Każdy potencjalny świadek- o ile istnieją na tyle zdeterminowani świadkowie, aby znajdować się w ostępach leśnych o czwartej nad ranem- mógłby przeżyć jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Leśną dróżką, nóżka za nóżką, wędrowało dwóch wyżętych do cna osobników płci męskiej. Jeden z nich był niski, krępy, z ptasim gniazdem włosów na głowie i zaciętym wyrazem twarzy, którym mógłby kroić kiełbasę na plasterki. Drugi był znacznie wyższy, w zakresie szyi i kawałka pleców posiadał dziurę o przezierności i kształcie standardowej peleryny niewidki zwisającej spod linii włosów z tyłu. Wyglądał dość dziwacznie. Czarne włosy błyszczały w świetle księżyca, usta miał zamknięte w beznamiętną linię prostą, a w rękach niósł okrągławy spory karton wydający odgłosy- na które nikt nie zwracał uwagi.

Niższy z wędrowców ledwo mógł nadążyć za wyższym (na jeden krok tamtego musiał zrobić dwa) ale furia i wściekłość podejrzanie dodawały mu skrzydeł wiec co chwilę podbiegał by się zrównać z dziurawym towarzyszem podróży.

- Profesorze Snape...

Odpowiedziała mu cisza

-profesorze Snape czy pan coś o tym wie co się stało?

Nadal kompletna cisza.

- Potter, bądź łaskaw sprecyzować swoje pytanie- zabrzmiało po chwili potrzebnej do odpowiedniego dojrzenia i opadnięcia z drzewa wiadomości dobrego i złego. W tym wypadku tylko złego.

-Mam na myśli to że pan tu jest- i TO - Harry podbiegając za Snape'm nie miał siły dodatkowo machać rękoma więc pokazał pudło gestem głowy prawie wyłamując sobie kręgi szyjne.

- Czyż Mistrzyni Chaosu nie wyjaśniła ci już? -burknął, jak zawsze wyjaśniająco, Snape. Nie wyglądał jakby miał zamiar dodać cokolwiek to wygłoszonej z pietyzmem kwestii.

Z pudła dobiegł syk, jak z niedomkniętego zaworu.

-Kochany Harry, z miłą chęcią wsssssystko ci powiem i wyjaśnię... Twój ukochany missssstssss elikssssirów musssiał tu z przykrością wrócic... Jego Wyssssokość Merlin oraz Śmierć ssstracili do niego cierpliwośśśść... Niewiele brakowało że zatopiłby całe Zaświaty swoim wyciem... Ależ to pszszszszykre wydarzenie dla nasssszego missstrza...- wydobyło się z pudła z dudniącym pogłosem

-Zamknij się Voldi. Nikt cię nie pytał o zdanie- warknął Severus potrząsając pojemnikiem.

- Sssanowny Harry Potter pytał, Wybawca Świata, śśśpieszę więc z odpowiedzią! A może ty ssssam drogi SSSeverusie opowiesz jakiego kosza dostałeś od swojej ukochanej Lily? Jak ci powiedziała ze jest jej szalenie miło z racji twojej atencji, ale nigdy nie byłeś dla niej nikim więcej niż kolegą i nigdy cię nie kochała? Possssstaram ci się to przypomnieć za każdym razem, kiedy będziesz mieć zły humor. Kochany Harry, Twoja mamusssia sssszcześśliwie posiada resztki dobrego gussstu nawet po tamtej stronie- zasyczało pudło całą gamą soczystych syczących głosek.

-Powiedziałem Voldi zamknij swój przeklęty dziób! Ty nawet nie możesz pomarzyć o pięknej parzystokopytnej Belli, bo ci członków nie starcza, zwłaszcza jednego! - wyryczał dziurawy czarodziej. Intrygujący był fakt, że z im większym natężeniem głosu wypowiadał się tym bardziej nadymała się jego dziura na tułowiu. Harry przypomniał sobie kultowy hogwarcki widok Mistrza Eliksirów z łopoczącą czarną peleryną. W tym wypadku peleryna była niewidką a postać Snape'a najwyraźniej działała na każdą tkaninę w taki sam sposób- jak gdyby miał w okolicy dolnej partii pleców rurę wydechową z dobrej klasy wentylatorem w gratisie.

