjść szybkim krokiem z Sali. Niebawem po niej wstał i on. Severus Snape, Smarkerus. Jego długie, tłuste włosy i duży haczykowaty nos James potrafiłby rozpoznać nawet w ciemnym pomieszczeniu będąc ślepym. A teraz, w tej jednej chwili Potter miał bardzo wielką ochotę chwycić różdżkę by posłać go w nieskończoność, byle dalej od Lily Evans. Zanim jednak zdążył zrobić cokolwiek Ślizgon znikł za wrotami WS tak jak Gryfonka chwilę wcześniej. James nawet nie zauważył, że zacisnął w ciągu tych kilku sekund dłoń na swojej różdżce tak mocno, że aż mu kostki zbielały. Dostrzegli to za to pozostali huncwoci.

- Powoli, stary… Chyba nie chcesz się pozbawić swojego jedynego narzędzia zemsty? – spytał Syriusz, napotykając ciemne spojrzenie przyjaciela. Uśmiechnął się do niego tajemniczo i zmrużył oczy. – Powrót huncwotów?

Okularnik oddychał przez chwilę w ciszy, zastanawiając się nad propozycją Łapy. Prawda była taka, iż od prawie dwóch lat, jako huncwoci nie wykonali żadnego dowcipu na terenie Hogwartu, a było to za sprawą właśnie Lily Evans. James myślał, bowiem iż jeśli przestaną dowcipkować i się wygłupiać to ruda w końcu spojrzy na niego jak na potencjalnego kandydata na chłopaka. Widać mylił się, a dwa lata jedynie zmarnował na bycie grzecznym, dobrym chłopcem; czego nie można było powiedzieć o Syriuszu, który tak czy owak dowcipkował tu i ówdzie. W końcu po minucie, która dla Syriusza wydawała się być wiecznością, James wypuścił głośno powietrze opuszczając głowę tak, że jego teraz totalnie nieokiełznane włosy; które przeszły krótką chwilę wcześniej mały zabieg fryzjerski; zasłoniły mu czoło i opadły częściowo na oczy. Oczy, które nawet zza szkieł okularów zabłysły złośliwie.

Ostatecznie uśmiechnął się równie sardonicznie, co zmrużył swoje piwne spojrzenie. - Huncwoci wracają – zaczął przytakując nieznacznie, mówił szeptem, aby nikt inny nie dosłyszał.

Remus na tą nowinę westchnął tylko ciężko, aczkolwiek Peter uśmiechnął się od ucha do ucha ukazując przy tym swoje nieco większe przednie zęby.

- Tak trzymać brachu, nareszcie przejrzałeś na oczy! – obwieścił głośno, wszem i wobec Syriusz. Posłał przy tym kilka oczek dziewczynom z domu Kruka, które akurat na niego spojrzały.

- Ćśś… - syknął James posyłając nieco zirytowane spojrzenie przyjacielowi. – Mam nawet idealny dzień na nasz wielki powrót.

Remus podparł się łokciami o blat stołu, aby móc oprzeć głowę na dłoniach wsłuchując się w to, co mówił przyjaciel. Peter i Syriusz zaś przysunęli się bliżej Pottera.

- Jaki dzień, Rogaś? Mów – ponaglił podekscytowany Black. Pettigrew przytaknął ukrywając swój głupkowaty uśmiech, który usilnie chciał się wydostać na światło dzienne.

James posłał im swój najbardziej diabelski uśmiech, na którego widok Black jedynie jeszcze bardziej nie mógł się doczekać tego dnia. - Piątek, bal Halloweenowy – powiedział ewentualnie konspiracyjnym szeptem. – To będzie nasz wielki powrót.

- A masz ty jakiś konkretny pomysł na dowcip, James? – spytał nagle Remus, co zaskoczyło pozostałą trójkę huncwotów. Lupin zazwyczaj próbował ich odciągnąć od robienia głupich i dziecinnych żartów, tak jak Pettigrew. Tymczasem teraz oboje wydawali się być tak samo podekscytowani jak Black, co jedynie utwierdziło Jamesa w przekonaniu, że robi właściwą rzecz.

Choć serce nie sługa, mruknął Potter w myśli. Wiedział, że po tym piątku jego szanse z Evans spadną do zera. Raz się żyje, nie Evans to ktoś inny…

---

5:24pm

- Więc to będzie powrót w wielkim stylu Rogacza, Łapy, Lunatyka i Glizdogona – mówił z uśmiechem Peter idąc powoli wraz z przyjaciółmi u boku w stronę wrót od Wielkiej Sali.

Większość uczniów już dawno porozchodziła się do swoich Pokojów Wspólnych, aczkolwiek poniektórzy zostali nieco dłużej w Sali nadal ciesząc się ciepłymi posiłkami. Tymczasem ów czterech huncwotów miało pewne plany na spędzenie reszty dzisiejszego dnia, tudzież mięli właśnie zamiar udać się do Pokoju Życzeń, któregy odkryli trzy lata wstecz krążąc po ciemnych zaułkach szkoły. Z Jamesem na przedzie musieli omówić do końca wszystkie szczegóły ich dowcipu, a mottem przewodnim Pottera zawsze było, iż siła tkwi w szczegółach.

- Tak, dokładnie i tym razem cała nasza czwórka stanie się częścią tego dowcipu – odezwał się z uśmiechem Potter.

Już od dawna nie czuł się taki… szczęśliwy. Wiedział, że z boku to wyglądało jakby właśnie dostał gwiazdkę z nieba, trudno. Ale cieszył się i nie zamierzał się z tym kryć. Zresztą nie on jeden, nawet Remusowi udzielił się ten radosny nastrój. Lunatyk, który szedł po lewej stronie Syriusza posiadał leniwy uśmiech na twarzy, który James dostrzegł z łatwością, pomimo iż część jego twarzy zasłaniały gęste, kręcone włosy Łapy.

- I znowu będziemy rozchwytywani przez płeć piękną – oświadczył wzdychając dramatycznie Syriusz, chwilę potem roześmiał się pod nosem.

- Ty zawsze byłeś rozchwytywany – zauważył trafnie Remus. – Ty po prostu nie pozwalałeś o sobie zapomnieć.

Tym razem James się roześmiał.

- Czego nie można powiedzieć o was, moi drodzy przyjaciele. Będziemy musieli przypomnieć waszą legendę…

Peter uśmiechnął się półgębkiem. - Tak, legendę – mruknął smętnie, Syriusz spojrzał na Pettigrewa unosząc brwi.

- Nie martw się Petey nie zapomniałem o tobie – powiedział kładąc dłoń na włosach blondyna. Glizdek strząsnął rękę przyjaciela zanim tamten zdążył rozczochrać jego długie włosy. Pokręcił głową przewracając oczami.

- Dziękuję za ofertę Syriusz, ale ja sobie odpuszczę.

Black zrobił urażoną minę. - To bolało – powiedział łamiącym się głosem Łapa, kątem dłoni wytarł niewidzialną łzę, ale już po chwili na jego twarzy ponownie zawitał ten huncwocki uśmiech, który nie zwiastował nic dobrego. – Czemu nie?

Peter wzruszył ramionami nagle czując się zawstydzonym. - Nie chce i tyle.

Syriusz już otwierał usta, gdy wtrącił się James widząc przyjaciela w opałach. - Weź przestań, Łapa. Nie potrzebujemy historyjek na nasz temat… My sami, osobiście jesteśmy legendą – stwierdził z dumą. Mało wtedy jeszcze wiedział, że miał kompletną rację. – Zobaczycie, kiedyś za parędziesiąt lat. Będziemy legendą rozpowszechnianą w murach tego zamku z pokolenia na pokolenie, jako najprzystojniejsi żartownisie istnienia szkoły. Ja, Łapa, Lunatyk, nawet ty Glizdek – powiedział uśmiechając się szeroko do swojego wciąż zawstydzonego przyjaciela.

Pettigrew uśmiechnął się szeroko i przytaknął. - Tak.

- No to, co chłopcy? – Syriusz zarzucił ramiona na barki Remusa i Petera. – Idziemy trochę poplanować.

- Poplanować? – powtórzył po przyjacielu Lunatyk, uniósł brwi. – Istnieje w ogóle takie słowo?

Syriusz ponownie udał urażonego. - Oczywiście!

- To chciałbym zobaczyć słownik, z którego je wytrzasnąłeś – oświadczył z chytrym uśmieszkiem na kącikach ust Lupin, Peter zaczął się podśmiewać pod nosem z niedoli szatyna w opałach.

Tamten posłał blondynowi tylko zirytowane spojrzenie. - I taki z ciebie przyjaciel, Peter. I pomyśleć, że chciałem ci pomóc z płcią pię…

James nagle wybuchł niepohamowanym śmiechem przerywając Syriuszowi w pół słowa. Ten spojrzał na okularnika zaciskając mocno usta i marszcząc czoło, co jedynie spowodowało jeszcze więcej śmiechu.

- Bardzo śmieszne, James – burknął Black unosząc brwi oraz krzyżując ręce na klatce piersiowej. Wtedy też poczuł coś dziwnego, zupełnie jakby… piersi? Unosząc, więc powoli ręce w górę i dół ponownie poczuł dwie, całkiem spore wypukłości na swoim ciele. W ciągu ułamka sekundy jego twarz zrobiła się blada, a on sam przełykając ciężko ślinę odważył się spojrzeć w dół. - AARGHH!

Pobliscy uczniowie, którzy mieli okazje widzieć tudzież słyszeć okrzyk rozpaczy największego kobieciarza w szkole zaczęli ryczeć ze śmiechu na jego przerażoną minę jak też samoczynne obmacywanie się.

- Nie to nie możliwe! Nie… NIE! – wył Black rozpaczliwie przyglądając się swojej sylwetce. Ostatecznie spojrzał na pozostałą trójkę huncwotów.

James stał i wgryzał się w ramię dodatkowo uderzając wolną dłonią w pierś biednego Petera, który sam próbował powstrzymywać się przed wybuchem śmiechu. Remus natomiast patrzył wszędzie dookoła tylko nie na dawnego Syriusza.

- P-pomóc z p-płcią p-p-piękną, co nie Sirri? – wydobył z siebie na tyle na ile mógł James, a po chwili ponownie zaniósł się śmiechem.

- Ładna z ciebie laska, Black! – krzyknął ktoś w Sali.

- Chodź na jeden szybki..! – zawołał ktoś inny.

Syriusz zacisnął pięści, a jego twarz pociemniała ze złości.

- A może trójkącik..? – dobiegło z tyłu Sali.

- Zamknijcie się, wszyscy! To nie jest śmieszne – zawył w końcu Syriusz, choć nawet jego głos się zmienił z głębokiego chłopięcego, na cieńszy damski.

- Teraz to nie Syriusz tylko Sylwia!

Black odwrócił się do Remusa. Tamten wzruszył ramionami powoli zaczynając się śmiać.

- Pasuje.

- Remus błagam przestań, zaraz popuszczę! – syknął przez śmiech James, jego oczy i twarz były czerwone, a po policzkach samoczynnie płynęły łzy.

- Panie Black… Ykhm… Panno… Proszę iść do SS, coś na to poradzimy – zawyrokował Dumbledore ze swojego miejsca przy stole nauczycielskim.

Syriusz przytaknął szybko, a następnie jeszcze szybciej opuścił salę zostawiając pozostałych huncwotów na granicy śmierci poprzez hiperwentylację.

- To było dobre – orzekł Remus, który jako pierwszy zapanował nad salwami śmiechu. Peter i James aczkolwiek jeszcze miewali z tym problem.

- Tak – dołączył Potter biorąc głęboki wdech, chwilę potem ponownie się zaśmiał. – Muszę pogratulować Evans, to było boskie…

- Syriusz a la Sylwia – wtrącił Pettigrew. – Dlaczego Sylwia?

Lupin wzruszył ramionami. - Nie wiem, pierwsze lepsze, co mi przyszło do głowy.

- Hm…

- James?

- Tak?

- Chyba będziemy mieli małe opóźnienie.

- Ta… Właśnie nad tym myślałem.

- I?

James spojrzał na Remusa. - I uważam, że mimo wszystko dzisiaj idziemy do PŻ – stwierdził z uśmiechem. – Mam nadzieję, że Syriusz do nas dotrze…

- Albo Sylwia – dodał Lupin tym razem poważnie. – Czar, którego użyła Lily może potrzebować trochę czasu zanim minie.

- Co przez to rozumiesz? – wtrącił Peter otwierając szeroko oczy.

- Nie sądzę, aby można było go odwrócić.

Usta Pottera otworzyły się, a Pettigrew pokręcił głową z dezaprobatą. Huncwoci jednak mieli to do siebie, że od czasu do czasu lubili i ponabijać się z siebie nawzajem pod warunkiem jednak, że nie było to nic trwałego. A stan Syriusza był tymczasowy.

- Minie do piątku? – spytał z nadzieją w głosie James. Lunatyk wzruszył ramionami w bezsilnym geście.

- Nie mam pojęcia, to zależy od czaru i tego, kto go wykonał.

- Wiedziałem, że to się źle skończy – zaobserwował Glizdek przejeżdżając dłonią po swoich nieco przydługich, ciemnych blond włosach. – Mówiłem, aby ją zostawił w spokoju…

Remus posłał mu spojrzenie zrozumienia, ile razy on to przerabiał.

- Miejmy nadzieję, że jednak go odczarują – dodał po chwili zamyślenia okularnik.

- Oby – zawtórował mu Peter. – To, co? Idziemy do PŻ?

Dwójka pozostałych huncwotów spojrzała po sobie, a następnie przytaknęła.

- Idziemy – zawyrokował James ruszając ponownie przed siebie. Nawet nie zauważył, że byli dopiero w połowie drogi do wyjścia z WS, kiedy to czar Lily zaczął działać na Syriuszu. Aczkolwiek nie przejmując się tym ani trochę, ruszył dalej myśląc nad ich powrotnym dowcipem z błogim, nieco szaleńczym uśmieszkiem na ustach i znikomym obłędem w oczach.

---

5:30pm

Hogwarcki zegar wybił wpół do szóstej i w tym samym momencie oślepiający biały błysk, przypominający nieco mini eksplozję jądrową wypełnił Wielką Salę. W ciągu ułamka sekundy; kiedy widoczność się unormowała; profesorowie byli na równych nogach, gnając w stronę gdzie wydawało się być epicentrum wybuchu.

James, Peter i Remus przechodzili obok stołu Ravenclawu, gdy w jednej chwili oślepiło ich białe światło, a potem zerwał się nad nimi podmuch wiatru. Wiatr? Myśleli wszyscy zaskoczeni, bowiem jak w zamkniętym pomieszczeniu mógł być wiatr? Chwilę później to się wyjaśniło, a dokładniej w momencie jak blask stracił swoją siłę rażenia i Gryfoni na powrót mogli otworzyć oczy. Wtedy też miodowe i dwie pary piwnych oczu zobaczyły w miejscu zaczarowanego sufitu, który zawsze przypominał piękne, błogie niebo; ciemne burzowe, niemalże czarne chmury, które przybierały kształt jakiegoś wiru. Niebawem ukształtował się lej, który pognał wprost na przerażonych uczniów, którzy wciąż nie wiedzieli, co się dzieje.

- Co to jest?! – przekrzykiwał wiatr Remus, spoglądając na granatowe niebo.

- Nie mam bladego pojęcia, ale lepiej się stąd zbierajmy – orzekł twardo Peter, widząc kątem oka kilkoro uczniów, którzy już opuszczali salę.

James ważył propozycję Glizdka przez chwilę. - Ja zostanę, może to Śmierciożercy… - oświadczył, spoglądając hardo w miejsce, gdzie wir złączył się z podłogą.