Z wnętrza pudła dobiegło parsknięcie pełne ironicznej kpiny w każdym tonie i każdej alikwocie.

-SSSSeverusie, nie unoś się tak, zawsze byłeś pełen pretenssssji do świata za ssswoje niepowodzenia. Ale żeby aż taki brak kultury i ogłady... Jestem zdegustowany twoją posssstawą mój drogi missstrzu eliksirów.

Severus Snape stanął gwałtownie w miejscu. Potter biegnący za nim wrył się nosem w czarną sylwetkę po czym, potknąwszy się, upadł na cztery litery (lub trzy, jeśli użyć słowa na Z). Snape z wściekłością wbił pudło w ziemię i zrzucił pokrywę, po czym stanął nad zawartością, bez trudu robiąc wrażenie samym wzrostem, odcieniem czerni i donośnością głosu:

- Na Merlina i jego brodę, jeśli natychmiast- powtarzam- NATYCHMIAST- nie zamkniesz swojej zaplutej jadaczki ty gnido, to przysięgam, że zostawię cię tu, w mrowisku i będę siedział i patrzył z radością jak mrówki uwalniają mnie od twojego zdegenerowanego towarzystwa!

Potter wytrzeszczył oczy w kompletnym zdumieniu, ponieważ tej wersji- wściekłego, klnącego i pełnego niepohamowanej emocjonalnej furii Severusa Snape'a dotychczas nie miał przyjemności oglądać. Jakby przestało mu zależeć na utrzymaniu pomnikowego wrażenia, które sprawiał za życia. Było to cokolwiek przerażające uczucie, skoro martwy Snape wyglądał na bardziej pełnego życia niż żywy. Druga kwestia, która zabłysła mu nagłym lumosem w głowie spowodowała, że popatrzył na towarzysza:

- Myśli pan, że moglibyśmy to po prostu zrobić?

Pudło zarechotało.

-Harry, najdroższy, czy naprawdę sądzisz, że można zabić martwego Czarnego Pana? Poza tym życzę powodzenia w szukaniu Insygniów Merlina z ciągłą vomitencją!

Snape ze złością ponownie kopnął pudło, po czym spojrzał na Harrego.

- Ty go niesiesz. Ja się tego truchła nie tykam, rozumiesz? Zasrany Czarny Pan!

Chłopak wzruszył ramionami, po czym wstał podnosząc niefortunny pakunek.

-Okej. Mogę go na razie nieść, ale tylko dlatego że pan go niósł dotychczas. Skoro razem siedzimy w tym gównie to nie widzę powodu, dlaczego tylko ja mam tachać tego padalca. Musimy dojść do mojego mieszkania tutaj, bo ja muszę mieć moją różdżkę, potem możemy go lewitować z tyłu. Spróbuję się też skontaktować z Hermioną, przy jej wiedzy mam nadzieje, że coś wymyśli.

Czarny mistrz fochów burknął coś niezrozumiale po czym ruszył za swym byłym uczniem. Obie dłonie miał zaciśnięte w pięści tak, jakby chciał sobie przebić wnętrza dłoni palcami na wylot. Czuł się co najmniej źle nie mogąc wykorzystywać magii, której jako nieżywy zwyczajnie nie posiadał. Posiadanie wiedzy teoretycznej przy kompletnym braku możliwości jej wykorzystania było co najmniej frustrujące, tak jakby Profesor zwyczajny i Mistrz eliksirów w jednym nie posiadał innych powodów do frustracji. Szczerze mówiąc miał wrażenie, że powody do frustracji to jedyne co posiada i to w nadmiarze.