W tej samej chwili salę ponownie rozświetlił blask, tym razem jednak wyładowań elektrycznych, które zaczęły być rozsiewane dookoła. Kilka o mało nie trafiło Remusa i Jamesa, którzy stali z różdżkami w rękach, przygotowani na najgorsze. Przez kilkanaście kolejnych sekund trójka Gryfonów walczyła z siłami natury, aż nagle wszystko ustało.

- Woof!

- Aaah!

- Whoaa!

Rogacz i Lunatyk na dźwięk zdumionego głosu przyjaciela odruchowo odwrócili się w jego stronę. Aczkolwiek nie byli przygotowani na niespodziankę, która ich czekała, kiedy to zrobili. Otóż Peter nie był sam i wydawało się, że trzymał w ramionach – niepewnie, ale zawsze – dziewczynę, która trzymała się go kurczowo jakby od tego zależał koniec świata. Jakby tego było mało u stóp Glizdka leżał jakiś płowy blondyn z twarzą w posadzce.

- Uhm… Chłopaki? – powiedział powoli Peter.

James wraz z Remusem przyglądali mu się przez moment z zaskoczeniem wypisanym na twarzach. Ostatecznie ciemny blondyn pokręcił głową chowając różdżkę, a okularnik uniósł brwi uśmiechając się łobuzersko.

- A Syriusz twierdził, że potrzebujesz pomocy, kiedy to laski same wpadają ci w ramiona!

Pettigrew zaczerwienił się po czubki swoich jasnych włosów.

- A tak w ogóle to, kim jest owa niewiasta w twoich ramionach? – zastanowił się po chwili Potter.

Bujne, kręcone i brązowe włosy tej dziewczyny rozpoznałby wszędzie. Znaczyło to więc, że jej nie znał, co jednak tworzyło kolejne pytanie: dlaczego miała ona na sobie gryfońskie szaty?

- Nie mam bladego pojęcia, Rogacz… - odpowiedział prosto Pettigrew. Spojrzał swoimi piwnymi oczami na czubek głowy dziewczyny, którą wciąż trzymał na rękach i potrząsnął nią nieznacznie.

Hermiona nadal trzymając się z całych sił osoby, którą myślała, że jest Malfoy w końcu otworzyła oczy. Zamrugała nimi szybko, kiedy spostrzegła, że osoba ją trzymająca to nie blondyn ze Slytherinu tylko Gryfon. Uniosła, więc twarz by zobaczyć, kto był jej wybawcą i kiedy to uczyniła jej jasne, bursztynowe oczy napotkały głębokie piwne.

Twarz chłopaka, na którego najwidoczniej wpadła była zarumieniona, ale i bez tego mogła bez problemu stwierdzić, że posiadał on oliwkową cerę, zupełnie jak ona sama. Oprócz piwnych oczu, dłuższych włosów koloru ciemnego blond i blizny idącej przez jego lewy łuk brwiowy dostrzegła również, że posiadał on nieco większe przednie zęby, kiedy uśmiechnął się do niej uprzejmie. Jednak, co było najdziwniejsze, Hermiona go nie rozpoznała, a z całą pewnością należał on do starszego rocznika…

- Uhm… Cześć – powiedział do niej nieznajomy Gryfon niepewnie.

Ona puściła poły jego szaty równocześnie czerwieniąc się nieznacznie. Chłopak ostrożnie pomógł jej stanąć na własnych nogach, kiedy to usłyszeli cichy pomruk gdzieś z okolic podłogi. Momentalnie cała czwórka spojrzała na posadzkę, gdzie nadal leżał blondyn ze Slytherinu. Granger rozpoznała go od razu, jako Draco Malfoy'a.

- Nie chcę przeszkadzać – wtrącił nagle głos, od którego brunetkę przeszedł dreszcz, choć wydawał się być o ton wyższy niż pamiętała - ale jak się nazywasz? Nie kojarzę cię stąd, jesteś nowa?

James przyglądał się reakcji dziewczyny. Dostrzegł, iż na ułamek sekundy jej spojrzenie rozszerzyło się, aczkolwiek już po chwili jej twarz na powrót przybrała stoicki spokój. Zauważył też, że była ranna. Hermiona za to myślała gorączkowo wciąż uparcie przyglądając się leżącemu blondynowi, jakby miał on zaraz jej podać najodpowiedniejsze wyjście z tej całej sytuacji. Jednak ku jej niezadowoleniu Ślizgon tylko ponownie mruknął coś niezrozumiale pod nosem.

- Halo? Jest tam, kto? Chyba nie jesteś głucha? – odezwał się ponownie tym razem z lekką irytacją Potter.

Brunetka zignorowała go, jedynie szybko klęcząc nad blondynem. Wiedziała, że sytuacja, w jakiej oboje się znaleźli była zła, bardzo zła. Bowiem jeśli się nie myliła – co bywało bardzo rzadkim przypadkiem – to ona i Malfoy znaleźli się w przeszłości. W jaki sposób, nie potrafiła powiedzieć… Faktem jednak pozostawało, że chłopakiem, który ją trzymał – odniosła dziwne wrażenie – musiał być Peter Pettigrew, jeden z huncwotów; tudzież dokładnie ten, który w niedalekiej przyszłości zdradzi Lily i Jamesa.

Starając się teraz o tym nie myśleć, Hermiona przełknęła ciężko ślinę i potrząsnęła Ślizgonem. - Mal…ton – powiedziała gryząc się w język. O mało brakowało…

- Zostaw go, to Ślizgon – odezwał się zdziwiony Lupin.

Hermiona zacisnęła mocniej wargi kompletnie ignorując obecność Gryfonów by ponownie potrząsnąć blondynem. - Malton – powtórzyła już pewniej. Ten powoli zaczął się przebudzać.

- Skoro umiesz mówić, to głucha raczej nie jesteś – powiedział okularnik, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Nadal przyglądał się skulonej postaci dziewczyny, jednak teraz nie potrafił powiedzieć czy była zaskoczona, czy nie. Bowiem długie, kręcone pukle przysłoniły jej całą twarz.

Peter pokręcił nieznacznie głową nie wiedząc, co sądzić o tej dziwnej dziewczynie, na co Remus uśmiechnął się.

- James, nie wiem czy zauważyłeś, ale ona ignoruje cię umyślnie – stwierdził Lunatyk, posyłając rozbawione spojrzenie przyjacielowi.

James uniósł brwi. - Nie widzę powodu, dla którego miałaby mnie ignorować, ona to nie Evans – orzekł hardo, Hermionie zrobiło się gorąco.

- Może ci pomóc? – spytał huncwot stojący obok niej, ona spojrzała na niego i otrzymała ciepły, przyjacielski uśmiech.

- N-nie… Nie trzeba – odparła nadal będąc w szoku. To było nie do pomyślenia, że właśnie obcuje z ludźmi z przeszłości! Czy aby nie zakłóciła linii czasu? A co jeśli właśnie w tym momencie zmieniła przyszłość Harry'ego? Bojąc się poznać odpowiedzi na te pytania na powrót spojrzała na Ślizgona, który o dziwo był już kompletnie przytomny i wpatrywał się w nią jakby chciał ją zasztyletować na miejscu. - No nareszcie – stwierdziła, wzdychając. Malfoy podniósł się do pozycji siedzącej, nie odrywając od niej swojego morderczego spojrzenia. – Posłuchaj, mamy problem… - zaczęła powoli i spokojnie.

Malfoy jednak nie miał zamiaru jej słuchać. Szybko, więc wstając wydobył różdżkę i skierował ją na zaskoczoną Gryfonkę, która nawet nie zdążyła mrugnąć. - Słowo, Granger i przysięgam, że poślę twoją szlamowatą dupę w darmowy rejs dookoła świata – sarknął niemalże bordowy ze złości.

W ciągu ułamka sekundy w stronę Ślizgona skierowane zostały trzy różdżki, będące w posiadaniu huncwotów.

- Nie sądzę – orzekł chłodno James Potter i uśmiechnął się złośliwie do Ślizgona, który odwrócił się do niego z równie paskudnym uśmiechem.

- A co Potter, boisz się o swoją szlamcię?

James zbity z tropu uniósł brew w górę. - Moją szlamcię?

O nie! Przemknęło przez myśl Hermiony. Malfoy myśli, że to Harry…

Ślizgon roześmiał się gardłowo i oschle. - Przyznaj się, Potty… U was to rodzinne, nie?

Remus z Peterem popatrzyli na Draco jak na głupka, tudzież Jamesa komentarz tylko rozzłościł.

- Stop! – wtrąciła Hermiona. Korzystając z chwili, kiedy Malfoy nie zwracał na nią uwagi wstała i wydobyła swoją różdżkę. Nakierowała ją na Ślizgona, który posłał jej kolejne z serii mrożących krew w żyłach spojrzenie. Musiała zapobiec kompletnej katastrofie, dlatego też polegając na inteligencji blondyna, postanowiła go nakierować na ten sam tor myśli, który ona obrała. - To nie jest ten czas – powiedziała spoglądając prosto w zimne oczy Draco. Na ułamek sekundy, kątem oka spojrzała w stronę Pottera, który stał przyglądając się akcji z wciąż wyciągniętą różdżką. Hermiona nie wiedziała ile czasu minęło, a Malfoy nadal nie załapał jej znaczenia tego zdania. - To nie ten czas – powtórzyła dobitnie.

Tym razem podziałało, bowiem blondyn spojrzał po kolei po wszystkich uczestnikach zajścia. Najpierw jego szary wzrok trafił na Pettigrewa, później na Lupina, aż w końcu najdłużej zatrzymał go na Potterze. Kiedy dotarło w końcu całe znaczenie do podświadomości Ślizgona, pobladł spoglądając na Gryfonkę. - Nie możliwe! NIE MOŻLIWE! – warknął, opuszczając różdżkę.

Brunetka odetchnęła z ulgą. Jeden kryzys zażegnany, co nadal pozostawiało do rozwiązania tysiąc innych, z ich powrotem do domu na czele. - Ale prawdziwe – odparła zmęczona, czuła jak policzek i czoło w okolicy brwi piekły ją niemiłosiernie. Nie wspominając o nacięciach, które posiadała na dłoniach, kostkach… Właściwie Merlin jeden tylko wiedział gdzie jeszcze.

Huncwoci również opuścili różdżki, aczkolwiek przyglądali się uważnie poczynaniom Ślizgona spod przymrużonych powiek.

- Teraz nie jesteś już taki pyskaty, Ślizgonie? – zaatakował James, posyłając wyzywające spojrzenie blondynowi. Tamten zmrużył swoje ślepia niebezpiecznie, spoglądając na przyszłego ojca swojego największego, szkolnego wroga oraz zacisnął usta w wąską linię. Ostatecznie na powrót odwrócił się do brunetki.

- Idziemy – rozkazał lodowato. Przechodząc obok Granger, chwycił ją za ramię ciągnąc tym samym za sobą. Ona właściwie nie miała nic przeciwko temu. Dlatego też nie opierała mu się zbytnio, bo tak naprawdę sama nie miała pojęcia jak wydostać się z towarzystwa huncwotów.

Jednak nim Draco zdążył zrobić dobre dziewięć kroków, potknął się i przewrócił na posadzkę z głośnym hukiem. Hermiona otworzyła usta z wrażenia, a następnie obróciła twarz. Zobaczyła tam uśmiechającego się złośliwie Jamesa, którego oczy zabłysły na sekundę. Ona jednakże podeszła do Ślizgona. Mimo wszystko próbowała mu pomóc wstać, co oczywiście on utrudniał.

- Zostaw – syknął blondyn, patrząc na posadzkę. – Sam sobie poradzę…

Brunetka pokręciła głową delikatnie, ale stanowczo. - Teraz nie czas na bycie upartym Mal…ton – zaczęła półszeptem, aby tylko on ją słyszał. – Dobrze wiesz, że nie możemy z nimi się zadawać. Nie możemy nic zmienić…

- Co i tak nie uczyni cię prawdziwą czarownicą – odparował jadowicie, uśmiechając się półgębkiem.

Gdyby nie fakt, że była uwięziona w przeszłości, na Merlin jeden wiedział jak długo, to od razu odpuściłaby sobie tego nadętego, arystokratycznego bubka. Wiedziała jednak, że tylko on jej pozostał po tym, co niegdyś było jej teraźniejszością. Dochodził do tego też fakt, iż nie była do końca pewna czy aby Malfoy czegoś nie wygada, co mogłoby być katastroficzne w skutkach zarówno dla niej jak i dla niego samego.

- A ciebie uczciwym Ślizgonem – odparowała na jego atak. Wzięła głęboki wdech i wydech, uspokajając troszkę swoje zszargane nerwy. – Jesteśmy w niezłym pasztecie, dobrze to wiesz. Tak samo jak to, że nie mamy prawa ingerować w to, co jest nieuniknione…

Ślizgon wydawał się trawić jej słowa przez jakiś czas, zauważyła przy tym, że skrzywił się mocno. Uśmiechnęła się na to blado, wiedziała, że Malfoy podzieli jej zdanie, zresztą nie miał innego wyboru będąc jedynym synem Lucjusza Malfoy'a i Narcyzy Black.

W końcu syknął ociężale swoją odpowiedź. - Niestety wiem… - Zwrócił swoje szare oczy w kierunku twarzy Gryfonki. – Ale to i tak nie czyni cię równą mi, szlamo.

Hermiona zacisnęła mocno piąstki. - Musimy odnaleźć jakiś sposób, aby wrócić do domu – powiedziała po chwili, kiedy Draco zaczął wstawać. Ona podniosła się sekundę po nim.

Malfoy potarł tył głowy dłonią krzywiąc się przy tym, a następnie spojrzał na brunetkę unosząc jedną arystokratyczną brew. - I to jak najszybciej. Nie mam zamiaru ani ochoty przebywać w innym wymiarze czasowym z największą wiem-to-wszystko ze wszystkich ludzi na świecie! – wysyczał złośliwie.

- Czy musisz obrażać mnie na każdym kroku, Mal...ton? – odezwała się głośniej.

Malfoy słysząc inne nazwisko uniósł brew w niemym pytaniu. Granger posłała mu tylko spojrzenie mówiące 'powiem ci później'. Ślizgon wygiął usta i już je otwierał, gdy usłyszał tupot butów o posadzkę. Ktoś się zbliżał w zastraszającym tempie w ich stronę. Bynajmniej nie była to jedna osoba. Odwracając się, więc w tamtą stronę Malfoy zobaczył dyrektora szkoły z kilkoma profesorami u boku gnającego wprost do nich. Odchylając głowę w tył napotkał szeroko otwarte oczy Granger. Gdyby jej nie znał parę dobrych lat, to pomyślały, że dziewczyna jest spokojna i opanowana, gdzie tak naprawdę w środku cała drżała ze strachu.

- Co teraz, Omnibusie?

--- --- ---

Środa,
01 listopada, 1976r.

3:56am

W ciemnym pomieszczeniu, którym było chwilowe dormitorium Hermiony usłyszeć można było jak dziewczyna kręciła się z boku na bok. Tej nocy spała zaledwie kilka godzin, a nadejście leczniczego snu utrudniał jej natłok myśli, jaki umiejętnie zaprzątał jej umysł.