Ponura procesja wędrowała dalej, pudło szczęśliwie uciszyło się chwilowo, wędrowcy również nie mieli zbytnio ochoty na okazjonalne konwersacje. Harry usiłował sobie przypomnieć, gdzie można złapać koleżankę Hermionę. Ostatnimi czasy trudno było ją namierzyć. Dopóki była zaręczona z jego kumplem Weasley'em wystarczyło zafiukać do Nory i spytać kogokolwiek. Niestety. W trakcie studiów, które Hermiona odbywała za pomocą zmieniacza czasu (i ekstremalnie szybkich aportacji) jednocześnie w Oksfordzie i na Sorbonie, Ron coraz bardziej zaczął narzekać na jej abstrakcyjne i nieżyciowe podejście do każdego tematu. Hermiona z kolei coraz bardziej uświadamiała sobie, że tak naprawdę poza fantastycznymi wspomnieniami z młodości nie mają ze sobą o czym rozmawiać. Po kolejnym wspólnym wyjeździe, który on spędził ze zgrabnymi fankami Quidditcha i piciu na umór a ona na wielogodzinnym zwiedzaniu antykwariatów i miejscowych bibliotek, podjęli decyzję o rozejściu się w różne strony za obopólną zgodą. Jak to stwierdził Ron- czas pokaże czy będzie im tego brakować. Trochę absurdalne stwierdzenie wobec dziewczyny, która właśnie zbierała profity za kolejne usprawnienie zmieniacza czasu oraz za rejestrację patentu skoordynowania zmieniacza czasu i miejsca. Czas dla Hermiony był pojęciem niezwykle względnym. Harry miał wrażenie, że przyjaciółka żyła w coraz bardziej abstrakcyjnej rzeczywistości, co zresztą bardzo jej odpowiadało, a swój mały domek pełen kotów nazwała Czarną Dziurą. Ostatnim razem, kiedy ją odwiedził zwrócił uwagę na subtelne wyładowania wokół całego domu. Nieopacznie spytał o charakter tych wyładowań, po czym został zarzucony pojęciami w rodzaju promieniowania Hawkinga. Kiedy zobaczył jednego z kotów rozciągniętego w całym swoim polu widzenia przestał pytać o cokolwiek. Ten sam kot nasikał mu później do butów radioaktywnym moczem. Z kolei inny zwierzak w zupełnie nieprzewidywalnych momentach zmieniał się w szkielet. Było to dość przerażające, jeśli robił to leżąc Harry'emu na kolanach. Mimo wszystko nie jest miło głaskać szkielet- co gorsza wydawało się to zupełnie dziewczynie nie przeszkadzać. Twierdziła, że jest do stworzenia bardzo przywiązana a jego właściwości to efekt eksperymentów któregoś z jej kolegów (z teraźniejszości bądź przeszłości) - niejakiego Schroedingera. Trudno było się zorientować w miejscu i czasie, gdzie mogła się znajdować w danym momencie. Harry pogodził się z tym, że kiedy jej potrzebował zwyczajnie zostawiał wiadomość pod kominkiem. W niewytłumaczalny sposób wiadomości zawsze docierały, czasem tylko nabierały toksycznych lub radioaktywnych właściwości w międzyczasie. Hermiona bardzo ceniła sobie przyjaźń Harry'ego i zazwyczaj znajdowała dla niego czas przedkładając spotkania z nim nad dziwaczne nasiadówki z równie dziwacznymi osobnikami w swoim dziwacznym domostwie (przy wtórze dziwacznych kotów). Powoli stwierdzał ze dawna profesor wróżbiarstwa, profesor Trelawney była, w porównaniu z obecną Hermioną, zupełnie normalną kobietą, choć niedoszły teść Hermiony- pan Weasley był wniebowzięty mogąc uczestniczyć w spotkaniach z niejakim Fejnmanem, Higsem czy Kobajaszim- cóż to w ogóle za nazwiska!

I tak wędrowali przez ciemną knieję: milczący, wysoki czarny czarodziej z widoczną zmiennokształtną dziurą przez środek ciała, zapamiętały w swym stanie permanentnego focha oraz czarodziej niższy, niosący pojemnik na kapelusze, z zamyślonym wyrazem twarzy intensywnie próbujący znaleźć szybkie i skuteczne wyjście z kolejnego życiowego kłopotu.

Zawartość pojemnika na kapelusze milczała do czasu. W pewnym momencie dało się słyszeć z wnętrza:

-Kochani, życzyłbym sobie coś zjeśśśść. Jessstem głodny.