Po raz kolejny się obracając, a wzrokiem napotykając wyłącznie ciemność, wzięła głęboki oddech. Mimochodem odwróciła się na wznak by spojrzeć w równie ponury baldachim, który znajdował się nad jej łóżkiem. Niestety i to nie pomogło odgonić myśli; jej mózg pracował na pełnych i przyśpieszonych obrotach. Właściwie sama sobie się dziwiła, że miała w sobie na tyle siły, iż przeżyła rozmowę w gabinecie dyrektora. Bowiem w tamtych chwilach była tak zdenerwowana, iż nawet przez myśl jej przemknęło, że zaraz zemdleje. Z drugiej strony na domiar złego dopadły ją mdłości powodowane wciąż tym samym, pojawiającym się znikąd, dziwnym odorem.

Rozmowę, która trwała dużo dłużej niźli się spodziewałam, stwierdziła ubolewając nad tym. I była o wiele cięższa…

Kiedy ona i Malfoy, sposobem ignorowania huncwotów, uwolnili się od nich okazało się, że profesor Dumbledore był już w drodze. Szybko wszystko ogarniając, milczała jedynie przyglądając się wartkim ruchom dyrektora oraz nauczycieli. Jak się spodziewała McGonagall zainteresowała się bardziej trójką huncwotów, która nadal stała szepcąc coś między sobą i wkrótce tamci byli przesłuchiwani, co do całego tego niespotykanego zajścia. Jednak sam dyrektor nie spieszył się do Pottera i pozostałych, on zatrzymał się przed nią samą i Ślizgonem, a swój zaintrygowany wzrok skupił na ich twarzach. Z początku wydawało jej się, że zauważyła w niebieskich oczach profesora dziki błysk jednak, gdy zamrugała już go nie było, a jego zawsze uśmiechnięta twarz była dziwnie obojętna – co kompletnie nie pasowało do Albusa Dumbledore.

Toteż wkrótce potem rozpoczął się koszmar. Nie dość, że dyrektor spytał ich czy są odpowiedzialni za to, co się stało z WS i zaczął łypać na nich groźnie okiem to dodatkowo utkwił swój wzrok na ich szatach szkolnych, w których wciąż byli. Już wtedy przełykając ciężko ślinę, Hermiona domyśliła się, że będzie ich czekać długa rozmowa – sam na sam – z Albusem Dumbledore. I nie pomyliła się. Ledwie zdążyła odzyskać panowanie nad swoim drżącym głosem, dyrektor obwieścił, iż zaprasza ją i jej towarzysza do swojego gabinetu. Draco, który wyglądał na równie spetryfikowanego jak ona posłał jej wtedy niepewne spojrzenie. Na jego nieme pytanie przełykając ciężko ślinę, przytaknęła szybko.

To, co się działo później było jak nieudana parodia dramatu szekspirowskiego. W ciągu następnych kilkunastu minut wraz z Malfoy'em znaleźli się w gabinecie dyrektora. Było w nim chłodno, ale to zapewne spowodowane było tym, iż ogień w kominku wygasł jakiś czas temu. Na ścianach wisiały obrazy, na których drzemały postacie poprzednich dziekanów Hogwartu. Rozpoznała ich od razu, bowiem ich portrety powieszone były w kolejności, w której po kolei obejmowali oni stanowiska. Nim tak do końca zdążyła przyjrzeć się pozostałej części pomieszczenia, Dumbledore zarzucił Silenco by następnie spojrzeć na nich twardo.

Kim jesteście?
Jak się tu znaleźliście?
Co wydarzyło się w Wielkiej Sali?
Ile macie lat?
Skąd macie szaty Hogwartu?

To były tylko nieliczne pytania, które wtedy padły i na które musiała odpowiedzieć. Malfoy o dziwo siedział cicho, co skłaniało ją jeszcze bardziej ku myśli, że sytuacja, w której się znaleźli była naprawdę poważna. Będąc tutaj nie mieli prawa choćby na jeden, najmniejszy błąd. Gdyż, mógłby on sprawić, że teraźniejszość, którą oni znali i się w niej wychowali po prostu przestałaby istnieć, albo zmienić się diametralnie. A ona, będąc Hermioną Granger – przyjaciółką Złotego Chłopca Gryffindoru, nie mogła do tego dopuścić.

Teraz jak nad tym wszystkim myślała, nieco spokojniej i bez nerwów mogła z całą pewnością powiedzieć, iż była zła na samą siebie. Mogła dużo lepiej przeprowadzić tą rozmowę z dyrektorem, kiedy wtedy z ledwością odpowiadała na każde jego pytanie. W rezultacie małe przesłuchanie skończyło się na przyznaniu się przez nią i Malfoy'a, że są z przyszłości, ale nie potrafią oni powiedzieć, w jaki sposób się cofnęli w czasie. Mina, jaką obdarzył ich wtedy sam Albus Percival Wulfryk Brian Dumbledore mówiła jasno oraz wyraźnie, że nie do końca im wierzył. O mały włos Malfoy, właśnie wtedy nie zdradził dyrektorowi połowy zdarzeń, które dopiero nastąpią, a zaczął je tak: „Dnia 31 października 1981r. Czarny Pan…" To wystarczyło, aby dyrektor zmrużył swoje oczy niebezpiecznie i przerwał srodze Ślizgonowi. Ku jej zdziwieniu, Dumbledore uwierzył im dopiero wtenczas. Zmienił on też swoje nastawienie wobec nich, z początku był srogi oraz groźny, tudzież po tych kilku godzinach rozmów ewentualnie porzucił tą maskę i na powrót stał się wesołym, radosnym dyrektorem. Który tak samo jak oni ostatecznie zasiadł w ciszy, próbując rozwikłać łamigłówkę. Nie trwało to długo, bo blondyn poruszył się niespokojnie po paru minutach i spytał czy zwykłe eliksiry mogą mieć moc przenoszenia w czasie.

Hermiona mrużąc oczy przemyślała pomysł Malfoy'a, a niespożyte ilości książek, które przeczytała pomogły jej w tym. Ewentualnie otworzyła nieznacznie usta by odpowiedzieć, ale wyręczył ją sam Albus. Oczywiście ona wiedziała, że odpowiedź jest pozytywna, aczkolwiek wysłuchała grzecznie teorii, którą przedstawił im dyrektor. Prawdę powiedziawszy, nie wierzyła tak do końca w to, iż jakikolwiek wywar mógłby mieć taką moc, jednakże tą myśl zachowała dla siebie. Malfoy natomiast wydawał się główkować nad czymś mocno po usłyszeniu odpowiedzi, co wywnioskowała po pół-grymasie, pół-zaskoczeniu, po czym przełykając ślinę spojrzał po nich i spytał o coś, co ona sama przeoczyła.

- Mówił pan dyrektor, że eliksir do podróżowania w czasie jest suszony i dopiero potem używany, jako proszek do zmieniaczy-czasu… Wspomniał pan również, że dopóki jest w stanie płynnym, proszę wybaczyć o wyrażenie: cuchnie jak zgniły gumochłon. Czy jest to porównywalne z tym odorem?

Po tym wstał, nawet tutaj w przeszłości z sobie tylko znaną arystokratyczną gracją i podszedł do dyrektora wyciągając w jego kierunku jedną, bladą dłoń. Oczywiście, Malfoy miał rację, a Dumbledore pod wpływem nieprzyjemnego zapachu zamrugał szybko oczami, w których zebrały się łzy. Draco westchnął ociężale wracając na swoje miejsce i tak samo jak ona czekał na werdykt dyrektora. Chociaż Granger zaczęła się zastanawiać czy aby ona chce go poznać. I niestety było dokładnie tak jak oboje przypuszczali, dyrektor osądził 'tak, to jest wysoce prawdopodobne, że użyliście eliksiru do przenoszenia się w czasie'.

Pozostawała jeszcze sprawa, kiedy go użyli, oni nawet nie mięli przepisu, a co dopiero… I nagle, przypomniała sobie wydarzenie z przed kilku dni, kiedy to Ślizgon siedzący obok niej i ona przygotowywali wywar zamroczenia. Wyzwał ją wtedy, że jakiś składnik śmierdział. Czy to było właśnie to, nie miała pojęcia, ale lepiej zawsze spytać i w razie, czego dowiedzieć się czegoś nowego niżeli ślepo szukać drogi powrotnej. Z drugiej strony, pamiętała jak posiadała zmieniacz-czasu w trzeciej klasie. Kiedy to z Harrym ratowali Syriusza… Znienacka oblał ją zimny strach, czy to znaczyło, że ona już tu zostanie? Że tak samo jak ze zmieniaczem-czasu będzie musiała żyć przez najbliższych dwadzieścia lat w przeszłości, aż do dnia, kiedy zniknie? Ona, będąc osobą logiczną zaczynała coraz bardziej się plątać w swoich własnych zamysłach, które rodziły się jeden za drugim w jej głowie. Osobiście zaczęła żałować, że zawsze musi myśleć o wszystkich za i przeciw, a nie tak jak Harry czy Ginny zdać się na instynkt. Ostatecznie porzucając swój wewnętrzny konflikt, spytała powoli dyrektora czy mógłby znaleźć przepis na wywar do właśnie tego eliksiru. Nie spodziewała się jednakże natychmiastowego 'nie' z jego strony i szczerze zdziwiła się, dlaczego nie chciał im pomóc w tej kwestii.

Będąc sobą zaczęła mu tłumaczyć, iż kiedy ona oraz siedzący obok niej Ślizgon, który posłał jej mrożące krew spojrzenie i grymas na twarzy, pracowali przy eliksirze zamroczenia on prawdopodobnie użył nieodpowiedniego składnika, który był odpowiedzialny za ich przenosiny w czasie. Miała nadzieję, że to go przekona. Odpowiedź otrzymała dopiero po minucie, aczkolwiek było to zwykłe 'ja się tym zajmę, panno Granger'. Oczywiście nie tego się spodziewała, ani też tego, co usłyszała następne.

- A teraz, przejdziemy do spraw teraźniejszych. Jesteście tutaj, macie po szesnaście lat i byliście już przydzieleni do domów. Sądzę, że nie chcecie zaprzepaścić swojej edukacji, nawet pod wpływem tych dziwnych wydarzeń. Dlatego też uważam, że powinniście zacząć uczęszczać na lekcje…

Nie wiedziała, co na to odrzec, zresztą Draco siedzący obok zrobił równie zdziwioną minę, co ona.

- Wierzę, że wiecie, jakie możecie ponieść konsekwencje, jeśli coś zaczniecie zmieniać…

I dlaczego spojrzał na nią uważnie, kiedy to powiedział?

- Myślę, że mogę wam na tyle zaufać, iż nie będziecie rozpowiadać wszem i wobec, że jesteście z innego czasu. Tudzież, nie macie tutaj zupełnie nic, ani nikogo… Uczniom może również wydać się nieco podejrzane, że prawie w połowie semestru Hogwart przyjął nowych uczniów. Pozostaje też kwestia waszych nazwisk. Pan, panie Malfoy ma arystokratyczne nazwisko, którego korzenie sięgają wiele pokoleń wstecz…

W ten sposób rozpoczęła się kolejna godzina rozmów, tym razem na temat ich tożsamości oraz przybycia do szkoły. Ostatecznie Draco przybrał nazwisko, którym nazwała go kilkakrotnie Hermiona, a ona sama została zmuszona pozostać przy swoim.

- Książki, pióra, kociołek i pozostałe rzeczy wam potrzebne na razie otrzymacie z naszego składziku. Jednak w najbliższych dniach postaram się o zakup nowych. Problem może być z ubiorem, niestety… Ale na to jakoś poradzimy, najbliższa wyprawa do Hogsmeade jest teraz w niedzielę. Dostaniecie trochę pieniędzy, za które sobie coś wybierzecie. Pozostaje jeszcze kwestia waszego zakwaterowania…

Na szczęście dyrektor szybko znalazł także na to rozwiązanie. Wkrótce potem pożegnał nowych uczniów każąc im zajść na sekundkę do Skrzydła Szpitalnego. To był dopiero ten moment, w którym zarówno ona jak też Malton poczuli jak boli ich niemalże każdy mięsień ciała. Ku jej własnemu zadowoleniu, ich podróż do SS minęła szybko oraz bezproblemowo – ani ona ani Malfoy nie rozmawiali, oboje nadal myśląc nad wszystkim, co się zdarzyło. Pani Pomfrey, gdy tylko ich zobaczyła zakryła usta dłonią i natychmiast kazała im usiąść na pierwszym z brzegu łóżku. Potem z jej ust posypały się setki pytań, na które Gryfonka nie miała siły odpowiadać. Hermiona była już zmęczona, a pielęgniarka swoimi pytaniami chyba chciała ją wykończyć, co zauważył Ślizgon posyłając w jej kierunku pół-uśmieszek rozbawienia.

Pielęgniarka użyła jakiegoś czaru, po czym jej twarz przybrała blady kolor. Następne, co Hermiona zauważyła, to Pomfrey gnająca do gabinetu. Kiedy tylko zniknęła za drzwiami, zza nich dobiegł ją i blondyna odgłos czyjejś rozmowy, i dopiero po kilku minutach pielęgniarka wróciła. Tym razem w dłoniach trzymała po buteleczce wypełnionej jakimś ciemnozielonym płynem, w którym pływały dość spore porcje śluzu gumochłonów. Hermiona momentalnie skrzywiła się, bowiem rozpoznała eliksir od razu i wiedziała, że wypicie go nie będzie należało do najprzyjemniejszych. Mimo to przyjęła go by jednym haustem wypić, blondyn wkrótce poszedł w jej ślady. Było to remedium na szybkie gojenie ran, nieprzyjemne w konsystencji tudzież ohydne w smaku, ale nadzwyczaj skuteczne. Po wypiciu zawartości flakonika, ona i Draco zostali powierzchownie opatrzeni przez Pomfrey. Właśnie wtedy Hermiona otrzymała bardzo twarzowy plaster na rozcięte czoło oraz opatrunek na prawą dłoń. Gdzie rozcięcie było nadzwyczaj głębokie, bolało nawet przy najmniejszym skurczu. Malfoy miał tylko kilka zadrapań na lewej stronie twarzy, tudzież wielkiego siniaka pod okiem. On jednak w przeciwieństwie do niej nie miał żadnych rozcięć.

Kiedy pielęgniarka skończyła, uśmiechnęła się do nich łagodnie, a w następnej chwili przytuliła delikatnie Hermionę, która zmieszała się kompletnie. Krótko potem zrobiła to samo z Malfoy'em, a później mówiąc 'przykro mi z powodu waszych rodzin' odsunęła się nieznacznie. Zarówno ona jak również Ślizgon domyślili się, o co chodzi. Udając, więc jak najlepiej potrafili, przytaknęli smutno i wyszli ze Skrzydła Szpitalnego. A potem ruszyli do miejsca, które na tą jedną noc stało się ich dormitoriami. Do Pokoju Życzeń, albo jak to bywały mawiać hogwarckie skrzaty pokoju przychódź-wychódź. I to właśnie w ten sposób Hermiona Granger znalazła się w swoim dormitorium. Szkoda tylko, że sen nie mógł do niej przyjść tak łatwo jak do Malfoy'a, bowiem z jego pokoju nie dobiegały kompletnie żadne odgłosy, co świadczyło o tym, iż blondyn śpi.

Ona jednak nie mogła przestać myśleć o tym, że jest w przeszłości. Wśród ludzi, których zna, jako dorosłych i często, jako swoich profesorów… Nie licząc tych, których już wśród żywych nie ma. Zakrywając się po czubek nosa ciepłą kołdrą, Hermiona miała nadzieję, że sen w końcu ją zmorzy.

---

8:00am

Otwierając ciężkie wciąż zaspane powieki, Hermiona obudziła się. W pierwszym momencie, kiedy rozejrzała się po pokoju pomyślała, że przyśnił się jej jakiś koszmar. Dormitorium było dokładnie tym, w którym zawsze sypiała z Lavender i Parvati, jednak ich łóżka były idealnie zaścielone, co nie występowało często. Zwieszając nogi z łóżka, oparła się, aby zapatrzeć się w podłogę. Ostatecznie przejeżdżając dłonią po twarzy, zamarła nieruchomo wpatrując się w bandaż znajdujący się na jej ręce. Oznaczał on tylko jedno, że to wcale nie był sen oraz, że ona naprawdę jest w pułapce czasu i nie wie na jak długo. W ułamku sekundy poczuła jakby ktoś pozbawił ją oddechu, a jej mózg znowu ruszył pełną parą. Setki myśli zaczęły ją przytłaczać, na co opadły jej nieznacznie ramiona. Chcąc nie chcąc wstała, ubrała się w mundurek tudzież szaty szkolne, a swoje przygotowania na wejście do Wielkiej Sali zakończyła na szybkim rozczesaniu swoich brązowych pukli, którymi wczoraj nie miała czasu się zająć.

Przez chwilę przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze. Widziała w nim zmęczoną, zmarnowaną dziewczynę, którą nigdy w życiu nie miała okazji się czuć. Jednak tutaj, teraz… Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Z nadzieją, iż to profesor Dumbledore z wiadomością, że wie, co zrobić by ich odesłać do swoich czasów, ruszyła do nich szybkim krokiem. Jednak zawiodła się, bowiem za nimi stał nie, kto inny jak blondyn ze Slytherinu z bardzo niezadowoloną miną.

- Dłużej się nie dało? – sapnął na przywitanie. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej, a jego oczy powoli objęły całą Gryfonkę.

Hermiona momentalnie zacisnęła mocno zęby widząc sposób, w jaki ją otaksował wzrokiem. Sama skrzyżowała ręce i wzięła głęboki wdech na uspokojenie nerwów. Nikomu by się nie przyznała, ale strasznie bała się wejść do Wielkiej Sali wiedząc, że wszyscy uczniowie będą się na nich patrzeć.

- Co tu robisz? – spytała spokojnie. Malfoy uniósł jedną, arystokratyczną brew.

- Chyba nie zapomniałaś tego, co wczoraj mówił stary Dumbel?

Pokręciła powoli głową.

- To dobrze, zabieraj się stąd i idziemy – rozkazał lodowato, po czym odwrócił się w stronę wyjścia z Pokoju Życzeń. Zatrzymał się w połowie drogi, kiedy spostrzegł, iż Gryfonka za nim nie podąża. Odwrócił się do niej z grymasem na twarzy. – Granger – warknął groźnie, jednak na dziewczynie nie zrobiło to wrażenia.

Zbierając w sobie wszystkie siły i tą słynną gryfońską odwagę, nostalgicznie zamknęła za sobą drzwi i ruszyła do Ślizgona. Nie opuszczało jej przy tym dziwne wrażenie, że kiedy przekroczą próg tych magicznych wrót, znajdą się w zupełnie innym świecie. Zupełnie jak bohaterka „Alicji po drugiej stronie lustra", gdy ta miała przejść na drugą stronę zwierciadła. Tyle, że tutaj to ona byłą tą Alicją, a drzwi pokoju przychódź-wychódź czystą taflą lustra, przez które za chwilę przejdzie.

- Malfoy – przerwała ciszę Hermiona. Oboje z blondynem stali przed magicznymi wrotami, a ten trzymał dłoń na klamce. Spojrzał na nią tymi swoimi zimnymi oczami, w których tyle razy widziała obrzydzenie do jej osoby, aczkolwiek tym razem nie wyrażały nic poza typową ludzką ciekawością.

- Co?

Przełknęła ślinę, opuszczając nieznacznie głowę. Brązowe pukle przysłoniły jej twarz, za co była wdzięczna, bowiem poczuła łzy w kącikach oczu. A nie chciała by Malfoy, Ślizgon to widział.

- Co? – powtórzył ostrzej, był zniecierpliwiony.

- Boję się – odparła cicho pod nosem. Uniosła twarz i spojrzała uważnie na blondyna.

On otworzył usta, aby odpowiedzieć jej jakiś kąśliwy komentarz, ale zaniechał tego, co ją zdziwiło. Zamiast tego kąciki jego ust wygięły się w górę, w makabrycznej parodii uśmiechu. Co podziałało znacznie mocniej niżeli jakikolwiek komentarz by jej powiedział, w jednej sekundzie bezwiednie zadrżała.

- Jeśli cię to pocieszy, ja też – powiedział, wyrywając ją z szoku. Nacisnął klamkę, kiedy Gryfonka chwyciła jego nadgarstek w swoją zabandażowaną dłoń. Wyglądała na spokojną i zrównoważoną, ale w jej oczach i tak dostrzegł drugie dno.

- Nie, poczekaj – odezwała się cicho, jakby ważyła swoje słowa. Jej wzrok nie opuścił jego ani na sekundę. – Wiesz, że za tymi drzwiami jest zupełnie inny świat? Ludzie, którzy mogliby być naszymi rodzicami? I niektórzy będą…

Draco dobrze wiedział, czym się martwiła ta Gryfonka z burzą loków na głowie. I ku swojemu wielkiemu niezadowoleniu musiał przyznać, że podzielał jej obawy. Nie miał aczkolwiek zamiaru odpowiadać na jej pytanie, jedynie uniósł brew wypuszczając jednocześnie oddech z irytacji. Ostatecznie ona puściła powoli jego rękę. A on, jako pierwszy przekroczył próg do innego świata.

---

8:23am

Granger czuła się jak we śnie, kiedy ze Ślizgonem u boku przemierzała korytarze zamku. Po drodze na to pierwsze śniadanie w roku 1976, spotkała masę uczniów, którzy w większej mierze nie zwrócili na nich najmniejszej uwagi. Choć zauważyła także parę zaskoczonych spojrzeń skierowanych w ich stronę od mieszkańców domu Kruka i Lwa. Co ją zaskoczyło, nie spotkali ani jednego Ślizgona czy Puchona. Z czego nie wiedziała czy się bardziej cieszyć, czy martwić.

Inaczej już jednak było, gdy dotarli przed Wielką Salę. Oboje, zarówno ona jak i Malfoy, zawahali się. To był chyba właśnie ten moment, kiedy racjonalne myślenie się odzywa i nakazuje zwiewać gdzie pieprz rośnie. Gdyby nie obecność blondyna u jej boku, Hermiona z całą pewnością by go usłuchała. Jednak nie mogła tego zrobić, zresztą teraz i tak już było za późno. Zbyt daleko zaszli, aby się cofać, poza tym rozmawiali z profesorem Dumbledore…

- Ruszycie się dzisiaj, czy zamierzacie tu korzenie zapuścić?

Dopiero ten komentarz sprawił, że wróciła do rzeczywistości. Spoglądając swoimi bursztynowymi oczami na osobę, która się do nich odezwała uśmiechnęła się blado.

- Przepraszam, już idziemy.

Chłopak wyminął ich szybkim krokiem nie czekając na odpowiedź i otworzył na całą szerokość oba skrzydła wrót, odsłaniając tym samym stoły, przy których zasiadali już niektórzy uczniowie. On sam, zauważyła, poszedł w kierunku stołu Ravenclawu.

Zaczęła się przyglądać długim stołom, które powoli zapełniały się mieszkańcami zamku. Niewiele się różniły od tych, które ona sama pamiętała. A jedyną zauważalną różnicą, jaką dostrzegła był fakt, że tutejsze stoły były nieco krótsze od tych w ich czasach. Generalnie, sala wydawała się być idealnym odwzorowaniem tej z przyszłości, a w tym wypadku wypadałoby powiedzieć, że to ich przyszła sala będzie. Zaczarowany sufit, zza którego chmur wyglądało słońce, cztery herby domów – Gryffindoru, Huffelpuffu, Ravenclawu i Slytherinu – wiszące nad stołami i stół nauczycielski pośrodku, na którego czele zasiadał profesor Dumbledore.

Mimochodem wzrokiem powędrowała na miejsca nauczycielskie i od razu w oczy rzucił jej się niski, łysawy mężczyzna, który zasiadał na miejscu jej przyszłego profesora Eliksirów. Biorąc głęboki oddech spojrzała na Malfoy'a tudzież kiedy spostrzegła, że jego już tam nie ma – obejrzała się na stół Slytherinu. Nie zdziwiła się, jak zobaczyła go spożywającego posiłek. On najwyraźniej wyczuł jej wzrok na swojej osobie, bowiem unosząc twarz uśmiechnął się do niej kpiąco.

Nie dowierzając, że po prostu tak bez słowa ją tam zostawił samą, pokręciła niezauważalnie głową. A następnie skierowała się do stołu Gryffindoru, gdzie zasiadła na samym jego krańcu. Wzdychając chwyciła koszyk z bułkami i nałożyła sobie parę, które w ciągu kilku minut zniknęły z jej talerza. Pod wpływem tego wszystkiego zapomniała, że od prawie dwunastu godzin nic nie jadła. Tak też dopiero siedząc na śniadaniu sobie to uświadomiła. Nie dbając o to, co pomyśli sobie o niej Malfoy nałożyła sobie jeszcze jedną, ale większą porcję bułek, które wkrótce podzieliły ten sam los, co ich poprzedniczki.

W Sali się zaczęło zagęszczać, stoły coraz bardziej zapełniać, a ona denerwować. Słyszała radosne rozmowy ludzi siedzących obok, jednak ona nie miała ochoty ich słuchać. Wśród nich czuła się dziwnie, jakby była inna. Właściwie po kilku minutach zaczęła się zastanawiać, czy pozostali też to czują? Tą jej inność. Drzwi od WS stanęły po raz kolejny otworem i tym razem do środka weszło trzech chłopców oraz dziewczyna. Widziała ich kątem oka, ale nie podniosła głowy by na nich spojrzeć. Ostatnią rzeczą, jaką potrzebowała było towarzystwo huncwotów z Jamesem Potterem na czele.

Na szczęście przeszli obok niej obojętnie, rozmawiając o czymś zawzięcie. Hermiona rozpoznała ich od razu, jako Jamesa, Petera i Remusa, aczkolwiek dziewczyna, która szła u ich boku… cóż, jej nie znała. Była szatynką z włosami, które mogłyby konkurować z jej własnymi o tytuł szopy sezonu. Myśl o dziewczynie pogoniła następną, a była nią Lily Evans – przyszła matka Harry'ego. Jej jeszcze nie miała okazji zobaczyć, a musiała przyznać otwarcie, że oprócz tego chorego zdenerwowania, które czuła cały czas, była również podekscytowana.

Huncwoci zasiedli po środku stołu, naprzeciwko niej. Musiała patrzeć naprawdę intensywnie w ich stronę, ponieważ usłyszała po swojej lewicy głośne odchrząknięcie. Zamrugała wtedy szybko odwracając się do tej osoby.

- Wolne? - Obok niej zasiadł chłopak o ciemnej karnacji i ciepłych, czekoladowych oczach.

Przytaknęła grzecznie. - Tak.

Gryfon uśmiechnął się odwracając nieco bardziej w jej kierunku, zmrużył nieznacznie oczy. - Nowa? – spytał.

Nie możesz obcować z innymi ludźmi, każde cześć może mieć znaczenie! Szybko przełykając ślinę zamrugała i z bladym uśmiechem przytaknęła. - Tak – odpowiedziała, chwileczkę potem wstając od stołu. Szatyn już otworzył usta, ale ona mu przerwała. – Spieszę się, wybacz.

I z tym skierowała się do wyjścia.

---

8:37am

- Ej Glizdek, czy to nie przypadkiem twoja dziewczyna? – zażartował James widząc jak nowa opuszcza salę. Spojrzał na ciemnego blondyna, którego twarz przybrała kolor różu. – Nawet się nie przywitała.

- Ona nie jest moją dziewczyną – bąknął Peter wgryzając się w tosta.

- Co? Kiedy? Jak? Gdzie? – dołączył w swoim drugim ja Syriusz, teraz żartobliwie nazywany Sylwią. Założył za uszy swoje gęste, kręcone włosy spoglądając na Pettigrewa. – Czy coś mnie ominęło?

Remus przewrócił oczami jedząc w ciszy, aczkolwiek James uśmiechnął się szeroko.

- Mamy nowych uczniów w szkole – odezwał się Potter popijając sok dyniowy. – Gryfonkę i… Ślizgona.

Na tą wieść stalowoszare oczy Łapy zabłysły, a usta wygięły w uśmiech. - I ja nic o tym nie wiem? Kim są?

Tym razem okularnik zamilkł jedynie wzruszając ramionami. - Nie wiem, nie znamy ich. Właściwie to się nawet nie przedstawiliśmy sobie.

Syriusz westchnął ciężko opierając głowę na dłoni.

- Blondyn siedzi przy Slytherinie, łatwo go zauważysz – powiedział Remus, wskazując brodą na stół Ślizgonów. – A dziewczyna tyle, co wyszła z WS.

- A ładna jest? – dopytywał Black. Ślizgona już widział, faktycznie jego jasne blond włosy widać było na kilometr. Aczkolwiek i tak bardziej interesował się płcią piękną. Peter ponownie oblał się różem, na co posłał mu rozbawione spojrzenie. - No nareszcie, nasz Glizduś dorósł!

- Przestań – sapnął pod nosem Pettigrew ze złości.

James pokręcił głową z dezaprobatą na ciemnowłosego przyjaciela. - Jest całkiem wysoka i zgrabna. Poza tym ją również łatwo poznasz; ma równie bujne włosy, co ty. Z tą różnicą, że ona jest brunetką.

- A oczy? – dalej dociekał szarooki.

- Bursztynowe – odezwał się Peter uśmiechając koślawo. Widocznie, jako jedyny miał okazję spojrzeć nowej dziewczynie w oczy, zanim zrobił to któryś z pozostałych huncwotów. – Ma duże, bursztynowe oczy, które przypominają kształtem migdały.

Black zrobił rozmarzoną minę, po czym w ułamku sekundy porzucił ją. - Brunetka, powiadasz? – spytał retorycznie. Zrobił grymas na twarzy i machnął od niechcenia ręką. – Nie mój typ, droga wolna Petey.

Glizdogon zazgrzytał zębami. - Dziękuję ci bardzo za pozwolenie.

- Ależ nie ma sprawy, Peter – odrzekł z uśmiechem Syriusz. Jakoś w wersji kobiecej każdy jego uśmiech, nawet ten złośliwy wyglądał o niebo lepiej. – Dla przyjaciół wszystko.

Potter przejechał dłonią po swoich i tak rozczochranych włosach, a następnie głośno ziewnął przeciągając się przy tym.

- Wiecie, co mam pierwsze? – spytał niby od niechcenia Lupin i tak jak się spodziewał otrzymał oczekiwany efekt. Trójka huncwotów przyglądała mu się z wyczekiwaniem. – Numerologię – odparł z wilczym uśmiechem.

Jego przyjaciele wydali z siebie ciężkie jęki, po czym James zamarł w bezruchu z rękoma nad głową.

- Nie możliwe! – orzekł hardo Black. – Nie możliwe!

Aczkolwiek Remus jedynie pokiwał głową unosząc brwi. Nie tylko on uczęszczał na tą lekcję, ale ich cała ekipa. Wstając, więc od stołu posłał im jeszcze jeden szeroki uśmiech. - I wiecie, co jeszcze? – spytał przyglądając się załamanym minom przyjaciół. – Lekcja zaczyna się za siedem minut.

Po tym Lupin zebrał się i wyszedł z WS, pozostawiając resztę osłupiałą za sobą.